Mission: Impossible – Ghost Protocol

Seria Mission Impossible miała swoje wzloty i upadki. Jedynka była klasycznym thrillerem szpiegowskim w eleganckim stylu, przypominając kino z lat 60. Mocno rozczarowała dwójka, będąca absolutnym przeciętnym akcyjniakiem, pozbawionym napięcia oraz zaangażowania. Sytuację próbowała ratować trójka, niejako wracając do korzeni. Ale na następną cześć trzeba było czekać aż na pięć lat. Tym razem za kamerą stanął Brad Bird, który najbardziej znany był z animacji Pixara. Czy „Ghost Protocol” był w stanie podołać oczekiwaniom?

mission impossible 4-1

Sam początek to więzienie w Moskwie, gdzie znajduje się… Ethan Hunt. Dlaczego tam trafił? Co tam robił? Na razie nie jest to istotne, a najważniejsze jest wyciągnięcie superagenta przez komórkę IMF. Cała akcja kończy się sukcesem, ale następne zadanie jest o wiele poważniejsze: zostały skradzione kody nuklearne przez terrorystę o pseudonimie Kobalt. By znaleźć informacje na jego temat, ekipa w składzie: Hunt, Benji (teraz przeszkolony na agenta terenowego) oraz agentka June Carter musi zinfiltrować Kreml. Problem w tym, że cała akcja kończy się wysadzenie budynku, zaś IMF zostaje o to obwinione. Ekipa, do której dołącza analityk William Brandt zostaje odcięta od centrali i by powstrzymać Kobalta, jest zdana tylko na siebie.

mission impossible 4-2

Reżyser decyduje się niejako wywrócić całą konwencję cyklu do góry nogami, gdzie niemal wszystko wykonywał agent Hunt/Tom Cruise, zaś reszta ekipy stanowiła tylko drobny dodatek (może poza Benjim w trójce). Tutaj znacznie większy nacisk pozostaje na interakcję między ekipą, która musi się zgrać ze sobą. Dodatkowo ich największym przeciwnikiem nie jest – wbrew pozorom – terrorysta, chcący wysadzić kawałek świata z bomby jądrowej. Tutaj wrogiem jest ciągle tykający czas oraz technologia, który niemal cały czas lubi się psuć. A to maszynka do robienia masek odmawia posłuszeństwa, rękawica do przyklejania się dostaje kociokwiku, a nawet automat z zadaniem, mający dokonać autodestrukcji nie odpala się. To jeszcze bardziej podkręca napięcie i powoduje, że film ogląda się z jeszcze większym zaparciem. Także sceny akcji wyglądają naprawdę widowiskowo: od „spacerku” po najwyższym budynku świata (by włamać się do ich komputerów) przez pościg podczas burzy piaskowej aż po finałową konfrontację, gdzie każdy członek ekipy ma swoje zadanie.

mission impossible 4-3

Jedynym problemem jest tak naprawdę nijaki antagonista z nieciekawą motywacją. I nawet angaż Michaela Nyqvista nie był w stanie tego uratować. Ale to jedyny słaby punkt obsadowy. Cruise jest typowym Cruisem, jednak bardziej wyciszonym, bez momentów, gdzie puszczają mu nerwy. Tutaj jest troszkę bardziej mentorem, starającym się zachować porządek w grupie. Simon Pegg także się sprawdza i ma szansę wykazać się w scenach akcji. Dla mnie jednak największym wzmocnieniem są Paula Patton oraz Jeremy Renner, których postacie mają swoją (dość mroczną) przeszłość oraz motywacje, tworząc bardzo silne wsparcie dla ekipy.

mission impossible 4-4

I powiem szczerze, że dla mnie „Ghost Protocol” jest najlepszą częścią cyklu, która wywraca całą dotychczasową formułę do góry nogami. Sama intryga nadal jest pretekstowa dla tego typu kina, jednak realizacja jest pierwszorzędna. No i jest większy nacisk na relację, przez co zamiast „Tom Cruise ratuje świat” mamy „Tom Cruise z kolegami ratuje świat”. Niby drobiazg, ale zmienia wszystko.

8/10

Radosław Ostrowski

Źle się dzieje w El Royale

Czym jest tytułowe El Royale? Jest to motel, znajdujący się na granicy Kalifornii i Nevady, gdzie nawet środek hotelu przechodzi przez granicy. Gdy trafiamy do niego, jest już po sezonie, gdzie wszystko jest niemal puste. Poza chłopcem hotelowym nikogo nie ma. Ale właśnie tutaj pojawia się grupa postaci: czarnoskóra wokalistka, sprzedawca odkurzaczy, stary ksiądz oraz hipiska. El Royale ma być jedynie przystankiem w dalszej drodze, ale burza oraz tajemnice związane z bohaterami komplikują sytuację.

el royale1

Drew Goddard już w swoim debiutanckim „Domie w głębi lasu” pokazywał zapędy ku postmodernistycznej zabawie z gatunkami. Nie inaczej jest ze „Źle się dzieje…”, jednak zamiast horroru mamy pulpowy kryminał a’la Tarantino. Inspiracja twórczością „Pulp Fiction” jest czytelna aż nadto: od wykorzystania retrospekcji przez dialogi aż po wykorzystaną muzykę. Całość osadzona jest w latach 70., za czasów prezydenta Nixona, zaś sam hotel wygląda bardzo zjawiskowo. Więcej z fabuły zdradzić nie mogę, bo całość ma tyle wolt, zaskoczeń i niespodzianek, że zdradzenie ich byłoby psuciem satysfakcji z odkrywania kolejnych elementów układanki. Bo nie wszyscy są tym, za kogo się podają, a i sam hotel też ma inne cele niż zaspokajanie potrzeb klientów. Już pierwsza scena sugeruje, że sprawa ma drugie dno, ale po drodze zdarzy się wiele: porwanie, kradzież pieniędzy, sekta, taśma, zawiązywanie koalicji oraz układów.

el royale2

I przez większość czasu, gdy okrywamy kolejne fragmenty z życia bohaterów (mających dwie twarze), reżyser uatrakcyjnia całą historię. Kolejne retrospekcje, wydarzenia ukazane z innej perspektywy, długie ujęcia oraz chwytliwa muzyka z epoki. Problem jednak w tym, że z odkrywaniem kolejnych kart, film zaczyna tracić swoją siłę oraz zainteresowanie. Parę scen można było spokojnie wyciąć (retrospekcja związana z przywódcą sekty), pewne repetycje, zaś kilku rzeczy zacząłem się domyślać po kilku pierwszych minutach i nie wywołały we mnie takiego zaskoczenia. Czuć tutaj granie znaczonymi kartami oraz poczucie deja vu. I nie wszystkie postaci dostają tle czasu, by troszkę bliżej je poznać.

el royale3

Goddardowi udaje się utrzymać napięcie oraz ciągłego oczekiwania na to, jak się to wszystko skończy. I zebrał do tego znakomitych aktorów, choć nie wszyscy są wykorzystani do końca (zwłaszcza Jon Hamm oraz Nick Offerman). Klasę potwierdza Jeff Bridges jako mający objawy demencji duchowny, który jest kimś więcej niż się wydaje. Zaskakuje za to Chris Hemsworth jako pociągający, lecz psychopatyczny Billy Lee. Dla mnie jednak odkryciem była Cynthia Erivo w roli Darlene Sweet – czarnoskórej wokalistki, która z powodu koloru skóry jest traktowany w branży jak śmieć, a jej głos jest zwyczajnie cudowny.

Najnowsze dziecko Goddarda mocno pachnie pulpowymi kryminałami, choć sprawia wrażenie przerostu formy nad treścią. Nie mniej jest to intrygujące, sprawnie wykonane kino ze świetną obsadą oraz (przez sporą część) wciągającą fabułą.

7/10

Radosław Ostrowski

Projekt: Monster

Na pierwszy rzut oka ten film wydaje się nie mieć jakiejkolwiek fabuły. Jest majowa noc oraz impreza pożegnalna, ponieważ nasz (przynajmniej tak się wydaje) bohater o szlachetnym imieniu Rob, wyrusza do Japonii jako wiceprezes korporacji. Jednak powoli atmosfera robi się nudna, wychodzi pewna paskudna tajemnica i wydaje się, że już gorzej nie będzie. Aż tu nagle pizgło, gwizdło i jebło. Gaśnie światło, trzęsie się ziemia i dochodzi do paru eksplozji.

cloverfield3

Film Matta Reevesa stał się początkiem pewnej nieoficjalnej serii zwanej „Cloverfield”. Film u nas nazwany „Projekt: Monster” jest utrzymany w konwencji wywołującej u mnie dość sporą niechęć – found footage. Innymi słowy, mamy tutaj zapis nagrania na kamerze z ręki. Zazwyczaj tego typu filmy mają wprawić w stan konsternacji oraz maskować bardzo niewielki budżet filmu. Zawsze są też momenty, gdzie można byłoby spokojnie rzucić kamerę w diabły i zwyczajnie uciekać, zamiast filmować całe otoczenie. Tutaj na szczęście nie jest tego aż tak dużo (może poza sceną pewnego bliższego spotkania – więcej nie zdradzę), ale i tak film nie do końca mnie zaangażował. Na plus trzeba pochwalić tutaj budowanie atmosfery tajemnicy, która bardzo powoli jest dawkowana. Panuje wielki chaos, nikt nic nie wie, nawet wojsko ze swoimi potężnymi zabawkami wydaje się zwyczajnie bezradne. A co najciekawsze, nie wszystko zostaje wyjaśnione, a pytanie skąd się wzięło tajemnicze monstrum pozostaje zagadką do samego końca. Czy to był nieudany eksperyment naukowy, może wybudzona bestia niczym Godzilla, a może jakaś pradawna bestia sprzed milionów lat? Pozostają tylko spekulacje, ale na odpowiedzi nie liczcie.

cloverfield1

Druga rzecz jaka uderza, to brak muzyki instrumentalnej przez niemal cały film. Gdzieś tam w tle przewijają się piosenki, ale wchodzą i wychodzą. Jeśli chodzi o miejscówki, to jest niemal klasyka kina katastroficznego: wyniszczone budynki, demolowane i okradane sklepy, wreszcie opustoszałe metro (niemal w ciemności) czy prowizoryczna baza wojskowa. To potrafi zrobić wrażenie, a napięcie budowane jest na zasadzie gwałtownego ataku (jump-scare’y) oraz pewnego poczucia bezsilności przed nieznanym. Za to kompletnie zaskoczyło mnie wplecenie scen sfilmowanych przed imprezą, wrzuconych niejako losowo, przez przypadek. Zderzenie radości, niemal sielankowych momentów pary bohaterów z niemal namacalnymi wizjami zagłady potrafią zrobić wrażenie. Tak samo bardzo przyzwoity wygląd montrum (w ogóle efekty specjalne wydają się spójnie połączone ze stroną wizualną), którego w całości nigdy nie widzimy. To potrafi miejscami przerazić.

cloverfield2

Sami bohaterowie, czyli zwykli szaraczkowie próbujący jakoś się z tego wykaraskać, zachowują się nawet w miarę logicznie, nie irytują (może poza zbyt rozgadanym Hudem, będącym jednocześnie operatorem). I byli zagrani przez wówczas mało rozpoznawalnych aktorów, którzy teraz są już bardziej kojarzeni (T.J. Miller, Lizzy Caplan, Odette Annable) niż w 2008 roku i wypadają całkiem nieźle.

Czy dzisiaj „Projekt: Monster” jest w stanie wciągnąć czy przerazić? Sama realizacja w takim pseudodokumentalnym stylu działała na mnie odpychająco, choć doceniam bardziej realistyczną i „brudną” wizję zagłady. Zakończenie pozostawia otwarta furtkę do wejścia głębiej w ten świat, z czego skorzystano. Ale to temat na inną historię.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Iniemamocni

Ktoś może zapytać, czy nadal jest miejsce dla superbohaterów? I nie chodzi mi o trzaskane wręcz taśmowo filmy od Marvela, ale w ogóle. Kiedyś ci goście ratowali świat, pomagali wyciągać koty z drzew czy wspierali policję w swoich akcjach. Wszystko jednak zmieniła biurokracja oraz procesy przeciw superbohaterom, którzy muszą się ukrywać i nie eksponować swoje moce. Taki los spotkał Boba Parra aka pana Iniemamocnego oraz jego żony Elastyny, a także ich dzieci. Zduszony, znudzony szarym życiem Bob nie potrafi się do końca w tym odnaleźć. Więc kiedy dostaje propozycję od tajemniczego zleceniodawcy, zgadza się wziąć udział.

iniemamocni11

Jak wiadomo, ze pojawia się Pixar, to musi być ogromny hit (przynajmniej komercyjny), choćby zamysł wydawał się karkołomny. Realizacji podjął się Brad Bird, wcześniej odpowiedzialny za „Stalowego giganta”. Niby jest to klasyczne kino akcji, gdzie obdarzenie nieprzeciętnymi mocami osoby robią to, co zawsze. Jednak koncepcja posiadana własnej rodziny posiadającej megamoce (elastyczność ciała, niewidzialność, wielka siła, niezwykła szybkość), która nie może się publicznie zaprezentować bardzo odświeża tą konwencję. I to rozdarcie między byciem sobą (superheros), a ukrywaniem się jako szary człowiek (pracownik ubezpieczeń) jest rozegrane bez cienia fałszu, przez co było łatwo mi się identyfikować z Iniemamocnym.

iniemamocni12

Sama intryga jest poprowadzona bardzo solidnie, gdzie nie brakuje kilku niespodzianek oraz zabawy konwencją (monologi łotra, opisującego swój plan, przygotowanie strojów czy problem z pelerynami), co dodaje pewnej lekkości. Ale nie jest to stricte komediowe dzieło, więc żartów jest troszkę malutko. Jednak same sceny akcji, wzięte z kina superhero czy filmów szpiegowskich, są zrobione bardzo dobrze, podkręcając tempo oraz odpowiednio podbijając stawkę. Zarówno akcje na wyspie, jak i finałowa potyczka z robotem, nadal robią wrażenie. Może i bywa troszkę przewidywalne, niemniej przyjemnie się bawiłem.

iniemamocni13

No i polski dubbing, który podtrzymuje wysoki poziom. Klasę potwierdza Piotr Fronczewski jako pan Iniemamocny, znakomicie oddając zarówno zaangażowanie podczas czynów, jak i klincz między tym, co było a rutyną dnia codziennego. W kontraście do niego jest Dorota Segda (Elastyna), będąca bardziej skłonna dostosować się do nowych warunków, jednocześnie tracąc swój zadziorny charakter. Ale pod wpływem pewnych wydarzeń, wraca do dawnego oblicza. Równie łotr z głosem Piotra Adamczyka (Bobby/Syndrome) pasuje bardzo dobrze, nie przekraczając granicy przerysowania. Ale szoł kradnie niejaka Edna, czyli projektantka strojów (niby niziutka, ale wyrazista) z głosem… Kory.

Zanim pójdziecie do kina na nowych „Iniemamocnych”, przypomnijcie sobie, od czego się to wszystko zaczęło. Mimo prawie 15 lat na karku, superbohaterska rodzinka trzyma się mocno, trzyma za kark, siejąc ogromne spustoszenie. Czy teraz dadzą sobie radę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Homecoming

Każdy kojarzy lub słyszał o Spider-Manie, czyli najmłodszym superbohaterze w historii Marvela. Młody, nieśmiały nastolatek, samotnie wychowywany przez ciotkę May. Pierwszy raz w MCU pojawił się w małym epizodzie w „Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów”. Chłopak jest podopiecznym Tony’ego Starka i już się rwie, by się wykazać. Bardzo chce być Avengersem, choć jest dopiero małoletnim smarkaczem. Zamiast tego zajmuje się drobnymi zbrodniami na osiedlu, chociaż rwie go do czegoś większego. Wreszcie trafia na bardzo duża sprawę związaną z niebezpieczną, wręcz kosmiczną bronią. Niby zwykła kradzież bankomatu, ale to początek grubszej sprawy.

spiderman_20171

„Homecoming” to próba nowego spojrzenia na Pajączka, chociaż wszystko to już znamy. Problemy typowe dla nastolatków, czyli przyjaźń, dojrzewanie do odpowiedzialności oraz kontakty z zupełnie innym gatunkiem zwanym dziewczynami. Ten mariaż kina młodzieżowego z superbohaterskim stylem Marvela daje wiele świeżości oraz frajdy dla małolatów. I muszę przyznać, że bawiłem się świetnie. Powoli nakręca się konfrontacja między Parkerem a tajemniczym Vulturem. Zaskoczeniem dla mnie była motywacja głównego łotra, która jest bardzo przyziemna, jak zresztą cały ten film.Nie ma tutaj mocnego przeładowania efektami specjalnymi, skupieniu na robieniu rozpierduchy, która świetnie wygląda (ratowanie uczniów przy pomniku Waszyngtona czy akcja na okręcie), ma swoje tempo oraz adrenalinę, do jakiej Marvel zwyczajnie nas przyzwyczaił. A kiedy dodamy jeszcze teksty Spajdka podczas swojej roboty, to mamy bardzo fajną komedię. Wygrywana jest zarówno przyjaźń z nerdowskim Nedem (straszny gaduła z niego), pierwsze próby podrywu z Liz oraz mentorskie podejście Tony’ego Starka do Petera. Niby nic nowego w świecie Marvela, jednak nie wywołuje to znudzenia.

spiderman_20172

I jeszcze jak to jest zagrane. Tom Holland wydaje się idealny do nowej interpretacji Parkera. Owszem, nadal jest nieśmiały wobec dziewczyn, ale poza tym jest zajarany i nakręcony na wszelkie akcje, niczym dziecko na każdą nową zabawkę. W końcu powoli zaczyna dojrzewać do działania, widząc konsekwencje swoich czynów. Nie zawodzi Robert Downey Jr., kradnąc każdą scenę i wnoszą sporo ironii. Ale najlepszy jest czarny charakter – nie tylko dlatego, że gra go Michael Keaton, ale ponieważ ma prostą motywację. Żadnego podbijania świata, zniszczenia ludzkości, lecz zapewnienie bytu swojej rodzinie. I to działa, a poprowadzone jest bez przerysowania i fałszu, nawet było mi żal tej postaci (czuję, że wróci). Troszkę nie do końca wykorzystano ciotkę May (niesamowicie pociągająca Marisa Tomei), a dziewczyny są gdzieś na dalszym planie (chociaż Liz Harrier, jak i Zendaya mocno się wybijają), a uwagę skupia kostium Spajdka z głosem Jennifer Connelly.

spiderman_20173

Muszę przyznać, że Spider-Man powrócił do domu Marvela w bardzo ładnym stylu oraz z hukiem. Mimo pracy wielu scenarzystów powstało spójne, lekkie (dla wielu zbyt lekkie) oraz nowe podejście do tej postaci. Czekam na kolejne spotkanie z tym najmłodszym herosem komiksu.

8/10

Radosław Ostrowski

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie

Dawno, dawno temu, czyli jakieś 40 lat narodziła się legenda, czyli „Gwiezdne wojny”. Produkcja tak otoczona kultem, że każdy szanujący się kinoman powinien ją przynajmniej raz w życiu zobaczyć. Po realizacji całej sagi (jeszcze będzie część VIII i IX), właściciele praw do sagi postanowili zrealizować cykl spin-offów znanych jako „Gwiezdne wojny – historie”, gdzie będzie poznawać poboczne wątki z tego bardzo bogatego uniwersum. Początkiem tego cyklu jest zrobiony przez Garetha Edwardsa „Łotr 1”.

otr11

Cała historia skupia się na Jyn. Kobieta jest kryminalistką, która trafiła do kolonii karnej i ukrywa swoją prawdziwą tożsamość (jest córką inżyniera pracującego dla Imperium), ale przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. Zostaje schwytana i odbita przez Rebelię. W zamian za wolność ma wykonać jedno zadanie: dotrzeć do swojego ojca pracującego nad potężną bronią (Gwiazdą Śmierci). By to zrobić razem z oficerem wywiadu Cassiana Andora wyruszają do Jedhy, by znaleźć pilota Imperium, który zdradził. I to początek całej eskapady.

otr12

Edwards bardzo powoli rozkręca cała opowieść, konsekwentnie budując ekspozycję bohaterów oraz całego świata, ale reżyser idzie w stronę kina niemal wojennego. Poza naszą dwójką do grupy dochodzi jeszcze pilot Bodhi, dwóch strażników Świątyni i robot K-2SO. Przenosimy się z miejsca na miejsce, akcja jest bardzo dynamiczna, by w finale zagrać o najwyższą stawkę. Odwiedzamy Jedhę, siedzibę inżynierów, by dojść do ostatecznej konfrontacji (Scarif). Jednocześnie reżyser pokazuje Rebelię w bardziej szarych barwach jako podzieloną grupę, pozbawioną prawdziwego lidera, nie bojącą się dokonywać czynów wątpliwych moralnie. To jest pewna nowość, tak samo jak bardzo gorzki finał pokazujący, jak wielką cenę trzeba było zapłacić za zdobycie tych planów. Jest to kapitalnie zrealizowane (świetny montaż równoległy w finale) kino, pełne adrenaliny, pomysłowo sfilmowanych scen akcji i ciągłym napięciem (mocne wejście samego Vadera walczącego z rebeliantami).

otr13

Aktorsko jest to różnie, ale udało się stworzyć wyraziste, pamiętne postacie, którym chce się kibicować. Felicity Jones jako Jyn, ewoluująca z szorstkiej kobiety w wojowniczkę, której zaczyna zależeć, daje radę i przekonuje. Ale to drugi plan jest tak bogaty, że zawłaszcza ekran. Nie ważne czy mówimy o niepozbawionym humoru K-2 (Alan Tudyk), zabójczym duecie Imwe/Malibus (świetni Donnie Yen i Wen Jiang), niepozbawionym skrupułów Andorze (dobry Diego Luna) czy troszkę nerwowo mówiącym Bodhim (Riz Ahmed). Interakcje między nimi są prawdziwą siłą napędową całości. Plus bardzo wyrazisty czarny charakter, czyli dyrektor Krennic (Ben Mendelsohn) – pyszny, pełen ambicji urzędnik.

otr15

„Łotr 1” to bardzo smutny film w świecie „Gwiezdnych wojen”, gdzie dopiero wydarzenia z tego tytułu, pozwoliły stworzyć tą Rebelię jaką znamy z klasycznej trylogii. Na szczęście nie jest tylko bezczelnym skokiem na kasę, tylko spójną, mroczną i bardziej „brudną” historią, dającą nadziej na kolejne udane części. Moc czuć w tym wielką.

8/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible III

Seria filmów o Ethanie Huncie ma wszystko to, by stanowić konkurencję dla agenta 007. Akcja jest szybka, przenosimy się z miejsca na miejsce, jest masa bajeranckich gadżetów, piękne kobiety. Czego chcieć więcej? Po przeciętnej części drugiej, postanowiono lekko pomajstrować i inaczej rozłożyć akcenty. Całość zaczyna się w momencie, gdy nasz mistrz kamuflażu oraz specjalista od zadań niewykonalnych, odchodzi z IMF i zamierza wieść spokojne życie z Julią – lekarką nieznającą jego przeszłości. Przeszłość odzywa się jednak, gdy agencja prosi o pomoc w odbiciu dawnej protegowanej – Lindsay. Agentka miała zadanie zinfiltrować handlarza bronią, Owena Daviena.

mission_impossible_31

Powierzenie tej części J.J. Abramsowi, dla którego był to kinowy debiut, było strzałem w dziesiątkę. Tutaj Hunt pozostaje najważniejszą postacią, ale by zrealizować swój cel, musi dogadywać się i zawierzyć swój los kumplom z zespołu. Koncepcja gry zespołowej została rozwinięta mocniej w części następnej („Ghost Protocol”), co tylko zwiększyło dynamikę, a interakcja bohaterów między sobą tylko podkręcała stawkę, dodając sporo humoru. Tempo się ciągle zmienia, tak jak lokacje, bo zwiedzimy z Huntem i spółką Berlin (odbicie Lindsay), Watykan (porwanie Daviena) oraz Szanghaj (skok i kradzież McGuffina zwanego tutaj Króliczą Łapką), nie brakuje kilku widowiskowych scen jak odbicie Daviena na moście czy ucieczka przed pościgiem w Szanghaju.

mission_impossible_32

Abrams idzie w stronę widowiskowości i efekciarstwa, ale nigdy nie idzie w stronę autoparodii czy kiczu. Nie brakuje mu ciekawych pomysłów na choreografię (ucieczka Hunta z windy oraz IMF) oraz parę razy łamie konwencję jak w scenie kradzieży Króliczej Łapki, której… nie pokazuje. Widzimy wtedy jak Hunt wchodzi (przywiązany na linie) i wychodzi z hukiem tłuczonego szkła. Jedyne, co przeszkadza to czasami zbyt nerwowa praca kamery a’la Bourne w spokojniejszych scenach, ale to nie zdarza się zbyt często. Tak samo jak większe skupienie na prywatnym życiu Hunta.

mission_impossible_33

Tom Cruise jako Hunt nadal daje radę i imponuje swoją fizyczną kondycją. To jest typ faceta, którego możecie złamać, ale zabić się nie da. Nawet jak mu się wsadzi ładunek wybuchowy do głowy. Na drugim planie mamy starego znajomego Luthera (Ving Rhames zawsze na propsie), trudno też zapomnieć Simona Pegga (informatyk Benji) czy Laurence’a Fishborne’a (szef IMF). Ale tak naprawdę ekran kradnie Philip Seymour Hoffman jako czarny charakter. Nie jest to może zaskakująca postać, ale aktor ma tyle charyzmy, że nawet mówiąc od niechcenia, skupia całą swoją uwagę i intryguje.

mission_impossible_34

Trzecie spotkanie z Huntem rehabilituje serię po poprzedniku od Johna Woo, który był przekombinowany i zwyczajnie nudny. Abrams dodaje wiele świeżości, skupia się na dynamice między grupą, ale nie zapomina o widowiskowości (na tym polu lepsza była część czwarta), dodając żywotności cyklu. Rozrywka na wysokim poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Doctor Strange

Kim jest tajemniczy dr Strange? Neurochirurgiem, z niewyparzoną gębą, wielkim ego oraz ogromnym talentem medycznym. Brzmi jakby to był mieszkaniec 221b Baker Street, co nie jest tylko kwestią aktora. Ale jeden wypadek zmienia wszystko, przez co jego ręce nie są sprawne jak kiedyś i desperacko próbuje wrócić do czasów przed momentem krytycznym. Dlatego wyrusza do Tybetu, by sięgnąć ostatniej szansy. Tak trafia do Przedwiecznego, który uczy go magii. A nauka jest potrzebna, bo – jak to w klasycznych opowieściach Marvela – świat zmierza do ostatecznej rozwałki z powodu byłego ucznia Przedwiecznej, czyli Kaecillusa chcącego złączyć wszystkie światy w jedno. Dlatego sprzedał się mrocznej materii i trzeba go powstrzymać.

doktor_strange1

Marvel tym razem zapuszcza się do świata magii, a jeśli nie znacie poprzednich części tego uniwersum, to nie szkodzi. Scott Derrickson, specjalizujący się w świecie horrorów, od razu wrzuca nas w ten pokręcony świat, gdzie światy się mieszają ze sobą – świat astralny, lustrzany, zwykły. Po drodze będzie wiele obowiązkowego morału z przemianą bohatera, poznawaniem samego siebie oraz ratowaniem świata przed kompletnym scaleniem (czytaj: rozsadzeniem w pizdu). Innymi słowy: klasyczny origin story, ale jednocześnie nie do końca poważny. Dla mnie najfajniejsze były momenty (dość krótkie i uproszczone) nauki zdobywania kolejnych umiejętności i czarów (scena na Evereście – perełka), jednocześnie pozwalając na chwilę złapania oddechu. Powoli zaczynamy widzieć ewolucję wielkiego egoisty (niepozbawionego talentu ani inteligencji) w odpowiedzialnego wojownika stającego po stronie dobra. Bywa bezczelny (jak Sherlock), ale nie jest idiotą, zaczyna panować nad swoimi zapędami.

doktor_strange2

Gdy jesteśmy rzuceni w wir akcji, to dzieją się cuda jak z „Incepcji”, tylko jeszcze bardziej. Tutaj właściwie całe miasta, budynki i ulice zakrzywiają się na wszystkie możliwe kierunki, doprowadzając oczy niemal do ekstazy. Także, gdy przeskakujemy z wymiaru na wymiar (pierwszej wejście Strange’a) możemy poczuć się jak na haju. Nie wiem, co brali twórcy efektów specjalnych, ale to podziałało, przez co potyczki z Kaecillusem oraz jego pomagierami wskoczyły na wyższy poziom widowiskowości. Nawet jeśli mamy wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy, to nie mogłem oderwać oczu.

doktor_strange3

Poza brakiem czegoś oryginalnego, miałem tak naprawdę dwie poważne uwagi. Po pierwsze, wątek (nazwijmy go) romansowy, czyli relacja Strange’a z Christine jest traktowana po macoszemu. Kobieta jeszcze po wypadku z nim zostaje, ale ona sama nie jest zbyt ciekawa czy wyrazista. Potem pojawia się w dwóch scenach (w tym operacji) i znika – szkoda Rachel McAdams, ze nie dostała ciekawszego materiału. Po drugie, czarny charakter, chociaż nie do końca. Mads Mikkelsen świetnie pasuje do roli zbuntowanego Kaecillusa, który chce równego dostępu do transcendentalnych umiejętności, ale brakuje czegoś więcej w tej postaci.

doktor_strange4

Sytuację za to ratują dwie postacie, czyli nasz tytułowy doktorek i Przedwieczna. Benedict Cumberbatch nie kopiuje tutaj swojej roli z Sherlocka, choć pozornie mogłoby tak być –  hybryda inteligencji, złośliwości, pokory, odpowiedzialności i luzu. Brzmi znajomo? Ale jest to postać od początku do końca wiarygodna, a gdy posiądzie pelerynę, jest jeszcze bardziej cool niż możecie to sobie wyobrazić. Za to kompletną niespodzianką była dla mnie Tilda Swinton jako mentorka Przedwieczna, którą trudno mi było sobie wyobrazić w tego typu produkcji.

Z jednej strony „Doktor Strange” dobrze się zgrywa z Kinowym Uniwersum Marvela, a jednocześnie nie trzeba oglądać poprzednich części, by się w tym świecie odnaleźć. Nie tworzy niczego nowego, ale potrafi oszołomić i zafascynować. Jedno jest pewne: nasz mag jeszcze powróci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Odlot

Carl Frederickson jest starszym panem mieszkającym samotnie w małym domku, przy nowo budowanym osiedlu. Dawno temu planował razem z żoną wyprawę w dalekie, nieznane światy, ale ciągle coś stawało na przeszkodzie: a to auto złapało kapcia, a to drzewo podczas burzy zderzyło się z domem. I kiedy już wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, to pojawiła się śmierć i zabrała Ellę. Carl zgorzkniał i zamknął się w swoich czterech ścianach, stajać się (stereo)typowym starym dziadem. Ale w końcu musi opuścić swój dom i wyrusza na wyprawę razem… ze swoim domem napełnionym balonami. W trakcie lotu orientuje się, że na ganku znajduje się upierdliwi harcerzyk Russell. Na miejscu panowie trafiają do dziwnej dżungli, gdzie przebywa barwne ptaszysko oraz… gadające psy.

odlot1

Czarodzieje z Pixara znani są z tego, że bardzo rzadko zdarzają im się wpadki i potrafią kreować zaczarowane światy. Tym razem postanowili zrobić własną wersję „Indiany Jonesa”, tylko z bardzo zaawansowanym wiekowo bohaterem. Carl nadal ma w sobie żyłkę poszukiwacza, którą po wielu latach będzie musiał na nowo obudzić. I jedyne co jest w stanie pomóc to przyjaźń z Russellem, choć początek nie zapowiadał się zbyt obiecująco. „Odlot” bardzo mocno skupia się także na przeszłości Carla – sceny, gdy w skrócie poznajemy historię jego związku z Ellą są bardzo rozczulające (co także jest zasługą cudownego walczyka – muzyka jest świetna) i mogą doprowadzić do wielu wzruszeń. I znowu ten świat wygląda po prostu cudownie, choć sama dżungla wydawała mi się strasznie uboga, jeśli chodziło o faunę. Jest tylko ptaszysko, gadające pieski, za to flora wygląda bardzo ładnie i różnorodnie.

odlot2

Ale jest pewien mały szkopuł: sama historia nie porywa aż tak mocno jak warstwa wizualna. I nawet nie chodzi o to, że  pojawiają się pewne oczywiste schematy w rodzaju szorstkiego głównego bohatera, który zmienia się w bardziej życzliwego człowieka, nie skupiającego się tylko na sobie czy motyw dawnego idola z dzieciństwa (podróżnik Charles Muntz) okazującego się bezwzględnym draniem. Coś ostatnio pojawia się ten schemat często się pojawia. I te klisze czasami potrafią być rozładowywane niezłymi gagami (pojedynek między antagonistami, gdzie kości mocno dają o sobie znać) oraz podkręcić scenami akcji (finał, gdzie bohaterowie próbują odbić ptaka czy brawurowa ucieczka), ale pewne poczucie zmęczenia materiału jest bardzo odczuwalne. Paradoksalnie nie przeszkadza to przy czerpaniu frajdy z seansu, czego nie potrafię w żaden sposób wytłumaczyć.

odlot3

Cegiełkę do „Odlotu” daje też polski dubbing. I tutaj wybija się w swojej ostatniej kreacji Wojciech Siemion jako nasz antagonista Carl. Człowiek ten wiele przeżył i to słychać, ale nadal ma w sobie skryte ciepło oraz dużo determinacji, rozsadza go wręcz energia. I przy nim Russell (niezły Kacper Cybiński) wypada blado: kolejny młodzik, potrzebujący autorytetu, próbujący spełnić swoje marzenia związane z harcerstwem. Powoli zaczyna budować się między nimi nić porozumienia, choć nie jest to łatwe. I jest też podróżnik Muntz (zaskakujący Ignacy Gogolewski), mający obsesję na punkcie naprawienia swojej nadszarpniętej reputacji, dążąc do tego celu za wszelką cenę. A źródłem humoru są gadające psiaki z sympatycznym Asem (Cezary Pazura) na czele, które nie są w stanie wykorzenić swoich starych nawyków (aportowanie czy łatwa rozproszenie na hasło zając).

odlot4

„Odlot” kolejny raz udowadnia talent Pixara do tworzeniach prześlicznych animacji, jednak tutaj pojawiają się mocno odczuwalne klisze znane z wielu innych opowieści, przez co wybijałem się z rytmu i było to dość przewidywalne. Myślę, że dzieciakom na bank się spodoba, ale starsi troszkę poczują się znużeni. Ze mną tak troszkę było. Ale Pixar nawet w słabszej formie jest lepszy niż wielu świetnych debiutantów.

7/10 

Radosław Ostrowski

W głowie się nie mieści

Ludzki umysł jest skomplikowaną maszyną, a co dopiero umysł młodego człowieka, który zaczyna odkrywać nowy świat. Tym razem zapuszczamy się do wnętrza umysłu Riley – młodej dziewczynki, która z centrali (czyli mózgu) jest sterowana przez pięć emocji: Radość, Smutek, Odrazę, Strach i Gniew. Najważniejsza jest tutaj Radość, próbująca uszczęśliwić naszą Riley. Okoliczności jednak są mniej przyjemne: rodzina wyprowadza się z Minnesoty do San Francisco, a na miejscu jest syf, kiła i malaria. Do tego Radość i Smutek wypadają z Centrali, co doprowadzić może do kompletnej katastrofy.

w_glowie_sie_nie_miesci1

Nie od dzisiaj wiadomo, że Pixar to prawdziwi filmowi czarodzieje, aczkolwiek ostatnie lata były okresem chudym. Jednak zrealizowane dwa lata temu „W głowie się nie mieści” to wielki comeback do mistrzowskiej formy. Sam pomysł wydawał się prosty i karkołomny, ale pokazanie ludzkiego umysłu, sterowanego przez emocje, mające w pełni ludzki charakter to strzał w dziesiątkę. Bo to emocje pozwalają nam przeżyć wiele niezapomnianych chwil, kształtując naszą osobowość. Z kolei wędrówka Radości i Smutku pokazuje (w bardzo kreatywny sposób) jak funkcjonuje nasz mózg: jak pewne wspomnienia (wyglądające jak kulki do flippera, ale wrażliwe na dotyk) są usuwane i trafiane do nicości; gdzie przechowywane są nasze koszmary i jak powstają nasze sny (wielkie studio filmowe!!!). Mój ulubiony fragment dotyczy fundamentów, które są wysepkami budującymi osobowość naszej bohaterki. To wszystko staje się źródłem bardzo delikatnego humoru, niepozbawionego drobnych aluzji (Miasto Chmur).

w_glowie_sie_nie_miesci2

Jednak tak naprawdę Pixar przypomina, że dojrzewanie jest bardzo trudne, a wtedy potrzebna jest symbioza i zgranie wszystkich emocji ze sobą. Bo dominacja jednej z nich może doprowadzić do katastrofy, włącznie z autodestrukcją. Kapitalnie to pokazują sceny, gdy bierze kontrolę Gniew czy Smutna z Radością próbują znaleźć drogę do domu. I jeszcze ten bardzo dramatyczny finał, który potrafi wzruszyć, dając bardzo wiele do przemyśleń. A jednocześnie miejsce na (być może) sequel.

w_glowie_sie_nie_miesci3

Poza dziką wyobraźnią rysowników oraz prześlicznie pokazanego świata, wszystko robi znakomity dubbing, gdzie jest wszystko idealnie dopasowane do postaci. Radość (czarująca Małgorzata Socha) wygląda i porusza się jak prawdziwa wróżka, emanując dobrocią oraz pozytywną energią. Smutek (świetna Kinga Preis) jest cała w błękicie, nosi bardzo gruby sweter oraz ciężkie okulary, doprowadzając niemal do przygnębienia. Mocny źródłem humoru jest będący na skraju załamania nerwowego Strach (trzymający fason Cezary Pazura) i wyglądający niczym pracownik korporacji Gniew (Szymon Kuśmider), będący prawdziwą tykającą bombą. Ostatnią zaś jest wyglądająca niczym hipsterka Odraza (Maja Ostaszewska), która czuje wstręt do wielu rzeczy. I tylko jako zgrany skład, są w stanie wznieść się na wyżyny swoich umiejętności, co pokazuje ciepłe zakończenie.

w_glowie_sie_nie_miesci4

„W głowie się nie mieści” to tak potężny cios emocjonalny, gdzie wszystkie klocki odnajdują się na swoim miejscu. Nie brakuje wzruszeń, radości, przygnębienia oraz refleksji. Także pokazuje najmłodszym jak funkcjonuje nasz skomplikowany aparat jakim jest mózg, ale robi to w bardzo przyswajalny (przeprowadzono wcześniej konsultacje z naukowcami), bez łopatologii oraz nachalności. Zrobione z sercem, mądrością oraz ciepłem chwyta każdego, bez względu na wiek.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski