Chłopiec na krańcach świata

Polskie kino animowane – sama ta zbitka brzmi mocno abstrakcyjnie, ale w ostatnich latach coraz śmielej pojawia się na naszych ekranach. Seria „Niesamowitych przygód skarpetek”, „Smok Diplodok” czy „Orzełek Iggy” sprzed kilku miesięcy pokazują, że jest miejsce i na takie kino dla młodego widza. Teraz do tego grona dołącza polsko-hiszpańsko-turecki „Chłopiec na krańcu świata”. Co z tego wyszło?

Historia dzieje się w miasteczku na wyspie, gdzie większość ludzi utrzymuje się z rybołówstwa. Jednym z mieszkańców jest Omul – młody chłopak, pełen empatii oraz rozumiejący zwierzęta bardziej niż swoją rodzinę (w szczególności starszego brata, Micro). Poza nim i rodzicami jest jeszcze jego siostra, Kimi – troszkę pyskata i nie posiadająca w swoim słowniku słowa „posłuszeństwo”. Oboje próbują pomóc psu, któremu noga utknęła w kamieniu. Choć to się udaje, to wskutek okoliczności zostają pochłonięci przez wzbierającą falę, zaś dziewczynie zostaje zabrana dusza przez mityczną istotę zwaną Sadumeą. W konsekwencji Kimi zapada w śpiączkę, zaś Omul jest obwiniany przez brata za tą sytuację. Młodzian – za pomocą magicznego medalionu – słyszy mowę zwierząt i razem z bratem oraz wcześniej ocalałym psem Telą wyruszają odzyskać duszę Kimi.

Za „Chłopca” odpowiadają debiutujący na stołku reżyserskim nietypowy duet Grzegorz Wacławek/Marta Szymańska. On jest producentem filmów animowanych i współzałożycielem studia Animoon, ona jest rysowniczką oraz animatorką. Wyszedł z tego ręcznie rysowany film, który mocno inspiruje się dziełami japońskiego studia Ghibli (nie tylko ze względu na elementy fantastyczne). A we wszystkim chodzi tu o trudne relacje braterskie: od niezrozumienia i wrogości po powolne przełamywanie swoich strachów oraz bestii.

Choć sama kreska jest prosta i może niezbyt szczegółowa, to jednak ma w sobie sporo uroku. Szczególnie tła są po prostu ładne: od lasu przez mokradła aż po górę. Animacja i wygląd postaci – ze szczególnym wskazaniem na wilczycę oraz drewnianego pająka (nie, nie ćpałem nic) – też są niczego sobie. Ale brakuje tutaj czegoś bardziej wyrazistego, co zapadłoby w pamięci na dłużej. Zdarza się też, że dialogi wyrażają pewne lekcje zbyt bezpośrednio, niemniej sama historia jest zgrabnie poprowadzona, ma przepiękną muzykę Mikołaja Stroińskiego (bardzo w klimacie dzieł Hisaishiego) oraz dobry dubbing (ze szczególnym wskazaniem na fantastyczną Magdalena Herman-Urbańska w roli psa Teli).

Nie powiem, że „Chłopiec na krańcu świata” jest najlepszą polską animacją ostatnich lat – ten tytuł nadal nosi „Smok Diplodok”. Choć nie imponuje na poziomie technicznym (nawet w kategorii ręcznie rysowanych), to jednak ma on w sobie masę serducha oraz pouczający morał, który docenią głównie najmłodsi. Na pierwszy wypad do kina z dzieckiem to na pewno lepszy wybór niż choćby kolejna część Minionków.

6,5/10

Radosław Ostrowski

The Liberator

Do tej pory pamiętam jakie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie „Kompania braci”, opisująca bojowy szlak amerykańskiej kompanii podczas II wojny światowej. Mówiono o tej produkcji HBO, że to odcinkowy „Szeregowiec Ryan”. Później jeszcze powstał „Pacyfik” o walkach po drugiej stronie Atlantyku, ale nie zrobił już takiego wrażenia. Niemniej powstała jeszcze filmy i serialem z walką przeciw nazistom, a w zeszłym roku Netflix pokazał „The Liberatora”.

the liberator2

Ten mini-serial oparto na prawdziwych wydarzeniach kompanii 157 Pułku Piechoty dowodzonej przez Felixa Sparksa, spisanych w książce Alexa Kershawa. Poznajemy szlak bojowy od Sycylii do wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Dachau, mając do dyspozycji tylko 4 odcinki. Jest to wspólne dzieło scenarzysty Jeba Stuarta („Szklana pułapka”, „Ścigany”) oraz reżysera Grzegorza Jonkajtisa. Planowany jako wysokobudżetowa produkcja wojenna, ostatecznie jednak „Liberator” został… animacją rotoskopową. I powiem, że sam styl kreski troszkę wydaje się komiksowy, co może wiele osób odrzucić, mnie się podobał, w żaden sposób nie wybijając z rytmu.

the liberator4

Co najbardziej mnie zaskoczyło, jak animacja współgra z resztą warstwy wizualnej. Trudno się przyczepić zarówno do scenografii (nawet jeśli detale bywają rozmyte w tle), wojskowego sprzętu czy warunków atmosferycznych. To wszystko pomaga w budowaniu mrocznego klimatu, pełnego brudu, przemocy i nieobliczalnej śmierci. Która może sięgnąć każdego i wszędzie. A i sami żołnierze to wariacka mieszanka: Meksykanie, Indianie, rednecki, potomkowie Strażników Teksasu. Ten tygiel powinien doprowadzić do wzajemnego wyniszczenia żołnierzy, którzy przed walką byli traktowani jako gorsi, bez szans na osiągnięcie czegokolwiek. I to jak udaje się stworzyć sprawnie działający zespół jest bardzo imponujące.

the liberator1

Po drodze dochodzi do śmierci, ofiar oraz nowej, świeżej krwi bez doświadczenia, co może dezorientować podczas seansu. Niemniej twórcy dają każdej ze scen śmierci czy dramatycznej walki swój odpowiedni ciężar emocjonalny. Nieważne, czy mówimy o utrzymaniu drogi do Anzio, próbie przejścia przez góry zakończonej zasadzce Niemców, czy wreszcie wyzwoleniu obozu koncentracyjnego i dokonanym samosądzie na niemieckich żołnierzach tam przebywających. Bez pokazywania wnętrzności i flaków, ale nadal jest to brutalne.

the liberator3

Muszę przyznać, że choć „Liberator” wyzwolił we mnie pozytywne skojarzenia z „Kompanią braci”, nie jest pozbawiony wad. Cztery odcinki to dla mnie troszkę mało, zaś sama fabuła bywa prowadzona bardzo skokowo. Momenty batalistyczne przeplatane są drobnymi epizodami, które czasami wydawały mi się zapychaczami. Zaskoczyło mnie za to parę scen pokazanych z perspektywy niemieckich żołnierzy, co pozwala szerzej spojrzeć na ten konflikt i to jest mały plusik. Tak jak udział mniej rozpoznawalnych aktorów (także z Polski). Nawet te drobiazgi nie odebrały w czerpaniu przyjemności z oglądania „Liberatora”, ale chciałoby się więcej wycisnąć.

7/10

Radosław Ostrowski