Pakt – seria 1

Warszawa – miasto najbardziej znane z dwóch rzeczy: bycia stolicą kraju, gdzie stykają się wielka polityka oraz biznes, a także z powodu lokalizacji. Albowiem miasto to leży między Pruszkowem a Wołominem. Tutaj też działa gazeta „Kurier”, gdzie pracuje Piotr Grodecki (Marcin Dorociński). Dziennikarz prowadzi śledztwo w sprawie przekrętów finansowych w firmie, której dyrektorem operacyjnym jest jego brat Daniel (Jacek Poniedziałek). Sprawa wydaje się zamknięta, kiedy Daniel popełnia samobójstwo podpalając się. 9 miesięcy później dzieje się jednak coś dziwnego, a dokładnie notariusz przekazuje pakiet od zmarłego Daniela. Tam znajduje się lokalizacja i godzina, zaś na miejscu jest świadkiem samobójstwa biznesmena Andrzeja Bogusza. Piotr razem z zaprzyjaźnioną agentką CBŚ Weroniką (Marta Nieradkiewicz) próbuje odkryć cała tą tajemnicę.

Stworzony przez HBO serial Marka Lechkiego jest remakiem norweskiego mini-serialu „Układ”. Nie znam tego dzieła, niemniej czuć tutaj pewną „skandynawskość” w klimacie. Bardzo chłodnym, niemal wypranym z kolorów świecie pełnym mroku, tajemnic, manipulacji i tajemnicy. Warszawa tak groźnie i niepokojąco nie wygląda tak później (może w „Ślepnąc od świateł”), gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Wróg wydaje się bardzo potężny, działający o krok przed bohaterami, co może skończyć się: a) poczucie paranoi i ciągłego osaczenia, b) zastraszeniem i poczuciem bezsilności, c) śmiercią. Przez co niemal cały czas trzeba było uważnie śledzić i łączyć wszystkie elementy układanki. Dawkowanej bardzo powoli, bez pośpiechu, gdzie cały czas czuć zagrożenie. Nawet politycy nie wydają się być bezpieczni, o czym przekonuje się minister gospodarki Skalski (Adam Woronowicz).

Sama intryga jest więcej niż sprawnie opowiedziana, z paroma zaskoczeniami i twistami. Do tego jeszcze mamy tu spojrzenie na świat mediów, gdzie bardziej liczy się klikalność czy chronienie tyłka samej gazecie i redakcji. Krótko mówiąc pogoń za newsem zamiast weryfikacji źródeł, co bardzo pomaga manipulować dziennikarzy. I to też jest źródłem konfliktu między naczelnym (Andrzej Konopka), a szefem działu (Witold Dębicki), co jest zgrabnym wątkiem pobocznym. To jednak jest niejako przy okazji, nadal pozostając dziennikarskim śledztwem. Kolejne powiązania, postacie oraz pozostający w cieniu ludzie Paktu, którzy dość brutalnie wymuszają lojalność. Jest naprawdę niepokojąco, tajemniczo i mrocznie.

Jedyną bardzo poważną wadą jest w zasadzie dźwięk, czyli miejscami bardzo niezrozumiałe dialogi. Co jest poważną dolegliwością większości polskich produkcji czy zakończenie, gdzie pozostaje parę znaków zapytania. Za to absolutnie błyszczą aktorzy. Marcin Dorociński potwierdza klasę w roli nieustraszonego Piotra przypomina twardzieli z dawnych czasów. Szorstki, zdeterminowany i podążający za tropami, lecz nie piszący niczego bez potwierdzenia. Klasyczny śledczy w nowych fatałaszkach. Ale prawdziwym odkryciem jest dla mnie Marta Nieradkiewicz w roli agentki CBŚ Weroniki. Z jednej strony mocno napędzana przez obsesję i determinację, ale z drugiej bardzo wycofana i coraz bardziej naznaczona przez swoją pracę, co doprowadza do nasilającej się paranoi. Na drugim planie jest masa znajomych twarzy: od solidnych – jak zawsze – Dębickiego, Woronowicza, Konopki i Grzegorza Damięckiego przez zaskakującą Alicję Dąbrowską, dawno niewidzianego Edwarda Linde-Lubaszenko aż po drobne epizody Sebastiana Fabijańskiego, Tomasza Ziętka oraz Mariusza Bonaszewskiego. A to nie wszyscy warci wymienienia.

Kolejny przykład, że polskie seriale z wątkami kryminalnymi zawsze trzymają wysoki fason. Na ile to zasługa oryginalnego tekstu i przeniesieniu na nasze podwórko, a ile naszej warstwy realizacyjnej – trudno powiedzieć. Nie zmienia to faktu, że „Pakt” jest kolejną perełką w dorobku HBO – przynajmniej pierwszy sezon. A jak sobie poradzi drugi, już oparty na autorskim scenariuszu? To temat na osobną opowieść.

8/10

Radosław Ostrowski

Chyłka – Zaginięcie

Mecenas Joanna Chyłka jest jednym z najbardziej cenionych adwokatów warszawskiej kancelarii Żelazny/McKay. Ostra, szorstka i zawsze wygrywająca każdą sprawę. Ale najbliższe dni mocno wywrócą jej życie do góry nogami. Po pierwsze, zostaje patronem aplikanta Kordiana Oryńskiego, a po drugie dzwoni z prośbą o pomoc dawna znajoma Angelika Szlezyngier. Kobieta razem z mężem są podejrzewani w sprawie zaginięcia swojej córki, a śledztwo coraz bardziej skupia się na nich.

chylka1-1

TVN zdecydował się przenieść na ekran cykl powieści Remigiusza Mroza o mecenas Chyłki. Jednak dlaczego zaczęli od drugiego tomu? Pozostaje to zagadką, niemniej „Zaginięcie” lawiruje między kryminalną intrygą a dramatem sądowym. Bo choć mamy tutaj dochodzenie, nasi bohaterowie nie uczestniczą w nim bezpośrednio. W końcu obrońcy mają przede wszystkim bronić swoich klientów, a nie bawić się w detektywa oraz dotrzeć do prawdy. Być może dlatego mamy tutaj sporo scen w sądzie, gdzie każdy dowód, każda poszlaka jest rozpatrywana ze wszelkich możliwych perspektyw. A czy prawda jest tak naprawdę ważna, istotna czy liczy się tylko wygrana za wszelką cenę? Te pytania będą krążyć w trakcie oglądania, a sprawa zaczyna mieć drugie dno.

chylka1-2

Reżyser Łukasz Palkowski ma wprawę w prowadzeniu kryminalnych opowieści (kto oglądał pierwszy sezon „Belfra”, ten wie) i tutaj tylko to potwierdza. „Zaginięcie” jest pozornie spokojnie poprowadzone i bez jakichś formalnych fajerwerków. Pozornie stonowany kolorystycznie, gdzie mamy zderzenie sterylnych budynków Warszawy z Augustowem i okolicami – niepozbawione brudu, szarzyzny oraz będąca bardziej przyziemna. I pojawiają się zakręty, cliffhangery, kolejne wolty zmuszające do weryfikacji tego, co już wiemy o bronionych klientach. Kto tu tak naprawdę kłamie, manipuluje i komu możemy zaufać? Tajemnica tutaj naprawdę wciąga, tylko szkoda, że ostatni odcinek troszkę wykłada wszystko kawę na ławę (w jednym monologu, ale za to z retrospekcjami) i jednocześnie jest podbudowa pod drugą serię.

chylka1-3

Na mnie największe wrażenie robiły utarczki w sądzie oraz relacja między Chyłką a Oryńskim. Dialogi nie są pozbawione ciętych ripost, bluzgów oraz wszystkich meandrów prawniczych. Pozornie jeszcze mamy parę pobocznych wątków, jednak nie psują one dobrego wrażenia i nie ma ich tutaj aż tak wiele, by stanowiło obciążenie. Cała historia o dziwo ma ręce i nogi, intryga nie wydaje się naciągana czy absurdalna, zaś bohaterowie potrafią zaciekawić.

chylka1-5

Aktorsko serial całkowicie dominuje Magdalena Cielecka, wracająca do wielkiej formy. Aktorka miała dość trudną rolę prawniczki, z ciętymi ripostami, bardzo niedostępną, kompetentną i nie bojącą się stosować nieczystych zagrywek. Bywa cyniczna i nieufna wobec klientów, a jednocześnie walczy jak lwica. Choć nie przyzna się do tego wprost. Zderzona zostaje z idealistycznym oraz zaczynającym swoją karierę Ordyńskiego, który dostaje ksywę „Zordon” i aparycję Filipa Pławiaka. Aktor radzi sobie dobrze, ma wiele uroku i tworzy dość zgrany duet. Najtrudniejsze zadanie mieli wcielający się w role podejrzanych Katarzyna Warnke i Michał Żurawski. Ona sprawia wrażenie dziwnie spokojnej, a on jest bardzo wyciszony, wręcz przybity, zaś oboje skrywają wiele tajemnic. Z drugiego planu warto wyróżnić Mirosława Haniszewskiego (sprytny, choć lekko „dresiarski” cwaniak Wito), Piotra Głowackiego (prokurator Aronowicz z włosami a’la Jezus) oraz Piotra Żurawskiego (informatyk Kormak).

chylka1-4

Powiem szczerze, że „Zaginięcie” jest bardzo sprawnie wykonanym serialem kryminalnym. Historia wciąga, dialogi są mocne (chociaż za dużo klną), zaś prawnicze meandry potrafią zaangażować. I jestem strasznie ciekawy, co będzie dalej z mecenas Chyłką oraz nową, bardziej skomplikowaną sprawą. A że druga seria już w piątek, to zgadnijcie, co będę robił.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dzień czekolady

Cała historia skupia się wokół Moniki – dziewczynki, która jest bardzo mocno zżyta ze swoją babcią. Kiedy ta umiera, rodzice informują ją, że… wyjechała na Hawaje, a bohaterka przenosi się do domu gdzieś w dalekim lesie. Czuje się samotna i trudno jej nawiązać relacji z kimkolwiek. Ale w jej okolicy pojawia się Dawid, mieszkający z matką oraz kotką. Powoli zaczyna się tworzyć więź, a oboje odkrywają pewien zegar, gdzie jest przejście do innego świata.

dzien czekolady1

Debiutujący reżyser Jacek P. Bławut postanowił spróbować swoich sił przy stworzeniu kina familijnego. Mamy tutaj zderzenie dzieci próbujących radzić sobie ze śmiercią bliskich za pomocą siły wyobraźni. Stąd obecność Skoczka Czasu, portalu w starym zegarze z kukułką czy obecność wiedźmy pod postacią psychoterapeutki. Widać tutaj kilka ciekawych pomysłów, które mogłyby zostać rozwinięte w coś poważniejszego. Wizualnie też się to może podobać, gdzie nie brakuje żywych kolorów oraz lekko onirycznego klimatu. Wszystko wygląda jak z dawnych czasów, czyli przed obecnością komputerów, scenografia też buduje czas bardziej niedzisiejsze czasy. Dla mnie jednak największym problemem jest to, że całość nie chce się ze sobą skleić i zwyczajnie nudzi. Całość jest ewidentnie za krótka, przez co nie pozwala rozwinąć wielu pomysłów. A sama wizja alternatywnego świata (bar z pożeraczami czasu oraz postać skoczka) sprawia wrażenie ledwie liźniętego, zaś jego reguły oraz mechaniki są kompletnie mętne i niezrozumiałe. Przebija się możliwość podróżowania po czasie, jednak jest to tylko wspomniane. Aż chciałoby się zobaczyć jak by to wyglądało. No i same postacie są ledwie liźnięte oraz opisane za pomocą tylko jednej cechy charakteru (zwłaszcza rodzice obojga dzieci są strasznie nijacy), przez co kompletnie nie obchodziły mnie wydarzenia na ekranie.

dzien czekolady2

I mimo udziału znanych twarzy, poziom jest zaskakująco niski. Ale to wynika z samego scenariusza, który mocno podcina skrzydła. Nawet dzieciaki wypadły sztucznie i słabo (zwłaszcza Julia Odzimek jest strasznie irytująca), co tym bardziej boli. Niby jest tutaj Dawid Ogrodnik (ogolony na łyso Skoczek Czasu, który tylko zjada czekoladę i gra na lirze korbowej), Tomasz Kot (policjant – bardziej epizod) czy Magdalena Cielecka (klener z doklejoną brodą), jednak nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, a i same role nie będą raczej wspominane przez następne pokolenia.

dzien czekolady3

Debiut Bławuta więcej obiecuje niż jest w stanie dostarczyć. Niby ładnie wygląda, ale w środku jest zupełnie pusty. Troszkę jakby najciekawsze oraz najbardziej interesujące momenty zostały wycięte podczas montażu. Tak się nie robi, bo był spory potencjał, a wyszła straszna nuda.

3/10

Radosław Ostrowski

Ciemno, prawie noc

Wałbrzych. Miast pełen brudu, kopalni oraz szarzyzny. I to właśnie tutaj przybywa dziennikarka Alicja Tabor, która kiedyś tu mieszkała. Próbuje napisać o sprawie zaginięcia trójki dzieci, mimo starań policji. Ale kobieta jeszcze próbuje rozgryźć pewną tajemnicę z przeszłości, co może mieć istotny wpływ.

ciemno prawie noc1

Borys Lankosz po latach przerwy wraca z kolejną adaptacją literacką. Tym razem wziął na warsztat powieść Joanny Bator, której – niestety, albo na szczęście nie czytałem. Niby mamy tutaj coś w rodzaju dochodzenia, gdzie nasza bohaterka prowadzi rozmowy. Czy to z matką jednej z zaginionych dzieci, ciotką drugiego czy dyrektorem z domu dziecka „Aniołek”. I do tego jeszcze mamy przebitki z przeszłości, odkrywania tajemnic z życia samej Alicji (a dokładniej zniknięcia jej siostry) oraz wiele innych zagadek. I muszę przyznać, że atmosfera oraz klimat tajemnicy naprawdę wciąga. Poczucie obcości potęgują znakomite zdjęcia Marcina Koszałki (zarówno te nocne, jak i przyrody) oraz świdrująca uszy muzyka. Ale dla mnie największym problemem jest tutaj scenariusz, który całe to śledztwo spycha absolutnie na daleki, BARDZO daleki plan. Twórcy przypominają sobie o tym w ostatnich 30 minutach, gdzie znikąd pojawia się pewien trop. Do tego jeszcze przeskakujemy z postaci na postać, z wątku na wątek, już do niego nie wracając.

ciemno prawie noc2

Bo im dalej w las, tym więcej patologii, brudu i degrengolady zobaczycie. Gwałty, zabijanie zwierząt, pedofilia, pornografia dziecięca, handel dziećmi, kazirodztwo, Kotojady, morderstwo – chyba niczego więcej nie pominąłem. Problem jednak w tym, że im bardziej oddalamy się od śledztwa oraz niby bliżej poznajemy tło, tym bardziej miałem to kompletnie w dupie. Nawet w najbardziej dramatycznych momentach, co jest kompletnie zaskakujące. Samo szokowanie brutalnością, podłością i okrucieństwem świata, gdzie słońce już dawno opuściło to miejsce jest bardzo nieskuteczną strategią. Zamiast współczucia jest nuda, śmiech, obojętność (niepotrzebne skreślić).

ciemno prawie noc3

Reżyser jest jednak na tyle sprytny, że zaprosił iście gwiazdorską obsadę i częściowo próbuje ratować ten bajzel. Ale te duże nazwiska w większości pojawiają się na kilka, kilkanaście minut. Podobać może się wycofana Magdalena Cielecka w roli Alicji Tabor, tylko że nie bardzo byłem w stanie wejść w jej skórę. Niewiele się o niej dowiadujemy, albo inaczej: ta historia jest strasznie poszatkowana. Poza nią najbardziej wybija się z tego grona Piotr Fronczewski (dyrektor domu dziecka) oraz bardzo pogubiona Roma Gąsiorowska (Mizera).

Oglądając „Ciemno, prawie noc” cały czas miałem skojarzenia z „Ostrymi przedmiotami”, tylko że Lankoszowi ktoś bardzo stępił pazury. Zamiast emocji oraz tajemnicy, pojawia się przerost formy nad treścią, a kolejne dokręcanie patologicznej śruby po prostu irytuje. Nie spodziewałem się takiego rozczarowania.

4/10

Radosław Ostrowski

Jak narkotyk

Jest rok 1980. Dla Anki to czas końca nauki w liceum, prób stworzenia własnych wierszy, czyli powolny czas wchodzenia w dorosłość. Jest jednak jeszcze jedna rzecz: coraz bardziej osłabione serce, które coraz bardziej daje o sobie znać. Lekarze dają jej góra 2 lata życia, chyba że dojdzie do operacji. Ale w kraju nikt się tego nie może podjąć. Poza tym pojawia się mężczyzna – artysta Jacek, w którym się zakochuje.

jak_narkotyk1

Sam film Barbary Sass to dziwny dramat psychologiczny, próbujący pokazać życie młodej kobiety z góry wyznaczonym wyrokiem. Jednak „Jak narkotyk” ogląda się dość ciężko, nie z powodu dwóch godzin trwania, tylko sama historia wydaje się być bardzo hermetyczna. Reżyserka próbuje skupić się na samej bohaterce, przez co przeskakujemy z jednego zdarzenia do drugiego bez bezpośredniego ciągu przyczynowo-skutkowego, wywołując kompletne zagubienie. Kolejne postacie, kolejni mężczyźni, drobne sceny zabarwione onirycznym klimatem (głównie w zielonych filtrach czy sceny, gdzie są recytowane wiersze), alkohol, seks, wiersze – miesza się tutaj wiele, a przeskoki w czasie są dość spore, przez co nie byłem w stanie się zawsze zorientować, w którym momencie życia obserwujemy bohaterkę. Ile dokładnie trwa pobyt w Londynie? Kiedy Anka zostaje wykładowcą akademickim? Kim jest tajemnicza dziewczynka, która się pojawia i znika? Wszystkiego trzeba się domyślać, co samo w sobie nie musi być złe, ale nadmiar znaków zapytania potrafi szkodzić.

jak_narkotyk2

Z jednej strony coś, co można na siłę nazwać czerpaniem z życia garściami, bo czasu jest malutko. Z drugiej strony to wszystko przypomina pęd ku autodestrukcji, jakby wszystko nie było istotne. I to wywołuje jeszcze większy chaos, zaś zachowanie Anki miejscami wydaje się niezrozumiałe, wręcz okrutne (spotkanie z Jackiem w mieszkaniu oraz rozmowy telefoniczne z nim). I nie potrafiłem tego zrozumieć, co było dla mnie przeszkodą nie do przeskoczenia. Miejscami też montaż serwuje krótkie repetycje niektórych scen tuż po sobie, sprawiając wrażenie niechlujstwa, tak jak rzadkie ujęcia z ręki, przez które niewiele widać.

jak_narkotyk3

Sytuację próbuje ratować grająca główna role Magdalena Cielecka i ta rola robi bardzo mocne wrażenie. Mieszanka radości, cynizmu, skłonności autodestrukcyjnych z delikatnością, (nad)wrażliwości jest tutaj pokazania wiarygodnie, bez cienia fałszu, tylko że trudno wejść do końca w psychikę bohaterki, co jest winą scenariusza. Z dalszego planu najbardziej wyróżnia się świetny Krzysztof Pieczyński w roli niewidomego Jacka, przykuwając uwagę samą tylko obecnością oraz obsadzony w podwójnej roli Bartosz Opania (neurotyczny Piotr oraz pewny siebie Jurek).

„Jak narkotyk” pozostaje reliktem swoich czasów, czyli lat 90., próbując się odnaleźć w nowych realiach. Próbuje coś powiedzieć w sposób bardziej ambitny, jednak fabuła po pewnym czasie zaczyna się rozmywać, przez co skupienie się jest bardzo ciężkie. Jeśli warto to tylko dla Cieleckiej, grającej wbrew późniejszemu emploi, co bardzo cieszy.

6/10

Radosław Ostrowski

Serce miłości

Kino i sztuka współczesna to dość ryzykowne połączenie. Bo sztuka współczesna (zwłaszcza dla polskiego widza) jest bardzo trudna, hermetyczna, niezrozumiała i nieczytelna. Nie znaczy to, że nie próbowano przybliżyć tej tematyki, co próbował przedstawić duet Łukasz Ronduda/Maciej Sobieszczański w „Performerze”, prezentując fragmenty dorobku Oskara Dawidzkiego. W podobnym stylu próbuje pierwsza połówka tego duetu w samodzielnym „Sercu miłości”.

Tym razem jednak bohaterami jest para artystów, których nazwiska takiemu szaremu Kowalskiemu nic nie powiedzą. Oboje są performerami, z czego on (Wojciech Bąkowski) tworzy muzykę, zaś ona także rysuje, prowadzi bloga (Zuzanna Bartoszek). Spotkali się na jego koncercie, a jemu spodobały się jej ilustracje. Potem zamieszkali razem i zaczęli tworzyć, zarówno sztukę, jak i dość niecodzienną relację.

serce_milosci1

Reżyser w zasadzie to samo, co w poprzednim dziele, czyli próbuje w sposób przystępny pokazać samą sztukę, jak i dzieło tworzenia. Fabuły jako takiej może nie tyle nie ma, ile nie jest ona poprowadzona w klasyczny sposób. To jest ciąg niekoniecznie powiązanych ze sobą scen, które w dość kluczowym momencie (kłótnia) zostają gwałtownie przerwane, przez co trudno się połapać kto, co i kiedy. Wiemy, że przyczyną kłótni jest wykorzystywanie cudzych pomysłów, przez co Bartoszek (ta mniej znana) ma problem z przebiciem się szerzej, a dla Bąkowskiego (już rozpoznawalnego) pożywką. Oboje chcą się rozwijać, są też samcami alfa w tej relacji – aż dziwne, że się nie pozabijali.

serce_milosci2

Poza tym są tutaj wplecione występy obojga – zarówno wokalne, melorecytacyjne popisy Bąkowskiego, wykorzystującego dźwięk wszelkiej maści (scena, gdy dzwoni na policję i powtarza komunikat z telefonu czy finałowy występ o „odkochaniu się”) czy stosującą wszelkiej maści instalacje Bartoszek (tytułowe „Serce miłości”, magnetyzujący taniec w klubie czy pozostawione w mieszkaniu włączone wszystkie sprzęty AGD) mogą zaintrygować, ale też wprawić w stan kompletnego zakłopotania. Bo czy poza tymi występami w ogóle jest coś ciekawego? Niby próbuje się tu pokazać historię związku oraz zaskakujących relacji sztuka-życie, ale sam film jest zwyczajnie za krótki, zostawiając jedynie pewne poszlaki. Tylko trzeba oglądać bardzo uważnie oraz rozumieć i czuć sztukę współczesną, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie.

Sytuacje próbują ratować kreacje Jacka Poniedziałka oraz Justyny Wasilewskiej, których chemia jest bardzo silna. Oboje wyglądają wręcz jak klony (nie chodzi mi tylko o zgolone głowy, ale też sposób ubierania się, mowę ciała), ale oboje działają na zasadzie kontrastu: on spokojny, ona bardziej ekspresyjna. Ale to Wasilewska, dokonując totalnej metamorfozy, bardziej mnie intrygowała, zaskakiwała i była absolutnie nieobliczalna.

„Serce miłości” to kino bardzo specyficzne, do którego trzeba mieć bardzo szeroką głowę oraz przynajmniej próbę podjęcia kontaktu ze sztuką współczesną, performancem. Być może bardziej pasowałby do galerii sztuki, niemniej warto spróbować, bo to rzadkie doświadczenie.

6/10 

Radosław Ostrowski

Gwiazdy

Ostatnio w naszym kraju widoczny jest trend tworzenia biografii ludzi osadzone w czasach PRL-u, jak „Bogowie” czy „Sztuka kochania”, co jest pozytywnym zjawiskiem. Teraz do tego grona postanowił dołączyć Jan Kidawa-Błoński i tym razem przedstawić (bardzo luźno) losy Jana Banasia – piłkarza Górnika Zabrze, co miał i chciał zagrać w Mundialu AD 1974. Punktem wyjścia jest przesłuchanie Banasia przez niemiecką polizei w sprawie ranienia człowieka nożem na stadionie podczas meczu Polska-RFN. Podczas niego Banaś opowiada swoją historię, pokazując jak mocno połamane były jego losy.

gwiazdy1

Od tej pory reżyser próbuje lawirować między melodramatem, filmem o przyjaźni, dramatem obyczajowym i kinem sportowym. Wątków jest wiele, ale pozornie twórcy skupiają się na dwóch: trójkącie między Jankiem, przyjacielem Ginterem i Marleną oraz próbach kariery sportowej. Problem w tym, że ani jedno, ani drugie nie zostaje w pełni wykorzystane i przedstawione mocno po łebkach. Jakby tego było mało to uczucie między naszym protagonistą a miejscową pięknością trzeba przyjąć na wiarę. Chemii brak, emocji też, a na samo wspomnienie imienia Marlena robiło mi się słabo.

gwiazdy2

A jak sceny sportowe? Jest ich parę, nawet jest trening a’la „Rocky”, tylko że jest tego bardzo, bardzo malutko i skrótowo. Bardziej tutaj widać, co robią piłkarze po meczu (impreza, kobity i gorzała w ilościach hurtowych), a sama gra jest ograniczona albo do umieszczenia archiwalnych kadrów lub krótkich sekwencji z kluczowych momentów. Musimy przyjąć na słowo, że Banaś jest utalentowanym piłkarzem, bo tego nie widać. Wszystko jakieś takie płaskie i trzeba przyjąć na wiarę. Plusem zdecydowanie jest warstwa wizualna, wiernie odtwarzająca realia epoki (lata 60. i 70.), z pełną detali scenografią. To wygląda ładnie i trudno się do tego przyczepić.

gwiazdy3

Aktorsko jest bardzo nierówno. Dla wielu problemem może być Mateusz Kościukiewicz, który wciela się w Banasia. Moim zdaniem jest całkiem ok, ale problemem jest jego narracja z offu, która jest po prostu zbędna i dopowiada to, co później pojawia się na ekranie. Lepiej prezentuje się za to Sebastian Fabijański jako Ginter, gdyż ma więcej materiału i ta relacja między bohaterami od przyjaźni do wrogości jest wygrana. Największą wpadką była dla mnie Marlena, czyli Karolina Szymczak, która tak naprawdę nie ma nic do grania, mówi bardzo mało i ma się tylko pokazać (ew. pokazać ciało). Znacznie bardziej zapadają w pamięć role drugiego planu, z niezawodną Magdą Cielecką jako matką Janka czy Erykiem Lubosem jako ojcem Karoliny, dodając troszkę kolorów.

gwiazdy4

Mam dziwne wrażenie, że Kidawie-Błońskiemu wyszedł tylko jeden film – „Różyczka” i to chyba przez przypadek („Skazanego na bluesa” nie widziałem). I „Gwiazdy” potwierdzają tą tezę, bo jest to przeciętny tytuł, nie wykorzystujący w pełni swojego potencjału. Niewiele się dowiedziałem o samym Banasiu, a jego losy były mi obojętne.

5/10

Radosław Ostrowski

Pitbull: Niebezpieczne kobiety

Nie oczekiwałem zbyt wiele po „Niebezpiecznych kobietach”, bo Patryk Vega zmienił PitBull od realistycznego, brudnego kina policyjnego w komiksową, krwawą i przerysowaną rąbankę. Nie inaczej jest tutaj, ale tym razem nasi starzy znajomi (Majami, Gebels) są zepchnięci na dalszy plan, ustępując miejsca nowym bohaterom. A właściwie bohaterkom.

pitbull_31

Cała historia skupiona jest na mafii paliwowej i wyłudzeniu VAT-u, a głównym antagonistą jest członek gangu motocyklowego „Cukier”. Mężczyzna ma dziecko, a jego żona „Drabina” przebywa w więzieniu za zabójstwo matki (oczywiście, była niewinna). Dodatkowo idzie na układ z oficerem wywiadu skarbowego, powiązanego z mafią paliwową. Poza nimi jest jeszcze „Zuza”, która po rozstaniu z mężczyzną, postanawia zostać policjantką.

pitbull_32

Inny słowy, treściowo nadal rządzi chaos, czyli wątki są przedstawione bez ładu i składu, próbując złączyć się w jedną całość. Niemieccy bikerzy, mafia paliwowa, słupy, drobne interwencje, pytony, Strachu (tylko pod koniec), policjantki z problemami (nie wybrzmiewającymi i nie wykorzystującymi w pełni swój potencjał). Dalej mamy wiązankę bluzgów, sztywne aktorstwo statystów, pełne dukania oraz dużo, bardzo dużo krwi. Nie mogę odnieść wrażenia, że parę postaci (Majami i Olkę) można było spokojnie wyrzucić, bo nie wnoszą niczego nowego. Nawet humor wydaje się słabszy i bardziej prymitywny.

pitbull_33

Ale paradoksalnie Vega potrafi to zrobić w taki sposób, by skupić uwagę. Nadal wrażenie robią ujęcia miasta z góry czy świetnie sfilmowana scena obławy, gdzie Majami w pojedynkę kasuje kolejnych oprychów. Wszystko jednak psują dialogi, brzmiący zbyt mechanicznie, czasami bardziej bohaterowie mówią tak urzędowym językiem, że brzmi to po prostu sztucznie. Do tego jeszcze zakończenie, które pozostaje otwarte i nie zamyka wielu wątków. Dzieją się czasami rzeczy absurdalnie (wszystko związane z pytonem czy przypadkowe spotkanie Zuzy z Cukrem zakończone randką), gdzie należy się zastanowić nad psychologią i nie brakuje niemal przerysowanych sytuacji (Cukier rządzący w więzieniu), co wywołuje pewien dysonans.

pitbull_34

Jak wspominałem, Majami i Gebels (Stramowski i Grabowski) robią tylko za tło i wsparcie, ale ich obecność jest zawsze plusem. Z nowych postaci najważniejsze są trzy: Cukier, Drabina i Zuza. Pierwszego gra Sebastian Fabijański, który troszkę przypomina wcześniejszą rolę z „Belfra”, ale to mi nie przeszkadzało. Z jednej strony twardy zawodnik, nie bojący się użyć piły mechanicznej do zrobienia porządku i nie patyczkuje się (chociaż wygląda jakby był jedną nogą w grobie), ale z kobietami bywa bardziej wrażliwy, cytuje Schopenhauera i bierze leki (bo ma – i to śmieszne – cukrzycę). Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie Alicja Bachleda-Curuś wcielająca się w Drabinę. Kobieta ta jest bardzo twarda i reagująca mocno na złe traktowanie dziecka, ale jednocześnie jest bardzo rozedrgana i czuć w niej niepokój. Wszystko to zostało pokazane świetnie. Złego słowa też nie powiem o Joannie Kulig, czyli zaczynającej swoją przygodę z policją Zuzę. Dziewczyna powoli zaczyna zmieniać swoje podejście do pracy, spowodowane przez zarówno relację z Cukrem, jak i wsparcie mentorskie Gebelsa. Warto też wspomnieć o śliskim i skupionym na sobie oficerze wywiadu skarbowego, czyli wracającym do początków swojej kariery Artura Żmijewskiego.

pitbull_35

„Niebezpieczne kobiety” w zasadzie utrzymują poziom poprzednika, czyli jest to kino dresiarskie, próbujące pokazywać prawdziwe oblicze brudnego świata półświatka oraz policjantów, walczących z nimi. Nadal niby jest poważnie, ale niepoważnie, komiksowo, wręcz karykaturalnie i prymitywnie. Jako guilty pleasure sprawdziłoby się idealne. Dobrze, że następną część robi Władysław Pasikowski.

5/10

Radosław Ostrowski

Zjednoczone stany miłości

Jest rok 1990 i trafiamy do pewnego blokowiska, gdzie poznajemy cztery kobiety. Agata wydaje się szczęśliwą mężatką i matką, pracującą w wypożyczalni kaset video. Iza jest dyrektorką szkoły, spotyka się w tajemnicy z ojcem jednej z uczennic. Jej siostra Marzena była kiedyś vicemiss i marzy o karierze modelki, a mąż siedzi w RFN. Do niej próbuje się zbliżyć sąsiadka, rusycystka Renata. I tak powoli zaczynamy oglądać jak przeplatają się losy każdej z bohaterek – po kolei, by się im bliżej przyjrzeć.

zjednoczone_stany_mioci1

Odpowiadający za całość Tomasz Wasilewski robi wszystko, byśmy uwierzyli w czas, jakim się znajdujemy. Stonowana, chłodna kolorystyka, czasami drgające ruchy kamery, wreszcie ujęcia naszych bohaterek z pleców. Wreszcie, dokładnie odtworzona scenografia i stronę z przełomu ustroju, gdzie dopiero uczyliśmy się nowych zasad gry, tkwiąc jeszcze w poprzednim czasie. Ale idzie nowe, dlatego szkoła zaczyna nosić imię Solidarności, a język rosyjski zostaje wyparty angielskim, tak prozachodnio. Jednak nie o to tutaj chodzi, bo reżyser pokazuje pozornie szczęśliwe kobiety, które tak naprawdę ciągle czegoś łakną, próbują zwalczyć pustkę i poczucie niespełnienia. Może wynikać ono z braku bliskości, tłumieniu własnych emocji czy szukaniu na ślepo dróg, co mają zalewnych lepszy los: druga osoba, kariera, namiętność w łóżku. Tkane jest to bardzo powoli i dlatego wielu może poczuć się znużonych, ale każda z bohaterek ma co najmniej jedną mocną scenę. Nieważne czy to kłótnia z kochankiem, próba erotycznej bliskości czy gwałt na nieprzytomnej kobiecie – tego z głowy nie da się wymazać.

zjednoczone_stany_mioci2

Co do scenariusza mam jedno zasadnicze ale. Wątek każdej z naszych bohaterek nagle zostaje pourywany, jakby niedokończony i sprawiający wrażenie zawieszenia. Wywołuje to we mnie pewne poczucie niedosytu, bo chciałbym postawienia kropki nad i. A nad wszystkim unosi się poczucie takiej beznadziei, smutku, braku satysfakcji. Drugim problemem jest dość często pojawiająca się nagość. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale miałem czasami poczucie nadużycia oraz przesytu golizną.

zjednoczone_stany_mioci3

Te drobne mielizny są jednak zakryte pewną reżyserią oraz koncertowym aktorstwem każdej z pań, choć nie od razu zyskiwały moją sympatię. Wasilewski wierzy, że trzeba pokazać, a nie mówić o tym. Największy problem miałem z Agatą, prowadzoną przez sztywną (celowo) Julię Kijowską. Jej motywacja oraz pragnienia przez długi czas pozostawały dla mnie kompletną tajemnicą (skąd ta fascynacja młodym księdzem). Za to największe wrażenie zrobiła na mnie Dorota Kolak jako samotna (poza ptaszkami) Renata, zakochana w sąsiadce Marzenie (apetyczna Marta Nieradkiewicz), nierzadko sięgając po podstęp w postaci upozorowanego wypadku na schodach. Klasę potwierdziła także Magdalena Cielecka jako chłodna, stonowana dyrektor szkoły. Ale tak naprawdę w każdej z tych pań coś się gotuje, kipią tłumione emocje, wierząc im.

zjednoczone_stany_mioci4

Czuć tutaj ducha kina moralnego niepokoju, ale nie ma tutaj moralizowania czy piętnowania. „Zjednoczone stany miłości” to kronika samotności, melancholii oraz niespełnionych marzeń, zakończonych klęską. Smutne, ale chwytające kino, któremu trzeba dać czas oraz szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Córki dancingu

Wyobraźcie sobie Warszawę lat 80. jako miejsce pełne barw i kolorów, gdzie mieszkańcy bawią się w eleganckich lokalach. I to właśnie w tych knajpach wielką popularność zdobywa zespół Figi i Daktyle, do którego dołączyły dwie młode dziewczyny, wychowywane przez wokalistkę zespołu. Złota i Srebrna – tak mają na imię obydwie laski – skrywają jedną, ważną tajemnicę. Są syrenami – takimi z ogonami i dlatego ładnie śpiewają.

corki_dancingu1

Debiutująca na dużym ekranie Agnieszka Smoczyńska postanowiła wypełnić pustkę związaną z brakiem dobrych polskich musicali, tworząc oniryczną opowieść z bardzo mrocznym klimatem. I nie dajcie się zwieść tej kiczowatej wizualnie otoczce oraz dyskotekowej muzyce lat 80. Reżyserce udaje się barwnie odtworzyć realia (niesamowita taneczna scena zakupów w sklepie Sezam), jednak tak naprawdę jest to baśń o sławie, dojrzewaniu i miłości. Syreny nasze, niczym te ze starożytnych mitów, mają zniewalający głos, dzięki któremu mogą manipulować ludźmi, a za zranienie ich uczuć lub zniewagę, odpowiadają krwią. Film może wprawić w dziwaczną konsternację, gdzie sceny oniryczne, czyli każde w których widzimy nasze syreny w całej okazałości (z ogonami) przeplatają się z występami zespołu w całej wizualnej orgii. Sama ta wizja, jak i zestaw piosenek robi imponujące wrażenie.

corki_dancingu2

Dodatkowo mamy kilka drobnych wątków pobocznych uatrakcyjniających całość – jest romans między Srebrną a Basistą zespołu, który komplikuje siostrzaną relację, jest morderstwo i spożywanie ludzi przez syreny. I jest to dość naturalistycznie pokazane, co słabsze osoby może wystraszyć. Smoczyńska cały czas balansuje między kiczem, mrokiem i baśnią, ciągle zmieniając klimat i styl. Mimo pewnego niewykorzystania kilku postaci (pani porucznik MO czy kucharka Rakieta), to bilans wychodzi pozytywnie. Miks kiczowatego musicalu z horrorem jest smaczny, intryguje do samego końca (świetna muzyka duetu Ballady i Romanse), dodatkowo zagrane jest na wysokim poziomie.

corki_dancingu3

Nic złego nie powiem o Kindze Preis, która znów potwierdza klasę i jej głos (gdy śpiewa) potrafi oczarować. Podobnie drobne epizody Zygmunta Malanowicza (kierownik z wąsami), Romy Gąsiorowskiej (Rakieta) i Katarzyny Herman (porucznik MO), jednak film ukradły tytułowe bohaterki, zagrane przez Michalinę Olszańską oraz Martę Mazurek. Pierwsza to klasyczny, drapieżny wamp, świadomy swojej atrakcyjności, z kolei druga (Srebrna) to delikatna, miła dziewczyna dopiero odkrywająca smak życia. Czuć silną więź między syrenami (dziwaczne dźwięki w tle – ich mowa), tym bardziej porusza finał.

corki_dancingu4

Takiego filmu jeszcze na naszym podwórku nie było – z jednej strony prawie jak „Disco Polo” (podobna estetyka wizualna), z drugiej coś takiego mogło powstać w umyśle Davida Cronenberga (pod warunkiem, że byłby Polakiem). Na pewno „Córki” podzielą wszystkich widzów, ale na pewno jest to taki film, którego nie da się po prostu wymazać.

7/10

Radosław Ostrowski