Sonic: Szybki jak błyskawica

Adaptacje gier komputerowych to temat-rzeka, który zazwyczaj graczy doprowadza do czerwoności, zaś widzów do rozczarowania. Dlaczego tak jest? Bo filmy nie mają ani tyle immersji, ani czasu do głębszego poznania świata oraz bohaterów, za to posiadają sztampowe i pozbawione zaskoczeń fabuły. Dlatego jeszcze nie powstała w pełni udana egranizacja, choć parę razy było blisko (pierwszy “Mortal Kombat” czy “Warcraft: Początek”). Czy do tego grona dołączy pędzący z prędkością światła niebieski jeż od Segi?

Problem z Soniciem wydaje mi się taki, że nie da się napisać ciekawej fabuły wobec Sonica. To jest bardzo szybki jeż, co zbiera pierścienie i idzie przed siebie. Co tu jeszcze można zrobić? Reżyser ze scenarzystami postanowili zrobić z tego kino familijne oraz wysłać jeża na Ziemię. A dokładniej do jakiegoś małego Wygwizdowa, gdzie ukrywa się przed ludźmi. Problem w tym, że samotność dla naszego bohatera jest nie do wytrzymania i frustruje go. Chciałby mieć kumpla, tylko skąd takiego znaleźć? Sprawy zmierzają w dobrym kierunku, kiedy Sonic wywołuje silne wyładowanie elektryczne, które zmusza rząd do zbadania sprawy. Tak nasz bohater trafia na niespodziewanego sojusznika, czyli szeryfa z małego miasteczka, jak i swojego wroga w postaci doktora Robotnika.

Prostszej fabuły już nie da się wymyślić, a film celuje w młodą widownię poniżej 10 lat, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony to klasyczne kino drogi, niepozbawione humoru (scena bójki w knajpie) oraz dynamicznych scen akcji. Problem jednak w tym, że ja dla siebie nie znalazłem zbyt wiele, a schematy były widoczne jak na dłoni. Brakowało jakiegoś zaskoczenia, przełamania i czułem bardzo silne poczucie déjà vu. Od początkowej narracji z offu niczym w “Deadpoolu” po użycie mocy szybkości Sonica niczym u Quicksilvera z ostatnich części “X-men”. Poza tym wiele rzeczy dzieje się zbyt szybko albo zostają zignorowane przez resztę otoczenia (nasz szeryf jest oskarżony o działalność terrorystyczną, ale swobodnie przemieszcza się po San Francisco). Mózgownica mnie bolała i brakowało mi jakiegoś dreszczyku emocji.

Nawet aktorsko nie ma za bardzo kogo pochwalić. Sonic z głosem Bena Schwarza bywa czasami irytujący, James Marsdem jako lokalny szeryf po prostu jest, a Jim Carrey gra Jima Carreya z lat 90. O dziwo, to właśnie ten ostatni błyszczy najlepiej z całej obsady, dostarczając odrobiny frajdy, kreśląc portret szalonego, narcystycznego naukowca z bardzo plastyczną twarzą. Warto też wspomnieć drobny epizodzie Adama Pally’ego jako bardzo ciapowatego policjanta Wade’a. Aż żałuję, że to nie on pomaga Sonicowi, bo byłaby większa chemia.

“Sonic: Szybki jak błyskawica” to przerażająco bezpieczny film skierowany dla najmłodszego widza. Czyli takiego, który nigdy w Sonica nie grał i nie zna tej postaci, co nie przeszkodziło w zebraniu dużego zarobku oraz planach kontynuacji. Oby nabrała większego charakteru niż ten średniak, bo odpuszczę.

5/10

Radosław Ostrowski

Proud Mary

Mary na pierwszy rzut oka wydaje się być zwykłą kobietą, jakich wiele chodzi po ulicach. Troszkę przy kości, ale nadal apetyczna. Nie dajcie się jednak zwieść – Mary jest mafijnym cynglem, dla której przemoc i spluwy to chleb powszedni. Jednak podczas jednego zlecenia pozwala żyć chłopakowi, wcześniej kasując jego ojca. Rok później znajduje dzieciaka na ulicy, pobitego i pracującego dla Wujka – handlarza narkotyków. I ta decyzja wywróci jej życie do góry nogami.

dumna_mary1

Sam początek filmu jest dość zwodniczy – czołówka w stylu lat 70., w tle „Papa Was a Rolling Stone”. To wszystko zapowiadało całkiem stylowego akcyjniaka. Tylko, że reżyser stawia na bardziej dramatyczne wątki związane z Mary. Kobieta już próbowała zerwać z mafijną przeszłością, lecz się nie udało, zaś relacja z chłopcem daje jej kolejną szansę na ucieczkę. Ale jedna decyzja doprowadza do mafijnej wojny, przez co „wyjście” staje się trudniejsze. Zamiast filmu akcji czy thrillera mamy tutaj do czynienia z dramatem ubarwionym od czasu do czasu jakimiś strzelaninami. Jednak sama intryga jest opowiedziana w sposób bardzo prosty, wręcz po sznureczku. Napięcia tutaj tyle co kot napłakał, bo i tło jest ledwo liźnięte (dwie rodziny mafijne), zaś drugi plan jest wręcz bardzo słabo zarysowany, choć pełen znanych twarzy.

dumna_mary2

To może chociaż sceny akcji są tutaj świetnie wykonane? No niestety, są to bardzo prosto wykonane strzelaniny, pozbawione jakiejkolwiek finezji i stylu. To zwyczajne pif-paf w wąskich korytarzach, gdzie Mary wali każdego strzałem w łeb niczym John Wick. Pewnym wyjątkiem jest finał w magazynie, gdzie jest moment z ruchem pięści, jednak to wszystko za mało, by uznać to za udanego akcyjniaka. Jedynie ta więź z chłopakiem potrafi zaangażować emocjonalnie, chociaż zdarzają się ckliwe fragmenty z pianinkiem w tle.

dumna_mary3

I jeśli jest jakiś powód, że to wszystko ogląda się bez bólu zębów oraz innych części ciała, to jest to kreacja Taraji P. Henson. Jej Mary jest bardzo przekonująca zarówno jako chłodna zabójczyni, zmęczona życiem kobieta, jak i potencjalna matka. I to wszystko jest zaprezentowała bez poczucia fałszu, trzymając to wszystko do kupy. Także partnerujący jej Jahi Di’Allo Winston (Danny), okazuje się dobrym graczem, wiarygodnie pokazującym jego zagubienia zmieszanego z zadziornością. Warto też wspomnieć solidnego Danny’ego Glovera jako ojciec chrzestny, pokazujący troszkę inne emploi.

„Dumna Mary” jest filmem mocno niezdecydowanym. Niby sensacyjniak, ale bardziej skupiony na wątkach dramatycznych, przez co stoi w dużym rozkroku. Nawet sama Henson nie jest w stanie ukryć średniej reżyserii oraz bałaganiarskiego scenariusza.

5,5/10

Radosław Ostrowski