Last Flag Flying

Pamiętacie taki film „Ostatnie zadanie”? Marzył mi się sequel, by poznać dalsze losy Buddasky’ego, Meadowsa oraz Mulhalla. I niedawno powstała kontynuacja, chociaż bohaterowie mają inne nazwiska, zaś ich losy są lekko zmodyfikowane. Hal Ashby nie mógł już tego nakręcić, więc na jego miejsce wskoczył Richard Linklater, aktorzy też są inni, lecz klimat troszkę podobny.

Jest rok 2003, trwa wojna w Iraku. Sal Nealon obecnie prowadzi bar, choć wcześniej był sierżantem, Larry „Doc” Sheppard był medykiem, zaś obecnie prowadzi sklep, a Muhlens został kapłanem. Dawniej wszyscy trzej służyli w Wietnamie, lecz nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Jednak los znowu łączy tych bohaterów. Doc prosi swoich dawnych towarzyszy o udział w pogrzebie swojego syna, który zginął w Iraku. Tylko, czy panowie będą w stanie pomóc?

last_flag_flying1

Linklater bardzo zaskakuje filmem, który jest – tak jak oryginał – bardzo wyciszonym, spokojnym tempem, pozwalając na wiele refleksji. I też jest kinem drogi, gdzie bohaterowie poznają się na nowo – już troszkę bardziej doświadczonych, bardziej dojrzałych (nawet Sal) oraz prześladowanych przez pewne własne demony (pewien nieprzyjemny epizod z wojny). Czy udaje im się odbudować dawną więź? Klimat ociera się o nostalgię, nie brakuje wspomnień z przeszłości oraz prób zrozumienia obecnych czasów, z telefonami komórkowymi, schwytaniem Saddama, a także pewnym bilansem życia. Reżyser nie boi się pokazać instytucji armii w niezbyt pozytywnym śledztwie (kłamstwa w sprawie śmierci, manipulacja co do intencji wysyłania poza kraj), chociaż nie atakuje samych żołnierzy czy weteranów i ich poświęcenia, służby. Zero-jedynkowa wizja świata nie interesuje twórcy.

last_flag_flying2

Mimo, że film jest pozbawiony jakichś technicznych fajerwerków, konstrukcja opowieści może wydawać się troszkę rwana (najważniejsza jest sama podróż, chociaż żałoba po stracie bliskiego jest obecna cały czas), jednak historia zwyczajnie potrafi poruszyć, wzruszyć (składanie flagi czy wizyta u matki poległego kumpla) oraz zastanowić. Jednak film nie jest przyciężkim dramatem i udaje się rozładować sytuację humorem, niepozbawionym ironii oraz złośliwości (rozmowa o Eminemie czy dyskusja z religią w tle), pozwalając utrzymać opowieść w lżejszym tonie.

last_flag_flying3

Ale tak naprawdę ten film nakręca fantastyczne trio aktorskie. Kolejny raz zaskakuje Steve Carrell, który w roli Doca wydaje się najbardziej wyciszonym z całej trójki. Mówi bardzo niewiele, sprawia wrażenie jakby nieobecnego, ale wszystkie emocje malują się na tej pozornie spokojnej twarzy. Między siłą spokoju, a gwałtowną ekspresją balansuje Laurence Fishburne (Mullins) – mieszanka opanowanego księdza, poruszającego się o lasce, a dawnego wojskowego, potrafiącego rzucić mięchem. I nie wywołuje to zgrzytu. Ale tak naprawdę całość kradnie rewelacyjny, szarżujący w sposób kontrolowany Bryan Cranston. Sal w jego wykonaniu na początku sprawia wrażenie najmniej odpowiedzialnego (działa czasem spontanicznie, lubi wypić i jest najbardziej cyniczny), jednak on wydaje się mieć w miarę silny kręgosłup w sprawach lojalności. Jest on też chyba najbardziej stąpającym po ziemi bohaterem („Moja przyszłość jest już za mną”), potrafiący wzbudzić sympatię od razu.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczonym tym nieoficjalnym sequelem „Ostatniego zadania”, które dorównało poziomem oryginału. Film Linklatera też jest portretem swojej epoki tuż po 11 września, ale też pokazuje bohaterów powoli wchodzących w smugę cienia. Mimo powagi tematu oraz emocjonalnego ciężaru, pozwala rozładować klimat humorem. Czyżby miał zostać nowym klasykiem?

8/10 

Radosław Ostrowski

Boyhood

Dzieciństwo – czas ważny i istotny w życiu każdego człowieka, gdzie wszystko jest pierwsze, świeże, zaskakujące i nowe. Ale chyba żaden reżyser nie podszedł do tematu dzieciństwa z takim rozmachem jak Richard Linklater. Postanowił opowiedzieć o dzieciństwie i dojrzewaniu Masona na przestrzeni 12 lat jego życia.

boyhood1

W zasadzie ten film nie powinien mi się podobać, gdyż jest to ciąg nie do końca powiązanych ze sobą obyczajowych scenek, gdzie obserwujemy Masona oraz jego rodzinę. Widzimy różne wydarzenia: przeprowadzki, imprezy, spotkania z ojcem (rodzice się rozwiedli), pierwsze miłości. To zapis chwil, z którymi każdy się zetknął, ale jednocześnie jest to osadzone w konkretnej przestrzeni czasowej, co podkreśla świetnie dobrany soundtrack (Coldplay, Kings of Lion, The Black Keys itp.). Koncepcja jest intrygująca, czas trwania też robi wrażenie (ponad 2,5 godziny), jednak nie jestem w stanie dostrzec arcydzieła. Nie brakuje tutaj humoru, ciepła i czułości, przejmujemy się losami naszych bohaterów, tylko nie wiem, czegoś mi tu w tym wszystkim zabrakło. Poza pomysłem, niczego nowego tutaj nie dostajemy – zwykłe życie opowiedziane jednak w ciekawy sposób. Montaż jest tak płynny, ze trudno domyśleć się w jakim momencie jesteśmy.  Jednak czegoś mi zabrakło, by nazwać to wielkim kinem, a sam sentyment oraz przypomnienie paru wydarzeń z dawnego czasu to dla mnie za malutko.

Mocny atutem jest tutaj gra aktorska – pełen naturalizmu, wiarygodności i bez specjalnego popisywania. Najbardziej błyszcza tutaj Patricia Arquette oraz Ethan Hawke w rolach rodziców – oboje nie do końca radzący sobie ze swoimi problemami, ale starają się i próbują troszkę być mentorami dla swoich dzieci. Każde z nich ma swoje mocne momenty (pożegnanie ze swoim synem – matka czy rozmowa o dziewczynach i sensie życia – ojciec) i na swój sposób odnajduje się w świecie. Podobnie radzą sobie Ellar Coltraine (Mason) oraz Lorelei Linklater (Samantha, siostra).

boyhood4

„Boyhood” ma zarówno luźną konstrukcję jak i otwarte zakończenie, które każdy z nas może sobie dopisać. Bywa nostalgiczne, zabawnie i poważnie – jak to w życiu. Jak dla mnie tylko dobre kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Przed północą

Pamiętacie Jesse’ego i Celine, którzy poznali się przypadkiem w Wiedniu? Potem znów przypadkowo trafili na siebie w Paryżu? No i minęło 9 lat i oboje są parą. On nadal pisze, ona jest aktywistka ekologiczną i maja dwójkę dzieci. Teraz przebywają na wakacjach w Grecji u pisarza Patricka. Znajomi zaserwowali im noc w hotelu.

polnoc1

Trudno jest zrobić trzecią część opowieści, żeby nadal była pasjonująca i ciekawa, co udaje się nielicznym. Richard Linklater znów wraca do swojej ulubionej pary i ustawia ich w tak zwanym wieku średnim. Oboje po 40-tce, z paroma doświadczeniami i ciężkimi sytuacjami. Ale nadal jest to inteligentnie poprowadzona rozmowa, tym razem w szerszym grenium, jednak poziom i intensywność pozostała praktycznie bez zmian. A w dodatku Grecja, mniej pocztówkowa, ale jednocześnie przyciągająca uwagę. Jednak druga część filmu (wieczór w hotelu) to brutalna i szczera rozmowa pełna pretensji, bólu i win. Wtedy emocje zaczynają gwałtownie rosnąć, czyniąc całość bardzo gorzką i bolesną. Jednak nie jest to sztampowa gadanina i spór o byle co. Nadal jest to rozmowa na poziomie, pełna trafnych uwag i poważnych refleksji w ogóle na temat relacji z drugim człowiekiem, które nigdy nie należą do łatwych. Ewolucja w jaką idzie ta seria jest zaskakująca i bardzo wnikliwa. I nie ma tu postawionej kropki nad i, więc może nastąpi ciąg dalszy.

No i całość nadal ciągnie Ethan Hawke z Julie Delpy – oboje są po prostu wspaniali, a bez nich ten film po prostu nie istnieje. Chemia między nimi jest namacalna, zaś mimo lat nadal mają sobie coś z młodzieńczego uroku. A że przygniatają ich problemy (rozwód Jesse’ego z pierwszą żoną i przez to ograniczone kontakty z synem, niespełnienie zawodowe Celine), to już inna sprawa. Być może dlatego dla wielu to będzie gorzkie kino, ale moim zdaniem bohaterowie dojrzewają i walczą z rzeczywistością (także ze sobą).

polnoc2

Po obejrzeniu tej części trylogii nurtują mnie tylko dwa pytania. Pierwsze, czy na następną część trzeba będzie czekać następne 9 lat? Drugie, czy w ogóle jest potrzebna następna część? Czas pokaże. Ja w każdym razie będę czekał.

8/10

Radosław Ostrowski

Przed zachodem słońca

Jesse i Celine po wspólnym dniu i nocy w Wiedniu obiecali sobie, że wrócą tu za pół roku. I przypadkowo poznają się po 9 latach w Paryżu. On został pisarzem i promuje swoją powieść, ona ukończyła studia i mieszka w Paryżu. Niby ich znamy, ale w życiu wiele się pozmieniało, znowu zaczną ze sobą rozmawiać aż do momentu, kiedy trzeba będzie pójść na lotnisko.

zachod1

Sequele są trudne do zrealizowania, zwłaszcza w przypadku tak nastrojowego i klimatycznego filmu jak „Przed wschodem słońca” opartego na dialogach i gadaniu. A jednak Linklaterowi znowu się udało stworzyć pasjonujący i ciekawy film, choć uroku i młodzieńczości już tu nie ma. Ale nie jest to zaskakujące, bo bohaterowie dojrzeli i się zmienili. Może nie tyle oni, co ich przekonania i refleksje. Jednak nadal słucha się tych opowieści. Na początku jest dość lekko, swobodnie i pozornie o niczym, ale im dalej tym więcej pojawia się rozczarowań, smutku, poczucia niespełnienia, nieudane związki. Niby jest to potem obracane w żart, ale posmak goryczy pozostaje. Nadal jednak są to dość poważne i wnikliwe refleksje na temat człowieka w ogóle – jego miejscu na ziemi, próbach nawiązania relacji i dlaczego małżeństwa staja się nieszczęśliwe. Reżyser jednak tutaj stoi bardziej przy ziemi, pozbawiając trochę otoczki romantyzmu, co w tym przypadku chyba jest zaletą. Także grający tu główne role Julie Delpy i Ethan Hawke nadal przykuwają uwagę i ciągnie ich do siebie – oboje są dojrzali, zweryfikowali swoje przemyślenia, ale nadal jest między nimi chemia.

zachod2

I tylko jedna rzecz mi się nie podobała – za krótko. Następuje zawieszenie i znów trzeba będzie poczekać jakieś 9 lat, żeby poznać dalszy ciąg. A że będzie, to tylko kwestia czasu.

8/10

Radosław Ostrowski

Przed wschodem słońca

Pociąg – miejsce jak każde inne, gdzie ludzie podróżują, a czasem rozmawiają. I to właśnie w pociągu do Wiednia poznali się oboje. Różni ich wszystko – on, Amerykanin Jesse włóczy się po Europie, ona Francuzka Celine jest na wakacjach i wraca z Budapesztu do Paryża. I tak od słowa do słowa zaczyna się rozmowa. On namawia ją, by razem pochodzili po Wiedniu, bo następnego dnia ma samolot. A w jedną noc może wydarzyć się wszystko.

wschod1

Wiem – takie krótkie streszczenie może wydawać się mało zachęcające i niezbyt atrakcyjne dla widzów. Jednak film Richarda Linklatera to historia tylko pozornie jedna z wielu. Zanim stwierdzicie, że to byłby świetny materiał do sztuki teatralnej (same dialogi, akcja praktycznie nie istnieje, tylko dwoje aktorów, a reszta robi za tło), powiem wam coś: nie wiem czy w teatrze udało by się zbudować tak intymną atmosferę, choć też należałoby czytać między wierszami, zaś feromony wiszą w powietrzu. I jeszcze ten Wiedeń – niezbyt pocztówkowy, a jednak fascynujący i pociągający (Prater, sklep płytowy, klub, jazda tramwajem), wyjątkowy o tej porze i dla tej dwójki.

wschod2

A o czym oni rozmawiają? Odpowiedź, że o wszystkim mogłaby spowodować, że to jakaś bezsensowna gadanina w celu zabicia czasu. I tak, i nie. Mówią (nie zawsze wprost) o swoich marzeniach, nieudanych związkach, lękach, wierze i miłości, choć słowo „kocham” nie pada tutaj ani razu, pada wiele niedopowiedzeń, ale też i parę poważnych refleksji na temat związków, relacji z ludźmi. Dlatego to były pozornie nudne, ale bardzo pasjonujące półtorej godziny. To także zasługa nie tylko błyskotliwego (nie zawaham się użyć tego słowa) scenariusza, pewnej reżyserii oraz realizacji, niby niepozornej, ale kluczowej. No i w końcu najważniejsi: Ethan Hawke i Julie Delpy – oboje piękni, młodzi, z pewnym życiowym bagażem i marzeniami. Chemia między nimi jest wręcz namacalna, zaś zakończenie sugeruje, że może będzie z tego coś więcej. Ale to już temat na inną opowieść.

wschod3

 

Niby ten film niespecjalnie się wyróżnia, ale ma tą samą cechę, co „Dym” Wayne’a Wanga. Tam też słowa są istotne i ważne, a jednocześnie obydwa filmy posiadają tą słynną magię, której tak wielu reżyserów szuka, a tak wielu widzów pragnie odkryć. Do takich filmów będzie się wracać za rok, pięć, dziesięć, a nawet i więcej lat. Przynajmniej chciałbym w to wierzyć.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski