Przed wschodem słońca

Pociąg – miejsce jak każde inne, gdzie ludzie podróżują, a czasem rozmawiają. I to właśnie w pociągu do Wiednia poznali się oboje. Różni ich wszystko – on, Amerykanin Jesse włóczy się po Europie, ona Francuzka Celine jest na wakacjach i wraca z Budapesztu do Paryża. I tak od słowa do słowa zaczyna się rozmowa. On namawia ją, by razem pochodzili po Wiedniu, bo następnego dnia ma samolot. A w jedną noc może wydarzyć się wszystko.

wschod1

Wiem – takie krótkie streszczenie może wydawać się mało zachęcające i niezbyt atrakcyjne dla widzów. Jednak film Richarda Linklatera to historia tylko pozornie jedna z wielu. Zanim stwierdzicie, że to byłby świetny materiał do sztuki teatralnej (same dialogi, akcja praktycznie nie istnieje, tylko dwoje aktorów, a reszta robi za tło), powiem wam coś: nie wiem czy w teatrze udało by się zbudować tak intymną atmosferę, choć też należałoby czytać między wierszami, zaś feromony wiszą w powietrzu. I jeszcze ten Wiedeń – niezbyt pocztówkowy, a jednak fascynujący i pociągający (Prater, sklep płytowy, klub, jazda tramwajem), wyjątkowy o tej porze i dla tej dwójki.

wschod2

A o czym oni rozmawiają? Odpowiedź, że o wszystkim mogłaby spowodować, że to jakaś bezsensowna gadanina w celu zabicia czasu. I tak, i nie. Mówią (nie zawsze wprost) o swoich marzeniach, nieudanych związkach, lękach, wierze i miłości, choć słowo „kocham” nie pada tutaj ani razu, pada wiele niedopowiedzeń, ale też i parę poważnych refleksji na temat związków, relacji z ludźmi. Dlatego to były pozornie nudne, ale bardzo pasjonujące półtorej godziny. To także zasługa nie tylko błyskotliwego (nie zawaham się użyć tego słowa) scenariusza, pewnej reżyserii oraz realizacji, niby niepozornej, ale kluczowej. No i w końcu najważniejsi: Ethan Hawke i Julie Delpy – oboje piękni, młodzi, z pewnym życiowym bagażem i marzeniami. Chemia między nimi jest wręcz namacalna, zaś zakończenie sugeruje, że może będzie z tego coś więcej. Ale to już temat na inną opowieść.

wschod3

 

Niby ten film niespecjalnie się wyróżnia, ale ma tą samą cechę, co „Dym” Wayne’a Wanga. Tam też słowa są istotne i ważne, a jednocześnie obydwa filmy posiadają tą słynną magię, której tak wielu reżyserów szuka, a tak wielu widzów pragnie odkryć. Do takich filmów będzie się wracać za rok, pięć, dziesięć, a nawet i więcej lat. Przynajmniej chciałbym w to wierzyć.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s