Milos Forman

Reżyser, scenarzysta, producent, aktor.

Urodzony 18 lutego 1932 roku w Caslav jako Jan Tomas Forman. Syn Anny z domu Švábovej oraz Rudolfa Formana. Matka prowadziła pensjonat w miejscowości Dolby, ojciec był profesorem akademickim. Oboje zginęli w obozach koncentracyjnych: ojciec w Buchenwaldzie, matka w Auschwitz. Wychowywany przez krewnych, po wojnie uczył się w szkole z internatem znajdującej się w zamku w Podiebradach, gdzie poznał m.in. Ivana Passera, Jerzego Skolimowskiego oraz Haclava Havla.

W 1950 roku podjął studia w praskiej Akademii Sztuk Scenicznych (FAMU) na Wydziale Scenopisarskim. Następnie zaczął współpracę z eksperymentalnym teatrem Laterna Magika jako asystent reżysera Karela Radoka. Forman jako reżyser zaczął pracę od filmów dokumentalnych, przy których współpracował z Ivanem Passerem oraz Miroslavem Ondrickiem. Przełomem był Konkurs z 1963 roku, zaś jego pierwsze fabuły (Czarny PiotruśMiłość blondynki) uczyniły go jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców „nowej fali”. A także zostały dostrzeżone za granicą. Kiedy w 1968 roku wojska Układu Warszawskiego wkroczyły do Pragi, tłumiąc liberalne działania I sekretarza Alexandra Dubceka, Forman był w Paryżu prowadząc rozmowy w sprawie stworzenia filmu dla Paramount Pictures o hipisach. Reżyser decyduje się wyruszyć do Stanów Zjednoczonych, gdzie zdecydował się zamieszkać na stałe.

W 1975 roku otrzymał obywatelstwo amerykańskie, zaś w 1978 został wykładowcą na Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku oraz (razem ze swoim byłym nauczycielem, Frantiskiem Danielem) współprowadził wydział filmowy. Dwukrotnie był w jury na MFF w Cannes (raz jako przewodniczący), a raz prowadził grupie jurorów na MFF w Wenecji. Sporadycznie pojawiał się także jako aktor, głównie w epizodach. Lecz najbardziej wyraziste role to ojciec głównej bohaterki w Zgadze Mike’a Nicholsa oraz ksiądz Havel w Zakazanym owocu – reżyserskim debiucie Edwarda Nortona. Pisał wiersze, a w 1994 roku wydał wspomnienia Moje dwa światy.

Zmarł 13 kwietnia 2018 roku w Warren w stanie Connecticut, po krótkiej chorobie. Pochowany dwa dni później, pozostawił po sobie czwórkę dzieci i wnuczkę oraz żonę Martinę Zborilovą.

Najczęściej współpracował z: autorem zdjęć Miroslavem Ondrickiem, scenarzystą Jaroslavem Pa­pouskiem i Jean-Claude’m Carriere, producentem Michael Housemanem i Saulem Zaentsem, kostiumologiem Theodorem Pistkiem, scenografką Patricią von Brandenstein i Karelem Cernym, dźwiękowcem Adolfem Bohmem, montażystą Miroslavem Hajkiem, Lynzee Klingman i Alanem Haimem oraz aktorem Vincentem Schiavellim.

W swoim dorobku Forman ma dwa Oscary (i jedną nominację), trzy Złote Globy (i jedną nomina­cję), nagrodę BAFTA (i trzy nominacje), Grand Prix oraz dwie nominacje do Złotej Palmy w Cannes, Złotego i Srebrnego Niedźwiedzia z Berlinale, nominację do Złotego Lwa w Wenecji, dwie na­grody Amerykańskiej Gildii Reżyserów i nominację do nagrody Amerykańskiej Gildii Scenarzy­stów.

Oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Milośa Formana. Trzy, dwa, jeden, jazda!

Miejsce 12. – Czarny Piotruś (1964)

Pełnometrażowy debiut reżyserski, będący obserwacją kilku dni z życia zagubionego nastolatka. Mocno dokumentalny styl, brak rozpoznawalnych twarzy. Oraz realia komunistycznego kraju, który obiecuje wiele, ale nie dając zbyt wiele w zamian. Jednak brakuje tutaj jakiegoś mocnego spoiwa, który uczyniłby film bardziej angażujący. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Ragtime (1981)

Tym razem reżyser mierzy się z epicką powieścią E.L. Doctorowa, która dzieje się na początku XX wieku. Historia skupiona wokół czarnoskórego pianisty, Coalhouse’a Walkera, którego walka o godność doprowadza do bardzo brutalnych działań. A to tylko jeden z wątków tej opowieści, gdzie mamy zarówno skandale, początki kina, terroryzm, imigrantów. Ambitna mozaika, której nie powstydziłby się Robert Altman. Choć świetnie zagrana, pewnie nakręcona i imponująca wizualnie, to strasznie nierówna. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Miłość blondynki (1965)

Niejako kontynuacja motywów z „Czarnego Piotrusia”, czyli kolejne zderzenie młodych ludzi z rzeczywistością komunistycznego kraju. Tym razem bohaterką jest dziewczyna pracująca w fabryce butów, która marzy o miłości oraz życiu innym niż w małym miasteczku. Podczas imprezy poznaje pianistę z wielkiego miasta. Zadziwiająco jest tu sporo humoru, opartego na absurdzie, a jednocześnie niepozbawiony liryzmu i czułości. Widać spory progres w warsztacie Formana. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Pali się, moja panno (1967)

Ostatni z „czeskich” filmów Formana przed imigracją. Osadzona w ciągu jednego dnia historia skupia się wokół obchodów Dnia Strażaka, która ma być także uhonorowaniem najstarszego członka jednostki. Ale wiele rzeczy idzie nie tak. To najostrzejsza satyra na życie w komunistycznym państwie, pokazująca nieporadność władz, zmieszaną z katastrofami, wpadkami i bezradnością. No i gdzie jest salceson? Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Valmont (1989)

Kolejna adaptacja głośnych „Niebezpiecznych związków”, która pojawiła się rok po adaptacji Stephena Frearsa. Być może dlatego nie spotkała się z uznaniem widzów i krytyków. A moim zdaniem jak najbardziej warto. Osadzona w XVIII wieku historia skupiona wokół próbujących łamać serca innym hrabim Valmoncie oraz markizie de Merteuil. Podchody, manipulacje, namiętności oraz kolejne komplikacje. Stylowo nakręcone, świetnie zagrane z rewelacyjnymi kreacjami Annette Bening i Colina Firtha. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Hair (1979)

Jedyny musical w dorobku Formana, oparty na wielkim hicie Broadwayu. Historia młodego chłopaka z Oklahomy, Claude’a Bukowskiego (John Savage), który trafia do Nowego Jorku na kilka dni przed poborem do Wietnamu. Tam trafia na grupę młodych hipisów pod wodzą niejakiego Bergera (Treat Williams), którzy fascynują młodzieńca. Co muszę przyznać, że mimo lat nadal ma w sobie bardzo młodzieńczą energię. Zarówno w prostej, ale fantastycznej choreografii oraz wiele rewelacyjnych piosenek jak „Age of Aquarius”, „Manchester England” czy finałowe „Let the Sunshine In”. Może i naiwny, ale bardzo szczery portret lat 60. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Duchy Goi (2006) 

Jak się miało okazać ostatni film w dorobku Formana, którego bohaterem nie jest Francisco Goya, grany przez Stellana Skarsgarda. I pewnie dlatego spotkał się z o wiele chłodniejszym odbiorem. Sam malarz znajduje się w środku między demonicznym inkwizytorem (fantastyczny Javier Bardem) a swoją modelką Inez (cudowna Natalie Portman) oskarżoną o bycie Żydówką. Wszystko skupia się na temat władzy i polityce, gdzie zmienia się ustrój a ludzie przy władzy niekoniecznie. Zdecydowanie lepszy film niż  się może wydawać. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Skandalista Larry Flynt (1996)

Biografia jednego z najbardziej bezczelnych wydawców magazynu dla dorosłych. Jednak jeśli ktoś spodziewałby się skupienia na branży porno, lecz na kwestii… wolności słowa. I czy w ogóle jest jej granica? Prowokujący, piekielnie inteligentny dramat, pokazujący realia lat 70. i 80. A wszystko trzyma rewelacyjny Woody Harrelson w roli tytułowej, zaskakująca Courtney Love jako striptizerka oraz Edward Norton w jednej z pierwszych ról. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Odlot (1971)

Pierwsza amerykańska produkcja, choć tworzona w stylu kina z Czechosłowacji. Studio chciało film o hipisach, jednak Forman skupił się na ich rodzicach. „Odlot” to historia rodziców, którzy szukają córki, co uciekła z domu. Nadal czuć tu dokumentalny sznyt (sceny castingu ze śpiewającymi młodymi ludźmi), mocno ocierając się o absurd. Jak choćby niezapomniana scena, kiedy dorośli uczą się palić jointów. Ale tak naprawdę Forman pokazuje zderzenie pokoleń, którzy mają więcej wspólnego niż się wydaje. Zadziwiająca i nadal śmieszna komedia. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Człowiek z księżyca (1999)

Druga biografia Formana stworzona wspólnie ze Scottem Alexandrem i Larrym Karaszewskim. Autorzy „Eda Wooda” i „Skandalisty Larry’ego Flynta” tym razem pokazują życie komika Andy’ego Kaufmana. Bardzo pokręcona historia człowieka, który był kompletnie nieobliczalny i nie można było ustalić, co było żartem, a co nie. Od stworzonego alter ego Tony’ego Cliftona przez wrestling z kobietami aż po nonsensowne sceny stand-upu. Oraz absolutne opus magnum w aktorskiej karierze Jima Carreya, który wszedł na wyżyny swoich możliwości. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Amadeusz (1984)

Co ja mogę powiedzieć, czego o kinowej adaptacji sztuki Petera Schaffera nikt nie powiedział? Absolutnie elektryzujący portret Mozarta (Tom Hulce), pokazanego oczami starego Salierego (F. Murray Abraham). Fenomenalne kino, pokazujące zderzenie geniuszu z przeciętnością. Przełamującego konwencje epoki Mozarta oraz grającego zgodnie z regułami Włocha. Zazdrość, nienawiść, wrogość i jednocześnie nieskrywany podziw. Niemal unosi się nad tym duch „Barry’ego Lyndona”, z bardzo soczyście napisanymi postaciami, imponującą scenografią i kostiumami oraz fragmentami opery. Niesamowite doświadczenie, które należy zobaczyć przynajmniej raz w życiu. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Lot nad kukułczym gniazdem (1975)

Kolejne żywotne dzieło, tym razem opartym na powieści Kena Keseya. Więzień Randall McMurphy (Jack Nicholson) trafia do szpitala psychiatrycznego, by upewnić się, czy nie symuluje. Od razu zderza się z trzymającą wszystko w ryzach siostrą oddziałową Ratched (Louise Fletcher). Pozornie prosta opowieść o wolności, gdzie szpital psychiatryczny jest metaforą państwa, narzucającego normy oraz sposoby zachowania, zaś indywidualizm jest tępiony. Rewelacyjne aktorstwo, z masą wizystych postaci, gdzie na drugim planie są m.in. Danny DeVito, Christopher Lloyd czy Brad Dourif. Klasyka przez bardzo duże K. Recenzja tutaj.

Żaden reżyser z Europy Środkowo-Wschodniej (może poza Romanem Polańskim) nie osiągnął takiego sukcesu w Hollywood jak Milos Forman. Choć Czech kręcił rzadko i w większości jego dzieła dominowały festiwale, nadal pozostają co najmniej solidne oraz warte uwagi. Czuć w nich zarówno fascynację Ameryką, ale też często przewijający się motyw wolności, dumy i ceny jaką płaci się za indywidualizm. Pomimo upływu lat, te tytuły godnie znoszą próbę czasu, o czym wielu reżyserów może sobie pomarzyć. 

Radosław Ostrowski

Skandalista Larry Flynt

Po dość chłodnym odbiorze „Valmonta” wydawałoby się, że Milos Forman zniknął i żadnego filmu więcej nie zrobi. Czech skupiał się na pracy wykładowcy akademickiego, ale w 1996 roku wrócił z impetem. I to filmem biograficznym o jednym z najsłynniejszych wydawców magazynu dla dorosłych, od razu zdobywając Złotego Niedźwiedzia za najlepszy film na Berlinale.

Jak samy tytuł mówi „Skandalista Larry Flynt” opowiada o Larrym Flyncie (Woody Harrelson) – chłopaku z Południa, który zaczynał jako bimbrownik w latach 50., by 20 lat później razem z bratem (Brett Harrelson) prowadzić klub ze striptizem. Ale interes nie idzie za dobrze – do czasu, gdy Larry postanawia wypromować lokal przy użyciu magazynu ze zdjęciami. Problem jednak w tym, że Hustler jest o wiele ostrzejszy od innych czasopism, co doprowadza do konfliktów z prawem.

Choć pozornie mogłoby się wydawać, że film Formana będzie skupiał się na działalności „wydawniczej” Flinta. Ale nie do końca, bo nie interesuje się golizną, erotyzmem czy szokowaniem dla szokowania. Reżyser wykorzystuje postać kontrowersyjnego twórcy do pokazania walki między konserwatyzmem oraz tzw. „obrońcami moralności” z bardziej liberalnie nastawionym do życia społeczeństwem. A przede wszystkim prowokuje do pytań o wolność słowa. Gdzie jest granica i czy w ogóle jakaś powinna być? A jednocześnie mamy kolejne batalie z wymiarem sprawiedliwości, w których Flynt przekracza granice i staje się kompletnie nieobliczalny: od słownych inwektyw przez noszenie pieluchy w kształcie… flagi USA aż po rzucenie kupy pieniędzy, kiedy nie chce ujawnić informatora w sprawie pewnej kasety. I cały czas można się zastanawiać, na ile w tym kalkulacji, a na ile rebeliancki duch.

Jednocześnie „Skandalista…” to także historia miłosna między Flyntem a striptizerką Alitheą (zjawiskowa Courtney Love), którą poznał w klubie. I ten wątek jest równie ciekawy, jak sądowe batalie oraz problemy magnata prasowego. Zadziwiająco sporo jest tu czułości, ale nie ma tu słodzenia i wazeliny. Szczególnie od połowy filmu, kiedy Flynt zostaje postrzelony oraz – wskutek tego – sparaliżowany, a także zaczynamy widzieć popadania kobiety w nałóg narkotykowy. I Love wszystkie te sprzeczne emocje wygrywa bezbłędnie, co zważywszy na skromne doświadczenie aktorskie jest dużą niespodzianką. A w tle mamy lata 70. i 80., które udaje się reżyserowi odtworzyć pod względem mentalności. Całość jest dobrze nakręcona, pełna dynamicznego montażu oraz pozbawiona nudy.

A wszystko trzyma na swoich barkach trójka aktorów. Love sprawiła największą niespodziankę i stworzyła najsoczystszą rolę w tym filmie. Harrelson jest odpowiednio magnetyzujący, wyrazisty oraz nie patyczkuje się, zaś w scenach z Love pokazuje delikatniejsze oblicze (choć moment „nawrócenia” i przyjęcia chrztu zastanawia). Równie świetny jest dopiero zaczynający swoją karierę Edward Norton w roli prawnika Flynta, próbującego (niezbyt skutecznie) trzymać swojego klienta w ryzach. A jednak udaje zbudować się niemal przyjacielską relację, co nie jest takie łatwe. Do tego jeszcze masa drobnych, lecz wyrazistych drugoplanowych ról, ze szczególnym wskazaniem na Donnę Hannover (ewangelistka Ruth Carter Stapleton), Bretta Harrelsona (Jimmy Flynt) oraz niezawodnego Jamesa Cromwella (Charles Keating).

„Skandalista Larry Flynt” to kolejna bardzo solidna produkcja w dorobku Formana, który coraz bardziej wydaje się ciekawy i zafascynowany Ameryką. Jej wolnościowym duchem, jednocześnie obnażając jej hipokryzję. Rewelacyjne role Harrelsona, Love i Nortona plus rozważania na temat wolności słowa wybijają go z grona innych biografii biznesmenów.

8/10

Radosław Ostrowski

Valmont

Popularność powieści epistolarnej Pierre’a Choderlosa de Laclosa jest wręcz zdumiewająca, o czym świadczy masa adaptacji: filmowych, teatralnych czy ostatnio jako serial. Sława była tak mocna, że w 1988 roku aż dwóch reżyserów planowało przenieść tą opowieść na ekran: Stephen Frears oraz Miloś Forman. Ten pierwszy opierając się bardziej na teatralnej adaptacji Christophera Hamptona stworzył film szybciej, zdobywając większą uwagę, popularność i splendor. Drugi, który trafił do kin rok później, popadając w zapomnienie oraz zostaje chłodno odebrany przez krytykę i publiczność. Czy naprawdę „Valmont” był aż tak słaby, czy może miał zwyczajnie pecha?

Historia jest znana i osadzona jest w XVIII-wiecznej Francji przed rewolucją, a skupia się wokół młodej dziewczyny Cecile (Fairuza Balk). Opuszcza ona klasztor i ma niedługo zostać żoną, co jak na 15-latkę jest sporym przeżyciem. Ceceile trafia pod opiekę przyjaciółki mamy, markizy de Merteuil (Annette Bening). Wdowa odkrywa, że przyszłym mężem młódki jest jej kochanek, de Gercourt (Jeffrey Jones), który postanowił ją porzucić. Więc z zemsty decyduje się poprosić jednego ze swoich adoratorów, hrabiego Valmonta (Colin Firth) w celu uwiedzenia dziewczyny. Jednak młody arystokrata, specjalizujący się w łamaniu kobiecych serc, sam wpadł ofiarą strzały Amora. Ale czy aby na pewno?

Trudno nie uniknąć porównań z filmową wersją Stephena Frearsa. Ponieważ jednak filmu z 1988 roku nie widziałem od dawna, więc nie będę bawił się w analizowanie dzieła. Co mnie bardzo zaskoczyło tutaj to fakt, że Forman podchodzi do tego z zadziwiającą lekkością oraz frywolnością. I nie chodzi mi tylko o humor (choć ten pojawia się w najmniej spodziewanych momentach), ale – jakby to nazwać – nastawienia reżysera. Widać, że postacie nie działają tylko i wyłącznie z wyrachowania, ale jest tam coś więcej. Że za działaniami stoi namiętność, pożądanie i… znudzenie. Obawiałem się, że to podejście pozbawi emocjonalnego ciężaru tej historii, ale „Valmont” mnie zaskoczył. Szczególnie w drugiej połowie, gdzie jeden z doświadczonych graczy zaczyna się w tym gubić i to zmienia jego działanie.

Wizualnie czuć, jakbym znowu trafił do świata „Amadeusza” – nie tylko z powodu oświetlenia opartego na świecach czy występu operowego – gdzie scenografia oraz kostiumy wyglądają imponująco. Stylizowana na epokę muzyka sprawdza się, a wszystko płynnie bez zbędnego postoju. Problem miałem z paroma scenami slapstickowego humoru oraz powoli rozkręcającym się początkiem, ale im dalej w las, tym lepiej.

Swoje także dorzuca nietypowa obsada. Zadziwiającym wyborem do roli Valmonta był Colin Firth, który ma w sobie sporu uroku i jest mniej jednoznaczną postacią. Szczególnie w scenach z Meg Tilly (madame de Tourvel) pokazuje bardziej ludzkie oblicze, jednak z tyłu głowy cały czas były wątpliwości. Czy to prawdziwe uczucia, czy to tylko gra – on sam zaczyna się w tym gubić. Ale prawdziwą petardą jest dla mnie Annette Bening w roli de Merteuil. Niby służąca wsparciem, non stop z uśmiechem na twarzy, ale w każdej chwili może wbić nóż w plecy i jest bardziej podstępna i sprytna. W zależności od tego z kim rozmawia zmienia oblicze. Bardzo elektryzująca oraz najciekawsza postać. Obok mamy eteryczną Meg Tilly i odkrywającą arkana miłosne naiwną Fairuzę Balk, dopełniające obrazu.

„Valmont” pokazuje, że głośne „Niebezpieczne związki” można interpretować na różne sposoby. Milos Forman tworzy o wiele lżejszą pod względem klimatu opowieść o pożądaniu i namiętnościach, których nie da się sterować bez zapłacenia ceny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ragtime

Ragtime to jeden z podgatunków muzyki jazzowej, grany głównie na jednym instrumencie klawiszowym (fortepian, pianino lub pianola), którego popularność eksplodowała pod koniec XIX wieku w Nowym Jorku oraz Nowym Orleanie. To także jest tytuł głośnej powieści E.L. Doctorowa z 1975 roku, którą w 1981 roku na dużym ekran przeniósł Milos Forman.

Akcja dzieje się na początku XX wieku przed wybuchem I wojny światowej i skupia się na dwóch wątkach. Pierwszy dotyczy czarnoskórego pianisty Coalhouse’a Walkera (Howard E. Rollins Jr.), który próbuje sobie radzić w życiu. Wszystko po części wynika z ucieczki jego ciężarnej dziewczyny, Sarah (Debbie Allen), decydującej zostawić dziecko w domostwie zamożnego przemysłowca (James Olson). Ale wszystko wydaje się iść ku dobremu. Drugi wątek dotyczy tancerki Evelyn Nesbit (Elizabeth McGovern), której ciało było (albo i nie) wykorzystane – jako modelka – do stworzenia rzeźby w Madison Square Garden przez architekta Stanforda White’a (Norman Mailer). Co można frustruje jej męża, Harry’ego Thawa (Robert Joy), żądającego pozbycia się statuy. Bez możliwości użycia prawnych działań, zabija mężczyznę.

Ale po drodze mamy jeszcze wiele innych pobocznych postaci: szwagra przedsiębiorcy (Brad Dourif) zakochanego w Evelyn, żydowski uliczny artysta (Mandy Patinkin) wyruszający z córką za lepszym życiem, rasistowski komendant straży pożarnej (Kenneth McMillan) czy będącym na dalszym planie postaci historycznych jak iluzjonista Harry Houdini czy starający się o urząd prezydenta Theodore Roosevelt. Takie mozaikowe kino było w takim czasie specjalnością Roberta Altmana, któremu zaproponowano reżyserię „Ragtime”, ale odmówił. Trudno odmówić ambicji w pokazaniu początków XX-wiecznej Ameryki – pełnej skandali, bigoterii, rasizmu i nietolerancji. Także początków współcześnie rozumianego terroryzmu, gdzie mamy strzelaniny, atak bombowy oraz potencjalne wysadzenie budynku.

I mam bardzo mieszane uczucia wobec tego filmu. Z jednej strony widać tu ogromną skalę, imponującą scenografię oraz kostiumy z epoki, a także sceny z masą statystów. I mimo ponad 40 lat wygląda to świetnie, aż chce się wejść do tego świata. Problemem dla mnie był dość powolny i chaotyczny początek, przez który nie do końca mogłem się przebić. I z tych dwóch opowieści to wątek Walkera zaczyna coraz bardziej dominować (co daje większego kopa emocjonalnego), zaś cała kwestia naszej dziewuchy-celebrytki w zasadzie znika w połowie i nie wraca. Co troszkę mi psuło równowagę, choć całość jest zagrana świetnie przez wszystkich. Nie byłem jednak w stanie całkowicie się zaangażować emocjonalnie, co wynika z pewnego chaosu narracyjnego i przeskoków z postaci na postać.

Choć doceniam ambicję oraz techniczną stronę, to „Ragtime” był dla mnie rozczarowaniem. Całość dziwnie się wlecze, nadmiar wątków dezorientuje i nie brakuje tu dłużyzn. Częściowo sytuację ratuje nabierający rozpędu wątek Coalhouse’a Walkera i świetne aktorstwo, co czyni film przyzwoitym kawałkiem kina. Bo nawet słabszy Forman nadal jest warty uwagi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Hair

Po wielkim sukcesie „Lotu nad kukułczym gniazdem” Miloś Forman skręcił w kierunku nieoczekiwanym przez nikogo. A mianowicie postanowił (dość luźno) przenieść na ekran bardzo popularny musical „Hair”. Dzieło napisane przez Jamesa Rado i Geroda Ragni z muzyką Galta MacDermota miało swoją sceniczną premierę w 1967 roku. Odkąd czeski reżyser zobaczył sceniczną adaptację był bardzo zainteresowany, ale na to trzeba było poczekać 12 lat.

Historia skupia się wokół młodego chłopaka z Oklahomy, Claude’a Bukowskiego (John Savage). Młodzieniec dostał powołanie do wojska i wyrusza do Nowego Jorku. Tam trafia na grupę hipisów pod wodzą bardzo energicznego Bergera (Treat Williams). Ta pokręcona paczka pokazuje mu troszkę bardziej „luźne” życie, jednak nie zmienia planów młodzieńca. Ale podczas spaceru po Central Parku wpada mu w oko niejaka Sheila (Beverly d’Angelo), co uruchamia sporą lawinę wydarzeń.

„Hair” jest bardzo intrygującym filmem, gdzie sceny dialogowe i muzyczno-śpiewane przeplatają się ze sobą, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się klasycznym zabiegiem. Ale sama muzyka stylistycznie jest bliżej „Jesus Christ Superstar” (rockowo-jazzowa hybryda) z kilkoma bardzo chwytliwymi kawałkami jak „Age of Aquarius” (prosta, ale zachwycająca choreografia – gdzie wśród tańczących są… policyjne konie), „Manchester England” czy finałowe „Let the Sunshine In”. Forman przygląda się grupie hipisów zarówno z fascynacją wobec ich bezkompromisowego oraz nie ulegającego konwenansom stylowi życia (cudowna scena podczas przyjęcia, gdzie Berger rzuca tyradę). Ale z drugiej nie pozostaje bezkrytyczny, pokazując brak odpowiedzialności (czarnoskóry Hud, ciężarna Jeannie) oraz zażywanie narkotyków. I to na tych zderzeniach oraz kontrastach musical wybrzmiewa najmocniej, by na koniec jednocześnie dać mocno cios w brzuch, a po niej małe światło nadziei.

Mimo upływu lat muzyka nadal pozostaje żywiołowa i energetyczna, choreografia może prosta, ale efektywna, a całość jest świetnie zmontowana (od przeplatanki przed komisją wojskową przez wizytę u psychologa więziennego po narkotyczną wizję ślubu). Choć zdarzają się w środkowej części chwile przestoju, to jednak film Formana sprawdza się jako zapis podzielonej Ameryki lat 60. Nawet jeśli bywa czasem naiwny czy przerysowany, potrafi emocjonalnie trafić w najmniej spodziewanym momencie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lot nad kukułczym gniazdem

Choć „Odlot” poniósł komercyjną porażkę nie zniechęciło to Milośa Formana do tworzenia filmów w USA. I tym razem zaskoczył wszystkich, choć ten film wydawał się być mu pisany. Oparty na powieści Kena Keseya „Lot nad kukułczym gniazdem” wydanej w 1962 roku okazał się ogromną niespodzianką, sporym kasowym hitem (przy budżecie niecałego 4,5 mln dolarów zarobił ponad 130 baniek) oraz artystycznym, zdobywając m. in. Wielką Piątkę przy Oscarach (najlepszy film, reżyseria, scenariusz oraz role pierwszoplanowe).

Dlaczego było to niejako przeznaczone dla czeskiego reżysera? Otóż prawa do książki wykupił aktor Kirk Douglas, a ten zaproponował pracę Czechowi po tym jak wyruszył w trasę po komunistycznej Europie Środkowej w 1969 roku. Problem w tym, że kopię książki przechwycili cenzorzy, a panowie stracili kontakt. Wszystko się zmieniło, kiedy twórca „Miłości blondynki” przybył do USA, zaś prawa do ekranizacji przejął syn Kirka, Michael Douglas. Po próbach szukania reżysera (przez pewien czas byli związani Richard Rush i Hal Ashby) skontaktowali się z Formanem, a ten po otrzymaniu kopii książki od razu się zgodził. A o czym jest sam film? Sama historia dzieje się w 1963 roku w szpitalu psychiatrycznym gdzieś w stanie Oregon. Tam trafia nowy pacjent, czyli Randall Patrick MacMurphy (Jack Nicholson). Przybywa z więzienia, gdzie został skazany za seks z nieletnią, a po drodze jeszcze pięciokrotnie zaatakował strażników. Ma zostać poddany obserwacji i sprawdzeniu czy nie symuluje. I niemal od razu trafia na kolizyjny kurs z prowadzącą oddział siostrą Ratched (Louise Fletcher), trzymającą wszystkich pod kontrolą.

Nie będzie raczej zaskoczeniem, że film Formana ma prostą opowieść i jest alegorią opisującą zderzenie systemowego porządku z chaosem oraz walczącym z jakąkolwiek formą kontroli wolnym duchem. Sama historia prowadzona jest w bezpośredni sposób, realizacyjnie przypominając niemal dokument. Ze stonowanymi kolorami, bardzo oszczędnie wykorzystywaną muzyką, sporą ilością zbliżeń na twarze, bez żadnych zabaw formalnych. Ale za to mamy galerię bardzo wyrazistych postaci (głównie pacjentów, którzy – w większości – są tu z własnej woli), mających swoje własne dziwactwa. Nieśmiały jąkała Billy, inteligent Harding, bardzo impulsywny Cheswick, lekko bucowaty Tabor, głuchoniemy wielkolud Wódz czy lekko dziecięcy Mancini – nawet jeśli nie są zbyt rozmowni, zapadają mocno w pamięć.

Pozornie nic się nie dzieje, jednak działania MacMurphy’ego wywołują ogromny ferment – od prób oglądania meczu baseballa przez ucieczkę i łowienie ryb przez gwałtowny atak Cheswicka z powodu kary ograniczenia papierosów aż po nocną imprezę z dwiema dziewczynami. Forman podkręca napięcie nawet w pozornie prostych scenach, gdzie siostra Ratched prowadzi rozmowy grupowe i więcej widzimy spojrzeń między nią a – pozornie spokojnym – MacMurphym. Wszystko w bardzo sterylnym pomieszczeniu, budującym poczucie izolacji. O wiele bardziej niż więzienie, bo tam przynajmniej wiesz ile trwa wyrok, a w szpitalu może to trwać w nieskończoność. Zaś próby łamania (limitowane ilości, fizyczne bicie, elektrowstrząsy czy lobotomia) potrafią być brutalne, wręcz barbarzyńskie. Ale czy da się złamać wolnego ducha? Zakończenie daje pewną nadzieję.

A całość jest rewelacyjnie zagrana. Jack Nicholson tworzy charyzmatyczną kreację bardzo wyluzowanego, cwanego i pewnego siebie MacMurphy’ego. Uważnie obserwuje, niemal od razu budzi sympatię swoim bezkompromisowym podejściem, siejąc chaos, ferment oraz pobudzając innych. Każde jego podejście czyni seans nieprzewidywalnym oraz pełnym energii. W kontrze do niego stoi równie wyrazista Louise Fletcher w roli siostry Ratched. Ona jest o wiele spokojniejsza, wręcz nienaturalnie pozbawiona emocji niczym robot. Jest w tym spokoju coś bardzo niepokojącego jak bardzo delikatnym głosem potrafi wszystkich postawić na baczność. Wspólne sceny tego duetu elektryzują aż do mocarnego finału. Za to drugi plan jest wręcz przebogaty – od debiutującego Brada Dourifa (bardzo nieśmiały oraz stłumiony Billy), przez potężnego Willa Sampsona (Wódz), chaotycznego Christophera Lloyda (Tabor), wyciszonego Danny’ego DeVito (Mancini) po kapitalnego Williama Redfielda (inteligent Harding).

„Lot nad kukułczym gniazdem” nie bez przyczyny jest uważany za jeden z najlepszych filmów lat 70. oraz jeden z największych triumfów Formana. Precyzyjnie napisany, fenomenalnie zagrany oraz zadziwiająco realistyczny w pokazywaniu szpitali psychiatrycznych jako bezwzględnych klatek, z których można nigdy nie wyjść. Prowokujące do myślenia, zaskakująco aktualne i emocjonalnie angażujące do ostatniej sceny.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Odlot

Po nakręceniu „Pali się, moja panno” film Milośa Formana nie trafił do kinowej dystrybucji w Czechosłowacji i kariera tego twórcy wydawała się chylić ku końcowi. Jednak reżyser otrzymał propozycję nakręcenia filmu w Stanach Zjednoczonych, gdzie poprzednie jego filmy (szczególnie „Miłość blondynki”) dały pewną rozpoznawalność. W czasie prac doszło do „praskiej wiosny”, co zmusiło Formana do pozostania w Ameryce. A jaka była jego pierwsza produkcja amerykańska?

„Odlot” ma w sobie tego ducha znanego z „czeskiego okresu”, czyli utrzymaną w dokumentalnym stylu komedią o… różnicach pokoleniowych, gdzie jedni nie są w stanie zrozumieć drugich. Punktem wyjścia jest zniknięcie nastoletniej Jeannie Tyne (Linnea Heacock), co wyszła z domu i tyle ją widziano. Jej rodzice, Larry (Buck Henry) i Lynn (Lynn Carlin) próbują ją znaleźć – ona zostaje pod telefonem, on wyrusza na miasta. Kończy się to popijawą w barze, a dziewczyna wraca. Jednak po podejrzeniach o zażycie narkotyków… znowu znika. I zaczynają się poszukiwania.

Forman kontynuuje eksperymenty ze swoich poprzednich dzieł z dość pozornie niepowiązaną fabułą. Cały czas przeplatana są tu piosenki z castingu do… no właśnie, nie wiadomo czego. Z ciągle śpiewającymi dziewczynami (wśród nich m. in. bardzo młoda Kathy Bates czy Carly Simon) – czy to z własnymi utworami, czy z coverami. Wszystko mocno okraszone bardzo absurdalnym humorem, który ciągle łapie z zaskoczenia. Wizyta u terapeuty, który za pomocą hipnozy leczy z palenia papierosów; popijawa w knajpie panów z rozmowami pań o… seksie (choć nie wprost); znalezienie innej zaginionej nastolatki. Ale kompletnie nie byłem gotowy na spotkanie Stowarzyszenia Rodziców Zaginionych Dzieci (tak, pojawia się tu coś takiego), gdzie – by zrozumieć dlaczego biorą narkotyki – wszyscy… palą jointy oraz rozbieranego pokera. Całość jest absolutnie nieobliczalna, szalona i anarchistyczna, pełna cholernie dobrych dialogów i genialnie zmontowana.

Znowu mamy mało znane twarze w obsadzie (poza scenarzystą Buckiem Henrym w roli „rozsądnego” ojca oraz charakterystyczną twarzą Vincenta Schiavelliego), które dodają autentyzmu do całości. Dzięki temu „Odlot” pozostaje najbardziej czeskim filmem na amerykańskiej ziemi i ostatnim szaleństwem Formana w kierunku absurdu. Najbardziej zapomniany oraz niedoceniony film w dorobku Czecha.

8/10

Radosław Ostrowski

Pali się, moja panno

„Pali się, moja panno” – ten tytuł kojarzył mi się z piosenką zespołu Buldog. Ale tak też został nazwany ostatni film Milośa Formana nakręcony w Czechosłowacji. Produkcja została zablokowana w kraju, a kiedy zbliżały się wojska Układu Warszawskiego rok później podczas praskiej wiosny, reżyser uciekł do Stanów Zjednoczonych. Poprosił o azyl i tam zaczął tworzyć kolejne filmy. Zanim jednak dojdziemy do tego, skupmy się na ostatnim czeskim dziele.

Akcja dzieje się w małym miasteczku w trakcie balu z okazji Dnia Strażaka. Podczas imprezy ma się odbyć także: konkurs piękności, loteria z fantami do wygrania oraz wręczenie najbardziej zasłużonemu strażakowi prezentu. Komitet organizacyjny jest przygotowany, zwarty i gotowy. Fanty na miejscu i sprawa wydaje się być zaplanowana do najmniejszego szczegółu. Tylko, że… nie. Sprawy dość szybko zaczynają się komplikować, doprowadzając do nieoczekiwanych sytuacji.

Tym razem Forman zrealizował ten film w kolorze, do tego niemal w całości osadzając w jednym miejscu oraz tworząc bardziej zwartą opowieść. Już od samego początku widać, że będzie to bardziej satyryczne spojrzenie na rzeczywistość. Porządek jest pozorny, zaś każda próba utrzymania go się kończy kompletnym chaosem: fanty zostają skradzione, panie nie są zbyt chętnie wziąć udział w konkursie (niektórzy nawet serwują drinki dla komitetu), a komitet próbuje robić dobrą minę do złej gry. Z każdą minutą sytuacja robi się absurdalna, panowie kierujący – dużo starsi i mniej ruchliwi – okazują się bardziej nieporadni, safandułowani. Atmosferę potęguje marszowa muzyka w tle czy niektóre mocne dialogi. Wszystko zostaje spięte bardzo gorzkim finałem, kiedy dochodzi do pożaru w okolicy.

Ze wszystkich „czeskich” filmów w dorobku Formana „Pali się, moja panno” jest najbardziej zwarty i spójny w swojej formie. Świetnie zagrany, mocniej ocierający się w absurd i ostrzej w niedorzeczny, niewydolny system. Jeśli kojarzy wam się z „Rejsem” Marka Piwowskiego, to jest to właściwy adres.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Miłość blondynki

Kolejne spojrzenie Milośa Formana na życie młodych w komunistycznej Czechosłowacji. Po „Czarnym Piotrusiu” tym razem przyszła kolej na „Miłość blondynki”. Czyli kolejne zderzenie młodej naiwności z rzeczywistością, która nie ma wspólnego z niczym, czego się można było spodziewać.

Akcja dzieje się w małym miasteczku, gdzie znajduje się fabryka butów. Tam pracuje masa młodych dziewczyn, mieszkających gównie w hotelu robotniczym. Jedną z nich jest blondwłosa Andula (Hana Brejchova) – dziewucha jakich wiele. Niby ma chłopaka, ale ten pojawia się rzadko i nie wydaje się traktować wszystkiego poważnie. A fakt, że dziewczyn i kobiet jest więcej niż chłopców (na jednego mężczyznę przypada 16 kobiet), więc dyrektor fabryka wpada na dość nietypowy pomysł rozwiązania tej sytuacji. Mianowicie zostaje ściągnięte wojsko, bo młodzi oraz piękni chłopcy przyciągną młode dziewczyny. I będzie bardzo fajnie. Jednak uwagę Anduli zwraca młody pianista Mila (Vladimir Pucholt). Chłopak z dużego miasta, czarujący i obyty. Nic dziwnego, że dziewczyna chce się z nim związać.

Reżyser nadal kontynuuje swój dokumentalny styl z „Czarnego Piotrusia”, gdzie mamy sporo obserwacji i ujęć początkowo nie chcących się kleić w jakąkolwiek fabułę. Zaczynamy od dziewczyny z gitarą o kruczoczarnych włosach, a po drodze przeskakujemy po różnych miejscach: od fabryki po hotel robotniczy, a nawet zebranie egzekutywy. Wszystko na czarno-białej taśmie, pokazując szarzyznę dnia codziennego oraz panującą nudę. Nawet pojawiający się żołnierze mocno odbiegają od propagandowych obrazków: panowie w średnim wieku, żonaci, a nawet noszący okulary. Kiedy próbują poderwać robią to dość nieudolnie. Więc raczej nie jest dziwne, że dziewczyna jest tak zauroczona miejskim chłopcem.

Forman pokazuje to zauroczenie bez cynizmu czy złośliwości, ale z zaskakującą czułością. Jest tu sporo liryzmu, elegancko przedstawiona nagość oraz zadziwiająco sporo humoru. Wszystko jednak nabiera mocniejszego uderzenia w gorzkim finale, gdy Andula przyjeżdża do domu rodziców chłopaka. Z walizką. Więcej wam nie zdradzę, bo warto się z całością zmierzyć. Pełna naturalnego aktorstwa, z uchem do dialogów oraz zmysłem obserwacji, pozbawionym szyderstwa oraz złośliwości. „Miłość blondynki” może wydawać się naiwną pogonią za złudzeniami, jednak jest w tym portrecie bardzo szczera, pozbawiona dydaktyzmu i moralizatorstwa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czarny Piotruś

Każdy reżyser od czegoś zaczynał i rzadko się zdarza, żeby pierwszy film rzucił na kolana. Ale takim filmem zdecydowanie NIE BYŁ (przynajmniej dla mnie) pełnometrażowy debiut Milośa Formana. I nie chodzi o to, że film powstał w Czechosłowacji czy jest czarno-biały, albo w niczym nie przypomina jego późniejszych filmów.

„Czarny Piotruś” w zasadzie jest takim wycinkiem z kilku dni nastoletniego Piotra (Ladislav Jakim), który jakoś próbuje się odnaleźć w przyszłym życiu dorosłym. Pracuje w sklepie samoobsługowym jako tak jakby ochroniarz, mieszka nadal z rodzicami, umawia się z dziewczyną. Problem w tym, że chłopak nie odnajduje się w niczym i wszystko idzie mu mocno pod górkę. Nawet zagadanie, umówienie się na randkę jest dla niego wyzwaniem, tak jak tańczenie na imprezie.

Wszystko jest zrobione w niemal dokumentalnym stylu, w zasadzie pozbawionym ilustracji muzycznej, do tego bez udziału zawodowych aktorów. Forman niejako przygląda się młodym ludziom, nie potrafiącym odnaleźć się w rzeczywistości. Brakuje im sił do wyrwania się z marazmu, miotają się i nie pasują do komunistycznej normy. Absurdalne sceny w sklepie, gdzie kierownik instruuje młodzieńca jak ma nie rzucać się w oczy; dziwaczny duet podrywaczy, co pracują na budowie i tylko udają pewnych siebie; próbujący go naprowadzić ojciec (fantastyczny Jan Vostrcil). Jest jeszcze przyjaciel, co śpiewa na gitarze i grają go w radiu. Jako jedyny wydaje się ogarniać ten świat.

Ale choć całość trwała nieco ponad półtorej godziny, to „Czarny Piotruś” mi się strasznie dłużył, co mnie zdziwiło. Szczególnie scena w potańcówce wydała mi się rozciągnięta oraz tracącą energię po kilku minutach. Zagrane jest to nieźle przez nieznane twarze, sporo jest momentów ciszy oraz dziwna atmosfera. Mi brakowało jednak tutaj jakiegoś kleju, który by to wszystko połączył ze sobą. Mocniejszego uderzenia emocjonalnego, które by mnie złapało bardziej za serducho. Ostatecznie wychodzi z tego tylko niezły film, który był dopiero rozgrzewką przed kolejnymi dziełami Formana.

6/10

Radosław Ostrowski