(Nie)znajomi

W Polsce jeszcze nie było tradycji tworzenia remake’ów. Chyba, że chodziłoby o robienie seriali na formacie zza granicy. Ale filmy? Może wynika to z faktu, że remaki są traktowane jako pozbawione własnego charakteru klony oraz łatwy skok na kasę. Dlatego podchodziłem do „Nieznajomych” bardzo sceptycznie, zwłaszcza iż zbyt dobrze znałem oryginał. Bo debiut Tadeusza Śliwy to polska wersja świetnego, włoskiego „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. A ponieważ widziałem film i znałem fabułę, to nie mogło mnie tu nic zaskoczyć, prawda?

nieznajomi1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: trzy pary, jeden singiel, siedem telefonów. Podczas kolacji u przyjaciół, nowa członkini paczki, czyli dziewczyna Czarka proponuje grę. Skoro nie mają sobie nic do ukrycia, każdą wiadomość jest czytana, a rozmowa w trybie głośnomówiącym. Jednak prawda stara jak świat mówi, że każdy – nawet wśród znajomych – ma coś do ukrycia. No i pytanie: czy ta więź będzie silna, by wytrzymać wszelkie tajemnice. A i sama ekipa też wydaje się znajoma. Nowobogackie małżeństwo pracujące we Włoszech (przynajmniej żona) i zarabiające w euro, małżeństwo w średnim wieku, gdzie to mąż ma decydujące słowo, macho ze swoją dziewczyną bardzo eko i pragnącą założyć swój interes (hodowla kóz do produkcji sera) oraz wuefista, ukrywający swoją orientację seksualną.

nieznajomi2

Podążamy znajomym torem, ale reżyser troszkę inaczej rozkłada akcenty i skupia się na tym, co na naszym podwórku pozostaje tematem tabu. Jednocześnie oryginał jest na tyle uniwersalny, że mogła się wydarzyć w każdej odległości geograficznej. Dlatego tak mocno była w stanie uderzyć hipokryzja oraz homofobia, która wylewa się w szczególności z jednej postaci. I tak jak w oryginale, zaczynają się wylewać wszelkie tajemnice, tłumione pragnienia oraz prawdziwe oblicza. Najbardziej zaskoczył mnie fakt, że nie jest to kopia jeden do jeden, co mnie bardzo cieszy. Zmieniono zakończenie, które było najsłabszym elementem oryginału, zaś wątki dramatyczne bardziej mnie chwyciły za gardło. Najbardziej wątek Anny i Grzegorza, gdzie ta pierwsza (kradnąca film Maja Ostaszewska) czuje się przytłumiona oraz pozbawiona wsparcia męża (trzymający poziom Łukasz Simlat), za bardzo skupionego na pracy. W tle gra bardzo przyjemna jazzowa muzyka w aranżacji Maseckiego, zdjęcia są płynnie, a nawet dźwięk jest zrobiony dobrze.

nieznajomi3

I do tego udało się zebrać znakomitą obsadę, gdzie każdy ma swoje pięć minut. Nie ważne, czy mówimy o Kasi Smutniak (aktorka grała w oryginale tą samą postać), troszkę poważniejszym Tomaszu Kocie, strasznie narwanym Michale Żurawskim, bardzo skrytym Wojciecha Żołądkiewicza czy wręcz pozytywnie nakręcona Aleksandra Domańska. Wszystkie te postacie są barwnie nakreślone, ze świetnie podane dialogi oraz bardzo skomplikowane charaktery, niemal budząc sympatię od początku. Mimo wad oraz potknięć.

Powiem bardzo, że „Nieznajomi” to dla mnie jedno z większych zaskoczeń. Mimo pewnej teatralnej formy oraz znajomości materiału źródłowego, debiut Śliwy dostarcza zarówno sporo rozrywki i refleksji. Jeśli mają być robione remake’i, to ja więcej poproszę.

7/10

Radosław Ostrowski

Ślepnąc od świateł

Warszawa – miasto leżące między Pruszkowem a Wołominem, gdzie wszystko żyje i oddycha tylko jedną rzeczą: kokainą. Ona czyni ten świat w miarę funkcjonującym, a jednym ze sprzedawców tego dopalacza jest Kuba. Nikt nie wie o nim nic, jego chata bardziej przypomina ascetyczną twierdzę, zaś jego jedyną przyjaciółką jest Pazina. Kuba pracuje dla niejakiego Jacka, który wydaje się być szefem tego mrocznego świata. A nasz Kubulek planuje wyjechać z miasta na troszkę dłużej, gdzieś tak przed świętami. Tylko, że wtedy wszystko zaczyna się wywracać do góry nogami, co spowodowane jest pewną torbą oraz wychodzącym z więzienia gangsterem Dario.

slepnac_od_swiatel1

O adaptacji powieści Jakuba Żulczyka mówiło się od dwóch lat, ale w końcu się udało. Reżyser Krzysztof Skonieczny miał bardzo trudne zadanie, bo cała historia była jednym wielkim monologiem głównego bohatera, przeplatanym z onirycznymi wstawkami. Więc jak z tego skleić historię? Skonieczny bardzo mocno bawi się formą, co pozwala jeszcze bardziej wejść w ten chropowaty, brudny świat. Świat stroboskopowych świateł nocnych klubów, brudnych kamienic, bogatych apartamentów przeplatających się ze skromnymi pokojami jeszcze z czasów PRL-u. i ten świat jest nakręcany przez pieniądze, narkotyki, stanowiące paliwo dla niepowstrzymanego wyścigu szczurów. Tutaj przetrwanie jest ważniejsze, a głód tak silny, że bez niego nie jesteś w stanie w żaden sposób funkcjonować.

slepnac_od_swiatel2

„Ślepnąć od świateł” to także brudny, brutalny świat gangsterów, którzy za Chiny nie przypominają tych legendarnych szlaków znanych z „Ojca chrzestnego” czy nawet filmów Martina Scorsese. Tutaj każda próba cwaniactwa czy pójścia na skróty może skończyć się tylko w jeden sposób – zgonem. Tutaj wszyscy biorą dragi: bogaci biznesmeni, skorumpowani gliniarze, politycy, celebryci oraz szaraczki ze szkół. Gangsterzy mogą wydawać się tutaj bardzo przerysowani i nie tylko dlatego, że strasznie klną czy szablonowych obrazów. Bo są bezwzględni brutale z ulicy (Stryj i jego świński duet), drobne płotki z dilerki, troszkę wyżej mierzący Jacek o mentalności dresa czy bardziej bezwzględnego mafioza ze starej szkoły.

slepnac_od_swiatel3

Skonieczny potrafi pokazać ten brudny i ostry świat w taki sposób, że nie byłem w stanie oderwać oczu. Walące po oczach neony, opuszczone budynki w teledysku (nawija Piorun), ale z drugiej strony mamy piękną wyspę, gdzie nasz bohater wyobraża sobie przyszłość, zaś z trzeciej są jeszcze oniryczne sny bohatera (wyglądają jakby filmowane z VHS-u, gdzie jest wąski ekran, mocno wyprane kolory oraz bardzo lepka czerń).  Nie brakuje tutaj zarówno fantastycznych zdjęć, pełnej długich ujęć, wręcz lepkiego mroku, z bardzo wręcz ostrym montażem. Pozornie może wydawać się dziwacznym, chaotycznym eksperymentem, jednak reżyser panuje nad materiałem i wsysa. I jeszcze mamy na dokładkę bardzo eklektyczną muzykę, mieszającą dźwięki klasyków muzyki, jak i bardziej popularne dźwięki (KNŻ, Myslovitz, Run the Jewels, PROBLEM, The Streets), co wywołuje stan prawdziwego odlotu. I to jest ten świat, który nas otacza.

slepnac_od_swiatel4

Do tego jeszcze Skoniecznemu (grąjącemu także rapera Pioruna) udało się zebrać wręcz mocarną obsadę i każdy – nawet drobny epizod – zapada bardzo mocno w pamięci. I nie ważne czy mówimy o Zbigniewie Suszyńskim (poseł), Krzysztofie Szczerbińskim (inspektor Zgrywus), ekspresyjnym Krzysztofie Zarzeckim („Maluch”), czy choćby Michale Czarneckim (prokurator). Klasę potwierdza bardzo szorstki Janusz Chabior (ostry „Stryj”), coraz bardziej wybijający się Jacek Beler („Sikor”) czy coraz bardziej wracający do dyspozycji Cezary Pazura (szowman Mariusz Fajkowski) oraz Eryk Lubos (gliniarz-hazardzista Marek). Serial jednak kradną Marta Maliszewska, Robert Więckiewicz oraz Jan Frycz. Maliszewska w roli Paziny potrafi przykuć uwagę swoją naturalnością, intrygującą osobowością, potrafiącą nawiązać dziwną więź z Kubą. Więckiewicz jako lekko nerwowy, bluzgający Jacek potrafi rozbawić swoimi wiązankami. Ale to Frycz tutaj rozdaje karty – sprawia wrażenie bardzo spokojnego, wręcz stoickiego Dario (ten opanowany głos), jednak w jego oczach jest coś demonicznego, co nie pozwala mu się sprzeciwić. Magnetyzująca petarda, na której wybuch czekasz z niepokojem, bo nie wiesz, co zrobi i do czego jest zdolny.

slepnac_od_swiatel5

A jak sobie radzi w roli głównej debiutujący Kamil Nożyński? Moim zdaniem całkiem nieźle, choć Kuba to bardzo specyficzna postać. Sprawia wrażenie jakby nieobecnego, elegancko ubranego ziomala, skupionego na jak najlepszym wykonaniu swojego fachu, z bardzo twardymi zasadami, które zostają przez niego złamane (nie z własnej winy). Ma w sobie pewną tajemnicę – te oniryczne sceny – ale kiedy zaczyna się wypowiadać, wydaje się sztuczny, bardzo mechaniczny, jakbyśmy słuchali robota. I to może odrzucić wiele osób, jednak dla mnie jest to metoda pokazująca, jak bardzo fałszywy jest sam bohater, że jego pedantyczna kontrola była tylko pułapką.

Chociaż miniserial ma otwarte zakończenie, „Ślepnąć od świateł” pozostaje zamkniętą historią człowieka, który zamiast wyrwać się ze zgniłego miasta, coraz bardziej się w nie zapada. I trudno oderwać od tego brudu oczy, co przypomina troszkę „Taksówkarza”. Niesamowite, chropowate dzieło, którego na naszym podwórku po prostu nie było i na pewno jeszcze do niego wrócę.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zimna wojna

Rok 1949, czyli II wojna światowa niedawno się skończyła, a nikt nowej wojny zaczynać nie chce. Teraz nadchodzi czas budowania stabilizacji oraz triumfu nad kapitalistycznym, zgniłym zachodem, także na polu kulturalnym. Dlatego zostaje powołany Zespół Pieśni i Tańca „Mazurek”, który ma grać muzykę oraz pieśni ludu pracującego z czasów dawnych. Grupą kierują kompozytor oraz pianista Wiktor, odpowiedzialna za taniec Irena Bielecka, a także szofer i reprezentant władzy Kaczmarek. A wśród uczestniczek czegoś na kształt castingu jest zadziorna Zula, która chce się wyrwać stąd. I to ona wpada w oko naszemu pianiście, a resztę możecie sobie dopowiedzieć.

zimna_wojna1

Paweł Pawlikowski stał się reżyserem, który dokonał tego, czego żaden inny polski reżyser nie dokonał – zdobył Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Dlatego każdy jego kolejny film automatycznie będzie miał wysokie oczekiwania. Sam film w założeniu miał być melodramatem, dziejącym się na przestrzeni kilkunastu lat, w których losy naszej niby-pary przeplatają się ze sobą przez wiele części Europy (zachodnie Niemcy, Francja, Jugosławia, Polska), co po części tłumaczy poszatkowaną narrację, gdzie wiele rzeczy istotnych dzieje się poza kadrem. Być może (nie, na pewno) to spowodowało, że nie byłem w stanie uwierzyć w ten romans bez romansu. I nawet nie chodzi o to, że ta miłość jest bardziej deklarowana niż wyczuwalna (chociaż to też jest bardzo poważny błąd), ale zachowania dokonywane pod ich wpływem wydają się kompletnie niezrozumiałe (próba powrotu Tomasza do kraju czy Zula nie decydująca się uciec do Berlina Zachodniego). Ja rozumiem, ze miłość robi z człowieka osobę nie zawsze działającą w sposób racjonalny, ale nawet to mnie nie przekonało. Te rozstania i powroty mają chyba na cel pokazać, że ta miłość wystawiana na próbę przez historię oraz los, który gra wszystkim na nosie.

zimna_wojna2

No właśnie, czy to była miłość? Skoro oboje ze sobą nie potrafią funkcjonować (wydarzenia z Paryża), a Wiktor – bo z jego perspektywy poznajemy całą opowieść – coraz bardziej zaczyna się dusić. Reżyser bardziej stawia tutaj na spojrzenia, gesty, rzadko wypowiadane słowa. Ale chciałoby się więcej wiedzieć, więcej odkryć, lecz Pawlikowski nie daje na to żadnych szans. I to jest dla mnie największy problem – za dużo znaków zapytania. Trudno jednak „Zimnej wojnie” odmówić czegoś w kwestii audio-wizualnej. Piękne zdjęcia Łukasza Żala (nie tylko dlatego, że są czarno-białe) są same w sobie małymi dziełami sztuki – serio, każde ujęcie mogłoby być tapetą na ekranie komputera, zaś muzyka (nie tylko ludowa, ale jazz zaaranżowany przez Marcina Maseckiego) gra naprawdę cudownie. Tylko to wszystko jest tylko i wyłącznie otoczką dla (świadomie) dziurawego scenariusza.

zimna_wojna3

Aktorsko jest, szczerze mówiąc, troszkę nierówno. Film kradnie Borys Szyc w roli cwanego partyjniaka Kaczmarka, ze swoim świętoszkowatym wyrazem twarzy. Choć pojawia się dość rzadko, zapada w pamięć bardzo mocno. Tak samo jak Agata Kulesza (Irena Bielecka), która znika zaskakująco szybko. A jak główna para? Tomasz Kot w roli Wiktora jest bardzo wycofany, tajemniczy, przez co trudno wejść w jego umysł oraz psychikę, ale potrafi zaintrygować. Ale problemem jest dla mnie Joanna Kulig, a dokładnie z jej postacią. Z jednej strony jest bardzo prostą kobietą z dość trudną przeszłością, z drugiej bardzo wyrachowaną cwaniarą, próbującą się wybić. Tylko, że te dwa elementy nie chcą się w żaden sposób ze sobą połączyć, co wywołuje ogromny zgryz. A chemii między tą parą kompletnie nie czuć – jest zimno niczym na Syberii, choć miało być zupełnie inaczej.

Takie filmy jak „Zimna wojna” są bardzo problematyczne w ocenie, wywołuje we mnie bardzo skrajne emocje. Audio-wizualny zachwyt oraz dość pewna ręka przy realizacji nie jest w stanie wywołać emocjonalnego zaangażowania. Ładny jest ten kościół, tylko Bóg jakoś nie chce przyjść.

6/10 

Radosław Ostrowski

Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis – Fogg – pieśniarz Warszawy

fogg-piesniarz-warszawy-b-iext53006665

Co rok Muzeum Powstania Warszawskiego z okazji rocznicy powstania zawsze wydaje album z tą tematyką. Jednak tym razem postanowiono pójść w zupełnie innym kierunku, bo postanowiono przypomnieć dorobek przedwojennego klasyka polskiej piosenki – Mieczysława Fogga. Zadania podjął się znany już duet Jan Młynarski (wokal, produkcja) oraz Marcin Masecki (pianista, aranżaer), powołując Jazz Camerata Varsoviensis.

A jakie my tu znajdujemy frykasy? Od największych hiciorów, po te troszkę zapomniane lub mniej kojarzone z tym wykonawcą utworem. Produkcyjnie przypomina to poprzednie dzieło duetu Młynarski/Masecki, czyli nagrania brzmią jakby powstały te 70-80 lat temu i ktoś po latach je odgrzebał, zremasterował oraz rozpowszechnił. Początek to zwiewne “A ja sobie gram na gramofonie”, gdzie na początek dostajemy śliczne klarnety z wręcz falującymi smyczkami (zwłaszcza w refrenie). By nie było tak nudno pojawia się rozpędzone “Polowanie na tygrysa” – foxtrot wspólnie śpiewany, gdzie instrumenty nie są w stanie złapać oddechu, a Masecki szaleje na pianinie oraz przy aranżacji (“tuptanie” w środku), dodając lekkości. I kiedy wydaje się, że będzie tak leciutko, wręcz przyjemnie, wchodzi prawdziwy walc (a nawet walec) – “Ja mam czas, ja poczekam”, z melancholijnymi skrzypcami oraz wręcz “grobowym” fortepianem. Tutaj instrumenty mają więcej do powiedzenia, a nawet swoje solo ma mandolina. Lekkość pozornie wraca do “Ameryki”, gdzie czuć pewien – nie wiem, jak to nazwać – żydowski klimat, spowodowany specyficzną grą skrzypiec oraz szybkim tempem walca, a także w lirycznym “Nic o Tobie nie wiem”. Tutaj znowu smyki falują, fortepian uwodzi, robi sie cieplej na serduszku, zaś melodia przewodnia wybrzmiewa tak uroczo, że nawet głos Młynarskiego może wydawać się zbędny.

Ale wszystko zmienia się w rzewnej piosence “Związane mam ręce”, brzmiącej niczym grana przez barową kapelę. Tutaj wybija się saksofonowy początek, delikatne popisy smyków oraz dęciaków w tle. To trwa jednak chwilkę, bo radość wraca do “O-key”, gdzie znów fortepian pozwala sobie na wiele, a w tle trąbeczki, perkusja i robi się tak przyjemnie. W podobnym tonie, chociaż troszkę minorowo gra “Może kiedyś, innym razem”, a odrobina melancholii pokrywa nieśmiertelne “Tango milonga”. A jeśli myśleliście, że nie pojawi się “Ta ostatnia niedziela”, no to się pomyliliście. I ten utwór nadal ma w sobie moc oraz porusza. Po drodze jeszcze będzie szalona, czasami brzmiąca spektakularnie “Argentyna”, chwytająca za serce “Warszawo ma”, ciągle czarujące, pogodne “Młodym być i więcej nic”, by zakończyć to “Piosenką o mojej Warszawie”.

Sam Młynarski radzi sobie wokalnie tak jak przyzwyczaił nas choćby w Warszawskim Combo Tanecznym. Jednak nasz duet postanowił zaprosić kilkoro gości. Klasę potwierdza Joanna Kulig (“Związane mam ręce”), potrafi poruszyć Barbara Kinga Majewska (“Warszawo ma”), jednak dla mnie całość skradli śpiewający dość nisko, ale bardzo energicznie Szymon Komasa (m.in. “A ja sobie gram na gramofonie” oraz “Młodym być i więcej być”) oraz Agata Kulesza (“Ameryka”, “Może kiedyś, innym razem”), ubarwiając całość.

“Fogg – pieśniarz Warszawy” to spojrzenie szersze na tego niezapomnianego artysty, zachowującego przedwojenną elegancję oraz szyk, a także i błyskotliwy dowcip. Jednocześnie przypomina, że Fogg to nie tylko “Ta ostatnia niedziela” i – jak głosił Bolec w niezapomnianych “Chłopakach nie płaczą” – to był gość, zaś aranżacje Maseckiego dodają tylko blasku całości. Cudowne wydawnictwo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jazz Band Młynarski-Masecki – Noc w wielkim mieście

noc-w-wielkim-miescie-b-iext51843068

Jazz w Polsce ma bardzo długie tradycje, o czym pamięta niewielu. I do tej, przedwojennej tradycji, postanowił sięgnąć jazz band kierowany przez pianistę Marcina Maseckiego oraz wokalistę Jana Młynarskiego, który postanowił sięgnąć po mniej znane przeboje z lat 20. i 30., poddać jej innym aranżacjom oraz wydać na płycie.

Pierwsze, co rzuca się w uszy to brzmienie. Dźwięki każdego instrument, od fortepianu przez dęciaki (głównie saksofony), zachowują klimat dawnej epoki. Zupełnie jakby ktoś wygrzebał nagrania z ocalałych vinyli, zrekonstruował je oraz puścił, jakby nigdy nic. A wszystko tak zwiewne, eleganckie oraz fantastycznie zagrane. A wiecie jak trudno było osiągnąć taki efekt? Muzycy dostają w każdym utworze spore pole do popisu (głównie Masecki), zaś wokal pojawia się bardzo rzadko, puentując bardzo dowcipne teksty. Zarówno żywiołowy “How Do You Do Mr. Brown?, jak I bardziej spokojny (chociaż pod koniec przyspieszający) “Czy Ty wiesz, Mała Miss?” pokazują wszelkie predyspozycje bandu. A im dalej, tym ciekawiej: nerwowa gra fortepianu na początku “Czarnej kawy”, przechodząca w bardziej delikatne tony przez niemal “tańczące” saksofony, rozpędzony i zabarwiony orientalnymi dźwiękami “Abduł Bey”, bardzo romantyczny “Kącik marzeń” oraz “New York Baby”. A jeśli dodamy do tego cudnego “Nikodema” z cudownym refrenem oraz “strzelającą” perkusję w środku, bardziej spokojny walczyk “Jadzia”, to mamy piękny zestaw.

Młynarski może wokalnie nie pojawia się długo, ale jego głos idealnie pasuje oraz imituje wokal z tamtej epoki. Jest trochę nonszalancki, ale jednocześnie romantyczny, delikatny. I to dziwne połączenie retro doprowadza do prawdziwej ekscytacji. Jestem absolutnie pewny, że na sylwestrową noc sprawdzi się świetnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Obce niebo

Marek i Basia są młodym małżeństwem mieszkającym w Szwecji razem z córką Ulą. On trenuje dziewczyny w szkole, ona masuje i zajmuje się domem. Przeszli już wiele burz i w miarę dobrze dają sobie radę w obcym kraju. Do czasu, kiedy nauczycielka zwraca uwagę na – jej zdaniem – nerwowe zachowanie dziewczynki. Wtedy do akcji wkracza opieka społeczna, która zabiera Ulę rodzicom i oddaje ją w opiekę rodzinie zastępczej (do czasu procesu).

obce_niebo1

Zrealizowany wspólnie ze Szwedami film Dariusza Gajewskiego inspirowany jest prawdziwą historią i o tym, jak może skończyć się zderzenie dwóch odmiennych kultur, gdzie zachowania jednych są inaczej interpretowane przez drugich. Jedno niewinne kłamstwo wywołuje lawinę dramatycznych zdarzeń, w które zostają wplątani nie tylko rodzice Uli, ale i zastępczy opiekunowie nie znając całej sprawy. Opieka Społeczna nie podaje powodów swojej decyzji, a walka o odzyskanie córki przypomina sytuację bez wyjścia. Czy można przejść obojętnie wobec takiej sytuacji? Rodzice nie wiedzą niczego, trzymani są na dystans i traktowani jak podejrzani.  Aurę strachu i bezsilności potęguje też skandynawski, chłodny krajobraz oraz kamera chodząca za bohaterami, przez co film ogląda się jak rasowy thriller.

obce_niebo2

Opieka społeczna jest pokazana jako bezduszna instytucja, gdzie jakiekolwiek emocje są traktowane jako coś negatywnego. Dlatego mieszkający Szwedzi sprawiają wrażenie zimnych maszyn, chociaż wiele w nich kipi, wiele przeszli i pogodzonych ze swoim losem. Nasi bohaterowie podejmują walkę, niemal desperacko próbując dotrzeć do miejsca pobytu dziecka, a pomoc właściwie nie istnieje. Niby chodzi tu o dobro dziecka, ale miałem wrażenie, iż opieki społecznej to nie interesuje (wiadomo, kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą). Można przyczepić się tej zerojedynkowości świata przedstawionego, ale „Obce niebo” chwyciło mnie za gardło.

obce_niebo3

Swoje zrobili też aktorzy. Co do Bartłomieja Topy nie miałem wątpliwości i aktor podołał, ale kompletnie zaskoczyła mnie Agnieszka Grochowska, której nie byłem wielkim fanem. Aktorka świetnie pokazała bezradność Basi, zmieniającej się w gryzącego psa. Oboje kochają swoje dziecko, ale mocno przekonają się, że miłość nie zawsze wystarczy. Za to najmocniejszym atutem są tutaj aktorzy szwedzcy, z Ewą Frohling jako chłodną Anitą z opieki społecznej na czele.

obce_niebo4

„Obce niebo” pokazuje jak trudno jest się zaadaptować w innym świecie i choćbyście nie wiem, jak się starali, zawsze będziecie tymi obcymi. Kawał mocnego kina, trzymającego w napięciu do końca.

7/10

Radosław Ostrowski