Koniec ulicy Dębowej

Czy da się zrobić dobry film o dinozaurach bez „Jurassic Park” (albo „Jurassic World”) w tytule, zarabiając kupę pieniędzy? Raczej nie, co jest strasznie smutne i dobitnie pokazuje przypadka „Końca ulicy Dębowej”, który box office’u nie podbija. A szkoda, bo to całkiem fajna produkcja w duchu Kina Nowej Przygody. A czy warto było czekać 8 lat na nowy film Davida Roberta Mitchella, czyli twórcy horroru „Coś za mną chodzi” czy pokręconego kryminału „Tajemnice Silver Lake”.

Akcja dzieje się w roku 1982 gdzieś na typowych amerykańskich przedmieściach w Flowervale. Równoległe domki z garażami, gdzie ludzie sobie żyją, dzieci się bawią – znajomy krajobraz. I tutaj żyje sobie rodzinka Plattów. Denise (Anne Hathaway) – zajmuje się domem, po cichu pisząc powieść. Jej mąż Greg (Ewan McGregor) niby jest obecny, ale nie radzi sobie z byciem mężem i ojcem, a do tego rozwozi pizzę. Jeszcze mamy dwójkę dzieci: lekko rozrabiającego Briana (Christian Convery) oraz zafascynowana fantastyką Audrey (Maisy Stella). Niby familia jakich wiele, lecz coś się tutaj zaczyna sypać. Czy może być gorzej? Może, bo pewnej nocy po deszczowej burzy nagle błysnęło i po tym cisza. Nie ma prądu, nie ma wody, nie ma światła. Za to mamy jakiś dziwnie zalesiony krajobraz, a po okolicy krążą… dinozaury.

Jak można wywnioskować z opisu, „Koniec ulicy Dębowej” to film mocno czerpiący z tradycji Stevena Spielberga. I to czuć od pierwszych ujęć pokazujących okolicę oraz utrzymaną w duchu Johna Williamsa muzyce. Temat rodziny będącej na krawędzi i zmuszonej do wspólnego działania, otoczka fantastyczno-naukowa oraz aura tajemnicy – to elementy znane choćby z „E.T.”, „Parku Jurajskiego” czy nawet „Ducha”. Zważywszy na to, że producentem filmu jest J.J. Abrams, te inspiracje nie są przypadkowe. Sama historia jest niezbyt skomplikowana i prosta niczym produkcja sznurka, najmłodsi członkowie rodziny nie należą do zbyt lotnych (co może wywoływać u niektórych frustracje) oraz chodzące i żądne mięska dinusie. Niektóre mają na sobie futra, inne latają, dookoła ogromne zalesienie, w tle gdzieś nawet jest wulkan (a przynajmniej tak mi się wydaje). W zasadzie „Koniec…” jest kinem w stylu ciągłego ganiania i uciekania przed bestiami, a najlepsze momenty to świetne budowanie napięcia. Co jest zasługą świetnej pracy kamery, pokazującej coś przerażającego gdzieś w tle albo w taki sposób, że postacie tych istot nie widzą (ptaszydła na dachu, wielgachny wąż wślizgujący się przez okno do domu).

Te półtorej godziny mija szybko, historia angażuje, a sceny akcji łapią za gardło. Atmosferę i klimat lat 80. czuć tu mocno (od muzyki przez rekwizyty w rodzaju pościeli z Supermanem czy telewizora). Jedynym problemem jest to, że całość jest… durna i przypominająca wysokobudżetowe kino klasy B. Choć jest tu odrobina humoru (widok dwójki dinozaurów – niezapomniany), to jednak całość wydaje się być grana na serio. Nie było to dla mnie dużym problemem, ale wielu może zniechęcić się. Nieliczna obsada wypada solidnie (najbardziej wybija się tu Anne Hathaway w roli matki, stającej się niejako liderką rodziny), choć drugi plan – z wyjątkiem dinozaurów wszelkiej maści – w zasadzie nie istnieje.

Krótko podsumowując, „Koniec ulicy Dębowej” jest prostym, letnim blockbusterem, którego nie powstydził się zarówno Spielberg, jak i Shyamalan. Nawet jeśli nie jest najlepiej napisanym filmem z dinozaurami w tle oraz ma wiele znajomych elementów, to potrafi trzymać w napięciu oraz zaangażować emocjonalnie. Czysta rozrywka bez większych ambicji, ale pozwalająca zapomnieć o świecie na zewnątrz.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Podczas seansu zdarzyła się dość dziwna sytuacja, mianowicie… zapaliły się górne światła gdzieś w środku filmu.

Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Nie będzie chyba przesadą, jeśli nazwę Spider-Mana jedną z najpopularniejszych postaci w całym dorobku Marvela. Być może wynika to z młodego wieku bohatera, który dopiero mierzy się z dorosłością i próbującego zbalansować swoje życie prywatne z ratowaniem świata w mikro skali. A w ostatnich czasach Pajączek pojawił się mocno: od trylogii Jona Wattsa dla MCU przez animowane „Spider-Verse” aż po tegoroczny serial „Spider-Noir”. Ale czy od tego przybytku jest miejsce na kolejne przygody Petera Parkera w Kinowym Uniwersum Marvela?

„Spider-Man: Całkiem nowy dzień” dzieje się po chaotycznym zamieszaniu w „Bez drogi do domu”, gdzie mieliśmy różne wersje Pajączka i ich wrogów, a także dochodzi do wymazania Parkera (Tom Holland) z pamięci wszystkich mieszkańców Nowego Jorku. Wliczając w to jego przyjaciół: MJ (Zendaya) i Neda (Jacob Balaton). Teraz chłopak mieszkanie gdzieś w Queens, korzystając ze wsparcia AI zwanego E.V. (Naomi Watts) i usprawniając swój kostium. Spokój jednak jest ostatnią rzeczą, na jaką może on liczyć, ciągle trzymając ludzi na dystans. Nawet pomagającej detektyw DeWolff (Lisa Colon-Zayas) czy samotnego wilka Franka Castle’a (Jon Bernthal). Ale pojawia się kolejne zagrożenie: ktoś desperacko próbuje wejść do Departamentu Kontroli Zniszczeń kierowanego przez Williama Metzgera (Tramell Tillman). Instytucja zajmuje się tworzeniem nowych technologii i narzędzi broni, wykorzystując także dawnych przeciwników jak Ręka. Co dziwniejsze wróg „opętuje” przypadkowych ludzi do osiągnięcia swojego celu, mocno utrudniając dopadnięcie go. Jakby tego było mało, coraz mocniej u Parkera odzywają się „pajęcze” geny, ograniczając jego kompatybilność z gadżetami.

Tym razem za kamerą stanął Destin Daniel Cretton, który już pracował z Marvelem przy „Shang-Chi” i serialowym „Wonder Man”, co dawało pewną nadzieję na odrobinę świeżej krwi. Głównie w kwestii scen akcji oraz choreografii walk, ale nie tylko. I ku mojemu zaskoczeniu historia ewolucji naszego sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa bardzo sprytnie balansuje między powagą a humorem. Akcja (zwłaszcza bujanie się po mieście) wygląda bardzo przyjemnie i bardzo dynamicznie – przynajmniej od czasu trylogii Ramiego, gdzie nie brakuje zarówno długich ujęć (kompilacja akcji Spidera z bandziorami wszelkiej maści: od drobnych zbirów po Skorpiona i Tombstone’a), zabaw kamerą i perspektywą aż po dobrze wykorzystane slow-motion (starcie z wojownikami Ręki). Ale najbardziej imponuje tutaj gonitwa za „opętanym”, przeskakującym z ciała do ciała jak jakiś demon, przy okazji pozbawiając ich pamięci po zmianie gospodarza. Proste, ale kreatywne rozwiązanie, dodatkowo podbijające napięcie.

Intryga odkrywana jest bardzo powoli, choć nadal w centrum znajduje się Spider-Man. Tym razem próbujący samotnie walczyć ze złem oraz „mutacją” swoich genów. Częściowo jest to wygrywane w komediowy sposób jak pierwsze testy inhibitora, jednak potrafi też nagle uderzyć bardziej dramatycznymi chwilami jak retrospekcja z ciocią May czy spotkaniem na parapetówce u dawnych przyjaciół. Jednak najsilniejsze momenty dotyczą postaci granej przez Sadie Sink (ukrywano tożsamość przed premierą i dopiero pod koniec się wydało, ale ja nie zamierzam psuć niespodzianki) oraz finałowej konfrontacji, która mocno mi przypominała „Thunderbolts”. A wszystko zostaje spięte w bardzo satysfakcjonującym zakończeniu. Aczkolwiek niektóre efekty specjalne są troszkę niespecjalne i wyglądają szaro-buro.

Za to aktorsko jest tu naprawdę więcej niż dobrze. Tom Holland tutaj wypada najlepiej w roli Parkera/Pajączka, prezentując bardziej poważniejszego, przyziemnego bohatera. Nawet w najbardziej odjechanych momentach aktor gra bardzo przekonująco, nie rezygnując z odrobiny humoru. Strasznie podoba mi się ewolucja tej postaci. Wracają też starzy znajomy jak Zendaya i Balaton, ale także – ku zaskoczeniu wielu – Mark Ruffalo (Hulk), Florence Pugh (Jelena/Czarna Wdowa) oraz Jon Bernthal (Frank „Punisher” Castle), którzy tworzy całkiem niezły duet ze Spiderem. Jednak oni pojawiają się w zasadzie na chwilkę, na szczęście nie są rozpraszaczami i wrzuceni na siłę. Ale najważniejsza jest tutaj Sadie Sink, choć pojawia się fizycznie dość późno. Początkowo jest tajemnicza i enigmatyczna, ale powoli poznajemy jej motywacje, co pokazuje zupełnie inne oblicze. I mam nadzieję, że jeszcze ona wróci w tym uniwersum.

Czy „Całkiem nowy dzień” jest nowym początkiem dla Spider-Mana? Zdecydowanie tak i jest najlepszym filmem o Pajączku w MCU. Cretton nie tylko wnosi wiele barw do tego świata, ale też bardziej angażującą opowieść o kolejnym etapie dojrzewania oraz powolnym otwieraniu się na innych ludzi. Nie będzie przesadą, jeśli nazwę ten film najlepszą produkcją MCU od wielu lat i czekam na kolejne spotkanie z Peterem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zwierzogród 2

Chyba na żadną kontynuację w tym roku nie czekałem tak bardzo jak na drugą część „Zwierzogrodu”. Bardzo szeroka metropolia mieszająca wszystkie rasy antropomorficznych zwierząt dawała sporą przestrzeń do eksploracji. Plus nasz cudowny niedopasowany duet lis Nick Bajer/królik Judy Hops, którzy działają jako stróże prawa. Jak sobie poradzi nasz duet, którego zaczyna coś zgrzytać?

Bo Bajer to wygadany cwaniaczek, zaś Hops jest aż nadgorliwa w prowadzeniu spraw, nie potrafiąc odpuścić. Tym razem pakują się w o wiele poważniejszą intrygę niż poprzednio. Tym razem wszystko krąży wokół kodeksu Rysiowieckich – rodu założycielskiego miasta, które działa już od 100 lat. Z jakiegoś powodu rękę – nie dosłownie, lecz w przenośni – chce położyć pewien… wąż. Co jest dość niezwykłe, albowiem gady w mieście nie są zbyt powszechnym widokiem. Szczególnie te śliskie, co wiąże się z tajemniczą zbrodnią czasów założenia miasta. Więc nasza para (wbrew przełożonemu, kolegom i częściowo sobie) decyduje się rozwikłać zagadkę.

Wraca duet twórców Byron Howard/Jared Bush i wydawałoby się, że po tylu latach twórcy nie będą mieli zbyt wiele pomysłów na sequel. Bo znowu będziemy mieli komedię opartą na zderzeniu charakterów i kontrastach, przy użyciu stereotypów antropomorficznych zwierzątek? Pomyślcie jeszcze raz. Dość szybko wskakujemy do historii (po krótkim przypomnieniu zakończenia oryginału), gdzie w centrum znajduje się nasz duet. Między nimi nadal jest chemia, ale też są tarcia, które wystawią ich „współpracę” na wysoką próbę. Sama intryga pozwala odkryć inne lokacje jak rodzinna siedziba Rysiowieckich (rysie), górskie krajobrazy, mocno inspirowane Luizjaną dzielnica wodna czy pustynię. Miejscówki są zróżnicowane i pięknie wyglądające – szczególnie finał w opustoszałej dzielnicy gadów. Jednocześnie nie brakuje tu przykład jak bardzo łatwo można zmanipulować społecznością, by wywołać strach, wrogość i uprzedzenia. Szczególnie wobec jednostek wpływowych i przy władzy. Może historia bywa przewidywalna, jednak angażuje swoim tempem, bardzo kreatywnymi pościgami oraz satysfakcjonującym zakończeniem. Nie brakuje powrotu starych znajomych (pan Be, czyli kreci ojciec chrzestny; sprzedający lipne filmy Łasica; leniwiec Flash), lecz nie ma tu żerowania na nostalgii oraz parę zaskakujących odniesień (nie spodziewałem się w animacji Disneya… „Lśnienia” Kubricka). Z kolei nowi bohaterowie (podcasterka Gryzelda Klonowska, nie pasujący do rodziny Ryszard czy podejrzany wąż – Grześ Żmijewski) pięknie uzupełniają się i wnoszą sporo świeżości.

No i nie można nie wspomnieć o polskim dubbingu. Nieżyjącego już Wojciecha Paszkowskiego na stołku reżysera zastąpił Grzegorz Pawlak (głos Flasha), zaś dialogi tłumaczył Jakub Wecsile. Zachowano przekład nazwisk postaci i nazw własnych, które są dość kreatywne. Stare głosy wracają, w tym rewelacyjny duet Julia Kamińska/Paweł Domagała, których ciągle słucha się z przyjemnością. Z nowych głosów najlepiej wypadł zaskakujący Maciej Stuhr (Grześ Żmijewski), trzymający klasę Andrzej Grabowski (Krzesimir Rysiowiecki) oraz żywiołowa stand-uperka Wiolka Walaszczyk (Gryzelda Klonowska). Jest tutaj jeszcze parę zaskakujących epizodów, o których nie chcę mówić, ale odkrywanie ich jest dodatkową frajdą i wielokrotnie łapałem się na tym, że znam ten głos.

Czy warto było czekać na kontynuację „Zwierzogrodu”? Jak najbardziej tak. Twórcy tutaj czerpią w pełni z konwencji buddy movie, mają świetnie napisane postaci, sama animacja jest pełna uroku oraz szczegółów, zaś intryga angażuje. Film daje sporo frajdy najmłodszym oraz tym troszkę starszym, dorównując i nawet przebijając poprzednikowi. A to nie jest łatwa sztuka.

8/10

Radosław Ostrowski

Śnieżne bractwo

Wiele razy słyszało się, że życie pisze niezwykłe scenariusze. Niektóre są wręcz trudne do uwierzenia, a nawet szokujące czy przerażające. Taka historia wydarzyła się jesienią 1972 roku, kiedy urugwajski samolot pasażerski rozbił się w Andach. Wśród pasażerów byli zawodnicy lokalnej drużyny rugby, którzy mieli rozegrać mecz oraz kilku członków rodzin. Łącznie ponad 40 osób, wliczając w to także członków załogi. Wielu zginęło od razu, a ocalali mieli poważny dylemat. Wokół mróz, żywności tyle, ile się znajduje w plecakach, żadnych leków, dookoła same góry. Jedynym bezpiecznym miejscem wydaje się wrak samolotu. Tylko ile można czekać na pomoc, nie mając też żadnego dostępu do radia. Głód i śmierć zaczynają doskwierać, co zmusi wszystkich do trudnych oraz poważnych decyzji.

Już ta historia była pokazywana przez filmowców. W 1993 roku amerykański producent Frank Marshall nakręcił „Alive, dramat w Andach” z Ethanem Hawkiem w roli głównej na podstawie reportażu Piersa Paula Reida. 30 lat później opierając się na książce non-fiction dziennikarza Pablo Vierzi tą opowieść postanowił przedstawić dla Netflixa hiszpański reżyser Juan Antonio Bayona. Nie będę porównywał obydwu filmów, bo jednego z nich nie widziałem i byłoby to nie fair.

Początek to takie krótkie wprowadzenie i poznanie naszych bohaterów. A po jakiś 15 minutach wsiadamy w samolot i… dostajemy mocny strzał. Sama scena katastrofy jest gwałtowna, nagła oraz brutalna. Dalej jest jeszcze ciężej, mroczniej i wrogo. Można powiedzieć, że to klasyczne kino survivalowe, gdzie śmierć wydaje się tańczyć nad ocalałymi, czekając tylko na złapanie kolejnego partnera. Natura dawno nie była tak nieprzyjazna, choć wygląda majestatycznie pięknie. Stoi to mocno w kontrze do bardzo ciasnej przestrzeni rozbitego samolotu – niby bezpiecznego (względnie), ale także będącego pułapką. Reżyser zmienia nastrój i atmosferę niczym w rollercoasterze: od nadziei i wiary w ocalenie (zauważenie latającego samolotu, dotarcia do uszkodzonego ogona, zbudowanie radiostacji) aż po beznadzieję, smutek oraz bezsilność.

Do tego całego miksu zostaje jeszcze wrzucona kwestia kanibalizmu. A tak, bo by przetrwać katastrofę ocaleni zjadali martwe ciała. Co wywołuje dość mocny podział oraz konsternację – czy to jest moralne (wielu pasażerów to ludzie wierzący), czy w ogóle taki wariant powinien być brany pod uwagę. A jeśli tak, jak to zrobić, by nie doprowadzić do obłędu? Ten dylemat jest najmocniejszym wątkiem tego filmu i pozostaje na dłużej. Od razu może uprzedzę, ze Bayona nie bawi się w tanie szokowanie czy pokazywanie makabrycznego procesu krojenia „mięsa”. Niemniej samo przetrwanie pokazane jest w bardzo sugestywny sposób, ze szczególnym wskazaniem na oszczędną scenografię oraz kapitalną charakteryzację. Widzimy jak mocno zmieniają się twarze od zimna, wszelkiego rodzaju strupy, blizny, wszelkie pokazywanie zmian fizycznych na ciele. Kupuję to bez poważniejszych zastrzeżeń.

Jeszcze bardziej pozwala w tą opowieść wejść zaangażowanie kompletnie nieznanych aktorów, w większości debiutantów. Aczkolwiek tutaj jest to broń obosieczna. Problemem nie są jednak aktorzy, tylko skupienie się reżysera na bohaterze zbiorowym. Niby w centrum znajduje się tutaj Numa Turcatti (Enzo Vongrincic), pełniący tutaj rolę narratora, ale tylko on zostaje najlepiej zarysowaną postacią. Nawet bardziej wyraziści jak Roberto Canessa, Nando Parrado czy Adolfo Strauch pokazywani są poprzez ich działania i czyni niż ich myśli. Ale to być może jest cena tego, że mamy tu aż kilkanaście postaci i nie każdy został przeze mnie zapamiętany.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Śnieżne Bractwo” pozostaje mocnym dramatem survivalowo-katastroficznym. Bardzo namacalny, miejscami naturalistyczny i – jak w najlepszych tego typu produkcjach – zadaje pytanie: co ja bym zrobił/a w takiej sytuacji? A dla mnie to jest dużo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Buzz Astral

Pixar i prequel wydaje się teoretycznie dobrym połączeniem, ale w praktyce („Uniwersytet Potworny”) raczej to nie działa. Przynajmniej dla mnie. Dlatego nie specjalnie liczyłem na samodzielny film o Strażniku Kosmosu, który stał się potem zabawką. Tak, chodzi o Buzza Astrala, którego kupił niejaki Andy. Dlaczego? Bo obejrzał pewien film, który został pokazany także i nam.

buzz astral1

Poznajemy naszego bohatera, gdy wyrusza razem z ekspedycją na nieznaną planetę. Zbadać ją, czy się nadaje do zamieszkania, czy może jednak uciec i odlecieć w siną dal. Okazuje się, że planetę zamieszkują paskudne pnącza, zgarniające wszystko i wszystkich na swojej drodze. Podczas próby ucieczki prowadzony przez Astrala statek uderza o skałkę i zostaje uziemiony. Chcąc nie chcąc cała wyprawa stawia bazę, pracując nad stworzeniem kryształu, by móc osiągnąć hiperprędkość. I w ten sposób wyrwać się z planety. Pierwszy próbny lot kończy się niepowodzeniem, jednocześnie dochodzi do zaskakującego odkrycia: parę minut w kosmosie na planecie trwa cztery lata. Więc z czasem kolejne podejścia stają się mniej opłacalne, zaś osadnicy przyzwyczajają się do nowego środowiska. Poza Buzzem, którego nic tu nie trzyma. Robi kolejne loty, a po drodze dostaje mechanicznego kota (Kotex), będącego prezentem od starej przyjaciółki.

buzz astral2

Tak wygląda pierwsze 30 minut filmu, gdy w końcu staje się najważniejsze: udaje się skonstruować kryształ i kolejny lot (nielegalny) zakończony zostaje sukcesem. Jednak podczas lądowania dzieją się dziwne rzeczy. Po pierwsze, baza otoczona jest laserową barierą, więc wszelka komunikacja jest niemożliwa. Po drugie, nad planetą orbituje statek kosmiczny, z którego wylatują roboty. Czego chcą? Nie wiadomo. Po trzecie: poza Buzzem znajduje się trójka rekrutów, w tym wnuczka partnerki (zawodowej) naszego herosa. I z tym składem muszą powstrzymać Zurga.

buzz astral3

Od skrętów w SF, czerpiącego z „Interstellar” (zaginanie czasoprzestrzeni) i „2001: Odysei kosmicznej” (wizualne pokazanie zaginania czasoprzestrzeni) po skręt w bardziej przygodowe kino. Ze wszystkich produkcji Pixara „Buzz Astral” wydaje się najbardziej naładowany akcją i sprawia wrażenie animowanego odpowiednika blockbustera. Pościgi, trochę strzelania, wiele humoru oraz świetna technicznie animacja. A jak jeszcze zagra muzyka Michaela Giacchino, może opaść szczęka z wrażenia. Jednak samej historii brakuje mocnego kopa, bo idzie po sznurku (choć wyjaśnienie kim jest Zurg mnie zagięło) i humor trochę nie trafiał do mnie. Chyba za bardzo jest zaadresowany dla młodego widza, co raczej rozczarowuje. Aczkolwiek doceniam zawarte tu przesłanie, a nawet kilka przesłań. Że nie zawsze można wszystko załatwić w pojedynkę, że czasem upór i determinacja bardziej przeszkadza niż pomaga oraz że zaadaptowanie się do nowego otoczenia nie musi oznaczać klęski.

buzz astral4

W ogólnym rozrachunku „Buzz Astral” to tylko (lub aż) solidne kino spod ręki Pixara. Najbardziej dynamiczne i widowiskowe, świetne technicznie oraz głosowo (w końcu Buzz brzmi jak sam Kapitan Ameryka). Fabularnie nie robi aż takiego wrażenia, ale to i tak sympatyczny sposób na spędzenie półtorej godziny.

7/10

Radosław Ostrowski

Batman

Bruce Wayne pseudo Batman – nie ma słynniejszego detektywa wśród superherosów od niego. Miał masę inkarnacji: od kiczowatego Adama Westa przez bliskiego ideału (według mnie) Michaela Keatona do przezroczystego Christiana Bale’a oraz pakera Bena Afflecka. Zawsze pada jednak pytanie: czy potrzebujemy nowego portretu Mrocznego Rycerza? W końcu podjęto decyzję i mimo perturbacji (to miała być solowa inkarnacja Afflecka, ale aktor/reżyser zrezygnował) zdecydowano się na reżysera Matta Reevesa (2/3 nowej trylogii Planety Małp) oraz Roberta „tego wampira ze Zmierzchu” Pattinsona w roli tytułowej. Co z tego wyszło?

Nasz ziom Bruce „Jam jest Zemsta” Wayne ma fiksakcję na punkcie biznesu związanego z byciem jednoosobowym wymiarem sprawiedliwości. Maluje sobie oczy jakby był emo, ma w dupie rodzinny biznes, a jedynymi jego partnerami w interesie są lojalny Alfred (Andy Serkis) oraz komisarz Gordon (Jeffrey Wright) – jedyny glina, który mu ufa. Dwa lata prowadzi ten interes, lecz jego przeciwnicy to w zasadzie drobne płotki. Poważniejsi gracze półświatka nie traktują go poważnie, ale to się zmieni. Wszystko przez tajemniczego Riddlera – nikt nie wie jak wygląda, jednak bardziej widać jego dzieło. Na początek zostaje zamordowany burmistrz Gotham w bardzo brutalny sposób. Morderca nazywający się Riddlerem pozostawił wskazówki oraz… wiadomość dla Batmana. To jednak dopiero początek morderczego polowania oraz serii trupów. Kim jest zabójca? Co go motywuje? Dokąd prowadzą wszystkie nitki? I co z tym wspólnego ma rodzina Wayne’ów?

Jeśli spodziewacie się tego, z czego obecnie filmy superhero są znane – lżejszy ton, sporo humoru, kolorowa estetyka, masa cięć montażowych – pomyliliście adresy. Reżyser idzie w stronę czarnego kryminału, czyli wszystko pod hasłem: brud, smród, korupcja. Nie jest aż tak mrocznie jak u Snydera, gdzie niemal nic nie widać, samo miasto nie wygląda jak u Nolana, zaś klimatem najbliżej jest do „Zodiaka” Davida Finchera. Batman próbuje połączyć wszystkie elementy układanki, a kolejne zbrodnie są coraz bardziej makabryczne (choć krwi oraz flaków nie pokazano), niepokojące oraz pokazujące jakim wielkim syfem jest Gotham. Polityka, władza, mafia, wymiar sprawiedliwości – ich ścieżki mocno się przecinają i nie do końca wiadomo kto dla kogo pracuje. Śledztwo toczy się powoli, śladami kolejnych trupów, wielkiej tajemnicy, bezwzględnych układów, kłamstw, matactw. Komu można zaufać, kto jest przyjacielem, wrogiem, a kto działa na własną rękę.

Muszę przyznać, że to dochodzenie Batmana i Gordona angażuje całkowicie. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, jednak Reeves cały czas podrzuca kolejne tropy, podejrzenia, zaś kolejne postacie komplikują sprawę. Czy to działająca na własną rękę Selena Kyle (pociągająca Zoe Kravitz), trzymający wszystkie sznurki Carmine Falcone (świetny John Turturro) czy zwalisty, charakterny Pingwin (zaskakujący, kradnący szoł Colin Farrell) – każdy wnosi wiele do tej historii, wyciągając na wierzch kolejne tajemnice tego miasta. Samych scen akcji jest tu niewiele, ale jak już się pojawiają, potrafią podnieść adrenalinę na wyższy poziom. O ile samo walenie po mordach jest bardzo satysfakcjonujące (pierwsza walka Batka ze stadem oprychów w metrze), o tyle pościg samochodowy za Pingwinem (jak wjechał ten Batmobil – wow, cieszyłem się jak dziecko!!!) jest pokazywany za pomocą zbliżeń, przez co trudno zorientować się w geografii. Niemniej zdjęcia Creiga Frasera (ten facet ma szczęście – „Lion. Droga do domu”, „Łotr 1”, „Diuna”) fantastycznie budują mroczny klimat, tak jak mocarna muzyka Michaela Giacchino z bardzo wyrazistym tematem przewodnim.

Ja tak gadam i gadam (starając się nie zdradzać zbyt wiele niż to, co do tej pory marketing sprzedał), ale pozostaje najważniejsze pytanie: jak poradzili sobie nasi główni liderzy? Robert Pattinson budził spore obawy, zwłaszcza wśród ludzi, co widzieli go tylko jako wampira w filmie dla nastolatków. Jakby zupełnie od tego czasu w niczym nie grał, zapadł się pod ziemię i teraz został wygrzebany. Jego Batman to bardzo wycofany introwertyk w potężnej zbroi, w której izoluje się od całego świata. Napędza go zemsta i nie jest jeszcze tak doświadczony jak jego koledzy, to potrafi być bardzo efektywny w działaniu. Jednak konfrontacja z przeszłością oraz syfem tego miasta zmusza go do zmiany postawy. Zaś Riddler w wykonaniu Paula Dano (specjalista od grania dziwaków i odmieńców), choć pojawia się rzadko, budzi strach swoją nieobliczalnością, gwałtownymi wybuchami ekspresji (filmiki umieszczane online) oraz inteligencją. To godny przeciwnik, budzący szacunek oraz pokazujący wszechstronny talent tego aktora.

„Batman” bardzo wysoko podnosi poprzeczkę kinu superbohaterskiemu w tym roku i zastanawiam się, czy będzie ktoś w stanie dorównać temu dziełu. Imponujący rozmachem, skupiony na detalach, precyzyjnie wyreżyserowany i napisany. Nie potrafię znaleźć jakiejś poważnej wady, a te trzy godziny minęły niemal niezauważalnie, co jest chyba największą rekomendacją. Absolutnie polecam z całego serca.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Star Trek: W nieznane

Miałem dość spora przerwę w oglądaniu nowych przygód załogi Enterprice. I nie wiem dlaczego to tyle czasu trwało. Czy to z powodu zmiany reżysera (J.J. Abramsa zastąpił szybki i wściekły Justin Lin), czy braku zainteresowania marką – nie potrafię odpowiedzieć. Ale w końcu sięgnąłem po nową część zrebootowanej serii, czyli „W nieznane”. Tym razem załoga kierowana przez kapitana Kirka uczestniczy w pięcioletniej misji. W połowie swojej drogi trafia na stację kosmiczną Yorktown, gdzie przebywa członkini zaginionego statku. Pojazd miał zostać zniszczony w znajdującej się w okolicy mgławicy asteroid, gdzie znajduje się planeta. Enterprise wyrusza na wyprawę i szybko zostaje zaatakowany przez nieznaną grupę przeciwników. Efektem konfrontacji jest kompletne zniszczenie statku oraz rozproszenie się załogi. Kto za tym stoi i jaki jest jego cel?

stwnieznane1

Zmiana reżysera troszkę odbiła się na warstwie wizualnej, ale nie aż tak, by nie rozpoznać serii. Nie mali tak mocno światłami żarówek, jest bardziej przejrzysty, zaś sceny akcji są bardzo pomysłowe i bardziej czytelne. „W nieznane” potrafi nadal oczarować swoją wyrazistą stroną wizualną oraz pięknymi plenerami nieznanej planety. Sama historia już tak nie porywa, mimo sprytnego rozbicia grupy na trzy (właściwie cztery) mniejsze grupy, początkowo pozbawione wsparcia. Wszystko skupione jest na antagoniście, który ma jeden cel: rozwalenia świata, zniszczenia ludzkości i zdobycia potrzebnej do tego broni, bla bla bla. Powoli odkrywana jest tajemnica wokół bohatera oraz pewnego pojazdu sprzed wielu wieków.

stwnieznane3

Problem w tym, że ta intryga zwyczajnie nie działa, a kilka twistów jest tak przewidywalnych jak zachowanie polityków podczas dyskusji. Także same postacie oraz ich wątki wydają się zredukowane na rzecz dynamicznego tempa oraz akcji z kilkoma świetnymi momentami (dywersja z Kirkiem jadącym na motorze czy ucieczka w zniszczonym Enterpirise), przez co nie czułem takiej więzi z bohaterami. Mimo tego, że są zagrani bardzo dobrze. Jedynymi pogłębionymi bohaterami są Kirk, który ma wątpliwości co do obranej ścieżki, Spock (choć jego relacja z Uhurą jest słabo zarysowana) oraz dołączająca do grupy Jaylah, próbująca się wydostać z planety. Więcej jest za to humoru, choć nie wszystkie żarty trafiają w punkt. Wrażenie robią nadal efekty specjalne oraz praca charakteryzatorów przy tworzeniu wyglądu antagonisty i jego sługusów. To jednak troszkę za mało, by wyjść poza niezłe kino przygodowe.

stwnieznane2

Z nowych postaci najciekawiej prezentuje się nierozpoznawalna Sofia Boutella jako Jaylah. Bardzo wycofana, działająca w ukryciu, zaś interakcja miedzy nią a Scottym działa naprawdę dobrze (lepiej tylko działa duet Spock/Bones). Niestety, ale blado prezentuje się Idris Elba w roli antagonisty. Pozbawiony charyzmy, z niezbyt ciekawie zarysowaną motywacją oraz niemal bardzo powoli mówiący. Innymi słowy, bardzo szablonowa postać, nie zapadająca mocno w pamięć.

Więc jak tu ocenić „W nieznane”? Z jednej strony nie powiem, że się źle bawiłem. Jest parę świetnie zrobionych scen akcji oraz odrobinka humoru, ale czegoś tutaj ewidentnie zabrakło. Historia mnie nie porwała, a postacie też nie przyciągnęły za bardzo mojej uwagi. Od tego czasu o serii zrobiło się cicho, więc chyba marka padła.

6/10

Radosław Ostrowski

Jojo Rabbit

Rok 1945, czyli moment w historii, kiedy powoli zaczął rozpętywać się pokój. Ale nie w Niemczech, kiedy jeszcze trwała wojna. Jednak nie jesteśmy w dużym mieście, lecz gdzieś na prowincji. Tam mieszka 10-letni Johannes Blitzer, nazywany przez wszystkich Jojo. I stara się być porządnym nazistą, samotnie wychowywany przez matkę oraz Hitlerjugend. Ojciec zaś ruszył walczyć za kraj, więc chłopakowi pomaga jego wymyślony przyjaciel, czyli sam… Adolf Hitler. Z takim wsparciem można osiągnąć wszystko. Tylko, że nasz chłopak przypadkiem odkrywa, iż na strychu ukrywa się dziewczyna. Żydówka, co może oznaczać poważne tarapaty.

jojo rabbit1

Komedia z nazizmem w tle to bardzo karkołomne zadanie i przypomina ono chodzenie po polu minowym. Chyba, że za kamerą stanie Taika Waititi, to można spodziewać się wszystkiego. Jego najnowszy film to mieszanka satyry, komedii oraz kina inicjacyjnego. Historia skupia się na chłopaku, który jest „zarażony” nazistowską ideologią. Ideologią nawołującą do nienawiści wobec innych oraz przekonaniu o swojej wyższości. Ideologią, którą doprowadziła do śmierci milionów ludzi na świecie. Tylko, że ona jest pokazana w krzywym zwierciadle, przez co tylko teoretycznie jest niegroźna jak podczas scen, gdy prowadzone są rozmowy o Żydach. Jak ich rozróżnić od innych ludzi, jak są głupi, żywią się krwią, kobiety składają jajka itd. Patrząc na to z dystansu może wydawać się to absurdalne, tak jak moment pojawienia się gestapo i krótka historia pewnego zgłoszenia czy ćwiczenia bojowe w… basenie. Wszystko to jednak służy reżyserowi w piętnowaniu nacjonalistycznych postaw, które przynoszą tylko śmierć, zniszczenie oraz bezsensowne ofiary. I powoli kroczymy drogą spojrzenia na ten świat bez wyimaginowanego Adolfa, który początkowo wydaje się sympatyczny, ale tak naprawdę jest skupiony na sobie, żądając ślepego posłuszeństwa.

jojo rabbit3

Waititi odpowiednio lawiruje między komedią (absolutnie bezbłędna czołówka z muzyką Die Beatles), a momentami bardziej dramatycznymi (przeszukanie przez gestapo czy finał, pokazujący walkę o miasto). To tutaj reżyser pokazuje bardzo delikatne, wręcz wrażliwe podejście do tematu. Nawet jeśli wizualnie film przypomina stylem dzieła Wesa Andersona (tylko bez symetrycznych kadrów), poczucie humoru jest bardzo w stylu Nowozelandczyka. Jak podczas dialogów Jojo z Hitlerem czy powoli rodzącego się uczucia między chłopcem a dziewczyną, gdy na początku sobie docinają. Takich momentów jest więcej, ale nie zdradzę wam.

jojo rabbit4

Czy jest coś, co mi się nie podobało? Niestety, ale jest jedna kwestia. Przesłanie reżysera oraz całego filmu jest miejscami aż za bardzo powiedziane wprost. Dla mnie to było zbyt nachalne i osłabia troszkę siłę tego filmu. Na siłę można też wypomnieć, że Waititi korzysta ze znajomych motywów swojego kina jak odkrywanie, że coś nie jest takie, jak sobie wyobrażamy, burzenie kolejny tajemnic i masek czy samotność. To jednak nie kłuje tak bardzo w oczy.

jojo rabbit2

Ale Taice udało się zebrać naprawdę świetną ekipę aktorską. Objawieniem jest Roman Griffin Davis w roli tytułowej. Początkowo sprawia wrażenie zacietrzewionego fanatyka, dla którego Adolf (w tej roli sam reżyser Taika, który kradnie ten film) staje się niejako ojcem, autorytetem, wzorcem. Ale kolejne zdarzenia doprowadzają do konfliktu oraz spięć związanych z trzymaniem się tego wzorca, które są pokazane bardzo przekonująco. Mimo tego chłopak budzi sympatię, zwłaszcza w bardzo zmieniającej się relacji z ukrywającą się Elzą. I tu kolejna niespodzianka, czyli cudowna Thomasin McKenzie, o której na pewno jeszcze usłyszymy. Tutaj jest mieszanką ironii, lęku, niewinności oraz zagubienia, przez co nie można oderwać od niej oczu. Na drugim planie mocno także błyszczy zaskakująca Scarlett Johansson (bardziej trzymająca się ziemi matka – absolutnie błyszczy w scenie „tańca z mężem”) oraz świetny Sam Rockwell (kapitan Klenzendorf), choć troszkę za bardzo przypominał swoją rolę z „Trzech billboardów..”, szczególnie w finale.

Choć „Jojo Rabbit” nie jest najlepszym filmem w dorobku Waititiego, nie nazwałbym go wtopą czy rozczarowaniem. To trafna i zaskakująco delikatna satyra na nazistowską ideologię z perspektywy najbardziej podatnej na nią osoby – dziecięcego umysłu. Na szczęście reżyser pokazuje, że z takich fałszywych przekonań można się uwolnić. Choć nie jest to łatwa droga.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rodzinny dom wariatów

Jak wszyscy wiemy, z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciach. Nie inaczej jest z bardzo liberalną rodziną Stone’ów, która mieszka w Nowej Anglii. Jest to rodzina wielopokoleniowa, ze sporą grupą braci i sióstr, a wnuków jeszcze nie ma. To się może zmienić, kiedy do rodziny przybywa najstarszy syn. Ze swoją dziewczyną, która jest strasznie sztywna i – dzięki jednej z sióstr – cała rodzina jest do niej uprzedzona. Czyżby Święta miały skończyć się totalną katastrofą? Zwłaszcza, że przyszła synowa wzywa jako wsparcie siostrę.

rodzinny dom wariatow1

Takich komediodramatów o rodzinie, gdzie jej członkowie nie są zbyt idealni było setki, jeśli nie tysiące. Czy dzieło Thomasa Bezuchy z 2005 roku ma coś, co wyróżnia go z tłumu (oprócz obsady)? Bo nie jest to stricte komedia, mimo miejscami dość ironicznego humoru, pokazuje znajome relacje. Relacje ludzi, którzy znają się dość dobrze, ale o wielu rzeczach sobie nie opowiadają i mają swoje tajemnice. Nie brakuje zarówno „czarnej owcy” (pijący i ćpiący Ben – tego drugiego nie widać), parę gejów, z czego jeden jest niesłyszący, złośliwą siostrzyczkę trzymającą się na dystans czy skrywającą swoją ciężką chorobę matkę. Niby są to poważne momenty i sytuacje, ale reżyser próbuje to ugrać w komediowy sposób, co nie zawsze działa. Podobać się może scena, gdzie Meredith doprowadza do awantury czy moment przed śniadaniem świątecznym, spowodowany pewnym nieporozumieniem. Ale to są tylko krótkie chwile, momenty budzące z dość przewidywalnej opowieści. Nawet sceny slapstikowe wydają się mało zabawne i przewidywalne, co wydaje się bardzo trudne do spieprzenia.

rodzinny dom wariatow2

Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, ze zebrano naprawdę dobrych aktorów, którzy starają się wyciągnąć całość na wyższy poziom. I to się częściowo udaje, choć nie wszystkim. Dla mnie najbardziej nieciekawy był Everett grany przez Delmota Mulraneya, który sprawia wrażenie niby zdecydowanego, ale jakoś nie wspierającego swojej partnerki (dość zaskakująca Sarah Jessica Parker). Dla mnie najciekawsza była w roli złośliwej siostry Rachel McAdams oraz chyba najbardziej normalny z grona Luke Wilson (Ben), chociaż także Diane Keaton i Craig T. Nelson w rolach głowy rodziny mają swoje pięć minut.

rodzinny om wariatow3

„Rodzinny dom wariatów” okazuje się całkiem niezłą tragikomedią, chociaż dla mnie niezbyt wyróżniającą się od podobnych opowieści o rodzinie spotykającej się podczas uroczystości. Nie brakuje solidnego aktorstwa oraz paru scen rozluźniających, lecz nic ponad to.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Daleko od domu

Nasz ulubiony ostatnio miał więcej niż ciężko. Nie dość, że zniknął z powodu pstryknięcia Thanosa (to akurat udało się odkręcić), to jeszcze stracił swojego mentora, Tony’ego Starka (to już było nieodwracalne). Po ośmiu miesiącach od wydarzeń z „Końca gry”, nasz Spidek próbuje normalnie funkcjonować. Bo bycie nastolatkiem i superherosem jednocześnie to jest ciężka robota. Zwłaszcza, gdy otoczenie odbiera ciebie jako następcę Ajron Mena. To prawie tak jak bycie synem króla sedesów – zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Na szczęście są wakacje i wycieczka szkolna do największego kraju na świecie – Europy. W końcu będzie mógł naładować baterie i mieć święty spokój od bandytów, superłotrów, prawda? Nic bardziej mylnego, zwłaszcza gdy do akcji wkracza sam Nick Fury, a po okolicy szaleją groźne żywiołaki.

spider-man daleko2

„Far from Home” z jednej strony jest sequelem „Homecoming”, z drugiej zaś jest niejako epilogiem „Endgame”. Reżyser Jon Watts nadal próbuje (tak jak Parker) lawirować między dwoma światami. Bo jest świat nastolatka, przeżywającego miłość do MJ, więź kumpelską z Nedem i geekowskim umysłem. Ale jest też świat zagrożenia z innego wymiaru (żywiołaki), tajemniczy heros ze szklaną kulą na głowie, Nick Fury oraz rozpierducha wisząca w powietrzu. Zderzenie tych dwóch światów coraz bardziej zaczyna Petera męczyć, przez co szansa na tzw. normalne życie staje się coraz trudniejsza. Zupełnie jakby nie można było mieć świętego spokoju. Po drodze wędrujemy po kontynencie (Wenecja, Londyn, Praga, Berlin), zaś coś takiego jak nuda tu nie istnieje. Same sceny akcji są tutaj naprawdę szalone, a wiele rzeczy oparto na pewnych mistyfikacjach oraz wizualnych sztuczkach. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tym opiera się clue całej intrygi. Tutaj bardziej wybija się kwestia zaufania, fake newsów oraz stworzenia samego siebie na własnych nogach.

spider-man daleko1

Każdy z tych wątków jest bardzo dobrze poprowadzony, jednak pierwsza część mi się bardziej podobała. Po pierwsze, była czymś świeżym oraz bardziej przyziemnym spojrzeniu na los superherosa. Po drugie, miała ciekawszego antagonistę, z przekonującą motywacją, co tutaj nie do końca wyszło. No i jednak nasz Spidek bardziej pasuje do Nowego Jorku niż do europejskiego tournée, ale to akurat jest kwestia indywidualna. Za to sporą satysfakcję daje finał oraz sceny po napisach, pokazujące kolejne przeszkody, jakie będzie miał nasz chłopak do pokonania. Będzie ciekawie.

spider-man daleko3

Tom Holland nadal sprawdza się jako Peter Parker i Spider-Man, a oglądanie go to największa frajda. Dla mnie najlepsza inkarnacja młodego superbohatera. Świetnie partneruje mu Zendaya (MJ), czuć między nimi chemię, a dziewucha jest bardzo charakterna, czasami złośliwa, ale do bólu szczera. No i niegłupia jest. Na drugim planie bardzo wybija się Jon Favreau (Happy Hogan) oraz Samuel L. Jackson (Nick Fury), mający troszkę do roboty. A jak sobie radzi Mysterio, czyli Jake Gyllenhaal? Jest na tyle charyzmatycznym aktorem, że bardzo łatwo sprzedaje swoją postać przybysza z innego świata (multiversum istnieje) i początkowo sprawia wrażenie kogoś, kto mógłby być mentorem dla Parkera. Jednak jego motywacja ma drugie dno, które czyniło go troszkę sztampowym.

„Daleko od domu” to coś w rodzaju odskoczni od troszkę poważniejszych filmów MCU. Nadal jest to bezpretensjonalna rozrywka, raczej dla młodego widza. Nudy nie zauważyłem, efekty specjalne są świetne, a Tom Holland pasuje do tej roli idealnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski