Kronika świąteczna: Część druga

Chris Columbus to filmowiec, który ewidentnie czuje ducha świąt Bożego Narodzenia. W końcu to ona nakręcił „Kevina samego w domu”, ale też napisał „Gremliny rozrabiają” czy netflixową „Kronikę świąteczną”. W tym ostatnim filmie Kurt Russell jako św. Mikołaj został namierzony przez dwójkę dzieciaków oraz wskutek pewnych komplikacji cała trójka musiała uratować święta. Teraz minęły dwa lata i w rodzince Pierce’ów doszło do poważnych roszad.

Rodzinka spędza wakacje na plaży, gdzie obok krąży potencjalny partner ze swoim synem. Dla wierzącej w świętego Kate to problem, bo nadal nie jest w stanie wymazać z pamięci zmarłego ojca. I bardzo chce się stamtąd wyrwać. Razem z Jakiem (synem gacha o imieniu Bob) trafiają na biegun północny. Wszystko to okazuje się być planem dawnego elfa, który został przemieniony w człowieka. I – jak zapewne się domyślacie – Święta znowu są zagrożone. Czy tym razem uda się zapobiec katastrofie?

Na pierwszy rzut oka sequel wydaje się powtórką z rozrywki. Ale tym razem jesteśmy w wiosce Mikołaja przez połowę filmu, poznając troszkę bliżej tą miejscówkę. Jest parę fajnych patentów: od fabryki lizaków po chatę, gdzie powstają… gry komputerowe. Fajnie, że Miki jest na bieżąco z nowoczesną technologią, jednocześnie poznajemy jego historię oraz skąd się wzięły elfy (ładnie animowane, mają w sobie to urocze coś a’la Minionki). A także czemu Balsnicker (solidny Julian Dennison) przeszedł na ciemną stronę życia elfa. Oraz Mocy.

I mimo przewidywalności, ten film po prostu fajnie się ogląda. Klimat świąteczny wylewa się z ekranu wiadrami, efekty komputerowe nie kłują w oczy, a muzyka jeszcze bardziej buduje atmosferę. Nie zabrakło też odrobiny akcji (pościg saniami) czy humoru. No i jest Kurt Russell jako św. Mikołaj, który jest zajebisty w tej roli. Ma tą energię, luz oraz kilotony charyzmy. Zwłaszcza w scenach z panią Mikołajową, czyli Goldie Hawn (pamiętacie ją jeszcze) – ta relacja jest pokazana bezbłędnie. Z kolei dzieciaki, czyli Darby Camp (Kate) oraz Jazhir Bruno (Jack) wypadają bardzo solidnie, co w przypadku ról dziecięco-nastoletnich nie jest łatwym zadaniem.

Film ten – jak część pierwsza – ma spory potencjał na zostanie świątecznym klasykiem. Minimalnie jest lepszy od poprzednika, bardziej rozbudowujący świat brodacza w czerwonym oraz wieloma fajnymi scenami. Na ten okres wydaje się odpowiednim prezentem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tango i Cash

Chyba nie ma dwóch policjantów tak różnych w Los Angeles jak Ray Tango oraz Gabriel Cash. Pierwszy wygląda bardziej jak biznesmen – elegancko ubrany, zawsze w garniturze, a także inwestuje na giełdzie. Drugi to szajbus pokroju Martina Riggsa z “Zabójczej broni”, tylko kocha adrenalinę i mniej patyczkuje się z oponentami. Obaj mocno zaleźli za skórę handlarzowi narkotyków oraz bronią, niejakiemu Perretowi. Ten planuje zemstę, ale zamiast odstrzelić im łby wrabia ich w morderstwo, by zniszczyć ich reputację.

Powiem to wprost: film Andrieja Konczałowskiego z 1989 roku to taka bardziej lightowa wersja “Zabójczej broni”. Więcej tutaj humoru niż w oryginale, a historia jest tylko pretekstem do kolejnych popisów kaskaderskich oraz żarcików. W większości sucharów, ale zabawnych, gdzie panowie rywalizują o status samca alfa. Takich opowieści widzieliśmy setki, a klisza kliszą pogania. Przerysowany, demoniczny antagonista, konflikt policjantów ze swoimi szefami, jeden z gliniarzy zakochuje się w siostrze drugiego. Jest tu nawet odpowiednik bondowskiego Q z dziwacznymi zabawkami technologicznymi (strzelające buty czy wóz opancerzony i uzbrojony po zęby). Ten film powinien zostać zrobiony jako pełnoprawna parodia spod znaku ZAZ. Ale “Tango i Cash” jest zrobiony na poważnie, chociaż to przymrużenie oka daje o wiele więcej frajdy. Strzelaniny są szybkie oraz intensywne (zwłaszcza finałowa konfrontacja rozmiarów epickich), niektóre popisy kaskaderskie wydają się szalone w rodzaju skoku na linię wysokiego napięcia w deszczu, zaś humor czasem miesza się z przemocą (przesłuchanie prawej ręki antagonisty za pomocą zabawy w dobrego i złego gliny). Bawiłem się świetnie, w czym pomaga także “lekka” muzyka Harolda Faltenmeyera oraz pewna realizacja, ze stylowymi zdjęciami.

To wszystko jeszcze bardziej podkręca ciekawie dobrany duet, pełen silnej chemii oraz sporego ładunku. Sylvester Stallone w eleganckim garniaku wygląda nietypowo, co zaskakuje i pokazuje spory dystans do siebie. Ale kiedy pojawia się Kurt Russell jako Cash, będący kontrastem dla Tango. W podkoszulku, z długimi włosami, działa bardziej za pomocą pięści niż słów. Docinki między sobą oraz rywalizacja o dominację daje masę frajdy i jest paliwem tego wariackiego filmu. Jest jeszcze przerysowany antagonista w wykonaniu Jacka Palance’a, choć nie wyróżnia się tak bardzo z tłumu innych złoli. Są też drobne role Teri Hatcher (Catherine Tango) oraz Briona Jonesa (Requin), dodające odrobiny lekkości.

Choć “Tango i Cash” nie jest żadnym arcydziełem, idealnie wpisuje się w definicję guilty pleasure. Dostarcza masy frajdy, nawet jeśli historia wydaje się pełna dziur, bzdur oraz brakiem logiki. Są wybuchy, dużo humoru oraz energetyczny duet Stallone/Russell. Czego chcieć więcej do seansu z kumplami przy piwku?

7/10

Radosław Ostrowski

Pewnego razu… w Hollywood

Nie wiem, czy jest jakikolwiek kinoman, który nie zetknął się z przynajmniej jednym filmem Quentina Tarantino. Ten postmodernista, który w swoich filmach bawi się gatunkami, konwencjami, żongluje cytatami i tworzy wręcz szalone wizje świata. Bo tylko u niego może dojść do udanego zamachu na Adolfa Hitlera. Między innymi. Ale jego ostatnie dzieło miało być zupełnie inne, bo w tle miały być prawdziwe, dramatyczne wydarzenia, czyli śmierć Sharon Tate w lipcu 1969 roku. Kto jednak spodziewał się dokumentalnej rekonstrukcji, musiał być strasznie rozczarowany.

Problem jednak w tym, że ta historia jest tak naprawdę tłem dla wydarzeń końca ery hipisowskiej. Bohaterami filmu są Rick Dalton oraz Cliff Booth. Pierwszy to podstarzała gwiazda telewizyjnych westernów, drugi to jego przyjaciel i kaskader. Obaj panowie próbują się odnaleźć w nowej rzeczywistości, gdzie popularne są westerny (także te włoskie) oraz produkcje bardziej brutalne. Obaj panowie są sąsiadami Sharon Tate i Romana Polańskiego.

pewnego razu w hollywood1

Pierwsze, co rzuca się w przypadku tego dzieła to fakt, że w sumie nie posiada on jako takiego scenariusza. O co mi chodzi? Całość to ciąg scenek, mających na cel sportretowanie (w bardzo nostalgiczny sposób) realiów lat 60. Hollywoodu. Epoki, gdzie ludzie czuli się na tyle bezpiecznie, że nie zamykali drzwi, grali muzykę w radiu i balowali do wieczora. Gdzie aktorom telewizyjnym dość ciężko było się przebić do dużego ekranu. Gdzie w tle grała muzyka rockowa, popowa i jazzowa, a jeździły bardziej eleganckie wozy. Czuć tutaj rękę reżysera, bo jest i troszkę łamana chronologia, bardzo charakterystyczne dialogi oraz skupienie na detalach.

pewnego razu w hollywood2

Tylko, że to wszystko nie angażuje tak bardzo jak poprzednie filmy mistrza. Dla mnie ta konstrukcja jest dla mnie zbyt rozwlekła, przez co mniej mnie to wszystko obchodzi. Szczegółowość w odtworzeniu realiów epoki jest imponująca: od neonów przez rekwizyty, kolorystykę, kostiumy po takie przedmioty jak telewizory, plakaty czy kubki. To wszystko potrafi zrobić ogromne wrażenie. Tak samo jak oprawa muzyczna, która kojarzy się z tą epoką. Nie brakuje też kilku fantastycznych scen (Rick załamujący się w przyczepie i rzucający wyzwiskami, Cliff wskakujący na dach, rozmowa Ricka z dziewczyną na planie), które zapadną w pamięć. One też powodują, że troszkę cieplej myślę o tym filmie. Ale tylko troszkę.

pewnego razu w hollywood3

No i jaką fenomenalną obsadę udało się tutaj zebrać. Błyszczy tutaj kapitalny duet Leonardo DiCaprio/Brad Pitt. Czuć tą silną przyjaźń między tymi facetami, powoli zmierzającymi raczej ku końcowi swojej kariery. Jednak to postać Pitta jest bardziej przyciągająca uwagę swoją mroczną przeszłością oraz umiejętnościami fizycznymi, choć Leo ze swoim lekko jąkającym się głosem też potrafi zaintrygować. Poza nimi drugi plan jest przeładowany wręcz bardzo rozpoznawalnymi nazwiskami: od świetnego epizodu Ala Pacino (producent Martin Schwartz) przez zjawiskową Margaret Qualley (Pussycat) i szorstkiego Mike’a Moha (bardzo zarozumiały Bruce Lee) aż po Bruce’a Derna (zmęczony George Spahn) oraz opanowanego Timothy’ego Olyphanta (aktor James Stacy). No i jest jeszcze przepiękna Margot Robbie w roli Sharon Tate, która tutaj wydaje się pełnić rolę symbolu całej epoki – niewinna, pociągająca i budząca sympatię. Być może dlatego ten występ nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak się spodziewałem.

pewnego razu w hollywood4

Troszkę tak marudzę na ten film Quentina, ale prawda jest taka, że jest to kawał dobrego kina. No właśnie, tylko dobrego kina, ponieważ po takich twórcach zawsze oczekuje się rzeczy wybitnych, wielkich albo co najmniej bardzo dobrych. Ale nie zawsze można być w najwyższej formie, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Incydent

Punkt wyjścia tej historii wydaje się prosty i niezbyt interesujący. Małżeństwo w wieku średnim przeprowadza się do San Diego, gdzie czeka na nich nowa praca. Jadą autem przez niemal pustynny krajobraz, kiedy nagle samochód się psuje. Po jakimś czasie pojawia się dużą ciężarówka, której właściciel proponuje przewiezienie do zajazdu, by wezwać pomoc. Kobieta decyduje się wyruszyć, a mąż zostaje, by popilnować auta. Po pewnym czasie zauważa, że pojazd został uszkodzony (odpięto kable od silnika), zaś jego żona nigdy nie dotarła do umówionego miejsca.

incydent1

Jonathan Mostow dla wielu kinomanów to twórca kojarzony z trzecim Terminatorem (o którym niemal wszyscy chcą zapomnieć) oraz wojennym „U-571”. Najciekawszym filmem w jego dorobku pozostaje debiutancki „Incydent”. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się zbyt ciekawym thrillerem, bo wszystko wydaje się dość proste. Wiemy, że zaginięcie nie było przypadkowe, a intryga – mimo prostoty – potrafi wciągnąć. Motywacja antagonistów wydaje się prosta, a zagubienie i początkowa dezorientacja protagonisty zmienia się w determinację oraz walkę. Nawet jeśli wydaje się być pozbawiony przewagi. Tylko, czy uda się oszukać porywaczy i odnaleźć żonę?  Mimo wykorzystania otwartej przestrzeni, atmosfera zaszczucia i klaustrofobii jest bardzo namacalna. Każdy ruch może być tym ostatnim, zaś napięcie jest tutaj budowane bardzo pewna ręką. Rozmowa w banku, pościg oraz ukrywanie się w ciężarówce czy finałowa konfrontacja na moście pokazuje, jak wielki talent miał Mostow. Zdjęcia te pokazują bezkresną przestrzeń drogi, co tylko potęguje (przez ponad połowę filmu) poczucie bezsilności.

incydent2

Wszystko się zmienia w momencie, gdy nasz bohater zaczyna wykazywać się sprytem (moment przekazania forsy jednemu z członków gangu). Nie jest to jednak zmiana gwałtowna, bo mężczyzna musi dalej działać z ukrycia. Dochodzi jednak do otwartej konfrontacji i choć nadal czuć suspens, to jednak wszystko wydaje się bardziej efekciarskie niż efektowne. Ale i tak seans należy do bardzo przyjemnych.

incydent3

Tutaj aktorsko błyszczy Kurt Russell, który zawsze jest świetny. Tutaj gra everymana, wpakowanego w nienormalną sytuację, zaś w jego oczach dominuje głównie strach. Bardzo zależało mi na tym, by mu się udało, a początkowe, desperackie próby szukania (m.in. wyrwanie szefowi zamówień) to pokaz szerokiego zasięgu umiejętności aktora. Po drugiej stronie mamy J.T. Walsha w roli opanowanego antagonisty, który spokojnym głosem budzi przerażenie. I ten pojedynek potrafi elektryzować aż do samego końca.

„Incydent” wydaje się być troszkę zapomnianym thrillerem w dobrym stylu. Skromna produkcja, potrafiąca budować napięcie, pokazując świetną rękę Mostowa oraz ogromny potencjał jaki miał ten reżyser. Szkoda, ze już potem nie zbliżył się do tego poziomu.

7/10

Radosław Ostrowski

Kronika świąteczna

Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta… – jak wiadomo, powoli zaczyna się zbliżać, a wtedy pojawiają się choinki, dzwoneczki oraz filmy z pewnym kolesiem w czerwonym stroju. Nie, nie jest to Deadpool, tylko koleś zwany świętym Mikołajem. Wiecie, gość wręczający prezenty w jedną noc, nikt go nie widzi i jego obecność przyjmuje się na wiarę. Tym razem swoją opowieść postanowił pokazać Netflix, wsparty tutaj producencką ręką Chrisa Columbusa (kultowy Kevin, co dwa razy był sam w domu).

kronika_swiateczna1

Sam punkt opowieści jest bardzo prościutki: mamy rodzinę, która straciła ojca-strażaka. Matka pracuje jako pielęgniarka w szpitalu, zaś dwoje dzieci coraz bardziej się od siebie oddala. Starszy brat (Teddy) nie wierzy w bzdury o Mikołaju i idzie na kolizję z prawem, zaś jego siostra (Kate) wydaje się tą bardziej naiwną, pocieszną oraz tą „grzeczną”. Ciężko utrzymać tą więź. W noc wigilijną dziewczynka znajduje na jednej z nagranych taśm pewną rękę z prezentem. Przekonuje brata, by sfilmować i „upolować” świętego Mikołaja. Żeby udowodnić jego istnienie, co w pewnym sensie się udaje. ale problem w tym, że sanie zostają rozbite, renifery zaginęły, a worek z prezentami odleciał w siną dal. Czyżby tegoroczna Gwiazdka miała się zakończyć katastrofą?

kronika_swiateczna2

Reżyser Clay Kaytis realizuje klasyczny film familijny, jakiego możecie się spodziewać. Każdy problem zostaje dość szybko rozwiązany, humor jest miejscami bardzo slapstickowy (wręcz ograny do bólu), a finał jest równie oczywisty jak kolejność dni w tygodniu. Są renifery? I nawet ładnie wyglądają, elfy też potrafią być urocze (z wyjątkiem jednego narwańca), a w tle czuć klimat świąt, co także jest zasługą muzyki. Wiadomo, jak to się skończy: prezenty zostaną dostarczone, Mikołaj będzie szczęśliwy, a dzieciaki odnowią swoją więź, pokonując pewne demony. Historia nie porywa, ale ogląda się całkiem nieźle.

kronika_swiateczna3

Najbardziej podobała mi się wizja świata św. Mikołaja. Facet ma dość wypasione sanie (mogą być nawet lekkim samolotem) oraz kilka gadżetów – lokalizator worka, będącego wrotami do domu świętego oraz jego ekipy elfów, zaś sam odnosi się z dużym dystansem do swojego medialno-popkulturowego wizerunku. Jego zderzenie z rzeczywistością staje się źródłem kilku zabawnych sytuacji (scena w areszcie, gdzie wykonuje koncert niczym dawni Blues Brothers), zaś rozpoznawanie swoich podopiecznych, gdy jako dzieci prosili o prezenty, też sprawia troszkę frajdy.

Samo aktorstwo jest poprawne, ale jest jeden mocny punkt: święty Mikołaj. Ale czy może być inaczej, jeśli tą postać gra sam Kurt Russell? I ten Mikołaj jest absolutnie cudowny: z jednej strony wierzy mu się, potrafi wyczarować różne prezenty, chociaż wygląda na troszkę starszego i mniej zadbanego, z drugiej ma masę luzu, dystansu oraz wnosi lekkość tej postaci. Zawsze pozostaje przekonujący, odpowiednio charyzmatyczny, a jednocześnie bardzo jowialny. I jego obecność nakręca ten cały film (tak jak krótki epizod pani Mikołajowej – sami zobaczycie, kto się wcielił w tą postać).

Jaka jest ta „Kronika świąteczna”? Całkiem fajna, chociaż trzeba bardzo mocno zawiesić oko na wydarzenia ekranowe. Lekki, niezobowiązujący seans z rodziną w towarzystwie najbardziej cool Mikołaja w historii. Czy można się rozczarować?

6/10

Radosław Ostrowski

Wielka draka w chińskiej dzielnicy

Często zdarza się tak, że zwykły człowiek pakuje się w historię tak nieprawdopodobną, że nie może być prawdziwa. Bo jak na chłopski rozum wyjaśnić udział sił magicznych w naszej rzeczywistości – zwłaszcza, jeśli jest to chińska czarna magia. Tego nie spodziewał się spotkać Jack Burton. Kim on jest? Zwykłym kierowcą ciężarówki, który przyjazdem trafił do San Francisco, by odwiedzić kumpla – Wang Chi. Czeka on na swoją dziewczynę z Chin, jednak odbiór dziewczyny z lotniska mocno się komplikuje, w czym ma udział drobne gangi oraz pradawny demon ukryty pod postacią Lo Pana.

wielka_draka1

John Carpenter kojarzy się głównie z mrocznymi filmami grozy, jednak „Wielka draka w chińskiej dzielnicy” to kino tak inne, że nie można było się tego spodziewać po twórcy „Halloween”. I znowu jest to mix różnych elementów: niepozbawionej elementów fantastyki baśni, połączonej z kinem akcji oraz polanej komediowym sosem. Mrok tutaj pojawia się bardzo rzadko (kanały, podziemia), chociaż czuć mocno stawkę. Jest bardzo zabawnie, wręcz kolorowo, choć nie brakuje scen przemocy. Dynamicznie zmontowane bijatyki niczym z jakiegoś karate czy pojedynek na broń białą ze skokami oraz lataniem niczym z „Przyczajonego tygrysa…” do dziś potrafią zrobić wrażenie. Tak samo jak niemal wystawna scenografia, pełna wschodnich motywów, strojów, dekoracji oraz polana „orientalnym” wschodem muzyka. I ku mojemu zdumieniu naprawdę dobrze się bawiłem, mimo że główny bohater jest troszkę pierdołowaty, ale do tego jeszcze dojdę.

wielka_draka2

Sama intryga poprowadzona jest bardzo zgrabnie, a humor z akcją idą ręka w rękę. Nawet efekty specjalne prezentują się całkiem nieźle (pioruny, pirotechnika), choć dziś wydają się archaiczne. Carpenter bardzo sprawnie miesza konwencję, nie wywołując dużych zgrzytów (co się nie udało w późniejszym „Oni żyją”) oraz dostarczając masę frajdy.

wielka_draka3

A największym nośnikiem jest kompletnie odjechany Kurt Russell, który tutaj troszkę parodiuje typowego amerykańskiego twardziela. Burton wydaje się twardym facetem, z silnymi pięściami, chodzący niemal non stop w podkoszulku, rzucający bon motami. Ale na chińskie moce może to nie wystarczyć, bo Jack nie jest typowym zbawcą świata i wiele razy dostaje łupnia, wkracza jak jest po wszystkim, co dodaje wiele świeżości. Tworzy on bardzo ciekawy duet z Dennisem Dunem (Wang Chi), który robi na ekranie cuda niewidy. Pięści, nogi, miecze idą w ruch, co daje prawdziwego kopa. Tak samo świetny jest James Hong w roli Lo Pana – taki czarny charakter, który bywa przerysowany, ale w granicy konwencji. Troszkę bladziej prezentują się panie, ograniczone do roli damy w opałach, chociaż Kim Cattrall (Gracie Law) bywa bardziej zadziorna i charakterna.

To jeden z bardziej nieoczywistych filmów Johna Carpentera, który postanowił się zwyczajnie zabawić. „Wielka draka…” ma w sobie coś z kina nowej przygody, niepozbawiona mroku, lecz zaskakująco lekka. Bardzo barwne, dynamiczne kino akcji z bardzo jajcarskim Kurtem Russellem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Strażnicy Galaktyki vol. 2

Pamiętacie taką bandę niby herosów zwaną „Strażnikami Galaktyki”? Wydawałoby się, że po wydarzeniach z pierwszej części, będą mieli choć troszkę wolnego. Ale już na początku muszą ochronić bardzo potężne bateryjki od obrażalskich i strasznie napuszonych Złotoczubków. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie wredny Rocket, który musiał – po prostu MUSIAŁ – podwędzić te baterie. Uciekając przed nimi trafiają na niejakiego Ego, co okazuje się być… ojcem Petera Quilla. Napatoczy się jeszcze Nebula, stary ziom Yondu i… znowu trzeba ratować Galaktykę.

straznicy_galaktyki_21

James Gunn znowu wsiada za stery tej wariackiej przygodowej komedii w duchu Kina Nowej Przygody. Nadal w tle leci muza z lat 70. i 80., jest rozmach space opery a’la „Gwiezdne wojny”, przenoszenie się z miejsca na miejsce, wybuchy, strzelaniny. Może i fabuła jest dość pretekstowa, gdzie powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, przez co na początku można poczuć się zdezorientowanym. Akcja zasuwa z szybkością pędzącej rakiety, eksplozje są jeszcze bardziej widowiskowe, rozpierducha jest epicka, a strona wizualna maksymalnie kiczowata, nasycona kolorami. Innymi słowy, jest na bogato.

straznicy_galaktyki_22

Jednocześnie Gunn poza śmieszkowaniem i rzucaniem popkulturowych aluzji, kawałów oraz wizją świata tak nieprawdopodobną, ze głowa mała bardziej skupia się na interakcji między bohaterami. Próby naprawy rodzinnych więzi (Star-Lord i Ego, Gamora i Nebula) oraz tych przyjacielskich (Strażnicy) zmuszają do pewnych refleksji, konfrontacji z samym sobą (relacja między Rocketem a Yondu) oraz bardziej rozbudowane tło bohaterów czyni ten film znacznie bardziej interesującym od poprzednika. Zaczyna zależeć nam na tych bohaterach, którzy zaczynają przepracowywać pewne traumy: poczucie odrzucenia, strata najbliższych, rywalizacja między rodzeństwem.

straznicy_galaktyki_23

Druga część nie jest tak mocno powiązana z resztą MCU, co dla mnie jest bardzo dużym plusem, ale dopiero w połowie zaczyna się krystalizować cała historia. Oczywiście, finał to troszkę potyczka dwóch nieśmiertelnych (do pewnego momentu) facetów, następuje kumulacja rozwałki w niemal spektakularnym stylu, podkręcone miejscami absurdalnym humorem, ale to jest zrobione z takim sercem, że trudno przejść obojętnie (mimo powtarzania niektórych gagów). A ostatnia scena (przed napisami, bo po napisach jest ich kilka) jest wręcz wzruszająca.

straznicy_galaktyki_24

Aktorzy lepiej czują swoje postacie i troszkę poważniej je rysują. Nawet ten cwaniak Star Lord (Chris Pratt), którego początkowo mógłbym uznać za nieślubnego syna Hana Solo, próbuje rozgryźć to, kim jest, skąd się wziął i jest to wygrywane bez fałszu. Podobnie jak próba stworzenia związku z Gamorą (świetna Zoe Saldana – jedyna myśląca w tej ekipie). Świetny jest też Kurt Russell jako Ego – ojciec-planeta (wiem, jak to dziwnie brzmi) bardzo zgrabnie balansuje między powagą, luzem i grozą. Podobnie furiacko-bezczelny Rocket (głos Bradley Coopera fantastycznie pasuje), skrywający w sobie nieufność, niedowartościowanie oraz odtrącanie innych. Dla mnie jednak film bezczelnie kradnie Drax (życiowa rola Dave’a Bautisty), mieszającego prostolinijność z sucharowymi żartami (ten jego śmiech) i pewnego rodzaju skromnością oraz Yondu (świetny Michael Rooker), czyli największy kozak w tej wersji Galaktyki, też posiadający głębszą historię i nową płetwę na punka. Jest jeszcze wiele ciekawszych ról oraz barwnych epizodów, ale te odkryjcie sami podczas seansu.

Pierwsza część to była dla mnie bezpretensjonalna rozrywka na granicy pastiszu space oper. Dwójka jest nadal świetną zabawą, z bardziej wyrazistymi oraz rozbudowanymi portretami psychologicznymi. Relacje są bardzo przekonujące, mimo sporej dawki humoru i luzu. Czekam na kolejne przygody tych bohaterów mimo woli.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Żywioł. Deepwater Horizon

Rok 2010 był dla nafciarzy niezbyt udanym rokiem. Właśnie wtedy doszło do największego wycieku ropy oraz gigantycznej katastrofy na platformie wiertniczej Deepwater Horizon. Taka historia musiała prędzej czy później zostać przeniesiona na ekran, a za jej realizację odpowiada nowy „amerykański” reżyser, który godnie zastępuje Michaela Baya (bo jest od niego w każdym calu lepszy).

zywiol1

Całą opowieść poznajemy z perspektywy everymena, czyli Mike’a Williamsa. To inżynier odpowiedzialny za elektrykę na przenośnej platformie Deepwater Horizon należącej do firmy BP. Ale nie jest tam zbyt dobrze – ciągle coś się psuje, niedawno nałożono beton i nie przetestowano go. Wiadomo, cięcia z powodu chciwości i chęci zarobienia jak największej kasy. Wtedy dochodzi do nadmiernego ciśnienia rury, doprowadzając do eksplozji i kompletnego zniszczenia platformy. I jak to w klasycznym kinie katastroficznym bywa, całość można podzielić na dwie części.

zywiol2

Pierwsza to obserwacja dnia codziennego na platformie, czyli rutynowy dzień. pracownicy idą do pracy, prowadzą drobne rozmowy o niczym i zwykła praca. Druga część zaczyna się od usterek i kończy się na spektakularnych popisach pirotechników, strachu, krwi, ranach oraz ucieczce. Jest wtedy bardziej spektakularnie, ale jednocześnie bardzo kameralnie. Berg zachowuje kronikarski charakter i nawet jeśli jest patos, to w takiej dawce, ze słucha się tego bezboleśnie, a to jest wielka sztuka. Wtedy kamera zaczyna drgać, kadry są nieostre, nerwowe, bierze perspektywę pleców postaci i czyni z nich bohaterów na miarę swoich czasów. Doświadczonych profesjonalistów, którzy w momencie próby zachowują zimną krew, nie zostawiają kolegów w potrzebie.

zywiol3

Tego typu kino ma też swoje wady, gdyż liczy się „widowiskowość” katastrofy (i to się sprawdza dobrze), przez co najbardziej cierpią bohaterowie, którzy nie są jakoś skomplikowanie skonstruowani, grając na prostym szablonie: odpowiedzialni i dobrzy (pan Jimmy, Mike, Andrea) oraz chciwe szefostwo plus niezdecydowani. Czy to znaczy, ze ich los nas nie obchodzi? Niekoniecznie, bo aktorzy robią wszystko, byśmy mogli z nimi sympatyzować. Może i jest to mocno uproszczone, ale działa. Nawet Mark Wahlberg, którego nie jestem wielkim fanem, daje tutaj radę. Podobnie jak Kurt Russell i jego zarąbiste wąsy, a John Malkovich jest tak śliski i antypatyczny, jak tylko się da.

zywiol4

Berg nie wywraca do góry nogami reguł kina katastroficznego, ale konsekwentnie pokazuje wszelkie wady i zalety tego gatunku. Najważniejsza jest tutaj sama tragedia i jej przebieg, przez co ludzie są zepchnięci na dalszy plan. Ale i tak ogląda się z przyjemnością, nie wywołując znużenia.

6/10

Radosław Ostrowski

Bone Tomahawk

Miasteczko Bright Hope na Dzikim Zachodzie to taka spokojna okolica, gdzie dzieje się niewiele. Do czasu, gdy pojawia się tajemniczy nieznajomy. Przed wejście zakopuje swoje rzeczy, co dostrzega zastępca rezerwowy szeryfa, Chicory. Szeryf, po krótkiej rozmowie, zatrzymuje podejrzanego strzałem w kolano. Sprawa wydawałaby się załatwiona, a podejrzany – razem z lekarką i zastępcą szeryfa Nickiem – zostaje w celi. Jednak następnego dnia areszt okazuje się pusty. Na miejscu zostaje tylko strzała indiańska. Szeryf Hunt decyduje się rozpocząć pościg, w czym wspierają go zastępca Chicory, mąż porwanej – Arthur O’Dwyer i rewolwerowiec Brooker.

bone_tomahawk1

Debiutujący reżyser S. Craig Zahler postanowił odświeżyć na swoją modłę western, który ostatnio wrócił do łask. Opowieść wydaje się do bólu klasyczna i zmierzająca do prostego celu: odbić swoich, zabijając po drodze Indiańców. Ale to nie są zwykli Indianie, bo są biali i nie tylko zabijają innych swoimi nożami z kości, ale też ich zjadają. Western idący ręka w rękę z horrorem? Tego jeszcze nie było, co bardzo odświeża ten gatunek. Wielu może odstraszyć surowa realizacja i dość wolne tempo całości, ale trudno nie docenić tego mrocznego klimatu, towarzyszącego wędrówce do siedliska zła. A im dalej, tym bardziej krajobraz staje się nieprzyjazny, przypominający wypaloną, zniszczoną ziemię. Noc jest tak ciemna, że za nią może czaić się zło albo złodzieje kradnący konie.

bone_tomahawk2

Dodatkowo każdy z bohaterów tej grupy jest kimś innym, a zadanie nie scala tej grupy, ale pokazuje silne różnice charakterów, jak i metod działania. I wszystko to zmierza do krwawego, mocnego finału, gdzie wszelkie okrucieństwa nie zostaną nam oszczędzone (włącznie z pokazaniem wnętrzności) – to nie jest film dla ludzi o słabych nerwach. To mogę wam obiecać.

bone_tomahawk3

Dodatkowo „Bone Tomahawk” jest fantastycznie zagrane. Klasą w sobie jest Kurt Russell, dla którego western nie jest niczym nowym, a postać twardego szeryfa potwierdza umiejętności tego aktora. Pozytywnie zaskakuje Patrick Wilson jako zdeterminowany mąż porwanej, który mimo złamanej nogi konsekwentnie zmierza do celu, a Richard Jenkins jako niezdarny Chicory wnosi też odrobinę humoru. Prawdziwą rewelacją i perłą okazuje się Matthew Fox. Aktor znany z serialu „Lost” tutaj wciela się w cynicznego rewolwerowca Bookera, który wiele widział i wiele zabijał. Ironiczny, bezwzględny i pewny siebie facet, z którym lepiej nie zadzierać.

bone_tomahawk4

„Bone Tomahawk” odświeża opowieści o kowbojach, mieszając z kinem grozy, gdzie napięcie jest mocno odczuwalne. I mimo zaledwie dwóch milionów dolców budżetu, powstał jeden z najlepszych westernów ostatnich lat. Więc pogłoski o śmierci tego gatunku są mocno przedwczesne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nienawistna ósemka

Zima, śnieżyca – takiego śniegu nawet za oknem u mnie nie widać. Jedzie powóz, by się schronić przed zamiecią, a w nim łowca nagród John Ruth zwany „Wisielcem” oraz idąca na szafot Daisy Domergue, której głowa jest warta 10 tysięcy dolarów, a ich finałowym przystankiem jest Red Rock. Po drodze, choć nie bez oporów, do powozu dołącza czarnoskóry major Marquis oraz nowy szeryf Red Rock, Chris Mannix. W końcu zatrzymują się w sklepiku prowadzonym przez Minnie, gdzie na miejscu są nowi goście. Jak wiadomo, im większy tłok, tym spora szansa na trupy oraz wzięcie Daisy jako łupu.

nienawistna_osemka1

Znowu western made by Quentin Tarantino, gdzie jest wydestylowany styl pokręconego Amerykanina. Czyli błyskotliwe, zaprawione czarnym humorem, krwawymi strzelaninami i… wyczekiwaniem na dalszy rozwój wypadków, zaskakujących wolt. Dodatkowo okraszona trzymającą w napięciu muzyką Ennio Morricone (po raz pierwszy zatrudniony), podziałem na rozdziały oraz przewrotnym finałem. Niemniej film dzielił się w moich oczach na dwie części. Pierwsza to dojazd do sklepiku i pierwszy trup, a druga to coś w rodzaju dochodzenia i ustalenia, co jest nie tak. Kolejne elementy układanki zaczynają się sklejać, sam dałem się wciągnąć w tą grę, jednak poczułem pewne rozczarowanie.

nienawistna_osemka2

Z czego to wynika? Na pewno nie z postaci, pięknie sfotografowanych plenerów (te góry) czy dialogów. Początek obiecywał wiele, ale zdarzały się momenty zbędnego postoju – żart z zamykaniem drzwi przez wbijanie desek za drugim razem nie śmieszy, czołówka z krzyżem czy częste bicie Daisy przez Rutha. Ale w połowie atmosfera gęstnieje, trudno przewidzieć wypadki (z wyjątkiem przedostatniego rozdziału), retrospekcje nakręcają całą akcję. Wtedy opowieść o nienawiści i rasizmie a’la Sergio Leone uderza mocnymi ciosami, zaskakuje obserwacjami oraz wiarygodną psychologią bohaterów.

nienawistna_osemka3

No i tutaj mamy koncertowe aktorstwo, gdzie każdy z bohaterów błyszczy. Nie ważne czy to Kurt Russell jako brutalny i troszkę prymitywny John Ruth (i jeszcze te wąsy!!!), wyborny Samuel L. Jackson (cwany i przewidujący major Marquis), małomówna Jennifer Jason Leigh czy brawurowy Walton Goggins w roli zgrywającego chojraka szeryfa Mannixa. Jeszcze są dawno nie widziani u Tarantina Tim Roth w stroju zakoszonym Christophowi Waltzowi z „Django” (kat Oswaldo Mobray) i Michael Madsen (tajemniczy Joe Gage), wracający do świetnej dyspozycji. I jeszcze zaskakuje pozytywnie Channing Tatum (Jody).

nienawistna_osemka4

Powiedzmy to sobie wprost – Tarantino stał się marką samą w sobie, realizującą filmy na pułapie nieosiągalnym dla zwykłych wyrobników. „Nienawistna ósemka” mimo pewnych wad, to Tarantino z wysokiej półki, gdzie większość klocków stoi równo. No i ten śnieg, taka zima – niekoniecznie z silnym mrozem, czy można chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski