Romeo & Juliet

Ta historia jest tak powszechnie znana, że opowiadanie jej w zasadzie mija się z celem. To tak jakby streścić „Kevina samego w domu”. Ta niespełniona miłość dwojga ludzi pochodzących z nienawidzących się rodów była przenoszona przez filmowców wielokrotnie, zaś najbardziej znanych adaptacji dokonali Franco Zeffirelli (rok 1968 – bardzo klasyczna) i Baz Luhrmann (rok 1996 – uwspółcześniona, postmodernistyczna jazda). I wydawało by się, że kręcenie kolejnych wersji tej samej historii mija się z celem. Inne zdanie miał Włoch Carlo Cerlei, który razem ze scenarzystą Julianem Fellowsem postanowili jeszcze raz opowiedzieć o najsłynniejszym romansie w historii literatury.

romeo1

W zasadzie to też klasyczna forma, z renesansowymi realiami (kręcona w autentycznych plenerach) i całą tą resztą, z językiem włącznie. Więc powinno być dobrze? Niekoniecznie, bo film ten jest tak naprawdę jest esencją przeciętności. Warstwa wizualna nie specjalnie porywa (poza grotą ojca Laurentego z pięknymi freskami), zaś realizacja była dość statyczne i – nie wahajmy się użyć tego słowa – teatralna, nawet sceny walk na szpady były jakieś mało angażujące. Postacie mówią, mówią i mówią, czasami coś robią, ale to wszystko mało angażuje. Owszem, mogą podobać się kostiumy i scenografia, pięknie wybrzmiewa muzyka Abla Korzeniowskiego, jednak coś tutaj nie wypaliło i po prostu nudziłem się jak jeszcze nigdy.

romeo2

Obawiam się, że po części to wina grający główne role. Hailee Steinfield i Douglas Booth chyba nie udźwignęli tych postaci i brzmią po prostu sztucznie. Każda kwestia jest wypowiadana wręcz monotonnie, bez emocji, jakby nie były one mówione, tylko czytane z kartki. Owszem, ładnie wyglądają, ale miedzy nimi nie ma żadnego zaangażowania, żadnych emocji – nic. A chyba nie o to tu chodziło. Z młodej grupy najlepiej sobie poradzili Ed Westwick (porywczy i unoszący się honorem Tybalt) oraz Kodi Smit-McPhee (poczciwy Benvolio). Za to bardziej doświadczeni aktorzy mieli tutaj wielkie pole do popisu. W pełni wykorzystał bardzo dobry Paul Giamatti, tworząc naprawdę pełnokrwistą postać, która wzbudza sympatię i jest powiernikiem obojga bohaterów. Równie mocny jest Damian Lewis (lord Capulet – żądający posłuszeństwa, surowy ojciec), który sprostał swojemu zadaniu.

romeo3

Chciałbym, naprawdę chciałbym powiedzieć, że adaptacja Cercei jest naprawdę udana i warta uwagi. Ale muszę was bardzo rozczarować, to zaledwie poprawne dzieło, które niespecjalnie wyróżnia się z tłumu, a drugi plan to trochę za mało, by przykuć uwagę na dłużej. Skierowane do dużo młodszego widza, powiedzmy w wieku góra 15 lat. Ja ten wiek już dawno osiągnąłem.

5/10

romeo4

Radosław Ostrowski


Na śmierć i życie

Jest rok 1944. Do Uniwersytetu Columbia dostał się Allen Ginsberg – młody chłopak, który mieszka z ojcem poetą oraz chorą psychicznie matką. Na uczelni poznaje Luciena Carra, który wzbudza w nim fascynację. Tak samo jak William Borroughs i poznany później Jack Kerouac, tworząc z nimi nowy ruch zwany później beatnikami. Jednak pośród nich jest zakochany z Carrze, David Kammerer, który zostaje zamordowany.

nasmierc1

Film niejakiego Johna Krokidasa (to drugi jego tytuł) to mieszanina gatunkowa. Z jednej strony mamy biografię, będąca przy okazji portretem rodzącego się nurtu buntowników, który sprzeciwiali się ogólnie przyjętym normom, nie tylko w literaturze. Z drugiej jest to opowieść obyczajowa, zakończona brutalną zbrodnią. I w obu tych polach, reżyser radzi sobie naprawdę nieźle, na pewno lepiej od Waltera Sallesa („W drodze” było średnio udane), który bardziej tutaj przysypiał. Luźny seks (głównie homoseksualny), narkotyki (w kawie, gazem) nakręcające do pisania i próba odnalezienia swojego miejsca na ziemi. A każdy z głównych bohaterów ma pewną mroczną tajemnicę, buntuje się przeciwko rodzicom, światu, nie do końca radząc z samym sobą oraz swoimi słabościami. Całość ogląda się naprawdę dobrze, ma to swój klimat, okraszony jazzem, dragami (przyśpieszenia i spowolnienia), zaś sprawa zabójstwa i dojścia Allena do prawdy intryguje. Nie brakuje też humoru (włam do biblioteki, by wykraść zakazane książki i umieścić je w gablotach).

A jeśli chodzi o aktorów, to tutaj pojawiają się młode, ale już dobrze znane twarze. Zaskoczeniem okazał się Daniel Radcliffe w roli Ginsberga, choć w okularkach zawsze będzie się kojarzył z postacią niejakiego Harry’ego z Hogwartu. Ale wypadł tutaj naprawdę dobrze. Drugą mocną postacią jest Lucien, świetnie zagrany przez Dane DeHaana. Wydaje się najbardziej niepokorny, ale to bardzo niestabilny emocjonalnie manipulator, wykorzystujący innych. Poza tymi dwoma dżentelmenami wyróżniają się niezawodny Ben Foster (narkotyzujący się William Borroughs – spokojnie mówi i zawsze elegancko ubrany) oraz Michael C. Hall (David Kammerer – trudny do rozgryzienia). Miedzy nimi jest tutaj wyczuwalna chemia, czuć tutaj silne zgranie, co jest sporą zaletą.

nasmierc4

Emocje tutaj rządzą, intryga kryminalna jest dość prosta, ale jako portret epoki sprawdza się to naprawdę dobrze. Czasami pojawiają się takie filmowe niespodzianki, które czasami szybko znikają. Ale jak już trafi się w ręce, to wtedy można zostać mile zaskoczonym.

7/10

Radosław Ostrowski

Co się wydarzyło w Madison County

Lata 60. Do małego miasteczka w Iowa przybywa fotograf z National Geographic – Robert Kincaid, by zrobić zdjęcia mostom. Gubiąc się w drodze do celu trafia do domu Franceski Johnson, która akurat została sama na kilka dni. Jej mąż i dzieci wyruszyli na festyn. On zaczyna spędzać z nią sporo czasu, zaczynają rozmawiać, ale na rozmowach się nie kończy.

madison2

Powieść, na podstawie której powstał ten film, uważana jest za jedną z najgorszych książek jakie kiedykolwiek wydano. W dodatku sama historia brzmi jak typowe romansidło, tylko że mamy starszych i bardziej dojrzałych bohaterów. Można byłoby zignorować ten film, gdyby to kręcił jakiś młody reżyser. Ale jeśli za taka produkcję odpowiada Clint „Zabijam wszystkich bez ostrzeżenia” Eastwood, sprawa staje się znacznie poważniejsza. I tym większe jest rozczarowanie. Owszem, nie brakuje odrobiny humoru, historia jest prosta (by nie rzec bardzo prosta i konwencjonalna do bólu) – można by z tym żyć, ale brakuje tutaj emocji, choć próbuje się je pokazać w sposób bardziej delikatny i bez szaleństw. Wszystko opiera się tutaj na prostym schemacie: rozmowa-taniec w rytm jakiejś sentymentalno-romantycznej piosenki i całowanie się. Jeszcze można byłoby to przeżyć, ale to wszystko jest takie letnie i mało angażujące, że z niepokojem czekałem na moment, kiedy to wszystko się skończy. Możecie mnie nazywać zgorzkniałym cynikiem, ale nic na to nie poradzę, że mnie to nie ruszyło.

madison1

I nie mogli z tym nic zrobić ani Meryl Streep, którą bardzo cenię ani próbujący grać wbrew swojemu typowemu emploi (twardy zabijaka i męski szowinista) sam Eastwood. Nie iskrzy między nimi, choć bardzo się starają. Coś tutaj wyraźnie nie zagrało. Ja wiem, ze jest dość spora grupa osób, którym podoba się „Madison County”. Niestety, na mnie to spłynęło jak po kaczce i jest to zaledwie poprawne kino.

5/10

Radosław Ostrowski

W kręgu miłości

Europejczycy do historii o miłości podchodzą z większym dystansem niż holiłudcy kolesie z dużymi cygarami. Belgijski reżyser Felix van Groeningen bardziej zbliża się do filmowców niezależnych, unikając sentymentalizmu i kiczowatości. Opowiada o dwojgu ludziach, którzy żyją ze sobą siedem lat, mają córkę – są po prostu szczęśliwi. Ale jak wiemy szczęście nigdy nie trwa wiecznie. Testem dla ich miłości staje się ciężka choroba córki (nowotwór) i jej śmierć. Od tej pory oboje niby żyją razem, ale coraz większa tworzy się bariera między nimi. Czyżby ten ciężar był dla nich za ciężki?

wkregu1

Reżyser przełamuje chronologię mocno szatkując całą historię. Muszę przyznać, że to wprowadzało mnie w konsternację i nie zawsze mogłem się połapać co po czym następuje. Radość i szczęście mocno jest kontrastowane ze smutkiem, przygnębieniem i stanem rozpadu. Miłość tutaj jest niemal bezgraniczna, bardzo autentyczna, choć oboje są już mocno po przejściach (ona swoich byłych chłopaków ma „wpisanych” o nim nie wiemy zbyt wiele). Drugim bardzo istotnym wątkiem jest muzyka, która połączyła tą parę, czyli bluegrass (odmiana country), odgrywając w ten sposób istotną rolę – komentarza wydarzeń (i brzmi naprawdę dobrze). Jednak tragedia mocno ich naznacza i oboje nie potrafią się dogadać. On (świetny Johan Heldenbergen) jest racjonalistą i przyjmuje to dość spokojnie (choć monolog wypowiedziany na scenie może temu zaprzeczyć), a ona (piękna Varle Beatens) – zatracająca się w tej miłości romantyczka, nie godzi się z tą stratą i szuka wiary (nawet w reinkarnację), czegoś metafizycznego, ale nie ma wsparcia. Dlatego nie ma tutaj miejsca na happy end i musi się to skończyć w tragiczny sposób.

wkregu2

Czy to znaczy, że mamy do czynienia z emocjonalnym szantażem? Ja tego nie wychwyciłem, bo emocje aż kipią od postaci (sceny kłótni), wydarzeń, surowość realizacji jest kolejnym atutem. Zaś ostatnia scena naprawdę wielu mocno uderzy. Tak jak mnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Cheri

Paryż, czasy belle epoque. To właśnie w nich przyszło żyć Fredowi Peloux, zwanemu Cheri. Jego matka była kurtyzaną, która już porzuciła swoją profesję. Chłopak poznaje przypadkowo Leę – koleżankę matki po fachu i jedzie do niej. Niewinny romans zakończył się poważnym uczuciem, ale matka chłopca wydaje go młodej dziewczynie.

cheri1

Stephen Frears to brytyjski spec od kina gatunkowego, a jednocześnie inteligentnego. Razem do spółki ze scenarzystą Christopherem Hamptonem (razem zrobili znakomite „Niebezpieczne związki”) wracają do tematu miłości i konwenansów. Miłości niespełnionej i skazanej na porażkę, bo oboje nie poznali się w odpowiednim czasie. Ona – dużo starsza, doświadczona, on – młody, zagubiony i lekko rozkapryszony, dopiero poznający uroki dorosłego życia. Czy może z tego coś wyjść? No właśnie. Reżyser bardzo stylowo i elegancko pokazuje realia początku XX wieku, a jednocześnie pokazuje tłumione i skrywane emocje, na które sobie damy lekkich obyczajów pozwolić nie mogą. Ale sama historia wydawała mi się średnio angażująca i przez to niezbyt ciekawa. Nie czułem tych emocji, wszystko jest tutaj takie letnie, zaś tej chemii i pożądania kompletnie nie widać. I jeszcze ten narrator, choć tutaj nie przeszkadzał i nie sprawiał wrażenia niepotrzebnej postaci.

cheri2

Sytuacje próbują ratować aktorzy, ale jedna osoba bardzo mocno nawaliła. Rupert Friend może i nieźle wygląda, ale jako tytułowy bohater jest po prostu niewiarygodny. Ja widziałem w nim tylko rozkapryszonego gówniarza, który nie potrafi wybrać między żoną i kochanką. Znużony chłopak, marzący tylko i wyłącznie o zabawie. Dużo lepsza jest za to Michelle Pfieffer w roli zgorzkniałej Lei, która tłumi w sobie miłość, wygląda przepięknie i po prostu zachwyca. W parze za nią idzie gadatliwa i ekspresyjna Kathy Bates, czyli matka Cheri.

cheri3

Frears może i rzadko nawala, ale ten film jest co najwyżej niezłą produkcją – elegancką i stylową, ale pustą w środku.

6/10

Radosław Ostrowski

Wielkie nadzieje

Karol Dickens jest bardzo lubianym i poczytnym pisarzem w Wielkiej Brytanii. Kochają go także filmowcy i w zeszłym roku kolejnej adaptacji powieści „Wielkie nadzieje” dokonał Mike Newell. Jej bohaterem jest niejaki Pip – młody chłopak, który się uczy u szwagra, kowala Joe’ego. Pewnego dnia pomaga zbiegowi, dając mu posiłek. Po wielu latach chłopak nagle otrzymuje spadek i trafia do Londynu, gdzie ma się uczyć bycia dżentelmenem. Liczy na to, że awans pomoże mu zdobyć serce dawne towarzyszki z lat szczenięcych – Estelle.

hope1

Nie ma tu żadnych udziwnień i jest to zrobiona klasycznie, wręcz po bożemu wykonana robota. Sama historia pozornie nie zaskakuje (tu mam na myśli wątek miłosny), ale jest tu kilka mrocznych tajemnic, które kładą cień na naszych bohaterów  – oszustwo, morderstwo, zdrada. I to właśnie tło jest znacznie ciekawsze od naszych głównych bohaterów, żyjących w czasach niemalże bajkowych, gdzie dobre uczynki są nagradzane (czasem po kilku latach), a marzenia zawsze są do zrealizowania. Ale jednocześnie jest to mocno realistyczna historia, bez przesadnego słodzenia, pełne brudu, mroku i wielu tajemnic. Newell trzyma rękę na pulsie, wiernie odtwarza realia epoki (kostiumy i scenografia robią wrażenie, zaś zdjęcia to więcej niż rzemieślnicza robota). Problem polega jednak na tym, że jest to przewidywalne i przede wszystkim mało angażujące, a brak emocji jest niewybaczalny.

Od trony aktorskiej też jest różnie – główne role zagrane są całkiem nieźle przez Jeremy’ego Irvine’a (naiwny, ale poczciwy Pip) i Holliday Granger (chłodna Estella), jednak to tak naprawdę drugi plan jest znacznie ciekawszy i interesujący. Tutaj błyszczy świetny Ralph Fiennes (złoczyńca Magwitch, który padł ofiarą intrygi) i ekscentryczna (jak zawsze) Helena Bohnam Carter (zgorzkniała pani Havisham). Odrobinę humoru dodaje Jason Flemynig (kowal Joe), a równie kluczowym bohaterem jest prawnik Jaggers (Robbie Coltrane w wybornej formie), który zna wiele zagadek.

hope2

Newell nie poniósł tutaj porażki, ale spektakularnym sukcesem też ten film nie jest. „Wielkie nadzieje” są solidnym rzemiosłem, tylko i wyłącznie.

6/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z lilią

Colin jest młodym wynalazcą, który jest elegancko ubrany i nie martwi się o pieniądze, bo ma ich sporo. Bardzo marzy o tym, żeby się zakochać. Dzięki swoim przyjaciołom – kucharza Nicolasa oraz Chicka, trafia na Chloe. Po pewnym czasie, młodzi biorą ze sobą ślub, ale wtedy stan kobiety się pogarsza. Przyczyna tego stanu jest lilia, która rośnie w jej płucu. Colin będzie próbował wszelkimi sposobami uratować swoją ukochaną.

Michel Gondry to reżyser, którego nie można pomylić z nikim innym, nawet jeśli bardzo mocno kocha surrealizm. Historia ma pokręconą warstwę wizualną, gdzie dzieją się rzeczy naprawdę jak z bajki – fortepian połączony z barem, karetka pogotowia na nogach słonia, pokój zaokrąglający się po odsłuchu muzyki czy bardzo niekonwencjonalna scena ślubu (najpierw odbywa się wyścig, gdzie dwie pary walczą o to, która zostanie zaślubiona) – to z jednej strony czyste szaleństwo, z drugiej normalna rzecz dla Gondry’ego. To wszystko tworzy mocno bajkowy i nierealny klimat. Jednak im dalej, tym cała atmosfera staje się poważniejsza i ponura, a zderzenie z brutalną rzeczywistością będzie uderzające, nabierając gorzkiego posmaku, choć elementy surrealistyczne nadal pozostają. Więc nie jest to typowe love story, gdzie wszystko kończy się dobrze, nie ma też typowego wyciskacza łez. Dlatego tym bardziej jest to poruszająca opowieść o wchodzeniu w dorosłość. Jednak forma może wielu odrzucić i zniechęcić.

lilia1

Na szczęście Gondry nie przesadza z surrealizmem, a zachowanie bohaterów jest wiarygodne psychologicznie. To też zasługa świetnych aktorów, którzy udźwignęli role bohaterów sympatycznych, którzy potem są pozbawieni wiary, sił, w końcu nadziei i próbują pogodzić się z losem (symbolicznie pokazują to momenty, gdy ich dom coraz silniej wiąże pajęczyna i brud). To widać najbardziej w rolach Romaina Durisa (Colin) i uroczej jak zawsze Audrey Tautou, których wspierają Omar Sy (Nicolas) oraz Gad Emerach (uzależniony od powieści Partre’a Chick).

lilia3

Gondry raz jeszcze podkreśla, że ma szaloną wyobraźnię, ale forma nigdy nie przesłania treści. To poruszające kino, które mimo elementów baśniowych, trzyma się mocno ziemi i wiele mówi o człowieku.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Przed wschodem słońca

Pociąg – miejsce jak każde inne, gdzie ludzie podróżują, a czasem rozmawiają. I to właśnie w pociągu do Wiednia poznali się oboje. Różni ich wszystko – on, Amerykanin Jesse włóczy się po Europie, ona Francuzka Celine jest na wakacjach i wraca z Budapesztu do Paryża. I tak od słowa do słowa zaczyna się rozmowa. On namawia ją, by razem pochodzili po Wiedniu, bo następnego dnia ma samolot. A w jedną noc może wydarzyć się wszystko.

wschod1

Wiem – takie krótkie streszczenie może wydawać się mało zachęcające i niezbyt atrakcyjne dla widzów. Jednak film Richarda Linklatera to historia tylko pozornie jedna z wielu. Zanim stwierdzicie, że to byłby świetny materiał do sztuki teatralnej (same dialogi, akcja praktycznie nie istnieje, tylko dwoje aktorów, a reszta robi za tło), powiem wam coś: nie wiem czy w teatrze udało by się zbudować tak intymną atmosferę, choć też należałoby czytać między wierszami, zaś feromony wiszą w powietrzu. I jeszcze ten Wiedeń – niezbyt pocztówkowy, a jednak fascynujący i pociągający (Prater, sklep płytowy, klub, jazda tramwajem), wyjątkowy o tej porze i dla tej dwójki.

wschod2

A o czym oni rozmawiają? Odpowiedź, że o wszystkim mogłaby spowodować, że to jakaś bezsensowna gadanina w celu zabicia czasu. I tak, i nie. Mówią (nie zawsze wprost) o swoich marzeniach, nieudanych związkach, lękach, wierze i miłości, choć słowo „kocham” nie pada tutaj ani razu, pada wiele niedopowiedzeń, ale też i parę poważnych refleksji na temat związków, relacji z ludźmi. Dlatego to były pozornie nudne, ale bardzo pasjonujące półtorej godziny. To także zasługa nie tylko błyskotliwego (nie zawaham się użyć tego słowa) scenariusza, pewnej reżyserii oraz realizacji, niby niepozornej, ale kluczowej. No i w końcu najważniejsi: Ethan Hawke i Julie Delpy – oboje piękni, młodzi, z pewnym życiowym bagażem i marzeniami. Chemia między nimi jest wręcz namacalna, zaś zakończenie sugeruje, że może będzie z tego coś więcej. Ale to już temat na inną opowieść.

wschod3

 

Niby ten film niespecjalnie się wyróżnia, ale ma tą samą cechę, co „Dym” Wayne’a Wanga. Tam też słowa są istotne i ważne, a jednocześnie obydwa filmy posiadają tą słynną magię, której tak wielu reżyserów szuka, a tak wielu widzów pragnie odkryć. Do takich filmów będzie się wracać za rok, pięć, dziesięć, a nawet i więcej lat. Przynajmniej chciałbym w to wierzyć.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Idealne matki

Roz i Lil są przyjaciółkami od dawien dawna. Lil owdowiała, zaś mąż Roz pracuje na uniwersytecie w Sydney, a obie kobiety są matkami. Ich dość spokojne i stateczne życie wywróci się do góry nogami. A wszystko zaczyna się od pocałunku jednego z synów… z matką drugiego.

matki

Kino kocha literaturę praktycznie od zawsze i zawsze z niej czerpie. Tym razem mamy do czynienia z adaptacją opowiadania Doris Lessing i potencjał na bardzo interesujący dramat obyczajowy był. Jednak reżyserka Anne Fontaine zrealizowała ten film, jakby to był kolejny odcinek telenoweli.Owszem, pięknie wyglądają tu plaże, bohaterowie też są piękni (poza matkami, które nie są specjalnie brzydkie, ale widać ich wiek), jednak realizacja mocno chłodna. Oglądałem to z dużą obojętnością i kompletnym brakiem zainteresowania. Między bohaterami nie ma żadnej chemii, mogła się pojawić refleksja na temat przemijania oraz pewnej toksyczności związków, ale to wszystko takie płytkie i nudne, zaś dialogi – bardzo średnie. I tylko żal mi tu grających Naomi Watts i Robin Wright, które dały z siebie dużo, ale para poszła w gwizdek. Absolutny średniaczek i przynudzacz.

5/10

Radosław Ostrowski

Tacy byliśmy

Poznali się całkiem przypadkowo w Nowym Jorku. On miał talent literacki, na była zaangażowana politycznie. Po ośmiu latach znów się spotykają i wiążą się ze sobą na dużej, choć nie jest to takie łatwe i nie tylko z powodu różnic charakterów.

tacy_bylismy1

Kino lubi filmy o miłości. Ileż to powstało  (i powstaje)  tytułów opowiadających o tym uczuciu. Trochę mniej znaną opowieścią jest film Sydneya Pollacka z 1973 r. Niby jest to jedna z wielu opowieści o miłości, rozczarowaniach oraz zderzeniu charakterów, które łączy tak wiele, mimo dość sporych różnic. Jednocześnie Pollack mocno buduje tło wydarzeń (lata 40.) od śmierci prezydenta Rossevelta do „czarnej listy” Hollywood. Polityka bardziej lub mniej towarzyszy naszym bohaterom, wywołując między nimi spore napięcia, doprowadzając do rozstań, powrotów,w końcu ostatecznego odejścia. Nie brakuje tutaj smutki i goryczy, trudnych wyborów oraz kompromisów, na które żadne z nich nie podejrzewało się. I pod tym względem to bardzo ciekawe i nietypowe kino, jak na melodramat.

tacy_bylismy2

A całość uwiarygadniają aktorzy. Fantastyczna jest Barbra Streisand. Jest tak zaangażowana i tak emocjonalna, że w jej miłość po prostu się wierzy w ciemno. Jak kocha, to na całego i w sprawach politycznych jest strasznie poważna. Równie przekonujący Robert Redford z kolei jest bardziej stonowany, oszczędny w środkach i bardziej stoi przy ziemi. Jest trochę niepewny swojego talentu. Oboje wypadli naprawdę fantastycznie i dzięki film ten film ogląda się bardzo przyjemnie, zaś bogaty drugi (m.in. Patrick O’Neal w roli reżysera Bissingera czy Bradford Dillman jako J.J. – przyjaciel Hubbarda) uatrakcyjnia ten tytuł.

Trochę już zapomniany, ale absolutnie warty uwagi film Pollacka. Eleganckie love story.

8/10

Radosław Ostrowski