Silkwood

Karen Silkwood pracuje w firmie produkującej części do reaktorów nuklearnych – mieszka z facetem oraz koleżanką z pracy w jednym domu. Rozwiodła się z mężem i rzadko widuje dzieci. Poruszona przypadkiem swoje koleżanki (została „ugotowana”, co znaczyło, że jest napromieniowana) zaczyna dostrzegać i donosić do związku zawodowego o nieprawidłowościach, narażających życie kolegów z pracy.

silkwood1

Wydawałoby się, ze Mike Nichols opowiada (kolejną po „Chińskim syndromie”) opowieść o jednostce walczącej z systemem, który chce przemilczeć niewygodną kwestie domniemanego skażenia nuklearnego. Jednak dość szybko twórcy spychają tą kwestie na dalszy plan. Tło to przykuwa uwagę znacznie bardziej niż melodramatyczna relacja miedzy Karen, Drew i Dolly – ich życie prywatne, na które nakłada się ich praca (zwłaszcza Karen) oraz dość dramatyczna końcówka (od momentu, gdy Karen trzeci raz zostaje „czyszczona” z powodu promieniowania). Całość bazuje na prawdziwej historii, jednak tylko miejscami cała opowieść angażuje. Wiernie odtworzono samą fabrykę, gdzie w przypadku skażenia dochodzi do czyszczenia (i kwarantanny) osoby skażonej, wywołując alarm. Z czasem jednak dawni przyjaciele odchodzą, a zbytnie zaangażowanie dla związku zawodowego przynosi zbyt wysoką cenę, co zostaje dość brutalnie przypomniane w finale. Nie widzimy jak doszło do samego wypadku (zresztą przyczyna śmierci Karen Silkwood do dziś pozostaje zagadką), ale słyszane w tle „Amazing Grace” zapowiada tragedię. Trudno się przyczepić warstwy technicznej, gdyż jest to solidny, amerykański poziom, gdzie zdjęcia są miłe dla oka (fabryka wygląda w środku sterylnie), a nastrój podkręca muzyka Georgesa Delerue (ubarwiona amerykańskim folkiem).

silkwood2

Jednak samo „Silkwood” byłoby co najwyżej niezłym filmem, gdyby nie będąca w wysokiej formie Meryl Streep, która ciągnie całość do samego końca. To jest taka kobieta, o której mówi się silna-słaba. Potrafi zawalczyć o swoje, choć odwrócenie się przyjaciół i bliskich znosi naprawdę ciężko. Partnerujący jej Kurt Russell (prosty, ale szczery Drew) oraz Cher (lesbijka Dolly) dorównują jej kroku, choć mają mniej czasu na ekranie. Poza nimi warto też wspomnieć o drobnych rolach Freda Warda (Morgan, kolega z pracy), Craiga T. Nelsona (Winston) oraz Ronie Silverze (Paul Stone ze związków zawodowych).

silkwood3

Lata 80. w karierze Nicholsa uchodzą za powrót do wielkiej formy. „Silkwood” z dzisiejszej perspektywy wydaje się przygrywką, jednak powoli widać tendencję zwyżkową. Czy dalej będzie lepiej? Will see.

7/10

Radosław Ostrowski

The Homesman

Dziki Zachód nie jest łatwym miejscem dla słabeuszy, zwłaszcza dla kobiet samotnych. Jedną z nich jest Mary Bee Cuddy, lat 31, kochająca muzykę i mieszkająca na farmie, szukając męża. Ale to właśnie ona podejmuje się bardzo trudnego zadania – dostarczenie do kościoła baptystów w Iowa trzech chorych psychicznie kobiet. Po drodze spotyka wisielca George’a Briggsa, który – za pieniądze i pod przysięgą – zgadza się pomóc kobiecie.

homesman1

Western wydaje się być gatunkiem tak skostniałym, że wymyślenie jakiejś nowej opowieści wydaje się misją niemożliwą. Ale Tommy Lee Jones postanowił zaryzykować i inspirując się powieścią Glendona Swarhurta, opowiada o kobietach. A są to czasy, gdy kobieta była podporządkowana mężczyźnie całkowicie, ale jednocześnie bardzo przekonująco przedstawia świat Dzikiego Zachodu. A nie jest to świat przyjazny, gdzie dominuje przemoc, panosza się Indianie, a ludzie są zapatrzeni w samych siebie oraz swoje własne potrzeby traktując innych jak przedmioty. Nawet właściciele hoteli nie są zbyt przyjaźni obcym, za co czeka ich piekielna kara. Połączenie tego świata z ludźmi obłąkanymi tworzy interesującą i świeżą mieszankę. Jest to tak naprawdę opowieść o odkupieniu, przemianie oraz normalności. Treściowo jest rewizjonistycznie, ale formalnie pozostaje klasykiem z pięknymi zdjęciami (zwłaszcza ujęcia krajobrazów są urzekające), powolnym tempem (które wciąga), realistycznym brudem i przemocą, dając też odrobinę refleksji oraz ironicznego humoru.

homesman2

Tommy Lee jednak nie przynudza, a w dodatku dobrał świetną obsadę. Sam obsadził się w roli Briggsa – tajemniczego, małomównego kowboja, znającego trudy ówczesnego świata. Nie boi się sięgać po podstęp (scena z Indianami), argumenty siły (porwanie przez kolejarza), ale jednocześnie sprawia wrażenie wypalonego faceta. Tak naprawdę główną role gra tutaj Hilary Swank – dawno przeze mnie nie widziana. Jej Mary Bee to kobieta z jednej strony twarda i niezależna, z drugiej bardzo krucha, wrażliwa i desperacko szukająca partnera, świadoma swojego już niemłodego wieku. Niestety, dla niej ta wyprawa będzie trudniejsza niż mogłaby się spodziewać. Ich relacja oraz jej dynamika nakręcają tą opowieść pozostawiając w tle pozostałych aktorów na czele z grającymi „wariatki” Grace Gummer, Mirandę Otto i Sonję Richter.

Muszę przyznać, że jestem bardzo zaskoczony tym naprawdę udanym westernem, choć nie ma tutaj dynamicznych strzelanin, pojedynków czy wielkiej rozpierduchy. Spokojne, ale bardzo klimatyczne i inteligentne kino. Brawo.

8/10

Radosław Ostrowski

Pożegnanie z Afryką

Rok 1913. Do Kenii – brytyjskiej kolonii w Afryce, przybywa młoda kobieta Karen ze swoim mężem Brorem Blixenem. Planują zbudować tutaj plantacje kawy. Na miejscu kobieta powoli zaprzyjaźnia się z miejscowymi, jednak mąż okazuje się niewierny. I wtedy pojawia się tajemniczy myśliwy – Denys Finch Hatton, z którym zaczyna ją łączyć coś poważnego.

pozegnanie_z_afryka1

Melodramat, czyli film o miłości jest gatunkiem piekielnie trudnym, choć wydaje się on bardzo prostym do opowiedzenia – musi być niespełnione uczucie, kobieta żyjąca w wypalonym związku i ten trzeci, który ja rozumie (chyba). Takiej próby podjął się Sydney Pollack (nie mylić z perkusistą zespołu T.Love), bazując na wspomnieniach Karen Blixen. I jak wybronił się z tej sytuacji? Musze przyznać, że naprawdę dobrze. Wszystko jest poprowadzone bardzo subtelnie, choć sam romans pojawia się w połowie filmu. Może i tempo jest dość powolne, a parę scen można było spokojnie wyciąć, ale jak ta Afryka pięknie wygląda. Naprawdę zdjęcia tutaj robią wspaniałą robotę, a sceny polowań czy próba przebicia się Karen do męża trzymają w napięciu mocno. Przy okazji, reżyser portretuje Afrykę początku XX wieku, już zdominowanej przez białego człowieka, choć można z nimi się dogadać. Choć z dzisiejszej perspektywy ten wątek wydaje się mocno wyidealizowany, gdyż Afrykanie są pokazywani jak kiedyś czarnoskórzy służący w starszych filmach. I mimo tych wad, Pollack bardzo sprawnie opowiada tą dość prosta historię, a ja tez trzeba umieć poprowadzić. Nawet narracja z offu nie wywołuje rozdrażnienia czy irytacji.

pozegnanie_z_afryka3

Ale jak to jest poprowadzone i zagrane. O tym, że Meryl Streep jest esktraklasą aktorstwa, nie muszę chyba nikogo przekonywać (choć ostatnie lata mogą zmusić do zastanowienia nad tym) i tutaj jako dumna i pewna siebie kobieta wypada bardzo wiarygodnie. Poza tym jest uparta i los młodych Afrykanów nie jest obojętny, plus jeszcze talent gawędziarski tworzą mocną mieszankę, choć początkowo nie radzi sobie w nowym otoczeniu. Upór jednak jest w stanie zrobić wiele. Niewiele gorszy jest Klaus Maria Brandauer, czyli baron Bron. Sympatyczny facet, zaniedbujący swoją żonę (w dodatku wierność jest dla niego sporym problemem, co zaowocowało syfilisem), ale ostatecznie pozostają w dobrej relacji.

pozegnanie_z_afryka2

No i w końcu ten trzeci – czyli niejaki Denys Finch Hatton w niezapomnianym wykonaniu Roberta Redforda, który mimo lat nadal zachował sporą ilość uroku osobistego (do twarzy mu w kowbojskim kapeluszu). Jaki on jest? Wolnomyśliciel, którego największa przyjemnością było obcowanie z przyrodą, polowania, taki typowy samiec, który kocha Afrykę i jest samotnikiem. Aczkolwiek jego poglądy na temat małżeństwa wielu może wprawić w konsternację („Nie stanę ci się bliższy ani nie będę cię bardziej kochał z powodu kawałka papieru”) w tamtych czasach, ale nawet i dzisiaj co bardziej konserwatywne umysły. I ta trójka przyciąga najbardziej.

Muszę przyznać, że choć nie jestem wielkim fanem melodramatów, to czasami zdarza się taki film-niespodzianka, który zmusza do weryfikacji. „Pożegnanie” jest właśnie takim filmem, który jest prowadzony pewną ręką, nie pozbawionym emocji (a to jest najważniejsze w tej opowieści) oraz odrobiny epickiego rozmachu. Nie ma tu przesytu (aczkolwiek o te 15-20 minut bym poskracał) i nie skręca to w stronę banału czy mielizny. Świetna robota.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Co się wydarzyło w Madison County

Lata 60. Do małego miasteczka w Iowa przybywa fotograf z National Geographic – Robert Kincaid, by zrobić zdjęcia mostom. Gubiąc się w drodze do celu trafia do domu Franceski Johnson, która akurat została sama na kilka dni. Jej mąż i dzieci wyruszyli na festyn. On zaczyna spędzać z nią sporo czasu, zaczynają rozmawiać, ale na rozmowach się nie kończy.

madison2

Powieść, na podstawie której powstał ten film, uważana jest za jedną z najgorszych książek jakie kiedykolwiek wydano. W dodatku sama historia brzmi jak typowe romansidło, tylko że mamy starszych i bardziej dojrzałych bohaterów. Można byłoby zignorować ten film, gdyby to kręcił jakiś młody reżyser. Ale jeśli za taka produkcję odpowiada Clint „Zabijam wszystkich bez ostrzeżenia” Eastwood, sprawa staje się znacznie poważniejsza. I tym większe jest rozczarowanie. Owszem, nie brakuje odrobiny humoru, historia jest prosta (by nie rzec bardzo prosta i konwencjonalna do bólu) – można by z tym żyć, ale brakuje tutaj emocji, choć próbuje się je pokazać w sposób bardziej delikatny i bez szaleństw. Wszystko opiera się tutaj na prostym schemacie: rozmowa-taniec w rytm jakiejś sentymentalno-romantycznej piosenki i całowanie się. Jeszcze można byłoby to przeżyć, ale to wszystko jest takie letnie i mało angażujące, że z niepokojem czekałem na moment, kiedy to wszystko się skończy. Możecie mnie nazywać zgorzkniałym cynikiem, ale nic na to nie poradzę, że mnie to nie ruszyło.

madison1

I nie mogli z tym nic zrobić ani Meryl Streep, którą bardzo cenię ani próbujący grać wbrew swojemu typowemu emploi (twardy zabijaka i męski szowinista) sam Eastwood. Nie iskrzy między nimi, choć bardzo się starają. Coś tutaj wyraźnie nie zagrało. Ja wiem, ze jest dość spora grupa osób, którym podoba się „Madison County”. Niestety, na mnie to spłynęło jak po kaczce i jest to zaledwie poprawne kino.

5/10

Radosław Ostrowski

Sierpień w hrabstwie Osage

Rodzina – każdy z nas posiada jakąś rodzinę, która ma wpływ na całe nasze życie i określa nas. Ale jak każda rodzina posiada nie tylko fajne anegdotki i dobre rzeczy, ale jest parę trupów schowanych w szafie oraz tajemnice, o których lepiej nie mówić. I o tym opowiada film „Sierpień w hrabstwie Osage”.

Poznajcie rodzinę Westonów mieszkającą w hrabstwie Osage gdzieś w Środkowym Zachodzie USA. Tam mieszkają już bardzo stare małżeństwo Violet i Beverly. Ona cierpi na raka krtani, on był pisarzem i wykładowcą. Ale pewnego dnia on znika i opuszcza dom, więc matka zwołuje swoje dwie córki (trzecia mieszka razem z nimi), by wsparły ją. Ale parę dni później wszystko zmienia się w stypę. I wtedy wyjdzie na jaw cała prawda. A nawet i więcej.

sierpien1

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest sporym ryzykiem, jednak reżyser John Wells po części wychodzi z tego starcia obronna ręką. Owszem, rodowód teatralny jest mocno widoczny (90% wydarzeń toczy się w domu), ale to nie przeszkadza. Dialogi są zgrabnie podane, ale jeśli po opisie spodziewacie się sielankowego kina obyczajowego, to poszukajcie lepiej czegoś innego. Tutaj mamy masę ironii i sarkazmu, dawne pretensje nagle eksplodują, wszyscy skrywają mniejsze lub większe tajemnice, każdy jest bardziej rozczarowany i ma żal do każdej ze stron. Nestorka rodu jest mocno rozczarowana swoimi dziećmi i nie wstydzi się im tego powiedzieć wprost, zaś córki najchętniej chciałyby opuścić dom i wrócić do swojego życia. Czy w takiej sytuacji w ogóle jest szansa na wybaczenie? Nie liczyłbym na to. Chociaż nigdy nie mów nigdy. Tempo jest spokojne, fabuła jest raczej pretekstem od odkrywania tajemnic, czasem przerywane jest to ładnym widokiem krajobrazu na zewnątrz. I tyle, tylko że w tym wszystkim czasami brakuje pazura (najmocniejsza scena przy stole w trakcie stypy), ale trzyma się to wszystko kupy.

sierpien2

Jednak najmocniejszym atutem jest także doborowa obsada, która aż imponuje od znanych nazwisk i twarzy. Dominują jednak tutaj dwie panie – Meryl Streep (miejscami mocno balansująca na granicy szarży nestorka-narkomanka) oraz Julia Roberts (ironiczna, ostra i mocno krytyczna Barbara, która mocno przypomina mamusię, a klnie nie gorzej niż Bellfort w „Wilku z Wall Street”), które mocno walczą ze sobą. Wtedy napięcie jest wręcz namacalne i porażające. Ale pozostali członkowie obsady nie są gorsi i jest na kogo popatrzeć: od solidnego Chrisa Coopera i dawno nie widzianą Juliette Lewis przez stonowaną Julianne Nicholson i Ewana McGregora aż po Sama Sheparda i Benedicta Cumberbatcha. Wszyscy mają spore pole do popisu i je w pełni wykorzystują.

sierpien3

„Sierpień…” nie jest niczym nowym o rodzinnych relacjach, zwłaszcza wśród rodziny mocno patologicznej. Ale pozostałem kawałkiem mocnego, obyczajowego dramatu skłaniającego do refleksji.

7/10

Radosław Ostrowski

Anioły w Ameryce

Rok 1985, Nowy Jork. Bohaterami są dwaj ludzie, których różni wszystko, ale łączy jedno – obaj są chorzy na AIDS. Prior Walter to młody chłopak, który na skutek choroby ma halucynacje i widzi anioły. Roy Cohn to doświadczony adwokat, który nie akceptuje swojej diagnozy, ukrywa swoją chorobę i orientację seksualną. Ich losy przeplatają się z innymi mieszkańcami Nowego Jorku.

anioly_ameryka1

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest wyzwaniem, nawet jeśli jest to robione przez fachowców. Sztuka Tony’ego Kushnera zebrała wiele prestiżowych nagród i była wydarzeniem roku 1998. Przeniesienie jej na ekran było kwestią czasu. I w 2003 roku powstał 6-odcinkowy miniserial dla telewizji HBO, wyreżyserowany przez Mike’a Nicholsa i napisany przez samego Kushnera. I mam pewien problem z tym dziełem. Jest to ambitna produkcja, w której jest masa tematów i wątków: moralność, władza, seks, AIDS, hipokryzja, normy niszczące człowieka. Dialogi są bardzo mocne i inteligentne, realizacja imponuje, widać duży budżet, mamy obsadę składającą się zarówno z wielkich gwiazd, jak i dużo młodszych kolegów, zaś efekty specjalne nadal robią wrażenie. Więc w czym problem? Niczym ten serial nie zaskakuje – nie chodzi mi tylko o tematykę, ale też o samą treść pełną symboliki, metafor. Mimo ciekawej realizacji, czuć teatralny rodowód. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to ciekawe, choć bardziej wymagające dzieło.

anioly_ameryka2

Nichols świetnie prowadzi aktorów, nawet jeśli grają po kilka postaci. Tym bardziej imponuje Meryl Streep (Hannah Pitt/Ethel Rosenberg – prześladująca Roya/rabin Chemelwitz) i Emma Thompson (anioł/pielęgniarka/bezdomna), które są po prostu fantastyczne i zawsze wypadają inaczej. Ale tak naprawdę najważniejsi są dwaj aktorzy: Justin Kirk jako Prior, który walczy o swoje życie do końca, ma różne wizje, gdzie jest prorokiem (żal faceta) oraz Al Pacino wcielający się w Roya Cohna – potężnego prawnika, który próbuje oszukać śmierć. Wywołuje on obrzydzenie, współczucie i szacunek jednocześnie. Tutaj właściwie trudno się do kogokolwiek przyczepić, bo pozostali aktorzy także wypadli przynajmniej bardzo dobrze (ja zdecydowanie wyróżniłbym Mary-Louise Parker i Patricka Wilsona – małżonków Mormonów – ona chora psychicznie i nadużywająca leków, on ukrywający swój homoseksualizm).

anioly_ameryka3

Serial ten zdobył wiele prestiżowych nagród, choć nie do końca się z nimi zgadzam. Jedno jest dla mnie pewne: „Anioły w Ameryce” trzeba obejrzeć, choćby po to by samemu wyrobić zdanie. Ale ostrzegam: to nie jest łatwy, lekki i przyjemny tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski

Manhattan

Isaac Davis jest nowojorskim scenarzystą piszącym dla telewizji. Płaci alimenty swojej byłej żonie, która wychowuje jego syna z inną kobietą i jest w nim zakochana 17-letnia Tracy. Jednak Issac pewnego dnia rzuca swoją pracę i próbuje pisać książkę. Jakby było tego mało, Isaac poznaje pochodzącą z Filadelfii Mary. Z początkowej niechęci zaczyna wyrastać coś więcej.

Po próbie eksperymentu z Bergmanem, Woody Allen zdecydował się wrócić do tego, co umie najlepiej, czyli komedii w stylu „Annie Hall”. Nie ma tu łamania perspektywy i chronologii, za to jest jest Nowy Jork, środowisko artystyczne prowadzące pseudointelektualne rozmowy o sztuce i seksie, miłosne komplikacje. Jednym słowem życie i cała reszta + dialogi w stylu Allena. A wszystko to toczy się w jedynym możliwym mieście – Nowym Jorku. Nakręcona na czarno-białej taśmie przez Gordona Willisa (ten sam operator odpowiada za zdjęcia do „Ojca chrzestnego”), miasto wygląda piękniej i magicznie, zaś kilka ujęć jest po prostu fantastycznych (początek, gdzie widzimy miasto czy wizyta w planetarium), Magia ta jest potęgowana przez muzykę George’a Gershwina. A dlaczego tak jest to zrobione, już wyjaśniają pierwsze zdania tego filmu i więcej nie zdradzę.

manhattan1

Allen znowu pojawia się na ekranie (we „Wnętrzach” się nie pojawia) i znów kreuję tą samą postać – neurotycznego inteligenta, pełnego wątpliwości, w dodatku odrzucający szczerą miłość 17-letniej dziewczyny (czarująca Mariel Heminghway, która tworzy bardzo dojrzałą kreację) ze względu na wiek. Isaac kocha Nowy Jork, bez którego nie wyobraża sobie życia i stara się być perfekcyjny. Poza wspomnianą jeszcze Mariel, z pań wybija się niezawodna jak zawsze Diane Keaton (równie neurotyczna i inteligentna Mary) i Meryl Streep (Jill, sarkastyczna była żona Davisa), zaś panów reprezentuje Michael Murphy (Yale – kumpel Isaaca).

manhattan2

Allen tym filmem wrócił do dobrej formy, a po latach to jeden z lepszych i klimatycznych filmów Nowojorczyka. Znać wypada, po prostu.

7/10

Radosław Ostrowski

Wybór Zofii

Jest rok 1947. Młody pisarz Stingo przybywa do Nowego Jorku, by wynająć pokój i tam napisać swoją powieść. Jednak już na miejscu jest świadkiem kłótni między sąsiadami z góry – Nathanem i Zofią. Po pewnym czasie zaprzyjaźnia się z nimi i powoli odkrywa tajemnice ich obojga i nie są to łatwe sprawy.

wybor_zofii1

Kiedy wydano powieść Williama Styrona, wywołała ona wielki szum i przeniesienie jej na ekran było tylko kwestią czasu. Zadania adaptacji podjął się Alan J. Pakula – bardzo uznany i ceniony reżyser odpowiedzialny m.in. za „Wszystkich ludzi prezydenta”. Choć gatunkowo jest to melodramat, to siła rażenia i emocji jest równie mocna, a nawet silniejsza od wspomnianego wcześniej thrillera. Bo jest to opowieść o pozornie szczęśliwej i sympatycznej parze widzianej z perspektywy młodego i wchodzącego w życie pisarza, który staje się ich przyjacielem i powiernikiem. Ale nad nimi ciążą pewne tajemnice i lęki, które przyciągają i odpychają ich od siebie. A w to wszystko zostaje wpleciona wojenna historia Zofii (nakręcono w mocno stonowanej kolorystyce kontrastującej z barwnymi ujęciami Nowego Jorku lat 40.), która naznaczyła ją piętnem, a jej tytułowy wybór odmienił ją na zawsze. Wszystko to jest opowiedziane tak pewnie, że emocje są wręcz namacalne i odczuwalne. W dodatku wiernie odtwarzając realia lat 40., z bardzo mocnym scenariuszem, delikatną muzyką Marvina Hamlischa oraz bardzo poruszającym finałem. Więcej treści nie zdradzę, ale wspomnę, że część wydarzeń toczy się w Polsce (którą udawała Jugosławia).

wybor_zofii2

Jednak ten film nawet w połowie nie byłby tak mocny, gdyby nie aktorstwo z najwyższej półki i w tym określeniu nie ma żadnej przesady. Wybornie wypadł Kevin Kline jako Nathan – czarujący, elegancki przystojniak, który ma obsesję na punkcie Holocaustu i potrafi w jednej chwili eksplodować, stracić panowanie nad sobą i wszystko to wypadło znakomicie, choć był to debiut Kline’a. Drugim zaskoczeniem był Peter MacNichol. Aktor ten kojarzony głównie z ról komediowych (m.in. „Jaś Fasola: Nadciąga totalny kataklizm” czy „Ally McBeal”), pokazuje się tutaj z zupełniej innej strony jako zagubiony, młody człowiek pełen empatii, zafascynowany swoimi sąsiadami. No i w końcu ona – Meryl Streep w bardzo wymagającej roli Zofii – kobiety z jednej strony pięknej, inteligentnej, ale w środku ukrywającej bardzo mocną traumę (w scenach wojennych bardzo dobrze mówiła po niemiecku i po polsku, co jest naprawdę wielkim wyczynem).

wybor_zofii3

Można się nie zgodzić, ale moim skromnym zdaniem Pakula nakręcił swój najlepszy film w całej swojej karierze. Mocny, poruszający głęboko i który po obejrzeniu zostaje w pamięci na długo. To jeden z tych filmów, który zwyczajnie mówiąc przeżywa się. Rewelacja.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski