Lalka (2026)

Dawno nie było takiej sytuacji na naszym podwórku od czasu kiedy blisko siebie pojawiły się dwie produkcje o Dywizjonie 303. Jeden był brytyjsko-polski z Iwanem Rheonem i Marcinem Dorocińskim („303. Bitwa o Anglię”), a drugi – dla odmiany – polsko-brytyjski z Maciejem Zakościelnym oraz Piotrem Adamczykiem („Dywizjon 303. Historia prawdziwa”). By je rozróżnić na plakatach był żółty pasek z napisem „Nie pomyl filmu.” Teraz mamy tą samą sytuację z „Lalką” – netflixowym serialem, fabularnym filmem (obydwa oparte na powieści Bolesława Prusa) oraz… amerykańskim horrorem pod tym samym tytułem. I nie, nie skupię się na tym ostatnim.

Sama historia jest raczej powszechnie znana, czyli o niejakim Stanisławie Wokulskim (Marcin Dorociński) i jego zauroczeniu młodą kobietą Izabelą Łęcką (Kamila Urzędowska). On – bardzo obrotny, zamożny mieszczanin, prowadzący działalność handlową, ona – niby arystokratka, ale coraz bardziej ubożejąca. Co może nie brzmi jak poważny problem, chyba że w Warszawie roku 1878. To oznacza sporą barierę społeczną, różnice klasowe (nie do pogodzenia dla otoczenia). Ale wtedy pojawia się specjalizująca się w swataniu pani Meliton (kradnąca ekran Agata Kulesza), która decyduje się wesprzeć mężczyźnie w zdobyciu serca swojej wybranki.

Tym razem z klasykiem literatury zmierzył się Maciej Kawalski, który parę lat temu zadebiutował zaskakująco udanymi „Niebezpiecznymi dżentelmenami” – komedią kryminalną w realiach Zakopanego przed I wojną światową. Teraz zmierzył się z materiałem cięższego kalibru, ogromnym budżetem (jak podają źródła: 80 milionów złociszy!!!) oraz tak imponującą znanymi nazwiskami obsadą jakby to miał być polski blockbuster jakiego nie widzieliśmy. Już pierwsza scena w Bułgarii, gdzie nasz bohater prowadzi interesy podczas wojny z Turcją, zakończona atakiem muzułmanów robi wrażenie. I sugeruje, że choć będzie blisko pierwowzoru, to jednak nie będzie go przenosił jeden do jednego. Zgadzają się ogólne wydarzenia jak kupienie konia przed wyścigiem, zakup kamienicy Łęckich, wyjazd do Paryża czy zakładanie spółki handlowej z arystokracji. Niemniej wiele zostało dopisanych dialogów, w których przebija się choćby darwinowska teoria ewolucji, emancypacja (a właściwie jej niemożliwość) czy kwestia małżeństwa jako formy przetrwania.

Jasnym jest, że wiele rzeczy musiało wylecieć albo zostać mocno skrócone (i w paru wątkach to – niestety – czuć jak choćby baronostwo Krzeszowscy, subiekci w sklepie), bo nie wszystko by się w filmie upchnie. Niemniej reżyser sprawie panuje nad materią, co bardzo mnie zaskoczyło. Równie imponująca jest warstwa techniczna – krótko mówiąc, czuć tu piniądz. XIX-wieczna Warszawa jest tu żywa, scenografia pełna detali i rekwizytów wręcz oszałamia, tak samo jak kostiumy. Ale nie tylko stolica wygląda okazale, bo jeszcze jesteśmy w Paryżu (a nawet mamy lot balonem) czy w Zasławiu.

Jednak w centrum ciągle znajduje się Wokulski, którego gra fantastycznie Marcin Dorociński, próbujący wejść do grupy ludzi traktującej go z wrogością. Oślepiony miłością do wyidealizowanego obrazu kobiety miota się: od pewnego siebie w interesach przez zagubionego w regułach gry społeczeństwa po absolutnie nieśmiałego. I te skrajności pokazuje on świetnie, niejako niosąc całość na swoich barkach. Po drugiej stronie jest Łęcka grana przez przepiękną Kamilę Urzędowską, która oszałamia wyglądem oraz strojami. Ewidentnie reżyser próbuje pokazać jako trzymaną w kloszu, pozbawioną jakiejkolwiek kontroli nad sobą i swoim życiem. Niby to widać oraz słuchać w dialogach, ALE czegoś mi w tym występie zabrakło. Sytuację za to ratuje bardzo barwny drugi plan, od którego można dostać bólu głowy. Dawno nie widziany Marek Kondrat w roli Rzeckiego pokazuje, że nic nie stracił z talentu i świetnie się uzupełnia z Dorocińskim. Jednak najmocniej zapadły mi w pamięci panie: wspomniana wcześniej Kulesza, bardziej refleksyjna Maja Komorowska (prezesowa Zasławska) oraz najlepsza z całej obsady i najbardziej wyrazista Maria Dębska (ekscentryczna hrabina Wąsowska). Co nie znaczy, że reszta jest słaba czy nijaka, żebyśmy się zrozumieli.

Nie widziałem jeszcze wersji netflixowej od Pawła Maślony, więc nie będę się bawił w porównania. Niemniej muszę powiedzieć, że Kawalski wyszedł z tego zadania obronną ręką, tworząc jeden z lepszych blockbusterów w naszym kraju od lat. W starym stylu i klasyczny, ale nie pachnący naftaliną. Bliżej oryginalnego tekstu, lecz nie trzymający się go do ostatniej kropki, co nie jest łatwym zadaniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Furioza

Przyznam się, że na film o kibolach i gangsterce wokół tego podchodziłem jak pies do jeża. Do tego jeszcze za kamerą miał stanąć reżyser jednej z najgorszych tzw. komedii („PolandJa”). Entuzjazm zgasł szybciej niż honor wśród polskich polityków. I jeszcze mamy część obsady z tamtego filmu (Chabior, Bobrowski), co budziło spore obawy. A jaka jest naprawdę „Furioza”?

Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa: mamy tytułową Furiozę, czyli grupę kiboli. A ci zajmują się kibolskimi sprawami: zadymą, ustawkami, mordobiciem etc. A gdzieś w tle mamy podejrzane relacje z gangsterami i dilerką. Ekipą kieruje „Kaszub” oraz jego prawa ręka, „Golden”. Do tej grupy kiedyś należeli także brat Kaszuba, Dawid i Dzika – to jednak było dawno i nieprawda. Teraz mężczyzna jest lekarzem, zaś dziewczyna wstąpiła do policji. Dawid zmuszony zostaje do współpracy z psiarnią w zamian za oczyszczenie kartoteki „Kaszuba”. Jeszcze jest „Mrówka”, który zajmuje się handlem narkotykami.

furioza1

Domyślacie się dokąd to zmierza? Sensacyjna opowieść o honorze, kasie, lojalności. Jeśli ktoś spodziewa się czegoś a la Patryk Vega, nie macie tu czego szukać. Mamy dwójkę bohaterów, którzy zderzają się z przeszłością (najbardziej Dawid, dawny członek Furiozy, obecnie wykluczony z pewnej decyzji), konkurencję walczącą o teren, ścigających gliniarzy, a nawet polityków w tle. Z tego koktajlu powstaje zaskakująco świeże kino, które klimatem bliżej jest do „Jak zostałem gangsterem” Kawulskiego, choć nie jest aż tak teledyskowe. Olencki bardziej trzyma się ziemi, bywa brudny i brutalny, jednak unika prostackości i prymitywizmu twórcy serii o psach razy pitbull. Jest to spójne narracyjnie, konsekwentnie prowadzone i energetyczne kino.

furioza2

Zaskakująco też dobrze zrobione technicznie, gdzie twórcy bawią się montażem równoległym, mordobicie jest pokazanie bez montażowych sztuczek (walka w lesie z motywacyjną przemową, której nie powstydziłby się sam Mel Gibson), zaś dialogi w większości są słyszalne i wyraźne. Zdziwiła mnie też spora ilość humoru, stanowiący skuteczny balans do powagi oraz wagi sytuacji. Może i brzmi dość prosto, ale nie sprawia wrażenia ciała obcego. Oraz potrafi rozbawić (zwłaszcza wypowiedzi cynicznego szefa Dzikiej, Bauera), a to nie jest łatwe.

furioza3

Niestety, nie wszystko tu działa idealnie. Czasem jakiś dialog zabrzmi mechanicznie, parę wątków można spokojnie wyciąć, by zachować równiejsze tempo. Pewnym balastem jest też relacja między Dziką a Dawidem, która zaczyna się budować. Bo po pierwsze, dochodzi do niej nagle i niespodziewanie, dialogi wtedy brzmią bardzo deklaratywnie, zaś grający główną rolę Mateusz Banasiuk ma urok i charyzmę kawałka drewna. Jego wycofanie się, mające pokazać jego wewnętrzny konflikt, działa na jego niekorzyść. Tak samo sceny retrospekcji wydają się troszeczkę zbędne.

furioza4

Jednak reszta obsady to już zupełnie inna rozmowa. Zaskakująco dobrze wypada Weronika Książkiewicz jako szorstka Dzika, kompletnie niepasująca do jej dotychczasowego emploi. Bardzo subtelnie poprowadzona, z wieloma mocnymi momentami. Równie porządny jest Wojciech Zieliński, czyli charyzmatyczny, honorowy „Kaszub”. Urodzony lider, trzymający się zasad i budzący respekt. Szoł jednak absolutnie kradnie trzech facetów: Szymona Bobrowskiego (Mrówa), Mateusza Damięckiego (Golden) oraz Łukasza Simlata (Bauer). Pierwszy jest równie wyrazistym mafiozo z zasadami, drugi z potężnym kaloryferem i ADHD rozsadza ekran dziką energią, zaś ostatni jest idealnie skrojony do roli cynicznego gliniarza z tnącymi niczym żyleta punchline’ami. Na dalszym planie też jest parę znajomych twarzy, robiących bardzo porządne tło (Sebastian Stankiewicz, Konrad Eleryk czy Cezary Łukaszewicz, by kilku wymienić).

Mimo sporych obaw na „Furiozie” bawiłem się znacznie lepiej niż przypuszczałem. Olencki świetnie prowadzi aktorów (z jednym wyjątkiem), sprawnie prowadzi narrację i jest soczyście wykonane. Kolejny przykład kina rozrywkowego na poziomie oraz wyczuciem.

7/10

Radosław Ostrowski