Matka Królów

– Ciężkie miałaś życie.
– Inni mieli ciężej.

Aż nie chce się wierzyć, że w czasie karnawału Solidarności udało się zyskać zgodę na realizację tego filmu. Adaptacja wydanej podczas odwilży w 1957 roku powieści Kazimierza Brandysa to kameralna opowieść na tle ważnych wydarzeń historycznych. Czyli rodzinna saga, ale tym razem skupiona na krótszym czasie oraz mniejszej skali.

Tytułowa „Matka Królów” to nie jest Elżbieta Rakuszanka, żona króla Kazimierza Jagiellończyka, której czterech synów zostało królami Polski. Naprawdę na imię ma Łucja Król (Magda Teresa Wójcik) i kiedy ją poznajemy znajduje swojego męża pod kołami tramwaju. Co nie jest dobre, zważywszy że mężczyzna był żywicielem rodziny, zaś kobieta wychowuje jeszcze trzech synów, a czwarty jest w drodze. Bez męża nie jest łatwo żyć, a tym bardziej zajmować się rodziną. Choć pojawiają się różni przyjaciele jak rozwożący węgiel Cyga (Franciszek Pieczka), to jednak najistotniejszym jest nowy sąsiad, niejaki Wiktor Lewen (Zbigniew Zapasiewicz) – doktor prawa i działacz komunistyczny. On okaże się nie tylko wspierającym dla pani Król, ale także stanie się mentorem dla jej synów, co mocno naznaczy całą rodzinę po zakończeniu II wojny światowej.

Reżyser Janusz Zaorski na pierwszy rzut oka tworzy bardzo kameralną i skupioną na jednej rodzinie historię ludzi wrzucony w trybiki Wielkiej Historii, która wchodzi zawsze nieproszona i niepytana. Od końcówki XX-lecia międzywojennego przez okupację niemiecką aż po stalinowską odwilż – niby niewiele, ale i tak bardzo dużo. Co jest imponujące z dwóch powodów. Po pierwsze, narracja skupia się zarówno na rodzinie Królów (matka jest w centrum, ale jest też czas na poznanie synów), jak i odgrywającego kluczową rolę Lewena. Po drugie, udaje się tu uniknąć walenia ekspozycjami fabularnymi na przestrzeni lat. Tutaj wiele dowiadujemy się za pomocą scenografii, charakteryzacji oraz wychwytanych dialogach. Plus cytowane z offu pisane listy oraz spisywane na maszynie zeznania (nie powiem czyje i w jakiej sprawie), pozwalające zorientować się w jakim miejscu jesteśmy. A wierzcie mi, trzeba uważnie oglądać, by nie przegapić kilku wydarzeń jak aresztowanie Lewena, zmuszenie Łucji do pracy przez volksdeutscha (czyszczenie podłogi w opustoszałym domu), zabicie pijanego żołnierza czy zamach „Koguta”. I wierzcie, to dopiero początek kolejnych ciosów, jakie przyjdą na rodzinę Królów.

Ale Zaorski tutaj skupia się na jeszcze jednym aspekcie, czyli wpływie polityki oraz zagubieniu przedwojennych ludzi w powojennej rzeczywistości. Kraju komunistycznym, gdzie niby liczą się potrzeby najbiedniejszych, zaś zaufanie Partii i jej dobro było dobrem narodu. Tutaj zaczynają pojawiać się pęknięcia na tym idealnym obrazku: ciągłe poczucie paranoi i szukanie „wrogów ludu”, ateizacja społeczeństwa, unikanie ludzi z „podejrzaną” przeszłością oraz ich rodzin czy brak jakichkolwiek informacji o aresztowanych. Nie brakuje tu mocnych dialogów, świetnie zmontowanych przeplatanych materiałami archiwalnych oraz pięknych, czarno-białych zdjęć.

A wszystko jest też fantastycznie zagrany – najwięcej na swoich barkach dźwiga Magda Teresa Wójcik, która w zasadzie gra archetyp Matki Polki. Czyli kobiety w zasadzie niemal skupiającej się na wychowaniu swoich dzieci, dając więcej im niż sobie. Nie brzmi to zbyt ciekawie, jednak dzięki aktorce udaje się stworzyć bardzo wyrazistą kreację. Poza nią najbardziej wyrazisty jest niezawodny Zbigniew Zapasiewicz w roli Lewena, mocno idealistycznego komunisty, który – bez względu na okoliczności – wierzy w Partię oraz jej idee. Jednak im dalej w las, tym bardziej zaczynają pojawiać się wątpliwości, które są zaledwo zasygnalizowane. Ale jest też bardzo barwna galeria ról drugoplanowych: od mocnego Bogusława Lindy (mocno trzymający się ideom Klemens Król), świetnego Krzysztofa Zaleskiego (obrotny Roman Król) i zaskakującego Adama Ferencego (nie potrafiący się odnaleźć w nowej rzeczywistości Zenon Król, co lubi wypić) przez niezawodnego Franciszka Pieczki (Cyga), Henryka Bisty (towarzysz „Grzegorz”) oraz Jerzego Treli („Hiszpan”) po porażającą Joannę Szczepkowską (Marta, żona Klemensa – najmocniejszy przykład politycznego wyprania mózgu) oraz drobne role Jerzego Stuhra (ubek) i Tadeusza Huka (Renart).

Byłem pewny, że po tylu latach „Matka Królów” nie będzie w stanie złapać emocjonalnie. Bo już sporo powstało o mrocznym okresie początków PRL-u, niemniej Zaorski opowiada to z bardzo mocną ręką oraz bez żadnego słodzenia. Świetny kawałek historii, który nie pozwala wyjść z głowy.

8/10

Radosław Ostrowski

Amnestia

Okres tuż po 1945 roku był dla wielu ludzi bardzo ciężki. Także dla naszego bohatera. Rysiek to młody chłopak, pracujący w milicji we Wrocławiu. Ale ten chłopak ma pewien problem – wcześniej należał do podziemia i nie ujawnił się. Z jednej strony próbuje się odnaleźć w tym nowym porządku, z drugiej chce pójść do lasu, dołączyć do oddziału.

amnestia1

Takich niby wojennych, ale bardziej dramatów z wojną w tle powstało w naszym kraju sporo. Co nowego do tego gatunku wnosi „Amnestia” z 1981 roku? Chyba największą niespodzianką jest jej reżyser, czyli Stanisław Jędryka – twórca specjalizujący się w głównie w filmach i serialach o tematyce dziecięcej. Już samo to połączenie wydawało się intrygujące, ale wyszedł z tego klasyczny snuj. Czyli mamy bohatera miotającego się między obecnym życiem, dawną przeszłością oraz trzema kobietami (prawie jak w „Przedwiośniu”). Wszystko to układa się w ciąg nie zawsze powiązanych scenek oraz masy wątków, które nie zostają do końca rozwinięte. Zarówno kwestie miłosne, praca w milicji, potem w fabryce jako kierowca dyrektora i rozterki związane z przeszłością (postać dawnego kumpla z lasu, Teodora) to wszystko jest strasznie skrótowe, potraktowane po łebkach, nie wygrane oraz nie angażujące za bardzo. Wyjątkiem od tego są spotkania i schadzki Ryśka z Bianką – młodą, ale poharataną przez wojnę dziewczynę (śliczna Monika Stefanowicz) oraz z doświadczoną Karoliną (zaskakująca Emilia Krakowska), skrywająca pewną tajemnicę.

amnestia2

Ale to wszystko reżyser marnuje, nie ma pomysłu na narrację ani na postacie, które – poza Ryśkiem (niezły Michał Juszczakiewicz) – pojawiają się i znikają niczym w kalejdoskopie. Pojawiają się, coś mówią, ale niewiele z tego wynika. Jeśli to miało pokazać chaos oraz zagubienie naszego bohatera, to nie zagrało to za bardzo. Doceniam fakt, że nie jest to propagandowa agitka, a wszystko wydaje się bardziej przyziemne. Jednak to troszkę za mało, by mówić o godnym uwagi dziele.

amnestia3

„Amnestia” zwyczajnie przynudza, nie angażuje. Doceniam próbę odnalezienia się w zupełnie nowym dla siebie środowisku, jednak efekt mocno rozczarowuje. Bardzo archaiczne kino w złym znaczeniu tego słowa, gdzie nuda nudzi.

5/10

Radosław Ostrowski