Noc oczyszczenia

Było wiele przykładów filmów z obiecującym, a nawet bardzo ciekawym pomysłem, ale kompletnie nieumiejętnie go wykorzystuje. Najczęściej (choć nie zawsze) dotyczy to niskobudżetowych filmów grozy. A jednym z najjaskrawszych przypadków jest powstała w 2013 roku „Noc oczyszczenia”, którego światotwórstwo oraz koncept są o wiele ciekawsze niż miało prawo to być.

Akcja toczy się w nieodległej przyszłości, gdzie w USA od lat funkcjonuje tzw. Czystka. Polega ona na tym, że raz w roku przez jedną noc (od 7 wieczorem do 7 rano) wszelka przemoc jest dozwolona. Są jednak pewne zasady dotyczące broni oraz osób, których mordować nie należy, więc lepiej odbyć taką noc we własnym domu. Po części dzięki temu Ameryka się gospodarczo rozwija, choć nie wszyscy są fanami tego systemu. Bo ofiarami – najczęściej – są ludzie z niższych sfer społecznych, którzy nie bardzo mają możliwość bronić się.

Tak trafiamy do marca roku 2022 do bardzo zamożnej rodziny Sandinów. Głowa rodziny, James (Ethan Hawke) zajmuje się sprzedażą systemów ochronnych i zabezpieczeń. Domem zajmuje się jego żona, Mary (Lena Headey). Poza nim w dużej rezydencji jest dwoje dzieci: córka Mary (Adelaide Kane), która randkuje z troszkę starszym chłopakiem oraz bardzo wycofany syn Charlie (Max Burkholder). Niby wszystko wydaje się w familii w porządku, jednak podczas tytułowej nocy ich domostwo zostaje wzięte na celownik oczyszczających. Winnym zamieszania jest najmłodszy syn, który nie jest zbyt wielkim fanem tej krwawej imprezy i wpuszcza do domu rannego zbiega.

Reżyser i scenarzysta James DeMonaco dość szybko (za pomocą nagrań z kamer, radia i telewizji) wrzuca w ten ciekawy świat konserwatywnej, mocno uprzywilejowanej Ameryki, którą poznajemy z perspektywy bogatych domostw. I tu było spore pole do popisu, które mogłoby dać „Dniu oczyszczenia” szerszego kontekstu. To mógł być komentarz wobec kapitalizowaniu kontrolowanej przez państwo dzikiej, czystej, niepohamowanej przemocy albo wykorzystywania haseł konserwatywnych do eliminowania „słabszych” albo innych niż my. To mogą być przypadkowi ludzie, znienawidzeni sąsiedzi czy osoby, których nienawidzimy. Ostatecznie jednak dostajemy bardzo klasyczny home invasion, czyli grupa młodocianych włamuje się do domostwa. Samo w sobie nie jest to jakąś poważną wadą, tylko zachowanie bohaterów jest dość… dyskusyjne. Mary non stop panikuje, rodzinka zamiast trzymać się blisko ciągle się rozdziela, łazi, szukają się nawzajem. Jedynie głowa rodziny radzi sobie z eliminowaniem nieproszonych gości. A kiedy dochodzi już do ataku (czyli w zasadzie ostatnie pół godziny), nagle zaczyna robić się troszkę ciekawiej, akcja robi się krwawsza, by zakończyć niezłym finałem.

Całkiem niezła obsada nie bardzo ma co robić (poza demonicznym w swojej uprzejmości Rhysem Wakefieldem jako głównym antagonistą), technicznie jest poprawnie, ale czuć tu mocno ograniczony budżet. Przez większość czasu jednak zbyt wolno się rozkręca, a tło i wizja świata jest o wiele ciekawsza niż sama historia.

4/10

Radosław Ostrowski

Skomentuj