Skandal. Ewenement Molesty

Polski hip-hop to jeden ze świeższych gatunków naszego muzycznego rynku. Bo rap w zasadzie do lat 90. praktycznie nie istniał, produkcji w zasadzie robiono troszkę po macoszemu, amatorsko. Przynajmniej w Warszawie, bo w zasadzie nie było jakiegoś mocnego składu (może poza Warszawskim Deszczem). Nie było jednak czegoś, co miało wywołać wielki ferment oraz odpalić zainteresowanie muzyką w tym wielkim mieście. Aż dwóch kumpli ze szkoły zmieniło reguły gry jedną płytą – „Skandalem”.

Chyba każdy fan tej muzyki słuchał Molesty Ewenement. Reżyser Bartosz Paluch postanowił opowiedzieć o nich. Udało mu się zebrać niemal cały skład (oprócz Pelsona) oraz z nimi pogadać. Ale nie w studiu czy jakiejś innej zamkniętej przestrzeni, tylko niemal ciągle w ruchu, co jest na pewno czymś świeżym. Największymi gadułami są tutaj dwaj liderzy, czyli Vienio i Włodi, których dzieliło wiele, a połączyła muzyka. Jednocześnie mamy tutaj rzucony kontekst epoki, czyli lat 90. Czasów, kiedy doszło do zachłyśnięcia kapitalizmem oraz bardzo szerokimi możliwościami. Z drugiej jednak strony wiele osób traciło swoje pracy i te możliwości dla nich zaczynały się kurczyć. Do tego właśnie świata wchodziło nowe pokolenie, które szukało dla siebie miejsca, czasami zadzierając z policją.

I od razu przeplatając tą historię masę archiwaliów od razu wracamy do klimatu lat 90. Zaskoczyło mnie jak tego jest sporo: od kręconych amatorską kamerą skejterów przez występy w telewizji po koncerty. Nie brakuje także kilku barwnych momentów jak choćby historię nagrywania „Skandalu”, gdzie zarówno artyści i realizatorzy mieli początkowo problemy z dograniem się czy jak dochodziło do podpisania kontraktu. Jednak chyba nikt nie spodziewał się jaki to wywoła ferment, tworząc nowy gatunek – rap uliczny. Pełen brudu, bez słodzenia, wazeliny, co wywoływało poczucie pewnego autentyzmu, jakiego nie było wcześniej.

Wielu może narzekać, że film jest za krótki (nieco ponad godzinę), jednak reżyser całkowicie wykorzystuje swój czas. Bez zbędnego pieprzenia oraz z pełną pasją opowiada o początkach rapu w Warszawie i ogląda się to z wielką przyjemnością. Czy będą kolejne produkcje na ten temat? Nie obraziłbym się.

8/10

Radosław Ostrowski

Frank

Jon jest młodym chłopakiem, który ma ambicje bycia muzykiem. Ma jednak spore problem z pisaniem piosenek, ale walczy z tym i pracuje w banku. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy zostaje zaproszony jako klawiszowiec do dość ekscentrycznego zespołu. Frontmanem kapeli, której nazwy nie dam rady wymówić jest Frank. To tak dziwna postać, bo ma na głowie… głowę. Taką wielką, drewnianą głowę, którą zawsze nosi na sobie. Czy to je, czy śpi, czy bierze prysznic. Grupa mieszka gdzieś w małym domku, by nagrać swoją płytę.

Dla wielu kinomanów Lenny Abrahamson stał się bardzo rozpoznawalny dzięki filmowi “Pokój”. Ale przed nim pojawił się równie sundance’owy w duchu “Frank”, który powstał dwa lata wcześniej. Bardziej tutaj reżyser skupia się na relacjach między członkami zespołu, a wszystko z perspektywy nowego członka zespołu. A jest to bardzo pokręcona ekipa. Grająca na thereminie Clara, potrafiąca tworzyć dziwaczną muzykę, jeden z klawiszowców Jon lubi… manekiny, duet francuski (gitara oraz perkusja) wydaje się normalny. Oprócz posługiwania języka innego niż angielski. No i jeszcze jest Jon, który chce coś osiągnąć, ale czy w ogóle ma talent? Czy tylko wyłącznie posiada ambicje? A te relacje pokazują jak powstaje muzyka. Nawet jeśli nie jest przystępna, popularna czy komercyjna.

Reżyser powoli prowadzi swoją narrację, dając czas na poznanie swoich bohaterów. Relacje między nimi oraz bardzo niekonwencjonalne metody tworzenia dają spore pole do tworzenia komediowych scenek. Ten balans między humorem a dramatem to prawdziwe spoiwo “Franka”. Tak samo jak bardzo niekonwencjonalna i fantastycznie brzmiąca muzyka, choć same teksty brzmią mocno absurdalnie. To wszystko angażuje oraz chwyta za serducho, tak jak fascynujący Frank (kapitalny Michael Fassbender) oraz to, jak jego umysł funkcjonuje. Jak jest w stanie tworzyć muzykę oraz obserwuje świat. Czyli jest bardzo porządnie, ale dla mnie zaskakujące było zakończenie i poznanie kim jest Frank. Oraz jak on wygląda.

Fantastycznie zagrany też jest. Fassbender miał o tyle trudne zadanie, że wszelkie emocje mógł wyrazić tylko głosem. I zrobił to absolutnie znakomicie. Nawet przyziemny (w porównaniu z resztą) Domhnall Glleson radzi sobie bardzo dobrze jako ambitny oraz troszkę egoistyczny Jon. Widać, że zależy mu na uznaniu, ale też na sławie, popularności, co może się mocno odbić. Równie wyborni są grający na drugim planie Scoot McNaily oraz Maggie Gyllenhaal, którzy potrafią rozsadzić ekran samym pojawieniem się.

“Frank” jest bardzo zaskakującym filmem okołomuzycznym, gdzie muzyka jest istotnym elementem. Ale nie najważniejszym. Jest wiele świetnych dialogów oraz poruszających scen, ale zakończenie jest największą niespodzianką oraz daje masę satysfakcji. Małe, mądre, świeże kino niezależne.

8/10

Radosław Ostrowski

Gimme Danger

Jim Jarmusch i film dokumentalny? Samo to połączenie wydaje się czymś abstrakcyjnym i musiał być naprawdę mocny powód do stworzenia czegoś takiego. Reżyser postanowił opowiedzieć o zespole The Stooges. Słyszeliście o nich? Ta kapela działała na przełomie lat 60. i 70. stanowiąc fundament pod punk rockową muzę. Po wydaniu trzech płyt grupa się rozpadła. Dlaczego? O tym opowiedzą żyjący członkowie grupy z frontmanem Iggym Popem na czele.

gimme danger1

Jarmusch nie ukrywa swojego uwielbienia oraz fascynacji grupą, tworzącą wówczas muzykę bezkompromisową. Muzykę w zasadzie trudną do sprzedania, pełną agresji i mającą wpływ na takich twórców jak Sonic Youth, Sex Pistols czy Ramones. Niby nie jest to zaskakująca forma, bo mamy klasyczny dokument. Czyli gadające głowy (z których najbardziej wybija się Iggy Pop), dużo archiwalnych materiałów oraz opowieści. O początkach, fascynacjach muzycznych, pierwszych próbach i rozpadzie. Bo grupa nie przetrwała długo, zaś przyczyn było kilka. Nie tylko narkotyki i zbyt młody wiek członków, lecz także pewne spięcia z wytwórnią, co doprowadziło do gorzkich przemyśleń nad szołbiznesem. Bo jeśli myślicie, że tworzenie talentów oraz skrojonej pod masową publikę jest nowym wynalazkiem, jesteście w wielkim błędzie. Tak samo jak nierówny podział kasy i dominacja producenta, a nawet zakaz koncertowania. Sporym ubarwieniem są animowane wstawki, opisujące pewne wydarzenia jak przygotowania do próby czy kupno przez Iggy’ego marihuany (a dokładnie całego krzewu).

gimme danger2

Najbardziej zadziwiające jest to, że mimo braku subiektywności „Gimme Danger” potrafi przekonująco pokazać koniec ery hipisowskiej i początek lat 70. Ale sami bohaterowie nie boją się opowiedzieć o swoich nałogach i słabościach, przez co film nie jest niestrawną laurką. A troszkę się tego obawiałem. Niemniej Jarmusch wiele z ekipy potrafi wyciągnąć, przez co od filmu nie można oderwać wzroku. Jedna z ciekawszych oraz zaskakujących rzeczy w dorobku tego reżysera.

7/10

Radosław Ostrowski

Proceder

Ja fanem hip-hopu jestem bardzo umiarkowanym. Kojarzę pewnych wykonawców oraz utwory, ale nie siedzę w tym głęboko. Gdzieś się o uszy obijało nazwisko Tomka Chady, czyli syna Bogdana. Wykonywał tzw. rap uliczny, gdzie opowiadał o nędzy, bandyterce, dilerce, odsiadkach oraz czerpaniu z życia mimo niesprzyjającego środowiska. Tam walutą miała być lojalność, przyjaźń i dotrzymywanie słowa. I jak w tym wszystkim znaleźć czas na nagrywanie płyt oraz koncertowanie?

proceder1

Miałem spore obawy co do filmu z powodu twórców. Bracia Węgrzyn (reżyser Michał oraz autor zdjęć Wojciech) raczej tworzą kino niezależne, które mocno odstaje poziomem od produkcji z USA. Były albo chaotyczne, albo przegadane w negatywnym znaczeniu tego słowa. Pod tym względem „Proceder” jest sporym skokiem jakościowym. Twórcy chcą opowiedzieć niemal całe dorosłe życie Chady od końcówki lat 90. aż do tragicznej śmierci. Materiału jest tutaj bardzo dużo, tylko że tutaj zabrakło selekcji. Twórcy z jednej strony chcą pokazać bardzo nieprzyjemne życie rapera, gdzie był wychowywany przez matkę-pielęgniarkę w brudnej kamienicy. Wypłata jest skromna, ledwo starcza na życie, więc trzeba znaleźć dodatkowe źródło. I pojawia się szansa w postaci Łysej – dawnej kumpeli, co kradnie auta oraz diluje narkotyki. Szybka kasa łatwo kusi i pojawiają się problemy z prawem. Z drugiej mamy tutaj (bardziej jako tło) etap tworzenia dzieła i przekucie swoich doświadczeń na muzykę. Ta przewija się w tle jako zgrabny komentarz do wydarzeń na ekranie, niejako pozwalając głębiej wejść w skórę naszego bohatera. Szkoda tylko, że Chada-muzyk praktycznie tu nie istnieje, ustępując pola Chadzie-gangsterowi, który nie potrafi do końca zerwać z bandycką przeszłością. Ta jednak przykleja się jak rzep do psiego ogona i wraca w najbardziej niespodziewanym momencie.

proceder2

Scenariuszowo cała ta historia jest pokazana bardzo skokowo, przez co można się w tym pogubić i nie brakuje dziur (wydanie płyty przez Chadę czy bardzo niejasne zakończenie). Działa to wszystko jednak na polu psychologicznym naszego bohatera. Z jednej strony to łobuz z dobrym sercem, nie pozbawiony talentu artystycznego, ale z drugiej staje się więźniem autodestrukcyjnych demonów: alkohol, narkotyki, kradzieże. To doprowadza do kolejnych odsiadek, aresztowań, a nawet ucieczek, tworząc pewien zamknięty krąg. Z czasem jednak ta powtarzalność wywołuje znużenie, przez co film zaczyna tracić swój impet i gubić się. Nie brakuje kilku świetnych dialogów oraz smakowitych epizodów, podnoszących poziom (tutaj wybija się Krzysztof Kowalewski jako więzień „Szajba” i Gabriela Muskała jako przyszła teściowa).

proceder3

Ale tak naprawdę liczy się tutaj jeden aktor, czyli Piotr Witkowski jako Chada. I to jest największe odkrycie tego filmu. Chłopak jest absolutnie szczery w każdym momencie tej historii: jako raper (chociaż widać, że nie nawija swoim głosem), uroczy łobuziak, złodziej czy facet ze skłonnościami autodestrukcyjnymi. Wszystkie te skrajne emocje wypada bez fałszu, tworząc bardzo wielowymiarową postać, która fascynuje i budzi współczucie.

proceder4

„Proceder” niby czerpie ze znanych schematów opowieści o ludziach z marginesu, ale potrafi wciągnąć i jest całkiem niezłym kinem. Gdyby skrócono całość o kilkanaście minut albo wykorzystano ten czas na pogłębienie relacji byłby to świetny film. Może bracia Węgrzyn rozwiną to w formie serialu?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Serce Jamajki

Jamajka – wyspa, która zawsze kojarzy się z muzyką reggae. Tyko, że to jedno z oblicz muzycznych tego kraju, które poznajemy dzięki temu filmowi dokumentalnemu. Pretekstem tej historii jest koncert, w którym zagrali ze sobą weterani nurtu, co zaczęli swoją drogę w latach 70. razem z młodszym pokoleniem. Zagrają na nim swoje największe przeboje w wersjach akustycznych, najpierw nagrywając płytę, by następnie ruszyć w trasę koncertową (tutaj twórcy skupiają się na występie w Paryżu, co pewnie wynika z faktu, że Francuzi wyłożyli pieniądze na film).

serce jamajki16

Reżyser Peter Webber nakręcił ten film w niemal klasyczny sposób, czyli mamy gadające głowy, archiwalne nagrania, zdjęcia oraz ilustracje. Brakuje tylko narracji z offu, ale uznano ją chyba za zbędną. Rozmowy są przeplatane zarówno fragmentami koncertu, jak i nagrywaniem materiału. Co ciekawe, muzycy są na werandzie, zaś wokaliści w środku domu. I jest to dość ciekawie wytłumaczone, o czym się sami przekonacie. A całe to spotkanie muzyków jest pretekstem do pokazania historii muzyki na Jamajce. Bo cała odmiana reggae – jak blues w Ameryce – wziął się z pieśni niewolników na tamtejszych plantacjach. Ale jak każda muzyka, przechodziła ewolucję: od piosenek miłosnych i tanecznych do zaangażowanych społeczno-politycznie. Przy okazji poznajemy historię Jamajki, która obecnie jest krajem biedoty, strzelanin oraz ludzi, którzy za pomocą muzyki opisują swój świat. A jednocześnie chcą nieść światło, pokazać tą jasną stronę.

serce jamajki7

Każdy tutaj z muzyków ma tutaj swoją szansę na opowiedzenie o sobie, swojej karierze oraz tego, czym ta muzyka dla nich była i jest. Formą bardzo przypomina kultowe „Buena Vista Social Club”, co akurat jest sporą zaletą. Żaden z tych artystów nie mieszka w żadnych pałacach, nie jest materialnie bogaty, lecz nie oznacza to, że nie są ważnymi osobami w swojej kulturze. Różnie im się układało: jednemu karierę złamały narkotyki (Ken Boothe, który miał wielką szansę na międzynarodową karierę), drugi ma czasami niewyparzoną gębę oraz czasem cięty charakter (Kiddus I i rozbrajająca opowieść o rzucaniu płyt oraz ojcem z batem), a czasem w ich życiu pojawia się śmierć (Winston McAffie, który stracił nastoletniego syna wskutek bójki czy młody Derajah po utracie siostry). Nie ma tutaj żadnego pozerstwa, gwiazdorstwa, pachnie szczerością oraz pasją. Tego nie da się udawać.

serce jamajki9

No i najważniejszy, największy plus, czyli fenomenalna muzyka. A ponieważ jeśli chodzi o jamajskie brzmienia jestem chwilowym ignorantem, więc oczarowały mnie te dźwięki oraz głowy naszych bohaterów. „Everything I Own”, „Row Fisherman”, „Black Woman” czy „Malcolm X” brzmią fenomenalnie, budując klimat całej historii, tak jak miejscami pięknie pokazana przyroda w tym kraju.

Jeśli będziecie mieli szansę obejrzeć „Inna de Yard”, nie wahajcie się. To piękna historia kraju, opowiedziana za pomocą jej największego skarbu – muzyki. Nawet jeśli nie jesteście fanami reggae i jej podobnych, jest spora szansa, że po spotkaniu z tymi gośćmi zakochacie się.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Chcę podziękować pani Dagmarze Moldze z filmy 9th Plan za możliwość obejrzenia tego tytułu.

Rocketman

Każda osoba, która choć troszkę interesuje się muzyką kojarzy nazwisko Eltona Johna. Niby rockman, ale grający na fortepianie, mieszający gatunki oraz robiący na scenie wielkie show. Aktywny od ponad 50 lat, choć ostatnio przeszedł na muzyczną emeryturę. Ktoś jednak doszedł do wniosku, że jest to postać na tyle ciekawa, by nakręcić o nim film. Zadania podjął się Dexter Fletcher, jednak nie jest to stricte film biograficzny, tylko historia w konwencji musicalu.

rocketman1

Wszystko zaczyna się, kiedy nasz bohater trafia na odwyk. I już na dzień dobry sam Elton mówi, co mu dolega: alkohol, seksoholizm, narkotyki, zakupoholizm. Innymi słowy, przestał kontrolować swoje życie. I podczas kolejnych scen zaczynamy poznawać go coraz bliżej. Od dzieciństwa, kiedy był wychowywany przez matkę i babcię (ojciec zostawił ich), naukę w Akademii Muzycznej aż do sytuacji, kiedy szef wytwórni daje chłopakowi teksty, by napisał do nich muzykę. Tak poznaje Bernie’ego Taupina, który staje się jego najbliższym przyjacielem. Ale jest jeszcze menadżer John Reid (pamiętacie go z „Bohemian Rhapsody”, prawda?), czyli ta bardziej mroczna strona sukcesu.

Twórcy pozbawieni obowiązku ścisłego trzymania się faktów, pozwalają sobie na wiele i są tego w pełni świadomi. Pojawia się masa musicalowych wstawek m.in. w pierwszej piosence czy podczas pierwszego występu w pewnym podrzędnym barze, zakończonym bijatyką. Piosenki za to dobrane są idealnie do wydarzeń, podbudowując je oraz korespondując ze stanem emocjonalnym oraz opisując moment życia sir Eltona. Dlatego podczas pierwszego występu w USA (Klub Trubadur) słyszymy „Crocodile Rock” czy podczas kolacji z matką pod koniec jest „Sorry Seems To Be the Hardest Word”. Takich smaczków jest więcej, a kilka scen (m.in. mały Elton w swoim pokoju „dyrygujący” orkiestrą czy topiący się w basenie) to inscenizacyjne perełki. Takie momenty czynią ten film ciekawszym, wybijając go z konwencji klasycznego bio-picu.

rocketman4

Fletcher bardzo pewnie stąpa po gatunku, a jednocześnie nie czuć tutaj, że film powstał tylko dla kasy. Bo skoro biografia Queen, o której już pamiętają tylko nieliczni, to trzeba kuć żelazo póki gorące. Największe wrażenie zrobiło na mnie nie tyko odtworzenie klimatu lat 70. oraz tej wizualnej otoczki, ale kostiumy Eltona, w których występował na koncertach. Ta cekinada, krzykliwe kolory, wręcz kiczowata otoczka odtworzona jest wręcz po mistrzowsku. Wali to po oczach (w końcu o to chodzi), ale też oddaje szołmeńską stronę naszego bohatera.

rocketman2

Choć nie jest to film pozbawiony wad, bo parę wątków nie wybrzmiewa zbyt mocno (żona Renata pojawia się na chwilę), a kilka decyzji montażowych może wywoływać zgrzyt (orgia zmieszana ze wspomnieniami z dzieciństwa). To są jednak bardzo drobne rysy na tym dziele, które na wyższy poziom wznosi niejaki Taron Egerton. Sam wybór do tej roli jest idealnym castingiem, zaś aktor wyciska z tej postaci maksimum możliwości. Do tego sam śpiewa wszystkie piosenki (i robi to naprawdę dobrze), choć głosu nie ma aż tak zbliżonego do oryginału. Mi to nie przeszkadzało. A jednocześnie udaje się bardzo przekonująco pokazać skonfliktowanie (tłumiony homoseksualizm, zagubienie, ciemna strona sławy, niska samoocena) tylko za pomocą spojrzenia czy sposobu mówienia. Ale jak wchodzi na scenę, to charyzma wylewa się z niego wiadrami. Wydawałoby się, że drugi plan z powodu dominacji charyzmatycznego frontmana będzie zwyczajnie nijaki. Nieprawda. Tu na tym polu wybija się fantastyczny Jamie Bell jako Bernie Taupin. Tutaj widać rodzącą się więź i przyjaźń między tą dwójką, zaś sam Bell jest uroczy po prostu. No i jeszcze jest Richard Madden jako menadżer John Reid. Facet udający przyjaciela, a może nawet kogoś więcej, lecz tak naprawdę jest śliskim manipulatorem myślącym tylko o zyskach i kasie. Takich nie chcecie spotkać na drodze.

rocketman3

„Rocketman” to nietypowa biografia, nie bojąca się pokazywać także tej mrocznej strony sławy i jest taka jak jej bohater. Mieni się różnymi kolorami, pełna jest energii i pokazuje jak wielką siłę ma miłość (w różnych odcieniach) oraz wsparcie najbliższych osób, co najdobitniej widać w finale. Jestem oczarowany, poruszony i zachwycony.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Narodziny gwiazdy

Ile było już wariacji „Pigmaliona”? Podobno widownia najbardziej lubi to, co już zna, dlatego tak często zdarzają się remake’i. Nie inaczej jest z „Narodzinami gwiazdy”, które zostały przeniesione na ekran po raz czwarty. Jednak tym razem stanął kompletnie nieznany reżyser, Bradley Cooper, który zastąpił na tym stołku samego Clinta Eastwooda. Czy to mogło się udać?

Historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa, czyli jest o miłości, muzyce oraz miłości do muzyki. On jest już bardzo rozpoznawalnym artystą, który swoje najlepsze lata ma już za sobą. Jackson Maine oprócz muzyki, kocha też alkohol oraz dragi. Po jednym z koncertów poszedł do baru w jednym celu i w jednym celu tylko. Ale wtedy na scenie w knajpie pojawiła się ona – Ally. Lubi śpiewać, ale raczej nie jest nastawiona na karierę. Zaczyna się od zwykłej rozmowy, ale kończy się to na scenie. I nie chodzi mi tylko o estradę.

narodziny_gwiazdy1

Innymi słowy, raczej szału nie ma. Ale reżyser jest tego w pełni świadomy i stara się skupić na dwóch elementach. Po pierwsze, na relacji między Jacksonem a Ally – początkowo to przypomina motyw mentor-uczeń, ale to ulega ciągłej zmianie. Może i jest to potraktowane (przynajmniej na początku) po łebkach, wręcz skrótowo, lecz czuć mocną chemię między tymi bohaterami. Przy okazji reżyserowi udaje się pokazać miejscami bezwzględne mechanizmy rządzące show-biznesem, gdzie zachowanie swojego charakteru jest bardzo ciężkie. Momenty, gdzie widzimy solową karierę Ally, która zaczyna się zmieniać w kolejną gwiazdkę pop (obecność tancerzy na scenie, nauka choreografii, sesja fotograficzna), jakich na tej scenie jest tysiące. Ta refleksja jest bardzo gorzka, czego w tym romansie się nie spodziewałem.

narodziny_gwiazdy2

Drugi mocny punkt to sama muzyka, która jest bardzo różnorodna: od mocnego rocka przez akustyczne ballady („Shallow”) po muzykę pop. Każdy z utworów bardziej lub mniej chwyta i zapada mocno w pamięć, pięknie łącząc się z ekranem. To dodatkowy kopniak do tej – ogranej – opowieści o blasku i cieniach kariery, która nie jest w żadnym wypadku usłana różami. Tak samo jak miłość pomieszana z zazdrością o rozwój kariery, doprowadzając do coraz większych spięć. Wtedy jest troszkę mięska na ekranie.

narodziny_gwiazdy3

Cooper-reżyser zdecydował się obsadzić w roli głównej Coopera-aktora, a ten dał z siebie wszystko. Nauczył się grać na gitarze i śpiewać (a głos ma naprawdę mocny), zaś jego bohater zwyczajnie porusza zarówno na scenie, jak i w momentach, gdy mierzy się ze swoimi demonami (lub z nimi tańczy), właściwie wydaje się bezbłędny. Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła (aktorsko) niejaka Lady Gaga, która świetnie sobie radzi jako zakompleksiona dziewczyna z wokalnym talentem, która staje się muzyczną diwą. Chemia między nimi byłaby w stanie zasilić całe województwo (nie przesadzam). Przez chwilę film kradnie zaskakujący Dave Chappelle jako przyjaciel Jacka oraz Sam Elliott w roli brata, Bobby’ego i trzymają fason.

Cóż mogę powiedzieć? „Narodziny gwiazdy” nie są czymś, czego nie widziałem w kinie. To kompilacja znanych motywów z filmów, gdzie miłość, kariera i sława krążą wokół siebie. Ale jest to na tyle porządnie wykonane, świetnie zagrane i zaśpiewane, że chce się tego oglądać.

7/10 

Radosław Ostrowski

Bohemian Rhapsody

Jeśli ktoś choć troszkę interesuje się muzyką, prędzej czy później natknie się na brytyjską formację Queen. Zespół pod wodzą Freddy’ego Mercury’ego w latach 70. i 80. wywrócił muzykę do góry nogami, gdzie mieszali gatunki ze sobą (rock z operą, popem, nawet disco), czego nikt nie robił na taką skalę. Problem w tym, że filmowe biografie nieprzeciętnych artystów, zazwyczaj są bardzo przeciętne (może poza „The Doors” czy „Love & Mercy”) i zrobione od sztampy. Jak sobie w zderzeniu z legendą poradził reżyser Bryan Singer?

bohemian_rhapsody1

Sam początek jest obiecujący, gdzie widzimy Mercury’ego przychodzącego do koncertu Live Aid (a widzimy tylko jego sylwetkę) i to jest fajnie zainscenizowane. I już ma zacząć się występ, gdy… cofamy się do roku 1970. Wtedy Farrouk Bulsara pracował na lotnisku w Hearthrow, wyciągając bagaże z samolotów. Jednak miał inny plan na siebie, kiedy poznał muzyków, co grali od knajpy do knajpy i byli jeszcze młodymi chłopakami po studiach – Brian i Roger. Właśnie odszedł od nich basista oraz wokalista, zaś nasz protagonista (już nazywany Freddy’m) postanawia do nich dołączyć.

bohemian_rhapsody2

Reszty możecie się domyślać. Skromne początki, magnetyzująca charyzma Freddy’ego, sprzedaż vana, nagranie pierwszej płyty, wielki sukces oraz koncerty z wielką widownią. Wielki sukces, wielkie zagubienie oraz równie wielki powrót. Problem jednak w tym, że to wszystko jest jakieś takie nijakie. A od momentu nagrania pierwszej płyty, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i próbuje opowiedzieć po łebkach okres działalności grupy Queen. Nie dajcie się zwieść zapowiedzią, że to będzie film o zespole, a nie biografia Freddy’ego, bo jest dokładnie na odwrót. Freddy jest tutaj na pierwszym planie, lecz nie wiele się o nim dowiadujemy (oprócz tego, że jest genialnym artystom). Zarówno droga muzyczna, jak i życie prywatne to jeden wielki bałagan, zaś najbardziej mnie interesujące wątki (orientacja seksualna, wręcz hedonistyczny tryb życia czy zarażenie się HIV) pokazano byle jak i po łebkach. Żeby w dwie godziny upchnąć wszystko, co się da. Panowie, tak się w filmie nie robi.

bohemian_rhapsody3

Mogę podejrzewać, że przyczyną tego stanu rzeczy mogło być wsparcie ze strony żyjących członków zespołu (Briana Maya i Rogera Taylora, John Deacon kompletnie nie interesował się tym przedsięwzięciem), którzy byli także konsultantami filmu. Z jednej strony wydaje się, że ci goście pamiętają, jak to było „naprawdę” i pomagali swoim filmowym odpowiednikom wejść w swoje role, ale mam wrażenie, że zepchnięci na drugi plan May oraz Taylor są tutaj troszkę wybieleni. No i w tym świecie alkohol, narkotyki i seks po prostu nie istnieją – tego nie ma, zaś wszelkie ekscesy oraz dylematy są tutaj bardziej wypowiadane w dialogach niż pokazywane. Czyżby bano się zbrukania legendy Queen? Nie rozumiem tej decyzji, tak samo jak stereotypowego pokazania gejów w tym filmie (wąsy, ciasne stroje i odrobina lateksu – kurwa, serio?).

bohemian_rhapsody4

Czy w ogóle jest coś dobrego w tym filmie? O dziwo, tak. Po pierwsze muzyka, który broni się sama i miejscami jest głównym bohaterem tego dzieła. Największe wrażenie robią albo sceny koncertowe, z tysiącami ludzi albo momenty nagrywania poszczególnych utworów (zwłaszcza nagranie tytułowej piosenki pokazano w dość humorystyczny sposób). Wtedy „Bohemian Rhapsody” zaczyna żyć, pulsować i nabiera epickiego rozmachu (zwłaszcza odtworzony występ podczas Live Aid). Także scenografia oraz kostiumy (wszelkie stroje Mercury’ego) potrafią przykuć oko, a miejscami praca kamery też wypada jak najbardziej ok.

A jak wypadł w roli Freddy’ego Rami Malek? Widać, że stara się poruszać jak Freddy, porusza „kłapami” podczas koncertów tak, że nie wywołuje to zgrzytu (bo zaśpiewać jak Freddy, to jednak trzeba mieć jaja oraz talent). No daje radę i ma parę mocnych scen jak podczas konferencji prasowej czy kiedy wyznaje o tym, że ma AIDS. Pozostali członkowie Queen wyglądają jeszcze bardziej podobnie do swoich protoplastów (szczególnie Gwilym Lee jako Brian May), przez co nie czułem żadnego dysonansu. Ale reszta postaci po prostu się rozmywa, mimo udziału takich rozpoznawalnych aktorów jak Aiden Gillen (menadżer John Reid), Tom Hollander (mecenas Jim „Miami” Beach) czy zaskakujący Mike Myers (producent Ray Foster, który bardziej wygląda jak Jeff Lynne).

Czy po tym filmie poznacie bliżej Freddy’ego, jego fenomen (oraz całego zespołu Queen) oraz ich wpływ na muzykę? Raczej nie. To przeciętna biografia, poprowadzona od jednego wątku do drugiego w bardzo ekspresowym tempie, bez ładu i składu, ciekawego pomysłu oraz pozbawiona jakiegoś własnego charakteru. Jeśli chcecie zobaczyć nieprzeciętną biografię, lepiej jeszcze raz obejrzeć „The Doors” Stone’a albo „Love & Mercy” o Brianie Wilsonie z The Beach Boys, bo one przynajmniej miały jakiś pomysł na siebie.

6/10 

Radosław Ostrowski

Amy

Film dokumentalny zawsze jest traktowany inaczej, bo wydaje się pokazywać „prawdę”. Problem w tym, że prawdę i fakty można interpretować na dowolne sposoby, przez co trudno dojść do obiektywnej prawdy, bo ona zwyczajnie nie istnieje. Nie oznacza to jednak, że filmy dokumentalne musza być nudne czy nieangażujące. Zwłaszcza kiedy opowiadają o wyrazistych, czasami kontrowersyjnych postaciach. Nie inaczej jest z nowym dziełem Asifa Kapadii „Amy”.

amy1

Realizacyjnie mamy dokładnie to samo, co w przypadku „Senny”, czyli widzimy same materiały archiwalne, bez „gadających głów”, lecz z wypowiedziami z offu. I to wszystko ma zbudować portret Amy Winehouse. Ta wokalistka z jednej strony była pamiętana za dwie dobrze odebrane płyty, z drugiej było bardzo dużo zamieszania w jej życiu prywatnym. Media po sukcesie drugiego albumu „Back to Black”, zaczęły się nią coraz bardziej interesować i obserwowały ten rajd ku autodestrukcji, który się zakończył w 2011 roku.

amy2

Muszę przyznać, że sam zbiór archiwaliów, jakie zostały wykorzystane do filmu, jest bardzo imponujący. Mamy zarówno prywatne zdjęcia, dużo sfilmowanych materiałów – nie tylko fragmenty koncertów czy materiały z telewizji, ale też sceny z backstage’u, prywatne filmy nagrywane przez najbliższych, sceny z wakacji, momenty podczas nagrywania utworów. Wszystko ułożone w kolejności chronologicznej, bez jakiegoś specjalnego kombinowania. Z jednej strony budzi to wielkie wrażenie, ale z drugiej czułem się jak podglądacz, co wywołało we mnie dyskomfort. Wiele razy chciałem przerwać i przestać oglądać, ale jednocześnie chciałem poznać jedną z możliwych odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Dlaczego to wszystko się tak nagle skończyło? Zbyt duża presja medialna, toksyczna relacja z mężem/byłym mężem, ojciec chcący żyć w blasku córki? Są poszlaki wskazujące na każdą z tych możliwości, choć może sama Amy okazała się zbyt krucha i po prostu uderzyła ją woda sodowa? Może nie wytrzymała swojego sukcesu oraz zainteresowania własną osobą? Ten wariant wydaje mi się bardziej prawdopodobny, ale reżyser nie zwraca na to uwagi. Albo nie wali tego wprost (mogłem tego nie zauważyć).

Sama forma – po „Sennie” – już nie robi takiego wrażenia, niemniej „Amy” pozostaje interesującym dokumentem od strony realizacyjnym. Kapadia znowu pokazuje swój warsztat oraz biegłość w klejeniu różnych elementów, potrafi łączyć narrację w intrygujący sposób, a brak komentarza twórcy wydaje się dużą zaletą. Ale nie próbujcie tu szukać prostej odpowiedzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Whitney

To jeden z trudniejszych filmów do oceny. Nie tylko dlatego, że jest to film dokumentalny, ale z powodu samej bohaterki. Nie ma chyba osoby, która interesuje się muzyką i nie słyszała przynajmniej jednego utworu Whitney Houston (ale może się mylę). Jednocześnie film powstał w zgodzie z rodziną zmarłej, co budziło we mnie mieszane odczucia. Bo z jednej strony daje dostęp do sporej części materiałów, ale rodziło obawy, że będzie z tego laurka.

whitney1

Ale reżyser Kevin Macdonald, który z dokumentem jest za Pan brat („Czekając na Joe” czy „Marley”) podjął rękawicę i udaje mu się uniknąć jednoznacznych tez oraz serwowania aktu oskarżenia. Bardziej przygląda się świadkom (głównie członkom rodziny, ale też współpracownikom, przyjaciołom rodziny), słucha ich, a wnioski niech każdy wyciągnie sam. Sami zdecydujcie komu uwierzycie, kto kłamie, bo każdy inaczej ocenia pewne osoby, inaczej patrzy na kwestie narkotyków, wychowania, wpływu rodziny na jej życie. Pojawia się wiele pytań, a odpowiedź nie pada tutaj wprost, schowania między spojrzeniami, słowami oraz montażowymi zbitkami, gdzie Whitney przeplata się z archiwalnymi materiałami z epoki, jak choćby na początku, gdzie jej śpiew przeplata się ze scenami zamieszek w latach 60.

whitney2

Reżyser zestawia te fragmenty i rozmowy ze sobą, ale też stara się spojrzeć szerzej na samą bohaterkę i próbuje wejść do jej umysłu. Oglądając ciągle się zastanawiałem: dlaczego? Dlaczego jej historia się skończyła tak, a nie inaczej? Co doprowadziło do jej upadku? I czy można było tego wszystkiego uniknąć? Powoli zaczynamy odkrywać kolejne tajemnice rodziny, pewne niespełnione ambicje (matka – wokalistka oraz jej pierwsza nauczycielka), pretensje oraz brudy całej familii. A jest tego bardzo dużo: próbujący finansowo kontrolować ojciec, który pozywa córkę na… 100 milionów dolców; toksyczna relacja z mężem, nie mogącym odnaleźć się w sytuacji, że nie jest w centrum uwagi; bracia, którzy zasmakowali w narkotykach (i poczęstowali nimi siostrę); wreszcie córka Whitney idąca tą samą ścieżką, co matka. Jej talent oraz umiejętności wokalne nie podlegają jakiejkolwiek dyskusji i nie jest to tylko babranie się w bagnie.

whitney3

Brakowało mi w tym filmie jednego głosu, który byłby bardzo istotny: chodzi o Robyn, która bardzo często jest wspomina i jej wpływ na karierę Houston jest bardzo duży. Brak jej perspektywy wydaje się dość istotny i na pewno rzuciłby spore światło na jej historię. Ale reżyserowi nie udało się jej przekonać, co dla mnie jest pewnym sygnałem.

„Whitney” jest porządnym dokumentem, chociaż pozostawia spory niedosyt. Zachowuje obiektywny dystans, jednak nie daje odpowiedzi na pytania (przynajmniej wprost). Niemniej jest to dobry kierunek, który może zachęcić do dalszych poszukiwań.

7/10 

Radosław Ostrowski