Córki dancingu

Wyobraźcie sobie Warszawę lat 80. jako miejsce pełne barw i kolorów, gdzie mieszkańcy bawią się w eleganckich lokalach. I to właśnie w tych knajpach wielką popularność zdobywa zespół Figi i Daktyle, do którego dołączyły dwie młode dziewczyny, wychowywane przez wokalistkę zespołu. Złota i Srebrna – tak mają na imię obydwie laski – skrywają jedną, ważną tajemnicę. Są syrenami – takimi z ogonami i dlatego ładnie śpiewają.

corki_dancingu1

Debiutująca na dużym ekranie Agnieszka Smoczyńska postanowiła wypełnić pustkę związaną z brakiem dobrych polskich musicali, tworząc oniryczną opowieść z bardzo mrocznym klimatem. I nie dajcie się zwieść tej kiczowatej wizualnie otoczce oraz dyskotekowej muzyce lat 80. Reżyserce udaje się barwnie odtworzyć realia (niesamowita taneczna scena zakupów w sklepie Sezam), jednak tak naprawdę jest to baśń o sławie, dojrzewaniu i miłości. Syreny nasze, niczym te ze starożytnych mitów, mają zniewalający głos, dzięki któremu mogą manipulować ludźmi, a za zranienie ich uczuć lub zniewagę, odpowiadają krwią. Film może wprawić w dziwaczną konsternację, gdzie sceny oniryczne, czyli każde w których widzimy nasze syreny w całej okazałości (z ogonami) przeplatają się z występami zespołu w całej wizualnej orgii. Sama ta wizja, jak i zestaw piosenek robi imponujące wrażenie.

corki_dancingu2

Dodatkowo mamy kilka drobnych wątków pobocznych uatrakcyjniających całość – jest romans między Srebrną a Basistą zespołu, który komplikuje siostrzaną relację, jest morderstwo i spożywanie ludzi przez syreny. I jest to dość naturalistycznie pokazane, co słabsze osoby może wystraszyć. Smoczyńska cały czas balansuje między kiczem, mrokiem i baśnią, ciągle zmieniając klimat i styl. Mimo pewnego niewykorzystania kilku postaci (pani porucznik MO czy kucharka Rakieta), to bilans wychodzi pozytywnie. Miks kiczowatego musicalu z horrorem jest smaczny, intryguje do samego końca (świetna muzyka duetu Ballady i Romanse), dodatkowo zagrane jest na wysokim poziomie.

corki_dancingu3

Nic złego nie powiem o Kindze Preis, która znów potwierdza klasę i jej głos (gdy śpiewa) potrafi oczarować. Podobnie drobne epizody Zygmunta Malanowicza (kierownik z wąsami), Romy Gąsiorowskiej (Rakieta) i Katarzyny Herman (porucznik MO), jednak film ukradły tytułowe bohaterki, zagrane przez Michalinę Olszańską oraz Martę Mazurek. Pierwsza to klasyczny, drapieżny wamp, świadomy swojej atrakcyjności, z kolei druga (Srebrna) to delikatna, miła dziewczyna dopiero odkrywająca smak życia. Czuć silną więź między syrenami (dziwaczne dźwięki w tle – ich mowa), tym bardziej porusza finał.

corki_dancingu4

Takiego filmu jeszcze na naszym podwórku nie było – z jednej strony prawie jak „Disco Polo” (podobna estetyka wizualna), z drugiej coś takiego mogło powstać w umyśle Davida Cronenberga (pod warunkiem, że byłby Polakiem). Na pewno „Córki” podzielą wszystkich widzów, ale na pewno jest to taki film, którego nie da się po prostu wymazać.

7/10

Radosław Ostrowski

Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street

XIX-wieczny Londyn. W nim żył kiedyś fryzjer (wtedy tą profesję zwano golibrodą) Benjamin Barker, który miał piękną żonę i śliczną córeczkę. Jednak wskutek intrygi sędziego Turpina, zostaje skazany na kolonię karną. Po 15 latach wraca do Londynu i odkrywa, że jego żona nie żyje, a córkę wziął pod opiekę Turpin. Zrozpaczony golibroda planuje zemstę. By jej dokonać idzie w spółkę z panią Lovett, która robi najgorsze ciastka w mieście.

sweeney_todd1

Tim Burton znany jest z opowiadania mrocznych opowieści, tym razem jednak sięgnął po musical Stephena Sondheima z lat 70. opowiadający o krwawej zemście. Owszem, reżyser czasami wykorzystywał wstawki śpiewane (m.in. w „Charliem i fabryce czekolady”), jednak nie na taką skalę, a zmieszanie tego z horrorem mogło wydawać się ciężkostrawną mieszanką. Jednak reżyser nie tylko trzyma rękę na pulsie, ale potrafi wciągnąć w swoją ponurą historię zemsty. Londyn tutaj pokazany jest jako ponure miasto (całość wizualnie jest utrzymana w czarnych kolorach i toczy się w nocy), pełne brudu, korupcji i nieuczciwości. Ludzie władzy są zepsuci, a biedota żyje w strasznej nędzy. A sprawiedliwość trzeba wymierzyć na własną rękę. Pod tym względem, miasto przypomina Gotham City, gdzie działały te same reguły gry. Atmosferę grozy, poza znakomitymi zdjęciami, jeszcze bardziej nasila scenografia (niemal gotycka) oraz utrzymana w jaśniejszych kolorach kostiumy. Jasne kolory pojawiają się jedynie w retrospekcjach i w scenie wizji przyszłego związku pani Lovett z Toddem.

sweeney_todd2

Skoro jest to musical, to nie można nie zwrócić uwagi na sceny śpiewane, bo tutaj nie ma zbyt wielu scen tańca (najlepsza to, gdy Todd krąży po mieście szukając klientów), co dla mnie jest pewną zaletą. Natomiast sam śpiew jest co najwyżej średni i może wywołać rozdrażnienie dla uszu i pod tym względem „Sweeney Todd” rozczarowuje. Horrorem jest troszkę lepszym, zwłaszcza w dramatycznym finale.

sweeney_todd3

O ile partie śpiewane nie są zadowalające, o tyle sama gra aktorska jest na zupełnie innym poziomie. Znakomicie poradził sobie Johnny Depp w dość nietypowej dla siebie roli mściciela, pełnego mroku w sobie, pozbawionego wiary w dobroć człowieka. Zemsta jest robakiem, które gnije jego duszę, stając się jedynym sensem jego życia. Nigdy później aktor nie grał tak skrytej postaci. Równie ciekawa jest Helena Bohnam Carter jako pani Lovett. Wdowa jest sprytną kobietą, która wie jak ożywić swój interes i zakochuje się w golibrodzie, co będzie miało dla niej tragiczne skutki (nieodwzajemnione uczucie). Ten duet jest siłą napędową tego krwawego musicalu. Poza tym duetem, jest kilka równie interesujących ról. Bezwzględny sędzia Turpin (świetny Alan Rickman), woźny Beadle (odpychający Timothy Spall) czy włoski mistrz Pirelli (barwny i najlepiej śpiewający Sacha Baron Cohen) to bardzo wyraziste i zapadające w pamięć postacie.

sweeney_todd4

„Sweeney Todd” jest bardzo mrocznym i stylowym filmem Burtonem, pełnym krwi, zabijania oraz okropności. Brutalne przypomnienie do czego może doprowadzić miłość lub zemsta.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Tajemnice lasu

Musicale to gatunek trudny i niełatwy do realizacji – jak zresztą każdy gatunek filmowy. Jednak tym razem reżyser Rob Marshall, który miał dość spore doświadczenie przy realizacji musicali („Chicago”, „Nine”) zrobił kolejny projekt, tym razem dla Disneya. A początek jest taki: dawno, dawno temu żył sobie piekarz razem z żoną. Żyli sobie szczęśliwie, ale brakowało im tylko dziecka. Nie mogą go mieć nie z powodu różnych medycznych przypadłości (lekarz wtedy nie istniał raczej), tylko spowodowane jest klątwą czarownicy i tylko ona może ją zdjąć. By to zrobić potrzebne są pewne przedmioty: krowę, złoty pantofelek, czerwony kaptur i złote włosy.

tajemnice_lasu1

Brzmi znajomo? Marshall miesza baśniowe postacie i motywy (Kopciuszek, Roszpunka, Jaś i magiczna fasola itp.), gdzie przeplatają się te postacie oraz wątki ze sobą. Pytanie tylko – po co to wszystko? I jeszcze tu wszyscy śpiewają – w wiadomym stylu, gdzie wszyscy rywalizują o to, kto mocniej wyje. Owszem, reżyser próbuje zrobić pewne cudeńka (zwłaszcza wizualna strona robi naprawdę dobre wrażenie), a odniesienia do klasycznych baśni sprawiają wrażenie pewnego mechanicznego działania (poza Czerwonym Kapturkiem i akcji z Wilkiem – to było zabawne czy ironiczny śpiew obu Książąt z bajki) czy niektórych dwuznacznych scen, jednak nawet one nie są w stanie przykuć uwagi na dłużej, choć przesłanie (uważajcie, czego życzycie, bo to się spełni) może się podobać.

tajemnice_lasu2

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to część śpiewana jest taka sobie (broniła się tylko Anna Kendrick i – czasami – Meryl Streep), jednak gdy nie trzeba śpiewać, to wtedy jest całkiem nieźle. Najlepiej zaprezentowała – moim skromnym zdaniem – urocza Emily Blunt jako żona piekarza (James Corden), która sprawia wrażenie bardziej zaradnej i niepozbawionej sprytu. A sama Meryl S., która dostała kolejną nominację do Oscara? Wygląda tak, jak czarownica wygląda powinna – jest ohydna, raczej antypatyczna i działająca w zgodzie ze swoim interesem. To po prostu solidna rola, bez jakiegoś zaskoczenia czy niespodzianki. A reszta, dla mnie poprawna i tyle.

tajemnice_lasu3

Cóż, po tym filmie, musicali raczej nie polubię. Nudny, niekonsekwentny, pozbawiony czegoś, co przykułoby moją uwagę na dłużej. A szkoda, bo wydawałoby się to bardzo intrygujące.

tajemnice_lasu4

5,5/10

Radosław Ostrowski


Jersey Boys

Zrobić dobry musical jest piekielnie trudno. Przekonało się o tym wielu doświadczonych reżyserów jak Martin Scorsese („New York, New York”) czy Tim Burton („Sweeney Todd”). Do grona tych filmowców mierzących się z tym gatunkiem postanowił dołączyć 84-letni Clint Eastwood – weteran kina amerykańskiego. Punktem wyjścia dla filmu jest historia zespołu Frankie Valli and the Four Seasons.

jersey_boys1

Zaczyna się od spotkanie dwóch chłopaków z New Jersey, którzy mieli dość niewielkie perspektywy – wojsko, mafia albo sława. Frankie był fryzjerem, a kumpel Tommy DeVito – kierowcą gangstera Angelo DeCarlo, dorabiając sobie na boku razem z basistą Nickiem Massi w zespole. Po różnych perturbacjach, do grupy dołącza klawiszowiec i autor tekstów Bob Gaudio (poznany przez Joe Pesci – TEGO Joe Pesci), skład się krystalizuje, powstaje nazwa i zaczyna się pasmo sukcesów. Przynajmniej na początku, bo cena sukcesu i sławy będzie wysoka. Kłótnie, konflikty, długi, zniszczone życie prywatne.

jersey_boys2

Sam film Eastwooda to mieszanka z jednej strony rasowej biografii ze świetnie sfilmowanymi scenami śpiewanymi (jak się okazuje znałem te piosenki, nie znając ich wykonawców), choć trudno to nazwać stricte musicalem (mimo oparcia na sztuce nagrodzonej Tony), a z drugiej strony przewija się delikatnie wątek gangsterski skupiony na cwaniaczku Tommym, który robił różne rzeczy na bakier z prawem (kradzieże, długi itp.), troszkę przypominając filmy Scorsese. Pewną wadą (poza schematem fabularnym, który jednak i tak jest świetnie poprowadzony) mogą być sceny, gdy bohaterowie wygłaszają swoje refleksje bezpośrednio do kamery (skąd my to znamy?). Jednak z jednej strony mamy stylowy wizualnie film pachnący latami 50. (stroje, eleganckie garnitury, knajpy), z drugiej kilka nadal trafnych (jednak mało odkrywczych) refleksji na temat szołbiznesu, który wtedy wydawał się bardziej czysty niż teraz, ale może się mylę. Są emocje, jest świetna muzyka i czar dawnych lat.

jersey_boys3

Pod względem aktorskim jest tutaj bardzo porządnie, a w rolach głównych widzimy młode, nieopierzone twarze, z jednym wyjątkiem. Cała czwórka wypada świetnie – a są to John Lloyd Young (Frankie), Erich Bergen (klawiszowiec Bob), Michael Lomenda (basista Nick) oraz kradnący każdą scenę Vincent Piazza (cwaniakowaty Tommy), chemia między nimi jest mocno widoczna – a na drugim planie jest niezawodny Christopher Walken w roli mafioza DeCarlo. Reszta obsady nie wyróżnia się, ale sprawdza się dobrze w swoich postaciach, a w ciągu dwóch godzin dzieje się wiele.

jersey_boys4

Ostatnio Eastwood nie był w najlepszej formie, a nasi dystrybutorzy nie pokazują jego filmów w kinach od 2008 roku („Gran Torino” i „Oszukana”). Musical o chłopcach z Jersey to powrót weterana do dobrej formy i potwierdzenie, ze o emeryturze jeszcze nie należy myśleć. Brawo.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Śpiewający detektyw

Poznajcie Dana Darka. Facet jest autorem tanich, tandetnych kryminałów noir. Jednak z powodu poważnej choroby skóry, zwanej artropatią łuszczycową, nie jest w stanie tworzyć. A wygląda on tak:

spiewajacy_detektyw1

Co gorsza, teraźniejszość, przeszłość i świat jego książek zaczyna się nakładać na siebie. I wtedy spróbuje mu pomóc działający z dość niekonwencjonalny sposób dr Gibbon.

spiewajacy_detektyw2

To takie krótkie streszczenie tego pokręconego filmu, bazującego na brytyjskim serialu TV napisanym przez Dennisa Pottera. Reżyser Keith Gordon miesza gatunki, bawi się konwencjami, tworząc nieprawdopodobna mieszankę, komedii, musicalu, czarnego kryminału i dramatu psychologicznego. W ręku niedoświadczonego reżysera ten kolaż, skończyłby się totalną porażką. Ale o dziwo efekt jest interesujący, chociaż intryga jest tak zamotana węzeł gordyjski. Innymi słowy mamy tutaj aż trzy przestrzenie, które nawzajem przenikają. W pierwszej pisarz Dirk jest w szpitalu, wygląda paskudnie i podejrzewa swoją żonę o niewierność. W drugim świecie Dark jest tytułowym detektywem – bohaterem swojej powieści, który dostaje kolejne zlecenie. Wreszcie jest przestrzeń trzecia, czyli przeszłość Darka, która okazuje się kluczem do rozwiązania jego obsesji. Dzięki bardzo pomysłowemu montażowi, te światy przeplatają się ze sobą, tworząc naprawdę porywający wizualnie koktajl, zwłaszcza pastisz czarnego kryminału robi naprawdę wielkie wrażenie, m.in. dzięki świetnej scenografii oraz bardzo mrocznym zdjęciom. Wszystko to jest polane mocno absurdalnym sosem (wstawki musicalowe, gdzie aktorzy udają, że śpiewają) w stylu Davida Lyncha oraz okraszone miejscami naprawdę dowcipnymi, ironicznymi dialogami.

spiewajacy_detektyw4

W całej tej szalonej konwencji odnajdują się też aktorzy. Najlepiej sobie radzi Robert Downey Jr. i to w podwójnej roli Dana Darka. Zarówno jako połamany fizycznie i psychicznie pisarz (świetna charakteryzacja), któremu zaczyna odbijać jak i prywatny detektyw z ironicznymi tekstami oraz pewnością siebie jest bardzo wiarygodny. Bogart mógłby być z niego dumny. Drugi plan jest z kolei naprawdę bogaty – tutaj najbardziej wybija się niezawodna Robin Wright (jeszcze) Penn (żona Nicole, apetyczna femme fatale Blondie oraz damulka Nina), dziarski duet Adrien Brody/Jon Polito (dwaj kilerzy) oraz urocza Katie Holmes (pielęgniarka).

spiewajacy_detektyw3

Jednak i tak najbardziej zaszalał Mel Gibson w roli ekscentrycznego lekarza, dr Gibbona. Trudno go poznać bez włosów na głowie i stosującego różne metody, m.in. manipulację. Sceny terapii z nim i Darkiem mają silny ładunek emocjonalny.

spiewajacy_detektyw5

Czasami miałem wrażenie dużego przeładowania wątków, postaci i sytuacji, ale reżyser naprawdę mocno trzyma rękę na pulsie i nie przesadza z dawkami. Zaskakująco udana mieszanka, choć nie wszystkim się to szaleństwo spodoba.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wszyscy mówią: kocham Cię

W Nowym Jorku żyje dość zamożna rodzina o mocno liberalnych poglądach, a przewodniczką naszą jest 17-letnia Djunia zwana DJ. Jej ojciec po rozwodzie próbuje na nowo żyć w Paryżu, matka zaś ponownie wyszła za mąż za prawnika Boba, zaś przyrodnie siostry zakochały się w tym samym chłopaku, a najstarsza Skylar poznała chłopaka Holdena, z którym chce się związać. Ale jak wiadomo życie lubi komplikować już nie tak łatwe sprawy.

wszyscy mowia

Jeśli wydawało wam się, że Woody Allen niczym was nie jest w stanie zaskoczyć, to znaczy, że nie widzieliście tego filmu. Bo tym razem Nowojorczyk wpadł na szalony pomysł, by to co zawsze przekazać w konwencji… musicalu, a wszystko toczy się w jednym roku. Okraszone to jedynym w swoim rodzaju poczuciem humoru, pokazując kolejny raz jak bardzo życie potrafi być przewrotne. A wszystko okraszone galerią ciekawych postaci, eleganckiej muzyki i piosenek, które naprawdę są dobrze zaśpiewane. I nie chodzi mi tu o technikę, ale o szczerość i energię, zaś choreografia też zasługuje na uznanie za pomysłowość (scena w szpitalu czy w… domu pogrzebowym, gdzie budzą się zmarli). I ten Nowy Jork, który w każdej porze roku wygląda pięknie (zwłaszcza w filmach Allena, choć finał odbył się w Paryżu i po drodze zahaczyliśmy o Wenecję), przy okazji szydząc z poglądów liberalnych i konserwatywnych.

I znowu udało się zebrać aktorów z czołówki. Bo jak wytłumaczyć fakt, że w jednym filmie mamy Edwarda Nortona, Goldie Hawn, Julię Roberts, Tima Rotha, Alana Aldę i Natalie Portman? Oczywiście, pojawia się i sam Woody, ale jest tutaj bohaterem drugoplanowym. Wszyscy wypadli bardzo dobrze i równie wybornie śpiewają (najlepszy jest w tej materii Norton).

Lekkie, zabawne i eleganckie – tak bym ująć ten film. Ma w sobie urok starych musicali, a jednocześnie jest to film Allena. Taka mieszanka działa naprawdę świetnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Jesus Christ Superstar

O Chrystusie powstała masa filmów, z których kilka najbardziej wybiło się. Jednym z nich jest musical Normana Jewisona „Jesus Christ Superstar” z 1973 roku, na podstawie musicalu Tima Rice’a z muzyką Andrew Lloyda Webbera. Film zaczyna się przyjazdem autokaru na pustynię, gdzie zaczynają się przygotowania do sceny. Niby tak naprawdę znamy tę opowieść o Chrystusie, który umiera na krzyżu, ale Jewison uwspółcześnia historię do czasów hipisowskich (współczesny ubiór uczniów i mieszkańców Jerozolimy, obecność czołgów), które powoli przechodzą w zapomnienie, jednocześnie nadając całości uniwersalnego charakteru.

superstar1

Tutaj Chrystus (Ted Neeley) pokazany jest jako nierozumiany przez nikogo człowiek, który wziął na siebie zbyt wielki ciężar. Najbardziej jest to widoczne w scenie, gdy jest wręcz otoczony i gnieciony przez trędowatych, którzy chcą jego cudu. Ale jednocześnie jest on pełen wątpliwości, waha się (Ogród Oliwny), ale w końcu godzi się na swój los. Zupełnie inny jest za to Judasz (Carl Anderson) jako uczeń, który nie jest ślepo posłuszny jak inni apostołowie i nie boi się powiedzieć Jezusowi o swoich wątpliwościach, które ostatecznie doprowadzają do zdrady. Także Maria Magdalena (Yvonne Elliman) nie przypomina tej, którą znamy z Biblii. To kobieta, która widzi w Nim mężczyznę, z którym mogła by się związać, ale jej nadzieje są płonne.

superstar2

Technicznie film Jewisona jest bardzo dobrze zrealizowanym kinem. Z ciekawą, choć dość prostą choreografią, dobrymi wokalami, które jednak są pełne emocji, mimo braku warsztatowej doskonałości (ostatnim takim przypadkiem byli „Nędznicy” Toma Hoopera), świetnym montażem oraz zdjęciami, do których się trudno przyczepić. Być może to byłby najlepszy film o Chrystusie, gdyby nie jeden szczegół – wcześniej widziałem „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Scorsese, które zrobiło na mnie o wiele większe wrażenie. Przy nim „Jesus Christ Superstar” nie wypada najlepiej. Niemniej nie zmienia to faktu, że to jeden z najlepszych filmowych musicali, a jednocześnie jedna z najciekawszych opowieści o Zbawicielu.

superstar3

8/10

Radosław Ostrowski

Les Miserables. Nędznicy

Powieść Victora Hugo „Nędznicy” była parokrotnie przenoszona na ekran, ale wiele lat temu przerobioną książkę również na musical. A teraz jego adaptacji (musicalu) dokonał brytyjski reżyser Tom Hooper, znany głównie dzięki „Jak zostać królem”.

W dużym skrócie jest to opowieść o Jeanie Valjeanie, skazanym na 19 lat w galerach za kradzież chleba, który zostaje zwolniony warunkowo. Jednak ucieka i pod wpływem wielu wydarzeń zmienia się i próbuje pomóc biednym ludziom. Jednak ciągle go tropi inspektor Javert, który nie wierzy w jego przemianę. A wszystko dzieje się na przestrzeni kilkunastu lat zaczynając od 1815 a kończąc na 1832 i nieudaną rewolucją.

Zrobione jest to z rozmachem jakiego nie było od dawna. Zarówno kostiumy, scenografia jak i zdjęcia budują klimat XIX-wiecznego Paryża. Problem jednak jest w tym, że nie czuje się tego konfliktu między Valjeanem i Javertem, poza tym zdarza mu się ciągnąć, a z pewnych postaci jak państwo Thenardier można było ograniczyć do minimum lub zrezygnować. Ale i tak mamy do czynienia z filmem na poziomie, co jest zasługą aktorstwa i wokalu godnej próby.

nedznicy1

Z panów najlepiej prezentuje się Hugh Jackman, która natura obdarzyła naprawdę fascynującym głosem (słucha się go z wielką przyjemnością) i bardzo przekonująco buduje postać człowieka odkupującego swoje winy, ale ciągle uciekającego. Jednak cały film ukradły mu panie, ze szczególnym wskazaniem na Anne Hathaway, która pojawia się dość króciutko, ale rewelacyjnie zaśpiewała „I Dreamed A Dream”, choć jej głos nie jest zbyt dobry, to jednak zabrzmiało to bardzo poruszająco. Troszkę słabiej, ale tylko troszkę zaprezentowały się Amanda Seyfried (Cosette) i Samantha Banks (Epomina). Wracając do panów nie można wspomnieć niezłego Eddiego Redmayne (Marius),  zaś najsłabiej wokalnie poradził sobie Russell Crowe w roli Javerta, nadrabia to jednak dobrą grą oraz ostatnią sceną nad Sekwaną.

nedznicy2

Z góry uprzedzam: to nie jest najlepszy film roku 2012, ale dobrze zrobiony musical w klasycznym stylu i z rozmachem jakiego nie było od wielu lat. Choćby dlatego warto obejrzeć.

7/10