Hot Spot

Agnieszka Smoczyńska to jedna z najbardziej wyrazistych reżyserek polskiego kina XXI wieku, która zawsze idzie własną drogą. Mieszała horror z musicalem w debiutanckich „Córkach dancingu”, ruszała ku thrillerowi psychologicznemu w „Fudze” oraz próbowała pójść na europejski rynek w „The Silent Twins” o toksycznej więzi sióstr bliźniaczek. W swoim najnowszym filmie postanowiła sięgnąć po SF, z bardziej międzynarodową obsadą. Efekt jak zwykle spolaryzował wszystkich, ale…

„Hot Spot” osadzony jest w dalekiej przyszłości, która wygląda jak postapokaliptyczna pustynia, pozbawiona surowców. Rządy upadły, a światem kieruje sztuczna inteligencja zwana Głową, do której ocalała ludzkość jest podłączona. Poza podłączeniem trzeba jeszcze popijać udostępnianą wodę oraz zjadać specjalne żelki. Wszyscy nie podłączeni są trzymani poza światem w Ośrodku dla Uchodźców. I to właśnie tam zostaje wysłany detektyw Dżony 623 (Andrzej Konopka) w sprawie makabrycznego morderstwa. Przy okazji jeszcze są niszczone serwery Głowy, o co podejrzewana jest cyberwiedźma. Czy jest nią tajemnicza Rana (Noomi Rapace)?

Smoczyńska razem ze scenarzystą Robertem Bolesto dość szybko wprowadzają nas w ten świat, choć pozostaje on bardzo skromny i kameralny. Niby zaczynamy jak kryminał, przy okazji pokazując wyniszczony krajobraz (w zasadzie martwy las, brak zieleni, dziwne zmutowane robactwo jako zwierzęta domowe) oraz zcybernetyzowane społeczeństwo. Ale samych technologicznych bajerów tutaj nie zobaczymy (poza wchodzeniem do ciał innych) oraz sugestii dźwiękowych. Intryga wydaje się rozwiązana dość szybko i w zasadzie (poza trzecim aktem) nie wracamy do tej tajemnicy. Reszta to próbujący rozszerzyć ten świat zapchajdziury, które… nie do końca mnie przekonywały.

Dużo jest tu skupienia na relacji rodzinnej Dżonego z żoną Ayką (Reika Kirishima), która – mówiąc delikatnie – nie jest fanką zastanego nowego porządku i posiada niezwykle silny śpiew oraz ich syna Zena. Problem w tym, że dostajemy masę scenek nie za mocno powiązanych ze sobą: dziwaczne przebitki na Ranę, gdzie „hakuje” do głowy; telepatyczne rozmowy; koncert Ayki (najbardziej psychodeliczny moment filmu z nakładającymi się głowami i slow-motion); Dżony zmieniający się w… tygrysa; telepatyczne oglądanie egzekucji. Zupełnie jakby twórcy mieli fajne pomysły na pojedyncze scenki, lecz brakowało jakiegoś mocnego spoiwa. Nawet eksplodujące głowy nie są w stanie uczynić całości interesującej. Jeśli jeszcze dodamy dialogi, udające głębię i brzmiące jak pseudofilozoficzne pierdolenie, dostajemy ciężkostrawną mieszankę. Tutaj nawet uzdolnieni aktorzy nie mają za bardzo co grać i są zmarnowani, zaś Andrzej Konopka ze swoją angielszczyzną brzmi nie za dobrze.

Więc co tutaj na plus? Bardzo pokręcone kostiumy (nie tylko Dżonego), bardzo elektroniczna muzyka w tle oraz świetne zdjęcia. Same lokacje (całość kręcono w Grecji) także pomagają zbudować klimat, choć przez większość czasu spędzamy poza miastem. Ośrodek dla Uchodźców, mieszkanie Dżonego czy pozbawiony roślinności wymierający las nocą zostaje w pamięci. Jednak problem w tym, że sama stylówa nie jest w stanie zamaskować braku fabuły oraz kompletnego bałaganu. Po wyjściu z kina nie mogę zrozumieć, o co tu do jasnej cholery chodziło. Absolutnie najgorszy film w dorobku Smoczyńskiej – bez dwóch zdań.

3/10

Radosław Ostrowski

Chrzest

Marcin Wrona to jeden z tych reżyserów, który odszedł zbyt szybko i dopiero zaczynał się rozkręcać jako filmowiec. Co pokazał skręcającemu w kierunku horroru „Demonowi”, który był ostatnim filmem. O nim już pisałem, więc zdecydowałem się sięgnąć po poprzednika, czyli „Chrzest” z 2010 roku.

Pozornie całość zaczyna się jak dramat, który skupia się na dwóch kumplach. Michał (Wojciech Zieliński) mieszka w Warszawie razem z żoną (Natalia Rybicka) oraz świeżo urodzonym dzieckiem. Prowadzi firmę produkującą szkło i szykuje się do chrztu niemowlaka. Wtedy go odwiedza dawny kolega Janek (Tomasz Schuchardt), który dopiero skończył służbę w wojsku. Pojawia się w domu Marcina, który chce by został ojcem chrzestnym jego dziecka. Ale im dalej w las, tym bardziej Janek zaczyna zauważać, że to spokojne i zamożne życie jest tylko fasadą. Bo nasz stabilny pan biznesmen – tak jak Janek – był powiązany z półświatkiem, jednak za zerwanie płaci poważną cenę. Ten tydzień zmieni życie obu mężczyzn.

I już od pierwszych scen widać, że „Chrzest” jest bardzo surowo wykonanym kinem. Od kręconych z ręki, niemal dokumentalnej formy wizualnej oraz stonowanej kolorystyce aż po masę scen nagle uciętych z masą wydarzeń poza kadrem. Jesteśmy rzuceni w całą opowieść razem z Jankiem i zaczynamy powoli odkrywać, jaką tajemnicę skrywa Marcin. A wszystko wokół chrzcin jest przygotowanym planem oraz w jakiej pułapce się znajduje mężczyzna. Do tego stopnia, że w zasadzie wydaje się być pozbawionym własnej woli, każdego dnia walcząc o przetrwanie. Sporo jest tutaj momentów ciszy i niedopowiedzeń, a także pozornie niepowiązanych ze sobą momentów: od nagłego ataku Marcina na grupę młodzików po wizytę u weterynarza.

Z drugiej strony pojawia się gangsterka w postaci „Grubego” (kradnący ekran Adam Woronowicz), który robi swoje gangsterskie rzeczy. Czyli prowadzi knajpę, chodzi elegancko ubrany i towarzyszy mu grupka młodocianych sługusów (Krzysztof Czeczot, Paweł Tomaszewski oraz – najmniej pasujący – Michał Koterski), a nawet zabija jednego z dłużników. Przemoc tu jest gwałtowna, nagła oraz bardzo brutalna. Za to sporym problemem (poza upchnięciem tej historii do półtorej godziny) jest sprowadzenie żony Michała do pozostającej w nieświadomości kobiety oraz obiektu pożądania. „Chrzest” jest zdecydowanie męskim kinem o przyjaźni, lojalności, która jest poddana najciężej próbie.

Co czyni film bardziej strawnym to elektryzujący duet Wojciech Zieliński/Tomasz Schuchardt. Ten pierwszy wydaje się bardzo spokojny, pogodzony ze swoim losem i zachowujący opanowanie. Jednak gdzieś podskórnie w spojrzeniu widać strach, niepewność. Z kolei ten drugi sprawia wrażenie dużo młodszego, niedojrzałego, który musi zdecydować między lojalnością wobec przyjaciela a lojalnością wobec gangu, do którego należał. O wiele bardziej emocjonalny i mniej panujący nad sobą, jednak z czasem podejmuje kolejne trudne decyzje.

Bez tej dwójki „Chrzest” byłby kolejnym, na siłę udziwnionym dramatem obyczajowo-gangsterskim, niepozbawionym symboliki. Początek mocno dezorientuje, jednak z czasem Wrona zaczyna kleić to wszystko, kończąc mocnym uderzeniem. Kawałek niezłego kina, ale najlepsze od reżysera miało dopiero nadejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Teściowie 2

Jak dobrze wiemy, bardzo rzadko zdarzają się udane kontynuacje. Najczęściej to łatwiejszy skok na kasę w imię prastarej zasady „więcej, mocniej, bardziej”, bo skoro coś się dobrze sprzedało raz, można zrobić to znowu. Więc czy był sens dalszej historii „Teściów”, czyli jak (nie doszło) do ślubu młodych przez ich rodziców z dwóch różnych światów.

Teraz mamy drugie podejście, bo młodzi (Łukasz i Weronika) są zdeterminowani, uparci, szaleni. Naprawdę chcą się chajtnąć, a tym razem uroczystość ma mieć miejsce… nad morzem. Na plaży przy hotelu, już za swoje pieniądze. Więcej przyjeżdżają przyszli teściowie, co zwiastuje zderzenie czołowe: prowincjusze Wanda i Tadeusz (Izabela Kuna i Adam Woronowicz) oraz reprezentująca inteligencję Małgorzata (Maja Ostaszewska) z mamusią (Ewa Dałkowska). Na czym polega myk? Kobieta rozstała się z Andrzejem (ten ma się pojawić później) i na ślub przybywa w towarzystwie młodszego Jana (Eryk Kulm) – kolegi z pracy. Wszystko dwa dni przed ceremonią, więc co może pójść nie tak?

Za drugą część tym razem odpowiada Kalina Alabrudzińska i na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Nadal siłą humoru jest kontrast między inteligencją a wsią, co daje odrobinę śmiechu. Szczególnie wobec bardzo poczciwego Tadeusza, który pierwszy raz jest w hotelu i widzi osoby z innych krajów oraz… koloru skóry. No i nie byłby sobą, gdyby tego nie skomentował, co czasami wywoływało we mnie ciarki żenady. Tutaj bardziej skręcamy ku komedii stricte, nawet idąc ku farsie (pojawienie się „stalkera”), ALE to nie ma tej siły rażenia jak „jedynka”. Nie czuć tutaj takiego wrzenia oraz coraz nasilającego się napięcia, zaś gagi z czasem stają się powtarzalne. A nawet finałowa mowa Małgorzaty była dla mnie zbyt dosłowna i niekomfortowa w oglądaniu.

Sama lokacja wnosi świeżego powietrza i zahacza klimatem o „Biały Lotos” (te szklane pokoje, masaże), co ładnie wygląda w obrazku. Najbardziej jednak mnie zaskakiwało to skupienie na postaciach, głównie naszych paniach. Obie, choć z różnych środowisk, mają ze sobą więcej wspólnego niż się wydaje. Iza Kuna i Maja Ostaszewska fantastycznie wygrywają (przez większość czasu) swoją tłumioną seksualność, samotność oraz ciągłą potrzebę zaspokajania potrzeb innych niż własne. Co dodaje – ku mojemu własnemu zaskoczeniu – ciężaru emocjonalnego, wybrzmiewając najmocniej. Nadal także błyszczy Adam Woronowicz, czyli bardzo wycofany Tadeusz. Może i ma bardzo archaiczne przekonania (oraz rzuca najbardziej żenujące teksty), ale nadal potrafi wywołać sympatię swoją poczciwością. Niejako w cieniu pozostaje Eryk Kulm jako młody partner Małgorzaty, jednak ma kilka momentów i okazuje się solidnym wsparciem.

Druga część „Teściów” jest dla mnie, niestety, sporym rozczarowaniem. Strasznie wtórny, powtarzalny, choć nadal jego siłą pozostają wyraziści bohaterowie. Aktorstwo ciągnie ten film wyżej, choć balans między humorem a zażenowaniem jest silnie zaburzony. ALE jest bardzo silna sugestia, że będzie część trzecia i może uda się odzyskać moje zaufanie.

5,5/10

Radosław Ostrowski

The Silent Twins

Niektóre historie brzmią zbyt wariacko, by uznać je za prawdziwe. Taki był przypadek sióstr bliźniaczek – June i Jennifer Gibbons, które już w wieku dziecięcym rozmawiały tylko ze sobą. Przestały odpowiadać zewnętrznemu otoczeniu (rodzina, szkoła itp.), nie dopuszczając nikogo do swojego świata. Fanaberia? Kaprys? A może poważniejszy problem psychiczny? O tym opowiada najnowszy film Agnieszki Smoczyńskiej oparty na reportażu Marjorie Walker.

silent twins1

Już sam początek pokazuje ten kontrast. Gdy widzimy dziewczynki (Eva-Arianna Baxter i Leah Mondesir-Simmonds), są same w pokoju, bawiąc się w radio. Kolory są jasne i silnie nasycone, kamera niemal skupiona na detalach oraz twarzach. Pukanie do drzwi, wchodzi matka i… dziewczyny siedzą w bezruchu, kolory wyprane, zimne. Cisza jak na cmentarzu. Nikt nie wie dlaczego, a sama Smoczyńska bardziej interesuje się skutkami i konsekwencjami tej decyzji. Obie próbują swoich sił jako pisarki, obie w końcu poznają chłopaka (przystojniak w dresiku), w końcu obie dopuszczają się kilku podpaleń i kradzieży. Za to obie trafiają do szpitala psychiatrycznego.

silent twins3

„Silent Twins” pokazuje skomplikowaną relację naszych dziewcząt, które wydają się znać lepiej niż ktokolwiek. Więź jest silna i namacalna, ale jednocześnie jest bardzo niebezpieczna i toksyczna. Jest parę razy pokazana walka o dominację, zazdrość, kłótnie. Destrukcyjne zapędy spychające niemal ku utracie życia. Wszystko to mieszając różne style i estetyki: Smoczyńska bawi się formą, od dokumentu przez surrealistyczne sceny z „wyobraźni” zrobione animacją poklatkową, a nawet skręcając w… musical. Bardzo sensualne doświadczenie kreatywność reżyserki, idealnie wpasowując się do tematyki. Niemniej nie mogłem pozbyć się wrażenia, że od pewnego momentu „wyłączyłem się” w trakcie seansu. Chłonąłem wizualia oraz świetny dorosły duet Letitia Wright/Tamara Lawrence, które wszelkie emocje (mimo oszczędnych środków) wylewają wręcz wiadrami. Ale poczucie przesytu i większym skupieniu na formie niż treści zostało do niemal mocnego końca.

silent twins2

„Silent Twins” to na pewno film intrygujący i spośród prób młodych twórców nakręcenia dzieła na Zachodzie, zdecydowanie jest najciekawszy. Miesza pokręconą wyobraźnię ze skupieniem i wrażliwością, chociaż nie zawsze jest to w równowadze. Niemniej wiele kadrów zostanie w głowie na długo po seansie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Maryjki

To, że na naszym podwórku pojawiają się filmy, które nazywam porąbanymi nie jest niczym niezwykłym. Zazwyczaj są to produkcje artystyczne, sprawiające wrażenie albo oderwanych od rzeczywistości, albo są tak skrajnie pretensjonalne, iż nie do oglądania. Ale czasem z tej półki coś w najgorszym wypadku ciekawego. Taki jest przypadek „Maryjek” od Darii Woszek.

maryjki1

Bohaterką filmu jest Maria (przełomowa rola Grażyny Misiorowskiej) – 50-letnia kobieta, mieszkająca sama w domu pełnym figurek Matki Boskiej. Pracuje jako ekspedientka w sklepie, a po pracy czyta romansidła spod znaku harlequina. No i oczywiście jest dziewicą, a to stereotypu pani w średnim wieku brakuje tylko moherowego beretu oraz słuchania Radia Maryja. Jak żyć w takim stanie? Ale wszystko się zmieni. I to nie tylko z przyjazdu siostrzenicy – bardziej wyluzowanej (powiedzmy) Heleny, ale też przez wizytę u ginekologa. Lekarz zapisuje jej hormony w formie plastrów na klimakterium. Co się stanie, kiedy się weźmie za dużo hormonów? Niezła jazda.

maryjki2

Reżyserka wizualnie troszkę idzie w kierunku Wesa Andersona. I nie tylko ze względu na pracę kamery, kiedy jest przyklejona do postaci (jest ona w jednym miejscu), a wszystko inne idzie w ruch. Ale także z powodu użycia kolorystyki czy scenografii (zwłaszcza w sklepie, gdzie pracuje nasza bohaterka). Jednak „Maryjki” są tak naprawdę portretem kobiety w średnim wieku, gdzie budzi się w niej seksualność i pożądanie. Choć wiele razy zaczynamy skręcać w stronę absurdu – od drobnych majaków z obrazem Jezusa po dźwiękowe halucynacje. I ten humor potrafi czasem trafić, ale tylko czasem. Ale najbardziej intrygowały mnie sceny z Marią, przechodzącą przemianę od wycofanej do coraz bardziej świadomej swoich pragnień oraz dążenia do nich.

maryjki3

Ale choć film trwa nieco ponad godzinę, potrafi znużyć i czasem ciężko wejść do tego pokręconego świata. Sytuację częściowo ratuje drugi plan ze świetną Heleną Sujecką oraz wycofanym Januszem Chabiorem na czele, a także trzymająca w napięciu scena kolacji. W tej scenie film potrafi wejść w o wiele mroczniejsze rewiry i stanowi punkt przełomowy dla naszej bohaterki. Inną niespodzianką jest choćby mocno chóralna muzyka w tle oraz epizod Katarzyny Nosowskiej. Dzięki temu „Maryjki” to intrygujący, ciekawy wizualnie komediodramat nie bojący się sięgać po tabu jakim jest seks po 50-tce. Ale nie zawsze balans między humorem a dramatem zostaje zachowany.

6/10

Radosław Ostrowski

Juliusz

Z polskimi komediami jest jak z polskim boksem. Obydwie dyscypliny mają bardzo bogate tradycje, wielkich mistrzów, ale ostatnio nie odnosi zbyt wielu sukcesów, a wielcy mistrzowie ostatnio gubią się w tym świecie. Na hasło polska komedia większość osób (w tym i ja) reaguje, jeśli nie z przerażeniem, co z bardzo dużymi wątpliwościami. Że będzie przesłodzona bajeczka, będąca marną imitacją wzorców z Wielkiej Brytanii lub USA, gdzie zamiast dowcipu będzie nachalny product placement, antypatyczni bohaterowie i kompletne oderwanie od rzeczywistości. Ewentualnie jeszcze sporo dowcipów poniżej pasa jak u Patryka Vegi. Nie oznacza to jednak, że nie próbowano podjąć prób przełamania tego schematu, w czym przodują debiutanci. Po Pawle Maślonie („Atak paniki”) dołącza do tego grona Aleksander Pietrzak swoim pełnometrażowym debiutem „Juliusz”.

juliusz1

Kim jest tytułowy bohater? Nie jest ani Juliuszem Cezarem, ani Juliuszem Słowackim, ani nawet nie jest Machulskim. To mieszkający w jakimś małym mieście nauczyciel plastyki, czyli przedmiotu, na którym tak naprawdę nikomu nie zależy. Ani dyrektorowi, ani uczniom, ani nawet samemu Julkowi. Mieszka razem z ojcem, który troszkę za mocno bierze z życia (głównie alkohol i kobiety) i ma dość cwanego przyjaciela Rafała. No i potrafi ładnie rysować, choć nikomu swoich rysunków nie pokazał. Ale spokój nie jest utrzymywany na długo – ojciec jest po drugim zawale i pojawia się przypadkowo poznana kobieta o wdzięcznym imieniu Dorota.

Początek „Juliusza” to przede wszystkim zbiór gagów, gdzie Juliusz zostaje zderzony z dość absurdalnymi sytuacjami: a to inwalida na wózku go okrada (i to Julek dostaje paralizatorem), a to zostaje mu do auta wbita gałąź ze ściętego drzewa, a to Julek pracuje jako… żywa taca z jedzeniem (nie wiem, jak to inaczej nazwać). Pozornie nie wątki wydają się być mocno oderwane, ale gdzieś w połowie drogi nagle wszystko zaczyna spinać się w jedną całość i staje się to bardziej poważne niż się wydawało. Scenariusz pisało pięciu gości (w tym dwóch stand-uperów i jeden krytyk filmowy), przez co widać pewne nierówne tempo w serwowaniu humoru. Czasem pojawi się ironia ze slapstickiem, jest parę skeczy poniżej pasa (akcja ze strażą miejską oraz sprawa z pęcherzem), lecz nie jest tego aż tak dużo, przez co udaje się uniknąć poczucia żenady.

juliusz2

Pozornie sklejka trudnej relacji ojca-hedonisty z bardzo wycofanym, lekko neurotycznym synem (taki Adaś Miauczyński, tylko light), wątku sensacyjnego (Dorota musi spłacić gangsterom dług) oraz komedii romantycznej (powiedzmy) tworzy dość zaskakujący oraz bardzo sympatyczny koktajl. Jest zabawnie, wzruszająco i poważnie (czasem naraz) i nie wywołuje to aż tak dużego zgrzytu, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Do tego mamy naprawdę porządną realizację (tutaj wybijają się animowane wstawki – szkoda, że ich tak mało), wiele dowcipnych scen i tekstów oraz niemal rozbrajający finał, doprowadzający do rozpuku.

juliusz3

To wszystko by nie wypaliło, gdyby nie wyczucie reżysera oraz aktorów. Bardzo dawno nie widziałem tak świetnego Wojciecha Mecwaldowskiego. Tutaj aktor bardzo dobrze odnajduje się jako neurotyk, który znajduje się w dość niewygodnej sytuacji i zwyczajnie boi się zaryzykować, wyrwać się ze swojej strefy bezpieczeństwa. Powoli jednak tak postać zaczyna dojrzewać, a jej ewolucja jest pokazana bardzo przekonująco i nienachalnie. Aktorowi partneruje cudowny Jan Peszek w roli ojca, mocno czerpiącego z życia (jakkolwiek to brzmi), ale jednocześnie naznaczonego pewną nieprzyjemną przeszłością. Na drugim planie szaleje wracający do dobrej formy Rafał Rutkowski (Rafał) oraz będąca mieszanką ciepła i twardego charakteru Annę Smołowik (Dorota), zaś w tle jeszcze przewija się masa drobnych epizodów, dodających sporo frajdy (więcej nie powiem, sami musicie to zobaczyć).

Ten komediodramat (bo to nie jest stricte komedia) jest kolejnym światełkiem w tunelu dla twórców, których celem jest rozśmieszenie, rozbawienie ludzi. „Juliusz” jest bardzo intrygującą mieszanką w stylu „Debiutantów” Mike’a Millsa, czyli słodko-gorzka opowieść z dojrzewaniem do odpowiedzialności w tle oraz życiu po swojemu. Dobre i to na początek.

7/10

Radosław Ostrowski

Demon

Wesele – jedna z najważniejszych imprez towarzyskich, w których centrum wydarzeń jest dwoje ludzi, pragnących spędzić ze sobą resztę życia. Tymi szczęśliwcami są Żyd Peter i Polka Żaneta – córka właściciela kopalni. Nie znali się zbyt dobrze, ale zaiskrzyło i po paru dniach znajomości biorą ślub. Wszystko wydaje się w porządku? Poniekąd tak, ale przed weselem pan młody w swoim przyszłym domostwie odnajduje ludzkie kości. Wydarzenie to staje się źródłem poważnych perturbacji oraz dziwnego zachowania Petera.

demon1

Nakręcić w Polsce horror wydaje się pomysłem szalonym, ale Marcin Wrona nie bał się wyzwań. „Demon” to jest stricte horror, chociaż atmosferę grozy czuć tutaj mocno. Wesele staje się – jak zwykle – pretekstem do pokazania ludzkich postaw. Tutaj pretekstem są szczątki należące do – nie, tego nie zdradzę, bo to gdzieś w połowie zostaje rozwiązane – postaw związanych z przeszłością, jej zakopywaniem (sic!) lub chowaniem albo utrwalaniem, strzeżeniem. Podobna tematyka była już w „Pokłosiu” i „Idzie” (już się domyślacie o jaka pamięć chodzi), ale ubranie tego w estetykę kina grozy jest odświeżeniem. Całość jest bardzo mroczna – świetnie sfilmowane wesele w pełnej grze świateł, odpowiednim oświetleniu oraz charakterystycznej dla tego gatunku oprawie muzycznej, ze świdrującymi smyczkami. Dodatkowo Wrona przypatruje się naszej mentalności związanej z zasadą „zastaw się a postaw się” i zachowywaniu pozorów, ale to już znamy z „Wesela” Smarzowskiego i tutaj nie dowiadujemy się niczego nowego.

demon2

Wrona sięga po sprawdzone środki straszenia (niewyraźnie dźwięki, obecność ducha) i dzięki temu „Demona” ogląda się naprawdę nieźle w czym pomagają wdzięczni aktorzy. Objawieniem jest dla mnie Itay Tiran w roli Piotra – obcego w obcym kraju, który próbuje się odnaleźć w tej rzeczywistości i wychodzi mu to dość łatwo. Do momentu opętania przez dybuka, gdzie zaczyna się wyginać, nawijać w jidysz i robić to, co każdy opętany. Równie świetna jest Agnieszka Żulewska, czyli Żaneta, próbująca ogarnąć całe to zamieszanie i rozwikłać tajemnicę. Andrzej Grabowski (ojciec panny młodej) troszkę przypomina Mariana Dziędziela z „Wesela”, czyli zachowania pozorów, spokoju i uniknięcia skandalu, jednak nie przeszkadzało tak mocno, a i tak najlepszy jest Adam Woronowicz jako niepijący lekarz, racjonalista z krwi i kości. Przynajmniej do czasu.

demon3

„Demon” pozostaje niezłym filmem, który potrafi utrzymać w napięciu do połowy. Potem wszystko się sypie, ale finał daje do myślenia. Rzadko zdarza się zrobić w Polsce film z gatunku horror und groza, więc z ciekawości sprawdźcie ten tytuł.

6,5/10

Radosław Ostrowski