Warsaw by Night

Kolejny film nowelowy z Polski, który mignął przez kina i tyle go widzieli. Tym razem za kamerą stanęła Natalia Koryncka-Gruz wracająca po długiej przerwie do dużego ekranu. Ale czy pobyt i praca przy serialach telewizyjnych nie pozbawiła intuicji reżyserki Jeden lokal, cztery kobiety w różnym wieku i ich historie: od młodej nastolatki z niebieskimi włosami (czyżby ktoś oglądał „Życie Adeli”?) przyjeżdżającej do Warszawy przez niby żyjącą w związku młodą dziewczynę, dojrzałą kobietę próbującą pomóc swojej rozhisteryzowanej siostrze po rozwiedzioną starszą panią śledzącą swojego byłego męża.

warsaw_by_night1

Wszystkie te opowieści skupiają się na tej jednej nocy (ewentualnie dniu przed nią), lecz sprawiają wrażenie bardzo takich pourywanych, z wieloma niedopowiedzeniami – zbyt wieloma – oraz bardzo krótkim czasie skupionym na każdej postaci, co bardzo mocno mnie zabolało. Jednak niemal wszystkie bohaterki (poza wizytą w toalecie) łączy jeszcze jedna rzecz: poczucie samotności, znudzenia, odrzucenie. Tylko, że te obserwacje reżyserki wydają się kompletnie pozbawione emocji, zaś zachowanie niektórych osób (niekoniecznie na pierwszym planie) wydaje się co najmniej zastanawiające. O ile jeszcze Igę, decydującą się pójść na rozmowę zamiast siostry z kochanką jej męża jestem w stanie zrozumieć, o tyle najbardziej drażni mnie Maja. Niby jest w związku, ale traktuje swojego partnera jak śmiecia (pyskuje, jest egoistką, do restauracji ubiera się jak na dyskotekę, nie słucha go), nie liczy się z jego zdaniem i jest tak odpychająca, że brakuje słów. Jeszcze uwagę potrafi skupić niebieskowłosa Renata oraz jej pobyt w Warszawie, zakończony gwałtowną wizytą u – nie, tego wam nie zdradzę – czy ubarwiony odrobiną humoru wątek Igi oraz jej rozmowy z kochanką.

warsaw_by_night2

Tylko, że reżyserka nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału swojego filmu o różnych aspektach miłości, polanych melancholijnym sosem. Dialogi miejscami przyprawiają o ból głowy, zaś obecność taksówkarza pytającego o pewien nadprzyrodzony problem, wydaje się zbyteczna. Muszę przyznać, że ładnie to wygląda, w tle gra bardzo pulsująca muzyka i nie jest to produkcja w stylu TVN-u. To wszystko jednak jest mocno nijakie, sztuczne, bez początku oraz końca, lekko telenowelowe. Gdyby każdy z tych wątków rozbudować, dodając jakieś 15-20 minut, dałoby się z tego wycisnąć dużo soczystości.

warsaw_by_night3

Najlepiej z tej kosmicznej obsady robi Stanisława Celińska, czyli najbardziej doświadczona przez życie Helena. Troszkę zgorzkniała, rozczarowana i pełna żalu, bólu, poczucia niespełnienia, gdy wypowiada swoje pretensje swojemu partnerowi (mocny Marian Dziędziel) nie czuć w niej fałszu. Drugim mocnym punktem jest wtedy kompletnie nieznana Marta Mazurek (Renata) – zbuntowana, skrywająca pewną tajemnicą, chociaż jej tło pozostaje niezbyt zarysowane (chociaż wybija się Gabriela Muskała jako matka). Za to kompletnie drażniła mnie Roma Gąsiorowska (Maja), wywołująca sprzeczne emocje niż sobie założyli twórcy. A drugi plan jest wręcz przebogaty, że głowa mała, a najbardziej z tego tłumu wybija się Łukasz Simlat (tajemniczy Filip) oraz Joanna Kulig (kochanka).

Jak wygląda Warszawa nocą? Bywa ładna, czasami potrafi poruszyć, jednak przez większość czasu zwyczajnie nuży. Przerwa od realizacji filmów była zdecydowanie za długo, chociaż czuć było duży potencjał.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Ja, Olga Hepnarova

Kim była Olga Hepnarova? Kobieta, o której Czesi chcieliby jak najszybciej zapomnieć, gdyż jest bardzo ciemną kartą z historii tego kraju. W 1973 roku wjechała w tłum ludzi stojących na przystanku. Zostawiła po sobie list, w którym przyznała się do tego i wyjawiła swoje motywy – zemstę na społeczeństwie za swoją krzywdę.

olga_hepnarova1

Jej historię postanowili opowiedzieć panowie Petr Kazda i Tomas Weinreb w swoim debiucie opartym na reportażu Romana Ciieka. Władze komunistyczne zrobiły wszystko, by tą kobietę wymazać z pamięci i dlatego zostało po niej niewiele śladów. I to być może wyjaśnia konstrukcję tego filmu – to ciąg scenek w chropowatej, czarno-białej kolorystyce, przypominające fotografie. Pozornie mogą one wydawać się niepowiązane ze sobą w żaden sposób nitką fabularną, stanowiąc bardziej impresję na temat Olgi. Gdy ją poznajemy, próbuje odebrać sobie życie, przedawkowując leki. Potem widzimy ją w pracy, w swojej samotni, w jakieś spelunie, spędzając czas z koleżanką, podczas jazdy ciężarówką. To wszystko jest powycinane, sprawia wrażenie sklejki fotek (świetne zdjęcia Adama Sikory). Jeśli ktoś czuje podobieństwo do „Idy”, to na poziomie wizualnym jest bardzo silne. Uderza za to kompletny brak muzyki, co tylko potęguje poczucie beznadziei Olgi. Wiem, że dla wielu takie wolne i samodzielne układanie psychologiczny puzzli może być trudne, wręcz męczące, ale spróbujcie.

olga_hepnarova2

Sama dziewczyna pojawia się ona niemal w każdym ujęciu, a jej spojrzenie wydaje się kompletnie puste, jakby zamiast oczu były kawałki szkła. Niby ona jest, ale jakby nieobecna duchem Niby jest mizantropem, unikającym ludzi jak ognia, z drugiej zaś potrafi nawiązać więź z partnerkami. Pytanie, czy ta Hepnarova ma taką nadwrażliwą psychikę, a może to wszystko jest jakąś kreacją, wymówką przed wzięciem odpowiedzialności, wysiłkiem za swoje życie. Na te pytania nie znajdziecie odpowiedzi (przynajmniej wprost), a wcielająca się w nią Michalina Olszańska magnetyzuje, do samego końca skupiając swoją uwagę, także mową ciała – męski, twardy chód oraz twarz bardzo nisko, unikając wzrokowego kontaktu. Bardzo wymagająca, trudna rola, z której aktorka wychodzi z obronną ręką. Cała reszta obsady jest tylko tłem dla Olszańskiej.

olga_hepnarova3

Rzadko się zdarza na naszych ekranach poważny, czeski film, który zrywa z obrazem Czechów, pijących piwo, prowadzących bardzo swobodne rozmowy o życiu oraz miłości. Dla wielu ta surowa realizacja może stać się barierą nie do przekroczenia, ale „Ja, Olga Hepnarova” dziwnie wydaje się aktualna w czasach, gdy ludzie wsiadają do aut i wjeżdżają na innych ludzi. Z czego to wynika i dlaczego to robią? Oto jest pytanie. Odpowiedzi tu nie znajdziecie, ale parę pytań zostanie.

olga_hepnarova4

7/10

Radosław Ostrowski

Córki dancingu

Wyobraźcie sobie Warszawę lat 80. jako miejsce pełne barw i kolorów, gdzie mieszkańcy bawią się w eleganckich lokalach. I to właśnie w tych knajpach wielką popularność zdobywa zespół Figi i Daktyle, do którego dołączyły dwie młode dziewczyny, wychowywane przez wokalistkę zespołu. Złota i Srebrna – tak mają na imię obydwie laski – skrywają jedną, ważną tajemnicę. Są syrenami – takimi z ogonami i dlatego ładnie śpiewają.

corki_dancingu1

Debiutująca na dużym ekranie Agnieszka Smoczyńska postanowiła wypełnić pustkę związaną z brakiem dobrych polskich musicali, tworząc oniryczną opowieść z bardzo mrocznym klimatem. I nie dajcie się zwieść tej kiczowatej wizualnie otoczce oraz dyskotekowej muzyce lat 80. Reżyserce udaje się barwnie odtworzyć realia (niesamowita taneczna scena zakupów w sklepie Sezam), jednak tak naprawdę jest to baśń o sławie, dojrzewaniu i miłości. Syreny nasze, niczym te ze starożytnych mitów, mają zniewalający głos, dzięki któremu mogą manipulować ludźmi, a za zranienie ich uczuć lub zniewagę, odpowiadają krwią. Film może wprawić w dziwaczną konsternację, gdzie sceny oniryczne, czyli każde w których widzimy nasze syreny w całej okazałości (z ogonami) przeplatają się z występami zespołu w całej wizualnej orgii. Sama ta wizja, jak i zestaw piosenek robi imponujące wrażenie.

corki_dancingu2

Dodatkowo mamy kilka drobnych wątków pobocznych uatrakcyjniających całość – jest romans między Srebrną a Basistą zespołu, który komplikuje siostrzaną relację, jest morderstwo i spożywanie ludzi przez syreny. I jest to dość naturalistycznie pokazane, co słabsze osoby może wystraszyć. Smoczyńska cały czas balansuje między kiczem, mrokiem i baśnią, ciągle zmieniając klimat i styl. Mimo pewnego niewykorzystania kilku postaci (pani porucznik MO czy kucharka Rakieta), to bilans wychodzi pozytywnie. Miks kiczowatego musicalu z horrorem jest smaczny, intryguje do samego końca (świetna muzyka duetu Ballady i Romanse), dodatkowo zagrane jest na wysokim poziomie.

corki_dancingu3

Nic złego nie powiem o Kindze Preis, która znów potwierdza klasę i jej głos (gdy śpiewa) potrafi oczarować. Podobnie drobne epizody Zygmunta Malanowicza (kierownik z wąsami), Romy Gąsiorowskiej (Rakieta) i Katarzyny Herman (porucznik MO), jednak film ukradły tytułowe bohaterki, zagrane przez Michalinę Olszańską oraz Martę Mazurek. Pierwsza to klasyczny, drapieżny wamp, świadomy swojej atrakcyjności, z kolei druga (Srebrna) to delikatna, miła dziewczyna dopiero odkrywająca smak życia. Czuć silną więź między syrenami (dziwaczne dźwięki w tle – ich mowa), tym bardziej porusza finał.

corki_dancingu4

Takiego filmu jeszcze na naszym podwórku nie było – z jednej strony prawie jak „Disco Polo” (podobna estetyka wizualna), z drugiej coś takiego mogło powstać w umyśle Davida Cronenberga (pod warunkiem, że byłby Polakiem). Na pewno „Córki” podzielą wszystkich widzów, ale na pewno jest to taki film, którego nie da się po prostu wymazać.

7/10

Radosław Ostrowski