Do widzenia, do jutra…

Gdańsk, rok 1959. Jacek jest plastykiem, który wieczorami dorabia w kabarecie. Jego dość spokojne życie zmienia się, kiedy pojawia się Margueritta – córka francuskiego konsula, która spędza tu wakacje. On się w niej zakochuje, a ona nie wiąże się z nikim.

Pierwszym skojarzeniem jakie nasuwa się z nazwiskiem Janusz Morgenstern są filmy i seriale wojenne („Stawka większa niż życie”, „Kolumbowie”), jednak swoim debiutem zaskoczył wszystkich. Jest to film, który można było określić mianem kina poetyckiego, gdzie najważniejsza była atmosfera i klimat. Zaś sam film to dość proste i nieskomplikowane love story, którego finał jest dość oczywisty, bez zaskoczenia. Jednak atmosfera powojennego Gdańska, piękne zdjęcia (co z tego, że czarno-białe) oraz świetne dialogi (może i trochę zbyt literackie, ale pasujące) dopełniają tej historii. Można się trochę przyczepić, że fabuła trochę szczątkowa, że scenki z kabaretu trochę rozbijają całą opowieść i nie ma tu nic zaskakującego. I macie pod tym względem rację, jednak jakoś przemawia do mnie ta cała romantyczna otoczka i po ponad 40 latach ten film ogląda się świetnie, formalnie nie zestarzał się, czym nie każdy film może się pochwalić.

do_widzenia

Nie można też zapomnieć o obsadzie, która nadal robi wrażenie i świetnie realizuje swoje zadanie. Zbigniew Cybulski tutaj jest młodym, romantycznym chłopakiem zakochanym w dziewczynie, a może tak naprawdę w jej wyobrażeniu? Tego do końca nie wiemy, ale wierzymy mu (przynajmniej ja mu wierzę). Towarzyszy mu pięknie wyglądająca Teresa Tuszyńska – niedostępna, tajemnicza i atrakcyjna. Rozmowy między nimi są strasznie intrygujące. Zaś na drugim planie przewijają się świetni Jacek Fedorowicz (wiecznie spłukany Jerzy), Roman Polański (Romek, król cza-czy) i Grażyna Muszyńska (Joasia).do_widzenia2

Może i ten film niespecjalnie mnie zaskoczył, bo takich opowieści widziałem już przynajmniej kilka, jednak debiut Morgensterna wiernie pokazuje realia końca lat 50., a wszystko opowiedziane bez patosu, bardzo subtelnie, wręcz delikatnie. Pachnie to francuską nową falą, dla mnie jednak jest to ciekawe kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

Anna Karenina

Historia tej miłości skazanej na potępienie była przenoszona na ekran wielokrotnie. Tym razem zadania się podjął Joe Wright, który miał na to swój własny pomysł, bo zrobił z tego spektakl – dosłownie. Niby toczy się to w wielu miejscach, ale tak naprawdę wszystko jest kręcone w teatrze (jedynie sceny w majątku Lewina są w plenerze). Może się to wydawać sztuczne, ale reżyser wie, co robi, bo zrealizowane jest to wybornie. Kamera wręcz podąża za bohaterami, gdy scenografia (świadomie sztuczne tła) zmienia się jak w kalejdoskopie – przenosimy się z miejsca na miejsce, a jednocześnie nie gubimy się w tym wszystkim, a całość ogląda się znakomicie. Mimo pewnej teatralności, Wrightowi udało się przekazać i pokazać emocje wśród bohaterów, co można było zignorować. Imponują też kostiumy oraz piękna muzyka, która buduje klimat tej opowieści. Niezwykła i pomysłowa realizacja, co trzeba przyznać.

karenina1

Jednak esencją i największą siła poza oryginalną dość warstwą formalną są bardzo ciekawe i przekonujące kreacje, choć dość nietypowo obsadzeni. Takim przykładem jest Jude Law w roli chłodnego i opanowanego Karenina, który ukrywa swoja upokorzenie. Drugim zaskoczeniem jest Aaron Taylor-Johnson jako Wroński – trochę lalusiowaty, ale powściągliwy bawidamek. Jednak ich wszystkich przyćmiła Keira Knightley. Nie przepadałem za tą aktorką, ale muszę przyznać, ze mnie zaskoczyła, powaliła i bardzo przekonująco pokazała kobietę, która wyzwala się z ciasnych konwenansów i płaci za to wysoką cenę.

karenina2

Ale poza tym trójkątem nie brakuje równie ciekawych ról drugoplanowych, z których najbardziej zapadł Domhnall Gleeson jako idealista Konstantyn Lewin, którego wątek miłosny jest drugim istotnym dla fabuły oraz wywołujący uśmiech Matthew Macfayden (Obłoński).

karenina3

Wierna treściowo, zaskakująca formalnie, wciągająca i angażująca adaptacja. Kolejny przykład, że nie trzeba szokować czy przesadnie eksperymentować, by osiągnąć wymarzony efekt. Brawo!!

8/10

Radosław Ostrowski

Wybór Zofii

Jest rok 1947. Młody pisarz Stingo przybywa do Nowego Jorku, by wynająć pokój i tam napisać swoją powieść. Jednak już na miejscu jest świadkiem kłótni między sąsiadami z góry – Nathanem i Zofią. Po pewnym czasie zaprzyjaźnia się z nimi i powoli odkrywa tajemnice ich obojga i nie są to łatwe sprawy.

wybor_zofii1

Kiedy wydano powieść Williama Styrona, wywołała ona wielki szum i przeniesienie jej na ekran było tylko kwestią czasu. Zadania adaptacji podjął się Alan J. Pakula – bardzo uznany i ceniony reżyser odpowiedzialny m.in. za „Wszystkich ludzi prezydenta”. Choć gatunkowo jest to melodramat, to siła rażenia i emocji jest równie mocna, a nawet silniejsza od wspomnianego wcześniej thrillera. Bo jest to opowieść o pozornie szczęśliwej i sympatycznej parze widzianej z perspektywy młodego i wchodzącego w życie pisarza, który staje się ich przyjacielem i powiernikiem. Ale nad nimi ciążą pewne tajemnice i lęki, które przyciągają i odpychają ich od siebie. A w to wszystko zostaje wpleciona wojenna historia Zofii (nakręcono w mocno stonowanej kolorystyce kontrastującej z barwnymi ujęciami Nowego Jorku lat 40.), która naznaczyła ją piętnem, a jej tytułowy wybór odmienił ją na zawsze. Wszystko to jest opowiedziane tak pewnie, że emocje są wręcz namacalne i odczuwalne. W dodatku wiernie odtwarzając realia lat 40., z bardzo mocnym scenariuszem, delikatną muzyką Marvina Hamlischa oraz bardzo poruszającym finałem. Więcej treści nie zdradzę, ale wspomnę, że część wydarzeń toczy się w Polsce (którą udawała Jugosławia).

wybor_zofii2

Jednak ten film nawet w połowie nie byłby tak mocny, gdyby nie aktorstwo z najwyższej półki i w tym określeniu nie ma żadnej przesady. Wybornie wypadł Kevin Kline jako Nathan – czarujący, elegancki przystojniak, który ma obsesję na punkcie Holocaustu i potrafi w jednej chwili eksplodować, stracić panowanie nad sobą i wszystko to wypadło znakomicie, choć był to debiut Kline’a. Drugim zaskoczeniem był Peter MacNichol. Aktor ten kojarzony głównie z ról komediowych (m.in. „Jaś Fasola: Nadciąga totalny kataklizm” czy „Ally McBeal”), pokazuje się tutaj z zupełniej innej strony jako zagubiony, młody człowiek pełen empatii, zafascynowany swoimi sąsiadami. No i w końcu ona – Meryl Streep w bardzo wymagającej roli Zofii – kobiety z jednej strony pięknej, inteligentnej, ale w środku ukrywającej bardzo mocną traumę (w scenach wojennych bardzo dobrze mówiła po niemiecku i po polsku, co jest naprawdę wielkim wyczynem).

wybor_zofii3

Można się nie zgodzić, ale moim skromnym zdaniem Pakula nakręcił swój najlepszy film w całej swojej karierze. Mocny, poruszający głęboko i który po obejrzeniu zostaje w pamięci na długo. To jeden z tych filmów, który zwyczajnie mówiąc przeżywa się. Rewelacja.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Rozważna i romantyczna

Anglia, wiek XVIII. Gdy umiera Henry Dashvwood, zgodnie z prawem jego majątek otrzymuje jego syn John. Wbrew jego woli, zmusza macochę i jej trzem córkom opuścić domostwo. W końcu trafiają do letniego domu sir Johna Middletona. Najstarsze córki Elinor i Marianne w tym czasie przeżywają miłosne uniesienia. Starsza w młodym i lekko nieśmiałym Edwardzie Ferrarsie, zaś młodsza w pewnym siebie Johnie Willioghby.

rozwazna1

Jane Austen  jest jedną z najpopularniejszych pisarek angielskich wszech czasów, a ilość adaptacji jej książek jest tak wielka, że nie da się tego wymienić na wszystkich palcach jakie ma człowiek. „Rozważna i romantyczna” też była przenoszona parokrotnie, zaś najbardziej znanej adaptacji dokonał w 1995 roku Ang Lee. I były wątpliwości, co do wyboru reżysera, ale zostały one szybko rozwiane. I bardzo przekonująco odtwarza realia XVII-wiecznej Anglii, gdzie konwenanse mocno ograniczały relacje międzyludzkie (zwłaszcza miedzy kobietą a mężczyzną), a o ich przeszłości nie decydowała miłość, ale pozycja społeczna i stan posiadania (co widać w niemal każdej scenie rozmów). Na szczęście dzisiaj to nie jest problem, jednak wróćmy do filmu, w którym nie zabrakło odrobiny humoru (głównie ironicznego), pięknych kostiumów i zdjęć oraz eleganckiej muzyki pachnącej realiom. Zaś cała historia jest naprawdę wciągająca i prowadzona pewną ręką.

rozwazna3

I jedno co najważniejsze – zagrane jest to po prostu wyśmienicie. I tutaj mam na myśli nie tylko główne role, ale nawet drobne epizody, co jest dość sporą rzadkością (z drugiej strony mając do dyspozycji takich aktorów jak Tom Wilkinson, Imelda Stauton, Hugh Laurie czy Roberta Hardy nie można było narzekać). Jednak najbardziej uwagę skupiają dwie panie i jeden pan – Emma Thompson (rozważna Elinor – stonowana, powściągliwa), Kate Winslet (Marianne – romantyczna, nie ukrywająca swoich emocji) i Alan Rickman (pułkownik Brandon – skryty dżentelmen z tajemnicą). Wszyscy troje są rewelacyjni i patrzy się na nich z wielką przyjemnością. Trochę w ich cieniu jest Hugh Grant, który jednak nadal potrafi zauroczyć.

rozwazna2

Mimo upływu wielu lat, film Anga Lee nadal pozostaje wyborną pozycją w jego dorobku. Choć to melodramat ,czyli gatunek traktowany przez krytykę i większość mężczyzn za coś nie wartego uwagi, jest to najwyższej próby produkcja, która naprawdę potrafi przykuć uwagę i poruszyć. A to się zdarza naprawdę nielicznym.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Atlas chmur

W 1846 r. notariusz Adam Ewing zapada na ciężką chorobę podczas podróży z wysp Pacyfiku do San Francisco. W trakcie wyprawy zaprzyjaźnia się z niewolnikiem. W 1936 r. młody kompozytor-gej Robert Frobisher zatrudnia się u światowej sławy kompozytora Vyvyana Ayrsa. Po pewnym czasie zaczyna tworzyć własne arcydzieło. W 1973 r. dziennikarka Luisa Rey szuka prawdy o intrydze szefa elektrowni atomowej, czym ściąga na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo. We współczesnym Londynie wydawca Timothy Cavendish wpada w kłopoty finansowe. Wskutek intrygi brata zostaje uwięziony w domu starców. A w dość odległej przyszłości w Nowym Seulu genetycznie zmodyfikowana kelnerka Sonmi-451 oczekuje na wykonanie wyroku śmierci. Opowiada służącemu systemowi Archiwiście historię swojej przemiany. A w post apokaliptycznej rzeczywistości Zachariasz próbuje chronić swych bliskich przed kanibalami Kona. Jego życie zmienia pojawienie się tajemniczej kosmitki Meronym.

Wachowscy i Tom Tykwer próbują stworzyć filmową układanką, toczącą się w sześciu przestrzeniach czasowych, gdzie ok. 20 bohaterów w ciągu prawie trzech godzin. Jak widać, nie jest to łatwe kino, bo wymaga skupienia, zaś przeplatanie wątków może wywołać chaos i zagubienie na początku, ale opanowanie tego nie jest aż takie trudne jak się wydaje. Twórcy stworzyli dość ciekawą wizję świata (zwłaszcza historie futurystyczne), zaś przewijającym wątkiem jest bunt wobec porządku świata, narzuconym konwenansom oraz bycie niewolnikiem, a wszystko okraszone poważnymi i „głębokimi” dialogami oraz monologami, co dość mocno psuje frajdę z oglądania. Poza tym każda z opowieści opowiedziane w różnych konwencjach: od komedii przez thriller i melodramat do SF, ze świetnym montażem oraz kapitalną charakteryzacją, gdyż aktorzy grają nawet po kilka postaci i nie zawsze łatwo jest rozpoznać ich.

I właśnie zagrane jest to naprawdę świetnie, choć postacie nie są zbyt głęboko zarysowane. Największe brawa należą się Tomowi Hanksowi (m.in. Zachariasz, dr Henry Goose czy pisarz Dermot Hoggins), który stworzył kilka kompletnie różnych postaci (najbardziej zapada w pamięć brytyjski pisarz Hoggins, brytyjski akcent Hanksa jest wyborny) i pokazał, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Drugim jasnym punktem jest Halle Berry (m.in. Luisa Rey, Meronym czy biała blond Jocasta), ale też nie można zignorować będących w równie mocnej formie Hugo Weavinga (m.in. demoniczny demon Stary Georgie, zabojca Bill Smoke czy pielęgniarka Noakes – nowa wersja siostry Ratchet), Jima Broadbenta (m.in. Cavendish) czy Jima Sturgessa (m.in. Adam Ewing i Hae-Joo Chang). To naprawdę robi wrażenie i po części oni podnoszą ten film na wyższy poziom.

atlas6

Ta mieszanka jest zgrabnie pokazaną żonglerką gatunkami oraz potwierdzeniem rzemiosła reżyserów. A że czasem pojawiają się naprawdę głębokie dialogi i monologi, to akurat jest najdrobniejsza wada. Uczciwie dobry film.

7/10

Radosław Ostrowski

Celeste i Jesse – Na zawsze razem

Była raz sobie młoda Jesse i Celeste. On – niedoszły artysta, ona – pracownica firmy reklamowej. Poznali się w liceum i wzięli ze sobą ślub. Ale kiedy ich poznajemy są w separacji, mimo tego ich relacje między nimi są serdeczne. I tak to trwa do momentu, gdy Jesse dowiaduje się o tym, że będzie ojcem. Ale nie z Celeste, tylko z Veronicą.

Kolejny przykład amerykańskiego niezależnego kina. Nie zobaczymy znanych twarzy w głównych rolach (co najwyżej na dalszym planie) i jest to słodko-gorzka opowieść o związkach, z naciskiem na obyczajowość. Reżyserowi Lee Tolandowi Kriegerowi udało się pokazać, że przyczyną rozpadu jest nie tylko niedogadywanie się ze sobą, ale też charaktery oraz nasze wady. Jednak czasem takie zdarzenia jak rozwód są w stanie zmusić nas do spojrzenia z innej perspektywy na nas. Niby nic oryginalnego, ale czuć w tym wszystkim autentyzm i nie ma poczucia przekombinowania czy udziwnienia na siłę. Czasem jest przemycany humor, ale nie jest to komedia. Efektów specjalnych, dynamicznych pościgów i hektolitrów krwi nie ma wiele, to jednak można było wywnioskować wcześniej.

celeste

Zagrane jest to całkiem przyzwoicie. Najbardziej wyróżnia się Rashida Jones w roli Celeste (także współautorka scenariusza), to z jej perspektywy poznajemy tą całą historię. To piękna kobieta, ale patrząca na innych trochę z góry, ambitna, zarabiająca i przez pewien czas staczająca się powoli. Jej przeciwieństwem jest Jesse w wykonaniu Adama Sanberga – obibok, który chce być artystą. Jednak oboje zaczyna powoli zmieniać się i dojrzewać. Jednak ta dwójka nie jest jedynym powodem, dla którego warto spędzić czas. Z drugiego ja bym wymienił Emmę Roberts (gwiazda pop Riley), Chrisa Messinę (Paul) oraz Elijah Wooda (Scott, szef Celeste).

celeste2

To lekkie obyczajowe kino. Tylko i aż, bo czas mija szybko a i pomyśleć jest o czym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Niebiańskie istoty

Nowa Zelandia, rok 1953. Do szkoły w Christhurch pojawia się nowa uczennica Juliet Hulme, która zaprzyjaźnia się z Pauline Rieper, która trzyma się z daleka od innych. Jednak ta przyjaźń wywołuje niepokój u rodziców obu dziewczyn, którzy próbują je rozdzielić, obie tworzą własne światy. Jednak finał jest tragiczny…

Peter Jackson to facet, którego nie trzeba specjalnie przedstawiać. Bardziej znany dzięki „Władcy Pierścieni”, wcześniej kręcił horrory i po nich stworzył bardzo dziwny film. Bo tak naprawdę jest to prawdziwa historia toksycznej przyjaźni, której finałem było morderstwo. Jednak reżyser nie szafuje i pokazuje wszystko w sposób bardzo subtelny i delikatny. Bazując na pamiętnikach Pauline, pokazuje bardzo niejednoznaczną relację łączącą obie dziewczyny, którą trudno tak naprawdę określić – przyjaźń, miłość? Nie ma tu jednoznacznej odpowiedzi, jednak ta silna relacja była bardzo toksyczna i obie panie były od siebie uzależnione.  Nie chciały się pogodzić z tym, że nie będą razem.

istoty

Jackson sięga po dość klasyczne środki (narracja z offu, gdzie słyszymy autentyczne zapiski z pamiętnika), a jednocześnie wszystko jest pokazane w dwóch światach – rzeczywistym i tym wykreowanym przez Pauline oraz Juliet. Jest on bardzo wysmakowany plastycznie, gdzie pojawiają się zarówno ożywione postacie z plasteliny, jak i ich Czwarty Świat. W dodatku okraszone to piękną muzyką i świetnym montażem (zwłaszcza prolog, w którym dwie biegnące dziewczyny w lesie przeplatają się z czarno-białymi ujęciami ich na statku idącymi do rodziców Juliet). Resztę i wnioski wyciągnijcie sami.

W dodatku wszystko to jest świetnie zagrane. Najtrudniejsze zadanie miały debiutujące na dużym ekranie Kate Winslet i Melanie Lynskey. I obie bardzo przekonująco pokazały dwie, trochę zwariowane dziewczyny, trochę żyjące na granicy szaleństwa. Obie po pewnym czasie tracą kontakt z rzeczywistością i obie nie potrafią żyć bez siebie. Ale poza nimi trudno nie zwrócić uwagi na grających rodziców Juliet Dianę Kent oraz Clive’a Merrisona.

istoty1

Film ogląda się to z pewną fascynacją, ale i obawą. Trudny do zaszufladkowania i jednoznacznych osądów, jest bardzo ciekawą i intrygującą propozycją.

8/10

Radosław Ostrowski

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom

Rok 1965, New Penzacne w Nowej Anglii. Tam mieszka 12-letni harcerz Sam Shakusky oraz jego rówieśniczka, Suzy Bishop. On – wzorowy harcerz, nie lubiany przez kolegów, ona ma rodziców prawników, którzy dawno stracili ze sobą kontakt. Oboje poznali się podczas szkolnego przedstawienia „Powódź Noego”. I od tej pory piszą do siebie listy, aż w końcu planują wspólną ucieczkę. W ślad za nimi rusza pościg pod wodzą kapitana Sharpa i harcmistrza Warda, który ma ich znaleźć i ukarać. Ale że chłopak jest sierotą, karą dla niego będzie odesłanie go do poprawczaka.

kochankowie2

Opowieści o miłości było naprawdę wiele, ale nikt nie opowiedział tego w taki sposób jak Wes Anderson. Reżyser opowiadający o ekscentrycznych ludziach i rodzinach destrukcyjnych tym razem opowiada o miłości dwójki dzieci, które mają zostać rozdzielone. Z jednej strony mocno osadzone w latach 60-tych (świetna scenografia i kostiumy z epoki), z drugiej reżyser trochę bawi się konwencjami. Bo jest tu i dramat nieakceptowanej miłości, trochę komedię romantyczną, a wszystko to w lekko groteskowy, ale jednocześnie szczery sposób. Anderson opowiada wszystko w bardzo nietypowy sposób za pomocą świetnych zdjęć (kamera posuwa się w bok jak w teatrze) i montażu, genialnej muzyki, ale też i specyficznego humoru oraz pewnej magii, której nie potrafię wyrazić słowami. Zaś postacie są ciekawe. Bo mamy narratora ubranego w czerwony płaszcz, który jest kimś w rodzaju przewodnika po okolicy (zawsze pokazany na pierwszym planie), harcerzy, którzy bardziej przypominają wojsko (mają szukać zagubionego chłopaka, którego nie lubią, choć prędzej by go zabili) oraz Opiekę Społeczną, wyglądającą jak czarownica. Dorośli są tutaj albo smutni (harcmistrz oraz kapitan policji), albo dysfunkcyjni (rodzice Suzy, którzy rozmawiają ze sobą jak adwokaci, zaś matka woła dzieci na obiad używając megafonu). Przy nich dzieci sprawiają wrażenie naturalnych, dojrzałych oraz po prostu mądrzejszych. Zaś ich zachowanie (pierwsze pocałunki, dotykanie czy malowanie aktów) jest czymś normalnym. A to potrafi pokazać tylko Anderson.

kochankowie1

Ale poza pomysłowością wizualną i techniczną, reżyser ma dobrą rękę do obsady. Kompletnym objawieniem dla mnie byli Jared Gilman oraz Kyra Hyward w rolach tytułowych kochanków (autor polskiego tłumaczenia tytułu jest skończonym idiotą, gdyż przekład jest z dupy wzięty, a nazw własnych się nie tłumaczy – chyba). Oboje są naturalni i nie zawaham się tego powiedzieć, to jest ich film. Mam małą nadzieję, że ich jeszcze zobaczę na ekranie. Za to dorośli wypadli równie przekonująco. Bill Murray i Frances McDormand jako rodzice prawnicy są jednym ze źródeł humoru. Oboje już przestali się obchodzić nawzajem, choć się kochają i nadal czują coś do siebie. Z kolei Edward Norton jako harcmistrza Warda stanie się symbolem harcerza, który może nie jest idealny, ale ciągle się stara i wzbudza empatię, jest zaangażowany (to widać m.in. w czasie inspekcji czy nagrywanych „Dziennikach harcmistrza”). Tak samo Bruce Willis w roli policjanta, który nie jest szczęśliwy, jednak też próbuje znaleźć pokojowe rozwiązanie sytuacji. Ich przeciwieństwem jest postać Opieki Społecznej, granej przez Tildę Swinton. Bezduszna, kierująca się przepisami kobieta wzbudza niechęć, a nawet wrogość. Należy też wspomnieć o epizodach Jasona Schwartzmana (kuzyn Ben) oraz Harveya Keitela (dowódca Pierce).

Wydawało mi się, że już nie da się opowiedzieć oryginalnej i niezwyklej historii, ale od czego jest Wes Anderson. Takich filmów nie powinno się opowiadać, tylko samemu obejrzeć i przeżyć je. Do czego was gorąco zachęcam.

8/10

Radosław Ostrowski

Alexandre Desplat – muzyka z filmu:

Delikatność

Nathalie to młoda kobieta, która pracuje w korporacji i od niedawna jest mężatką. Jednak jej szczęście nie trwa zbyt długo. Jej mąż zostaje potrącony przez samochód i umiera. Po trzech latach dochodzi w pracy do dość dziwnej sytuacji. Kiedy przychodzi do niej podwładny Marcus, zaczyna go całować – ot tak. Pytanie tylko, czy coś więcej z tego wyjdzie.

delikatnosc_300x300

Reklamowano ten film jako komedię romantyczną, co nie do końca jest prawdą. W założeniu to miała być opowieść o wychodzeniu z traumy i ponownym zaangażowaniu emocjonalnym. Reżyserzy bazując na bestsellerze Davida Foenkinosa (współreżysera), opowiadają to wszystko w sposób bardzo delikatny i dość subtelny. Problem polega na tym, że to trochę za delikatnie i nie do końca kupuje się tę opowieść, która miała w sobie naprawdę wielki potencjał. Powrót z żałoby do świata żywych jest naprawdę intrygującym tematem, nie zabrakło odrobiny humoru, ładnych zdjęć oraz próbującej podkreślić klimat muzyki, a tempo jest bardzo spokojne. Tylko czegoś tu zabrakło, ale czego? Chyba emocji, bo ogląda się to całkiem nieźle, jednak po seansie nic w pamięci nie zostaje, choć nie brakło sympatycznych postaci.

delikatnosc2_300x300

Aktorzy próbują ratować sytuację i częściowo ją ratują. Audrey Tautou próbuje łączyć w sobie urok i czar z lękiem i niepewnością, co wychodzi dość średnio, lepszy był partnerujący jej Francois Damiens w roli Markusa, niepozornego Szweda, który powoli liczy na więcej niż koleżeństwo.

Może i to jest delikatne oraz bardzo subtelne kino, tylko nie za bardzo zwraca uwagę i nie do końca się wierzy. Jakby nie do końca dopracowano wszystko. Trochę szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Odwróceni zakochani

Wyobraźcie sobie, że Układ Słoneczny posiada podwójną grawitację. Ziemia jest podzielona na dwie części, gdzie mają wspólną atmosferę, ale inaczej działa materia. Zaś kontakt materii może doprowadzić do spalenia, co nie pozwala na interakcję z tymi światami – Górnym i Dolnym. Ale kiedy dwoje ludzi z tych różnych światów, zakochują się w sobie, to czy miłość będzie w stanie pokonać grawitację?

odwroceni zakochani2

Jednego nie można odmówić reżyserowi – pomysłu na wizję świata. Dwie połówki tej samej planety, w której obowiązuje oddzielne reguły grawitacji i przyciągania to rzecz naprawdę oryginalna i zrealizowana dzięki naprawdę świetnej warstwie wizualnej, w której dominuje kolor błękitny oraz efektów specjalnych. Przez parę scen nie wiedziałem, w której części świata jesteśmy, zaś widok z obu stron jest naprawdę interesujący. W dodatku okraszone to piękną muzyką łączącą orkiestrę i elektronikę. Jednak reżyser Juan Diego Solanas stawia przede wszystkim na wątek miłosny, który jest opowieścią kolejnego mezaliansu. Problem w tym, że sama historia nie jest zbyt oryginalna, niemniej ogląda się to całkiem nieźle. Czuć jednak, że można z tego pomysłu wycisnąć znacznie więcej. Tym większa szkoda i rozczarowanie.

odwroceni zakochani1

Sytuację częściowo bronią aktorzy. Najlepiej poradził sobie Jim Sturgess, który przykuwa uwagę i widać, że jest zakochany. Jego spojrzenia, zachowania, gesty – tu wszystko gra i jest dopięte do ostatniego szczegółu. partnerująca mu Kirsten Dunst wypada całkiem nieźle w swojej roli – dziewczyny zakochanej, ale z amnezją i trochę niepewną swoich poczynań. A na drugim planie błyszczy Timothy Spall w roli pracownika korporacji o swojsko brzmiącym nazwisku Bob Boruchowicz, który będzie wspierał naszego bohatera.

Jest to trochę film straconej szansy, bo strona wizualna i koncepcja jest wręcz mistrzowska, ale fabuła niespecjalnie powala i mocno psuje dobre wrażenie. Niemniej wyszedł z tego naprawdę przyzwoity film i już czekam, co pokaże pan Solanas.

6,5/10

Radosław Ostrowski