Psy 3. W imię zasad

Franz Maurer – nie ma chyba w Polsce nikogo, kto nie słyszałby tego nazwiska. Były ubek, były policjant, skazaniec. Człowiek, który wie o zabijaniu więcej niż ktokolwiek z osób czytających. Teraz wychodzi po 25 latach z więzienia i czeka na niego niespodzianka z Rosji. Ma siedem dni na odzyskanie kasy, a właściwie tej części, co zniknęła w „dwójce”. Inaczej zginie on albo jego stary znajomy Waldek Morawiec. „Nowy” ma swoje problemy, bo zaginął mu syn i nie może się z nim skontaktować. Drogi obydwu panów przecinają się.

psy3-1

Władysław Pasikowski wraca do swojego sensacyjno-gangsterskiego świata. Ale czy 25 lat przerwy nie spowodowało, że Franz i Nowy troszkę nie „zardzewieli”? Bo czasy zmieniły się gwałtownie, a starzy ludzie są tutaj zwyczajnie niepotrzebni, spychani na margines. Franz jest starym bandziorem, bez rodziny, bez perspektyw; Nowy przeszedł na rentę i niby ma rodzinę, ale czuje się troszkę pusty bez swojej pracy. No i jeszcze młody pies, czyli komisarz Witkowski – twardy, bezkompromisowy, nie idący na żadne układy. Cała trójka prowadzi jedno dochodzenie, czyli zaginięcie syna Nowego oraz odkrycie korupcji w policji. Niby to już widzieliśmy, sama akcja toczy się raczej niespiesznie, okraszona miejscami smolistym humorem, a jednak potrafi wciągnąć. Czuć jednak pewną anachroniczność, mimo wykorzystania nowoczesnej technologii. Kobiety są tutaj spychane na bardzo daleki plan, dialogi pełne bluzgów, zaś bohaterowie stają się trzymać swoich zasad.

psy3-2

Muszę się przyznać, że Pasikowski nadal czuje swoje postacie. Nie należy się jednak spodziewać klimatów kultowej części pierwszej. Żadnego obrazoburstwa, politycznych wątków oraz ataków na nową władzę, co wielu może rozczarować. Bliżej tutaj do części drugiej, choć jest ona bardziej kameralna i mniej widowiskowa. Reżyser gra też na nostalgii (co akurat jest nieuniknione), mimo tego, że obecność starych bohaterów jest albo śladowa (Wolf, Stopczyk), albo tylko się o nich wspomina. Fabularnie wiele rzeczy jest potraktowanych skrótowo (Franz obsługujący smartfona czy postawa komendanta wobec swoich skorumpowanych podwładnych), a pewne postaci pojawiają się i znikają (policjant Lewar czy gangster Spinaker). Dodatkowo też zakończenie mnie nie usatysfakcjonowało, jakby stawiając całość w zawieszeniu.

psy3-3

Aktorzy też się tutaj bardzo dobrze prezentują, stając się najmocniejszą kartą w talii Pasikowskiego. Linda to nadal stary, dobry Franz i nawet nie czuć tak bardzo fizycznego zmęczenia. Ciągle cyniczny, lojalny oraz nie bawiący się w półśrodki. Najbardziej zaskoczył mnie Cezary Pazura, a jego przechodzi mocną ewolucję. Kiedyś idealista, dzisiaj człowiek rozczarowany oraz pełen gniewu, który eksploduje. Aktor pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Z nowych postaci najbardziej wybija się Jan Frycz jako cwany, choć też mający swoje zasady „Panicz” oraz Marcin Dorociński, czyli ostatni sprawiedliwy na komendzie Witkowski.

Mimo wielu wad, nie jestem w stanie nie lubić nowych „Psów”. Pewnie przemawia za mną ten nostalgiczny pociąg, ale też i moje niezbyt wysokie oczekiwania. Podejrzewałem, że „trójka” powstała w imię kasy niż zasad, jednak jako czysto kryminalna historia trzyma poziom.

7/10

Radosław Ostrowski

Ciemno, prawie noc

Wałbrzych. Miast pełen brudu, kopalni oraz szarzyzny. I to właśnie tutaj przybywa dziennikarka Alicja Tabor, która kiedyś tu mieszkała. Próbuje napisać o sprawie zaginięcia trójki dzieci, mimo starań policji. Ale kobieta jeszcze próbuje rozgryźć pewną tajemnicę z przeszłości, co może mieć istotny wpływ.

ciemno prawie noc1

Borys Lankosz po latach przerwy wraca z kolejną adaptacją literacką. Tym razem wziął na warsztat powieść Joanny Bator, której – niestety, albo na szczęście nie czytałem. Niby mamy tutaj coś w rodzaju dochodzenia, gdzie nasza bohaterka prowadzi rozmowy. Czy to z matką jednej z zaginionych dzieci, ciotką drugiego czy dyrektorem z domu dziecka „Aniołek”. I do tego jeszcze mamy przebitki z przeszłości, odkrywania tajemnic z życia samej Alicji (a dokładniej zniknięcia jej siostry) oraz wiele innych zagadek. I muszę przyznać, że atmosfera oraz klimat tajemnicy naprawdę wciąga. Poczucie obcości potęgują znakomite zdjęcia Marcina Koszałki (zarówno te nocne, jak i przyrody) oraz świdrująca uszy muzyka. Ale dla mnie największym problemem jest tutaj scenariusz, który całe to śledztwo spycha absolutnie na daleki, BARDZO daleki plan. Twórcy przypominają sobie o tym w ostatnich 30 minutach, gdzie znikąd pojawia się pewien trop. Do tego jeszcze przeskakujemy z postaci na postać, z wątku na wątek, już do niego nie wracając.

ciemno prawie noc2

Bo im dalej w las, tym więcej patologii, brudu i degrengolady zobaczycie. Gwałty, zabijanie zwierząt, pedofilia, pornografia dziecięca, handel dziećmi, kazirodztwo, Kotojady, morderstwo – chyba niczego więcej nie pominąłem. Problem jednak w tym, że im bardziej oddalamy się od śledztwa oraz niby bliżej poznajemy tło, tym bardziej miałem to kompletnie w dupie. Nawet w najbardziej dramatycznych momentach, co jest kompletnie zaskakujące. Samo szokowanie brutalnością, podłością i okrucieństwem świata, gdzie słońce już dawno opuściło to miejsce jest bardzo nieskuteczną strategią. Zamiast współczucia jest nuda, śmiech, obojętność (niepotrzebne skreślić).

ciemno prawie noc3

Reżyser jest jednak na tyle sprytny, że zaprosił iście gwiazdorską obsadę i częściowo próbuje ratować ten bajzel. Ale te duże nazwiska w większości pojawiają się na kilka, kilkanaście minut. Podobać może się wycofana Magdalena Cielecka w roli Alicji Tabor, tylko że nie bardzo byłem w stanie wejść w jej skórę. Niewiele się o niej dowiadujemy, albo inaczej: ta historia jest strasznie poszatkowana. Poza nią najbardziej wybija się z tego grona Piotr Fronczewski (dyrektor domu dziecka) oraz bardzo pogubiona Roma Gąsiorowska (Mizera).

Oglądając „Ciemno, prawie noc” cały czas miałem skojarzenia z „Ostrymi przedmiotami”, tylko że Lankoszowi ktoś bardzo stępił pazury. Zamiast emocji oraz tajemnicy, pojawia się przerost formy nad treścią, a kolejne dokręcanie patologicznej śruby po prostu irytuje. Nie spodziewałem się takiego rozczarowania.

4/10

Radosław Ostrowski

Zabawa, zabawa

Były sobie trzy kobietki, które dzieli wszystko: wiek, pozycja społeczna, praca. Magda jest młodą dziewczyną, która łączy studia z pracą. Dorota to topowa pani prokurator, ma syna oraz męża polityka. Z kolei Teresa jest szanowany lekarzem dziecięcym. W końcu tytuł profesora zobowiązuje. A co wszystkie je łączy? Wszystkie od dłuższego czasu mają pewnego partnera, choć ma różne imiona: wino, szampan, wóda. W końcu dochodzi do momentu, kiedy musi zostać podjęta decyzja – dalej trwać w tym związku czy zerwać?

zabawa zabawa1

Mam bardzo silne wrażenie, że Kindze Dębskiej udał się tylko jeden film: „Moje córki krowy”. Następne próby opowieści o ludziach mierzących się z własnymi dramatami. Wydaje się, że „Zabawa, zabawa” jest kolejną próbą tego typu historii. Ale filmów o nałogowych alkoholikach było mnóstwo, zwłaszcza w naszym podwórku (filmografia Smarzowskiego pełna jest procentów). Ale kobieta pijąca? O tym jakoś się nie mówi, nie opowiada, nie pokazuje. Bo alkohol nie wybrzydza, nie osądza, nie krytykuje. Pociąga i przyciąga każdego bez wyjątku, a zanim się zorientujesz, nie możesz bez niego żyć. Reżyserka w jakimś sensie historie, które już znałem, słyszałem, oglądałem. Jak alkohol potrafi zadziałać w sposób destrukcyjny. Nie tylko wobec osoby pijącej, ale całego otoczenia. Bo im dłużej trwa ten taniec z butelką, tym coraz trudniej jest go przerwać. Każda wymówka wydaje się dobra, żeby dalej on trwał i trwał. Bo przecież nic się nie stało, bo ja nie piję (za dużo).

zabawa zabawa2

Ale to wszystko jakoś niespecjalnie angażuje. Same pierwsze sceny są mocnym uderzeniem i zapowiadają coś poważnego. Jednak sama konstrukcja jest problematyczna. Przeskoki z postaci na postać wybijały mnie z rytmu. Dębska pokazuje mikroscenki, ale bardziej skupia się na pokazywaniu skutków niż przyczyn. Nie ma odpowiedzi na pytanie dlaczego (może poza jednym zdaniem), co mnie troszkę zmartwiło. Nawet psychologia postaci wydaje się mocno uproszczona. Chciałoby się bliżej poznać każdą z tych bohaterek, co byłoby sporą wartością dodaną.

zabawa zabawa3

Jedynie broni się realizacja: długie ujęcia, płynny montaż oraz dość dołująca muzyka w tle. Ale tak naprawdę wszystko trzyma na barkach aktorskie trio. Wielką przyjemnością było dla mnie oglądanie Doroty Kolak (profesor Teresa), troszkę ironizującej Agaty Kuleszy (Dorota) oraz poruszającej Marii Dębskiej (Magda). I nawet najbardziej nie do końca trafne momenty nie wywołują fałszu. Ale postacie poboczne – poza granym przez Dorocińskiego męża pani prokurator – nie mają tutaj zbyt wiele do roboty. Są tylko pewnymi epizodami, pozbawionymi większego znaczenia, przez co troszkę szkoda aktorów. Nie można nie wspomnieć o rozładowujących napięcie duetu policjantów (Rafał Rutkowski i Sławomir).

„Zabawa, zabawa” to kolejny film Dębskiej, który jest lepiej zrealizowany, zagrany niż napisany. Strasznie przeszkadza szarpana narracja oraz słabnące zaangażowanie, a także poczucie zmarnowania potencjału na coś więcej. Czy jest szansa na zbliżenie się do poziomu „Dwóch córek krów”? Może następnym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

303. Bitwa o Anglię

O bitwie o Anglię słyszał chyba każdy, bo chyba każdy Polak ma pewną szczątkową wiedzę na ten temat. Zwłaszcza, że spory udział w tym walnym zwycięstwie mieli piloci z Polski. Czy to nie jest wręcz gotowy materiał na kinową produkcję? Odpowiedź na to pytanie wydaje się teoretycznie prosta. Tylko, że trzeba umieć z tego materiału coś powyciskać, wybrać oraz stworzyć z tego spójną opowieść. W roku 2018 powstały aż dwa filmy o tej tematyce: jeden brytyjsko-polski, a drugi polski (o nim innym razem).

„303. Bitwa o Anglię” to produkcja Davida Blaira, który spore doświadczenie osiągnął przy pracy dla telewizji. Jednak nasz dystrybutor postanowił tą dość skromną produkcję pokazać na dużym ekranie. I nie wiem, czy to był dobry pomysł. Cała narracja skupia się przede wszystkim na dwóch postaciach: polskiego pilota Jana Zumbacha oraz dowódcy dywizjonu, Johna Kenta „Kentowskiego”. Ale twórcy mają tutaj spore ambicje, próbując upchnąć całą historię Dywizjonu od momentu przygotowań aż do roku 1946 i wydalenia Polaków z Brytanii po wojnie. Sporo jak na ponad półtorej godziny – tylko, czy aby nie za dużo.

bitwa_o_anglie1

Sam scenariusz sprawia wrażenie bardzo chaotycznego, gdzie postacie, nazwiska, wydarzenia mieszają się bardzo mocno i nie do końca wiadomo, na czym tak naprawdę się skupić. W zasadzie opowieść można podzielić na trzy etapy: pojawienie się naszych lotników i szkolenie, pierwsze loty oraz zestrzelenia (co wywołuje szacunek przełożonych) oraz – na dość krótko – Paradę Zwycięzców bez udziału naszych. Ale samo wykonanie jest, delikatnie mówiąc, niezadowalające. Niby są też krótkie sceny z perspektywy niemieckich soldaten, jednak są bardzo krótkie i nieistotne dla całości. Do tego narracja jest poprowadzona bardzo skokowo, przez co nie mogłem się zorientować, kiedy dzieją się poszczególne wydarzenia oraz potyczki. To można było lepiej poprowadzić i wybrać.

bitwa_o_anglie2

Drugi dość istotny problem to są postacie, które w zasadzie są ledwo zarysowane. Aczkolwiek są w tej materii pewne wyjątki – troszkę lepiej poznajemy Zumbacha, Urbanowicza (ku mojemu zdziwieniu jest go zaskakująco niewiele), bardziej charakternego Tola, „Króla” czy Gabriela Horodyszcza, który ma pewien moralny dylemat (całkiem nieźle rozegrany). Pomóc w tych szczątkowych portretach psychologicznych próbują krótkie retrospekcje z Polski, pokazujące losy najbliższych naszych pilotów. Do tego jeszcze pokazani są jako ludzie, a nie pomnikowe postacie bez skazy. Za to akurat spory plus.

Ale coś, co mnie w tym filmie bardzo zaskoczyło: jak bardzo jest to historia pozbawiona „romantycznej” otoczki oraz patosu. Tutaj nie brakuje scen śmierci, porażek, co mocno odbija się także na psychice naszych bohaterów, którzy są wykorzystywani przez brytyjskie wojsko. Chociaż sceny żalu i bólu są jest tutaj parę klisz (scena, gdy pozostali piloci po prostu gapią się ze smutnymi minami w ciszy, a w tle gra smutna muzyka), niemniej pojawiają się emocje, a niektóre sceny potrafią złapać za gardło.

bitwa_o_anglie3

No i chyba najgorsza rzecz – sceny lotniczych starć. Nie chodzi nawet o to, że wykorzystano efekty komputerowe, bo w takich produkcjach jest to nieuniknione. Tylko, że jakość tych efektów woła o pomstę do nieba. Paskudnie wyglądające wybuchy, lecące kule czy samoloty to po prostu porażka. A sam montaż tych scen wywołuje ogromną konsternację – nie byłem w stanie określić kto jest gdzie, jaka jest odległość i z kim tak naprawdę walczą. Mimo, że tych scen jest dość sporo, choć są dość krótkie i nie angażują. Jest nawet pewien wątek romansowy, ale nie wywołuje bólu głowy.

Aktorzy po prostu robią, co mogą, jednak sam scenariusz nie daje im zbyt wiele pola do popisu. Najważniejsze tutaj są dwie postacie, czyli Zumbach i Kent. Muszę przyznać, że Iwan Rheon w roli naszego pilota wypada naprawdę nieźle. Ma sporo charyzmy, jest dość wycofany, a i po polsku daje sobie radę (choć akcent troszkę boli, niemniej jest do przyjęcia), z czasem widać zmęczenie wojną. Zaś Gibson w roli Kenta również wypada solidnie (głos po tatusiu, czyli mocny, szorstki), a jego relacja z lotnikami się pogłębia. Pozostali aktorzy (w tym Polacy), robią tutaj za tło, wykorzystując w pełni swój czas. Szkoda mi najbardziej Marcina Dorocińskiego jako Witolda Urbanowicza, który nie ma tutaj zbyt wiele do roboty i w zasadzie jest zepchnięty do bycia dekoracją. Podobnie tacy zdolni goście jak Filip Pławiak (czarujący Miro), Sławomir Doliniec (zadziorny Tolo) czy Adrian Zaremba (Horodyszcz), choć każdy z nich ma jedną scenę, gdzie zapada w pamięć. To jednak troszkę za mało.

Powiem, że jestem brytyjską wersją tej historii lekko zawiedziony. Muszę przyznać, że jednak w miarę to wszystko trzyma się faktów, a sami Anglicy potrafią pokazać, iż nie zawsze byli wobec naszych bohaterów fair (ostatnia scena). Potencjał jednak był na wiele, wiele lepszy film, tylko wymagałby bardziej „pewnego” reżysera i scenarzysty, o budżecie nawet nie wspominając.

5/10

Radosław Ostrowski

Plan B

Nowelowe kino ostatnio znowu przeżywa renesans. Ale z drugiej strony takie filmy, gdzie mamy przeplatane historyjki kilku postaci wymagają więcej precyzji, skupienia i zgrania wszystkich elementów do kupy. Tego zadania postanowiła podjąć się Kinga Dębska w swoim trzecim filmie „Plan B”.

Akcja toczy się parę dni przed Walentynkami, zaś bohaterami jest czworo ludzi znajdujących się w tym momencie, gdzie ich życie zaczyna się wywracać do góry nogami. Mirek właśnie wyszedł do więzienia, a w domu nikt na niego nie czeka, u Natalii (kiedyś wiolonczelistka) córka wyjeżdża za granicę i zostawia ją mąż, Agnieszka (wykładowca) traci ukochanego w wypadku, zaś Klara bardziej skupia się na życiu swojego ojca niż własnym. Innymi słowy spokojne i stabilne życie zostało zburzone w ułamku sekundy. Tylko co dalej?

plan_b1

Jak wspominałem historie tutaj się przeplatają, czyli przeskakujemy z jednej postaci do drugiej, chociaż niektóre wątki są bardzo luźno ze sobą powiązane. Wszystkie mają za to jeden wspólny mianownik: samotność. Każdy z bohaterów musi się pogodzić z zastaną sytuacją i odnaleźć swoje miejsce. Ale od czego są inni ludzi, bo czasem przypadkowe zdarzenie może doprowadzić do czegoś nowego, znalezienia nowej, bliskiej osoby (z którą raźniej można iść przez drogę zwaną życiem), przewartościowania, znalezienia nowego planu na siebie. Same przejścia nie wywołują dezorientacji czy chaosu, a całość polana jest sporą ilością ciepłego humoru. Tylko, że to wszystko wydaje się (dla mnie) zbyt skrótowe, pewne problemy są nagle rozwiązywane, poza kadrem. I przez to nie byłem w stanie do końca wejść w ten tytuł. Nie brakuje kilku zapadających w pamięć momentów (pierwsze spotkanie Mirka z psem i wspólny posiłek, zdemolowanie kuchni przez Natalię czy scena pogrzebu), nawet wręcz dramatycznych, tylko scenariusz mocno kuleje, mimo iż Dębska wyciska z niego wszystko. Za łatwo to wszystko wchodzi, postacie są dość lekko zarysowane, a wiele scen zasługuje na rozwinięcie.

plan_b2

Ale trzeba przyznać, że wszystko to jest świetnie zagrane. Na pierwszy plan wybija się Marcin Dorociński, który od początku budzi sympatię, a jego interakcje z psem dodają bardzo dużo lekkości. Klasę także potwierdza Kinga Preis (Natalia) oraz dawno nie widziana – przynajmniej przeze mnie – Edyta Olszówka (Agnieszka), przekonująco pokazując stany emocjonalne swoich bohaterek w bardzo powściągliwy sposób. Za to odkryciem dla mnie była Małgorzata Gorol (Ania), dodając odrobinę dynamiki w relacji z Agnieszką. No i jeszcze Roma Gąsiorowska pokazująca się z dobrej strony.

plan_b3

Powiem szczerze, że „Plan B” wywołał we mnie poczucie lekkiego niedosytu. Można było troszkę rozciągnąć i rozbudować każdy z tych wątków, bo scenariusz jest najsłabszym ogniwem. Ale seans pozostaje bardzo przyjemny, wręcz działa kojąco, co jest ogromną zasługą Dębskiej. Tylko przyzwoite dzieło.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Pitbull. Ostatni pies

Dawno, dawno temu, czyli gdzieś w 2005 roku pojawił się „Pitbull”. Debiut niejakiego Patryka Vegi to było surowe, brudne i – co z dzisiejszego czasu wydaje się niemożliwe – bardzo realistyczne, wiarygodne pod względem psychologicznym, mimo fragmentarycznej konstrukcji fabuły. Despero, Benek, Gebels, Metyl, Nielat – te postacie, dodatkowo fantastycznie zagrane, zapadły mocno w pamięć. Ale Vega zaczął robić filmy pokazujące prawdę, całą prawdę i gówno prawdę, a reaktywacja „Pitbulla” w 2015 roku była szczytem przeciętności. Teraz za markę wziął się twórca, który na psach znał się dobrze – Władysław „Co ty, k****a, wiesz o reżyserowaniu” Pasikowski.

Cała historia zaczyna się od zabójstwa niejakiego Soczka – byłego partnera Majami („Kto to k***a jest Majami?). Dostał kulkę w łeb, a że to było za mało, to jego wóz eksplodował. Komendant zbiera ekipę, wraca Metyl z zesłania, prosto ze szkolenia FBI wskakuje Nielat (teraz Quantico) i jest hipoteza: zabójstwo zlecił Gawron – szef Pruszkowa. Tylko jak to zweryfikować? Jest plan: infiltracja przez gliniarza pod przykrywką. Wybrany zostaje Despero, który jest łudząco podobny do niejakiego Hycla, którego schwytali Ruscy.

pitbull__ostatni_pies1

I już pierwsza scena, czyli transakcja na wschodzie z wódą, podniszczony magazynem oraz rosyjską ruletką pokazuje jak wielka jest różnica jest między kinem wegańskim, a kinem dobrym. Bo dla takiego Pasikowskiego napisanie scenariusza z początkiem, środkiem i zakończeniem to rutyna, a dla Vegi był szczytem możliwości. Sama intryga jest prowadzona powoli, spójnie oraz z wręcz sk***łą konsekwencją. Reżyser pewnie buduje swój świat: pozbawiony zasad, gdzie męska przyjaźń jest szorstka oraz z typowym dla tego twórcy portretem kobiet – albo są to dziwki, morderczynie i suki, bardziej bezwzględne (albo i tak samo) od facetów. I jak żyć w takim świecie? Reżyser potrafi wciągnąć w dochodzenie, po drodze odnosząc się albo do poprzednich części (czego się nie spodziewałem), jak i do aktualnych wydarzeń (Amber Gold, zabójstwo komendanta Papały), trzymając aż do, prawie samego końca. Bo zakończenie, niestety mnie rozczarowało, sprawiając wrażenie urwanego.

pitbull__ostatni_pies2

Stylistycznie nowemu „Pitbulowi” bliżej jest do sensacyjniaków z lat 90., co wynika z przedstawienia tła. Rzadko są pokazywane nowoczesne cacka (w komisariacie), nadal mamy wojnę Pruszkowa z Wołominem, dyskoteki z pstrokatymi kolorami oraz gangsterów z ciuchami jakby z tego okresu. Czy to mi przeszkadzało? Absolutnie nie, choć dla wielu może stanowić problem. Po drodze nie brakuje rozmów, ciętych dialogów, niepozbawionych złośliwego humoru, dobrze zrobionych strzelanin (akcja na targu czy starcie z Wołominem – trzech na siedmiu, czyli uczciwa, równa walka) oraz kilku zwrotów akcji. Może i troszkę czuć pewne stępienie pazurów.

pitbull__ostatni_pies3

Za to film jest fantastycznie zagrany. Klasę potwierdza powracający do roli Despera Marcin Dorociński, który ciągle balansuje między obydwoma stronami barykady. W zasadzie on jeden mógłby grać i byłby lepszy niż cała obsada poprzednich części. Wrócił też Rafał Mohr, który kompletnie nie przypomina swojej postaci z poprzednich części. Nielat, wróć Quantico zmężniał, lepiej się nosi, no i jakby troszkę mądrzejszy się zrobił. Na mnie jednak największe wrażenie zrobił kapitalny Krzysztof Stroiński, czyli Metyl. Nadal inteligentny, nadal pijący i nadal rzucający ciętymi ripostami – jakby nic się nie zmieniło. A jego wejście podczas finałowej strzelaniny („Wchodzę na dancing”), robi porażające wrażenie. Stara gwardia ciągle w formie.

pitbull_ostatni_pies4

A jak sobie radzą nowe postacie? Rzuca się w oczy Dorota Rabczewska, czyli Mira. Niby zwykła, ale charakterna dziewucha, która – z powodu pewnych okoliczności – musi przejąć inicjatywę, stając się rozgrywającą. Niespodziankę też zrobił Cezary Pazura jako gangster Gawron, pokazując troszkę zapomniany talent dramatyczny. Mocny jest Adam Woronowicz (Junior), sprawiający wrażenie tylko pomocnika, ale jest bardziej cwany, wręcz śliski. Także drobniejsze role Jacka Króla („Kowal”), Zbigniewa Zamachowskiego (bezdomny „Gawełek”) czy pojawiającej się na chwilę Kasi Nosowskiej zostaje w pamięci na długo.

Pasikowski może i troszkę złagodniał (jest troszkę sucharów, mniej bluzgów niż zwykle), troszkę czerpie z klisz klasycznego kryminału, ale „Ostatni pies” tylko na tym zyskał. To mocne, klimatyczne kino sensacyjno-policyjne, wieńczące ten cykl i wracające troszkę do korzeni. Na takiego „Pitbulla” czekałem.

7/10

Radosław Ostrowski

Małżeńskie porachunki

Ib i Edward mieszkają w małym miasteczku Nibe, gdzie pracują jako budowlańcy. Powiedzmy, że pracują, bo bardziej to działa na zasadzie szantażu (drobnego i dyskretnego), robiąc troszkę na boku. Panowie czują się sfrustrowani, niespełnieni w sypialni, bo żony wolą salsę (oraz instruktora – szkoda, ze gej!) i wydawać ich kasę. Dlatego nasi poczciwi panowie chcą się rozwieść. Tylko, że oddanie połowy majątku (włącznie z kasą na boku) jest dość drogie. Dlatego pod wpływem alkoholu postanawiają zatrudnić wysokiej klasy specjalistę do spraw rozwodowych z Rosji – Igora Ladpolny’ego, która pomaga uszczęśliwiać ludzi.

malzenskie_porachunki1

Duńska czarna komedia z wątkiem kryminalnym – jak można przejść obojętnie wobec takiego smakowitego dania. Ole Bornedal w tej pozornie prostej historii robi wszystko, by pokazać trudności życia małżeńskiego. Czy jest jeszcze szansa na przywrócenie dawnego ognia oraz odzyskania energii? Nasze dwie małżeńskie pierdoły próbują cała sytuację odkręcić, tylko że to nie jest takie proste, zwłaszcza iż małżonki poznają ich plan. I wtedy się wszystko zaczyna pier…, znaczy się rozpada się niczym domek z kart. Jeden cyngiel, drugi cyngiel – przepraszam, specjaliści od problemów małżeńskich. Wiele rzeczy się dzieje dzięki niesamowitym splotom okoliczności, ale jak to wciąga i pokazuje, że zwyczajnie wystarczy w pełni się otworzyć i szczerze, w cztery oczy pogadać. Ale wtedy „Małżeńskie porachunki” by nie powstały.

malzenskie_porachunki2

Czasem poczucie humoru siada, idąc we wręcz „brodate” dowcipy w rodzaju przebieranek facetów w kobiety czy troszkę seksistowskich tekstów, ale to nie psuje odbioru. Ale kiedy rzuca różne zabawy stereotypami oraz siarczystymi bluzgami (scena jazdy taksówką z kierowcą-Arabem – perełka). Polane miejscami absurdem daje wręcz prawdziwego kopa oraz test dla naszych przepon (finałowa „terapia” czy wszelkie zgony), ale trzeba lubić takie miejscami smoliste żarty.

malzenskie_porachunki3

I jeszcze jak to jest zagrane. Zarówno nasz pierdołowaty duet Urlich Thomsen/Nicholas Bro, jak i bardziej zawzięte kobitki Lene Maria Christensen/Mia Lyhne, doprowadza do iskier, mocnych spięć oraz kilku ostrych tekstów. Ale to wszystko blaknie z jednego, prostego powodu – świetnego Marcina Dorocińskiego w roli Igora. Kiedy wchodzi, to tak, by wszyscy słyszeli (scena na lotnisku) i zawsze z gorzałą w ręku. I ten piękny akcent – cudownie się tego słucha.

malzenskie_porachunki4

„Małżeńskie porachunki” to typowa skandynawska czarna komedia, dająca wiele świeżości oraz frajdy w trakcie oglądania. Inteligentne, dowcipne, czasami chamskie, czasem prostackie – zawsze trafiające w punkt.

7/10

Radosław Ostrowski

Operacja Anthropoid

II wojna światowa pociągała, przyciągała i będzie przyciągać kolejne pokolenia kinomanów oraz filmowców. Nie inaczej było w przypadku zeszłorocznej hollywoodzko-czeskiej produkcji „Operacja Anthropoid”, zrealizowanej przez irlandzkiego reżysera Seana Ellisa (także współtworzył scenariusz, zrobił zdjęcia i wyprodukował). Film z tak nośnym tematem podbiłby polskie kina, gdyby w ogóle do nich trafił, ale tak się nie stało. Szkoda, bo trafiłby na podatny grunt.

anthropoid1

Jest rok 1941, Protektorat Czech i Moraw, czyli dawna Czechosłowacja. Od dwóch ten kraj jest w rękach nazistów, którzy robią, co chcą. Od jesieni nowym władcą tego kraju jest obergrupenfuehrer SS Reychard Heydrich, który terroryzuje kraj, by niszczyć ruch oporu. Rząd na uchodźctwie wysyła do kraju dwóch komandosów – Jana Kubisia i Józefa Gabcika z konkretnym zadaniem do wykonania: zabiciem Heydricha.

anthropoid2

Ellis wykorzystuje historię, o której mało kto wie i mało kto słyszał. To jest duży plus, do tego pokazuje inne oblicze Czechów z czasów wojny, którzy kojarzeni byli raczej ze spokojem, kolaboracją i biernością. Tutaj mamy ich twarz walczących, trzymających broń i ginących za kraj. Wydaje się to nie do pomyślenia, jednak reżyser potrafi wiarygodnie pokazać tych ludzi, także rozdartych między rozkazem a konsekwencjami wykonania tego wyroku. Dobrze oddano realia epoki, gdzie ludzie są terroryzowani i w każdej chwili może czekać ich śmierć.

anthropoid3

No i najważniejsze: film trzyma w napięciu. Zarówno pierwsze spotkanie naszych chłopaków na czechosłowackiej ziemi, kontakt z ruchem oporu podkręcają adrenalinę. Prawdziwą wisienką na torcie był jednak sam zamach (tylko kamera miała swoje ADHD), jak i oblężenie kościoła, gdzie ukrywają się nasi bohaterowie. Jest dużo strzelania, pirotechniki oraz bardzo gorzki finał (lekko hollywoodzki).

anthropoid4

Że kibicujemy naszym bohaterom jest też zasługą dobrego aktorstwa. Ale czy może być inaczej, gdy do głównych ról wybiera się Cilliana Murpy’ego? Tutaj Irlandczyk tworzy bardzo pewnego, opanowanego i silnego Gabcika. Skontrastowany z nim jest Kubis (dobry Jamie „już nie Grey” Dorman), mający wiele wątpliwości, co do akcji, z trzęsącymi się dłońmi. Na drugim planie mamy dwie silne postacie szefów ruchu oporu, czyli wujka Halsky (Toby Jones) oraz Ladislava Vanka (Marcin Dorociński, który ma swoje mocne pięć minut). Obydwaj są oddani sprawie, choć Vanek obawia się konsekwencji.

anthropoid5

„Operacja Anthropoid” to mocne, mroczne i niepozbawione emocji kino, opowiadające mało znaną historię. Fani II wojny światowej oraz dobrych produkcji powinni się zmierzyć. Dobra robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Na granicy

Góry – znacie inną przestrzeń, która budziłaby taki majestat i lęk? To właśnie tutaj wyrusza ojciec z dwoma dzieciakami. Mateusz był pogranicznikiem, jednak po śmierci żony zrobił sobie wolne i teraz powraca. Myśli, by wrócić do służby, dlatego z dwoma dojrzewającymi chłopakami – Jankiem oraz Tomkiem, wyruszają w góry do dawnej strażnicy. Tam też trafia tajemniczy nieznajomy podczas śnieżycy. Jest posiniaczony, we krwi i w plecaku nosi pistolet. Ojciec wyrusza, by ustalić co się dzieje, a chłopaki zostają same.

na_granicy2

Debiutant próbuje zrobić jedynie porządny thriller, bez ambicji i udawania, że chodzi o coś więcej. Wybrał odpowiedni plener, czyli bieszczadzkie lasy oraz góry. Jest burza śnieżna, strażnica jest  w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc, a w radiu leci tylko Radio Maryja („ci to mają wszędzie zasięg”) i kompletna izolacja. Poczucie bezsilności jest tutaj bardzo konsekwentnie budowane, dzięki znakomitym zdjęciom Łukasza Żala. Góry i lasy wyglądają po prostu niesamowicie w tym zielonym filtrze, ale jest też sporo mroku. Miejsce odcięte od świata, strach i powolne wchodzenie młodych chłopaków w dorosły świat. I muszę przyznać, że robi to klimat, a od połowy atmosfera gęstnieje, wywołując ciarki, niepokój oraz kibicowanie za wszystkich. Każdy ruch, każdy trzask mocno archaicznej radiostacji, każdy dźwięk podkręca całość, a muzyka niemal wzięta z horroru tylko czyni całość bardziej intensywną.

na_granicy1

W połowie jednak zaczyna robić się troszkę schematycznie, powoli odkrywając elementy układanki związanych z nieznajomym Konradem. Jednak nawet to, co dostajemy to zaledwie wycinek, nie dający pełnej odpowiedzi na pytanie: jakim człowiekiem jest naprawdę ten mężczyzna? Świat staje się brutalniejszy, a kto jest kim i kto z kim trzyma może wywołać dezorientację. A im bliżej końca, tym bardziej reżyser sięga po oczywiste chwyty: pogoń Konrada za jednym z chłopców w mroku czy finałowa konfrontacja, ale mimo tej wady i tak się to ogląda z przyjemnością.

na_granicy3

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to jest to film Marcina Dorocińskiego. Jego Konrad to trudna do oceny postać: z jednej strony rzucający mięchem, obrzydliwie wyglądający i zdolny do najgorszego okrucieństwa, z drugiej jak wszyscy tutaj, chce przetrwać i nie boi się sięgnąć po najmocniejsze argumenty. Jednocześnie jest w nim coś nieoczywistego i wrażenie, że ten facet w innych okolicznościach byłby fajnym i miłym gościem. Mocna i bardzo wyrazista postać, która zostanie w pamięci na długo. Partnerujący mu Andrzej Chyra (Mateusz), jak i Andrzej Grabowski (Lech) trzymają solidny poziom, ale zostają daleko w tyle. Nieźle radzą sobie młodzi chłopcy (Bartosz Bielenia i Kuba Henriksen), wchodzący w dorosłe życie, zbudowani na zasadzie kontrastu, chociaż trudno ich polubić.

na_granicy4

„Na granicy” klimatem przypomina troszkę kino skandynawskie, idące w czysto gatunkowe tropy, ale jednocześnie próbuje dać widzom do pomyślenia. Dawno nie widziałem na naszym podwórku tak mrocznego filmu na naszym podwórku. Jest napięcie, tajemnica, brutalna inicjacja – i to wszystko zrobione przez debiutanta. Szacun.

7/10

Radosław Ostrowski

Moje córki krowy

Marta i Kasia są siostrami, które dzieli wiele – poza rodzicami. Pierwsza jest po rozwodzie, mieszka z córką i gra w popularnym serialu, druga ma męża bez pracy, opiekuje się też rodzicami. Obie kobiety zostają zmuszone, by znowu stanąć obok siebie, a okolicznością jest choroba matki oraz potem ojca.

moje_crki_krowy1

Jak można streścić po krótkim opisie, film Kingi Dębskiej to tzw. kino życiowe, obyczajowe. Czy oznacza to, że będzie nudno i schematycznie? Absolutnie nie. Reżyserka ubiera historię w słodko-gorzkie tony, przypatrując się poszczególnym scenom, mieszając powagę z żartem. Niby wiemy, że z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu, ale Dębska unika jednoznacznych portretów naszych sióstr. Marta (świetna Agata Kulesza) sprawia wrażenie bardziej opanowanej, twardej, ale jej życie jest niepoukładane (rozwód, kariera, samotność), jest skupiona na sobie, chociaż pogardliwie nazywana jest „córeczką tatusia”, z kolei Kasia (poruszająca Gabriela Muskała) zachowuje się irracjonalnie (wizyta do Częstochowy, „pomoc” szamanki), jakby nie docierało do niej, że finał może być tylko jeden. Dodatkowo lubi wypić, nie dostrzega, że syn sprzedaje narkotyki i manipuluje ojcem, by dysponować jego majątkiem. Jest wiele żalu, pretensji, poczucia niespełnienia, rywalizacji, a w kluczowych momentach solidarność i pogodzenie się z losem.

moje_crki_krowy2

Niby nie dzieje się wiele, ale emocji jest sporo, a co najważniejsze są one odpowiednio dawkowane, przez co nie ma poczucia emocjonalnego szantażu. Dodatkowo wszystko jest przyjemne dla oka i ucha (jazzowa muzyka Bartka Chajdeckiego, płynny montaż, czysty dźwięk i ładne zdjęcia), a aktorski koncert pań wspierają wyborny Marian Dziędziel oraz zaskakujący Marcin Dorociński. Ten pierwszy jako ojciec zmieniający się pod wpływem choroby w niemal prymitywa i prostaka jest niesamowity, a kilka scen (wizyta w szpitalu, odwiedzenie „szczeliny górskiej” czy palenie jointa) to małe perełki, a drugi to nieudacznik bez pracy. Podobny lepszy taki mąż niż żaden, ale nie jestem tego taki pewny.

moje_crki_krowy3

Z jednej strony, „Moje córki krowy” to miejscami gorzki dramat i wyciskacz łez, ale też bywa zabawny oraz lekki. Co najważniejsze, nie wywołuje to zgrzytu, jak było w przypadku „33 scen z życia”. Dębska bardziej panuje nad materią, mimo pewnego zawieszenia w finale. Takiego kina z kobietami w rolach głównych nie było.

7,5/10

Radosław Ostrowski