Opiekunka: Demoniczna królowa

Pierwsza „Opiekunka” wzięła mnie z zaskoczenia. Mieszanka krwawej komedii z opowieścią o wyrywaniu się z dzieciństwa i wchodzeniu w wiek nastoletni dała mi masę frajdy. B-klasowy sznyt, samoświadomość i dużo humoru podziałały jak trzeba. Tym bardziej byłem zdziwiony, że było to dzieło McG, którego wielkim fanem nie byłem. No i pojawiły się wieści, że Netflix robi sequel. Nie powiem, czekałem i… o mój Boże. Jest więcej, bardziej oraz równie fajnie jak w jedynce.

Minęły dwa lata, a nasz Cole chodzi do liceum, gdzie traktowany jest jak wariat. Nikt nie wierzy w to, co się wydarzyło poprzednio. Że opiekunka razem z demonami należała do sekty i potrzebowano jego krwi, by spełnić swoje największe marzenia. Jedyną osobą wspierającą go jest blondwłosa Melanie. W szkole pojawia się jeszcze nowa, jeszcze bardziej wyobcowana Phoebe. Na wieść, że rodzice chcą go umieścić w psychiatrycznym liceum chłopak decyduje się na wagary z Melanie. Płyną łódką gdzieś na odległa wyspę (razem z kumplami) i okazuje się, że… Melania zawarła pakt z diabłem. No i trzeba krwi prawiczka, by wszystko doszło do skutku. Czyli wszystko zaczynamy od początku, jednak bohater ma wsparcie w postaci przypadkowo pojawiającej się Phoebe.

McG realizuje wszystko zgodnie z zasadą pradawnego amerykańskiego boga Box-Office’a. Jest inna lokalizacja, ale (prawie) ci sami bohaterowie. Jest więcej krwi, troszkę bluzgów oraz porąbanych pomysłów realizacyjnych. Zupełnie jakbym oglądał teledysk czy grę komputerową (scena walki jeden na jeden żywcem wzięta z jakiejś bijatyki): pojawiające się napisy, sceny retrospekcji dotyczące naszych złoli, w tle wpleciona muzyka z lat 70. i 80. (m.in. Focus, Jefferson Airplane czy Tangerine Dream), popkulturowe odniesienia w dialogach (bo nastolatkowie oglądają stare filmy i uczą się z nich) oraz groteskowe sceny zgonów. Wszystko w bardzo krzywym zwierciadle, z chwilami na złapanie oddechu oraz przewrotnym finałem.

W zasadzie mam jeden poważny problem, bo całość jest aż za bardzo przerysowana, szalona i chcąca być cool. W paru momentach jest tego aż za dużo, przez co można wybić się z seansu. I tylko dlatego dwójka jest filmem utrzymującym poprzednika, ale go nie przebijającym. Aktorzy wydają się wiedzieć, w co weszli i bawią się świetnie na planie, balansując między powagą a zgrywą. Ale czego kompletnie się nie spodziewałem, to pojawienie się Samary Weaving pod sam koniec jako cameo. Zaś starzy znajomi (m.in. Judah Lewis, Bella Thorne i Robbie Amell) nie sprawiają wrażenia znudzonych.

Druga „Opiekunka” nie jest w żadnym wypadku odgrzewanym kotletem, ale równie szaloną, zabawną, krwawą komedią dla nastolatków. Prosta, bezpretensjonalna zabawa konwencją jakiej troszkę na dzisiejsze czasy potrzebujemy.

7/10

Radosław Ostrowski

Córka Boga

Jesteśmy w jakimś miejscu z dala od szeroko rozumianej cywilizacji. Tam żyje sobie grupka kobiet ubrana jakby żyły w XIX wieku, kieruje nimi – a jakże by inaczej! – mężczyzna nazywany Pasterzem. Czujecie to? Jak na Pasterza przystało kieruje tą grupą ku Edenowi, czyli jest duchowym guru. I jeden facetem w tym miejscu, gdzie kobiety dzielą się na żony oraz córki (poczęte już w obozie), później zajmujące miejsce żon. Jedną z nich jest Selah, która powoli zaczyna przechodzić proces dojrzewania. I zaczyna powoli odkrywać, że życie w tej grupie nie jest takie sielankowe.

corka boga1

Mój stosunek do Małgorzaty Szumowskiej jest w zasadzie chłodny. Jej filmy (oprócz „33 scen z życia”) były mniejszym albo większym rozczarowaniem, zdominowane przez pretensjonalność oraz silenie się na artyzm. Na siłę. Tym razem reżyserka zrealizowała swój pierwszy film na zagranicznej ziemi, reklamowany jeszcze jako horror. Taki horror spod znaku A24, czyli coś w stylu „Czarownicy” zmieszanej z „Opowieścią podręcznej”. Bo tutaj to mężczyzna jest panem i władcą, zaś kobiety mają być mu posłuszne, a każde jego słowo wykonywać bez sprzeciwu. Tutaj kobiety robią wszystko: pracują, zbierają jedzenie, modlą się. No i miesiączkują, a to oznacza, że jej wiara bardzo słaba jest, zaś ona sama „uszkodzona”. I wszystko widzimy z perspektywy osoby nie znającej innego świata niż sekty.

corka boga2

Sam punkt wyjścia daje spore pole manewru, jednak Szumowska znowu robi to, co zwykle. Wykorzystuje „nośny” czy „głośny” temat, używając scenariusza stanowiącego zbiór bardzo luźno powiązanych scenek. Fabuły jako takiej nie ma, wszystko jest polane dłuuuuuuuuuuuuuuuuuugimiiiiiiiiiiiii kadrami, gdzie niiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiic się nie dzieje. Jeszcze na dokładkę mamy sceny oniryczne, gdzie symbole symbolami poganiamy. Jakieś martwe owce, z których zostają tylko kości czy sceny kiedy Pasterz (kompletnie nijaki Michael Huisman) patrzy się, gada jakieś bzdury. Aż dziwne, że te kobiety za nim poszły, bo temu facetowi brakuje charyzmy. Pewnym kontrastem jest bardzo wyciszona, ale ciekawa Raffey Cassidy jako zagubiona Selah. Skupia uwagę nawet nie robiąc nic.

corka boga3

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o „Córce Boga”, jednak poza pięknymi zdjęciami oraz główną rolą żeńską nie ma tutaj absolutnie nic. Pretensjonalny, płytki, przewidywalny i kurewsko nudna opowieść o wyzwalaniu się kobiet z jarzma niewoli męskiej. Jeden z najgorszych filmów tego roku.

3/10

Radosław Ostrowski

1983

Pierwszy polski serial Netflixa – pamiętam jakie było poruszenie na dźwięk tych słów. Dodatkowo na wyobraźnię podziałał fakt, że był to thriller SF osadzony w alternatywnej historii naszego kraju. No i jeszcze nie byle jakie reżyserki: Agnieszka Holland, Kasia Adamik, Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska. Co mogło pójść nie tak? Wiele rzeczy. Zwłaszcza kiedy scenariusz pisze Amerykanin w swoim języku, a potem jest to mechanicznie tłumaczone na polski. To jednak tylko drobiazg, ale po kolei.

Akcja toczy się w 2003 roku, kiedy Polska nadal jest w bloku komunistycznym, choć siła Związku Radzieckiego nie jest tak mocno obecna. Technologia jest bardzo rozwinięta, mimo braku social mediów. W tym świecie żyje Kajetan Skowron – młody student prawa, którego rodzice zginęli w zamachach terrorystycznych w 1983 roku. Mieszka z babcią, ma piękną dziewczynę (córkę ministra gospodarki) i jest idealistycznie zapatrzony w nowy, wspaniały świat. Wszystko się zmienia kiedy w niejasnych okolicznościach ginie jego mentor – sędzia Żurawski. Przed śmiercią wręcza mu akta sprawy sprzed 5 lat, kiedy doszło do morderstwa całej rodziny. Prowadzący śledztwo milicjant miał wątpliwości, co do winnego, ale został zdegradowany. Teraz inspektor Anatol Janów prowadzi sprawę samobójstwa młodego chłopaka. Pracował on jako drukarz zarówno dla rządu, jak i dla komórki terrorystycznej zwanej Lekką Brygadą. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem by stwierdzić, że drogi obu panów się przetną.

Na papierze ta historia ma wszystko, by przykuć uwagę. Intryga kryminalna przeplata się z polityczno-szpiegowskimi rozgrywkami na szczytach władzy. Zderzenie młodego idealisty z cynicznym twardzielem znającym swoje możliwości i ograniczenia też obiecywało wiele, tak jak cała otoczka tajemnicy. I co z tego dostajemy? Może nie nic, ale bardzo niewiele i sama konstrukcja tego świata wydaje się nieprzekonująca oraz pełna luk. Jak w ogóle doszło do tego gospodarczego cudu? Gdzie zniknęli działacze opozycji, o których się tu praktycznie nie wspomina (słowo Solidarność nie pada)? I kto tak naprawdę steruje tym krajem? Minister gospodarki, dowódca armii czy szef tajnych służb? A może jest ktoś jeszcze silniejszy?

Jedyną najciekawszą rzeczą tutaj jest obecność Wietnamczyków, będących z jednej strony siłą roboczą i imigrantami. Ale są też tacy bardziej obrotni jak Wujek – biznesmen, niby będący neutralny, ale tak naprawdę działający dla każdego, kto jest w stanie zapłacić. Mało tego, jest nawet specjalna dzielnica w Warszawie zwana Małym Sajgonem. I to miejsce budzi skojarzenia z „Blade Runnerem”. Realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, bo udaje się zbudować klimat dystopijnego państwa policyjnego. Lekko neonowe, nocne zdjęcia, stonowana kolorystyka, równoległy montaż oraz scenografia mieszająca stare z nowym – to wygląda i ogląda się świetnie.

O ile jeszcze ta zamotana intryga jeszcze potrafi wkręcić, to jednak są tutaj dwa bardzo ważne problemy. Po pierwsze, bardzo nienaturalne dialogi. Z jednej strony są przeładowane ekspozycjami i parę zdań jest powtarzana istotna kwestia dla fabuły. Czyli jest zbyt łopatologicznie. Druga sprawa to jest tłumaczenie, gdzie postacie często używają w zdaniu słowa „ja”. Albo kiedy imiona i nazwiska nie są deklinowane, co jeszcze bardziej wywołuje poczucie obcości. No i jeszcze tempo strasznie nierówne: od przyspieszenia aż po chwile przestoju ze zbędnymi wątkami pobocznymi. Zupełnie jakby chciano upchnąć wszystko do tych 8 odcinków, by zbudować podwaliny pod 2. Sezon (który nie powstanie).

No i aktorsko jest tutaj jak na poziomie scenariusza, czyli nierówno. Albo w najgorszym wypadku te postacie są niewykorzystane i pojawiają się na bardzo krótko (jak w przypadku Andrzeja Konopki czy Łukasza Simlata) lub ich wątki nie prowadzą donikąd (tutaj to dotyczy niestety Edyty Olszówki oraz Zofii Wichłacz). Z głównych ról najlepiej sprawdza się zawsze trzymający poziom Robert Więckiewicz. Niby takich bohaterów już widzieliśmy wcześniej (cyniczny, złamany przez życie twardy glina), ale nadal to działa i daje się mu oblicze kogoś innego niż ostatniego sprawiedliwego. Niestety, najsłabszym ogniwem jest Maciej Musiał, będący tutaj absolutnie drewniany. Rozumiem, że to miał być młody idealista zderzony z prawdziwym obliczem systemu, jednak absolutnie tej postaci nie uwierzyłem. Głos jest kompletnie wyprany z emocji, zaś wszelkie próby ekspresji kompletnie nie działają. Znacznie lepsza jest Michalina Olszańska jako szefowa Lekkiej Brygady, Ofelia. Niby twarda, gotowa na siłową konfrontację, ale skrywa w sobie bardziej delikatne oblicze. A nawet uwodzicielskie, spróbujcie oderwać wzrok od niej, bo ja nie dałem rady. Drugi plan jest aż przebogaty w znane twarze (od Tomka Włosoka przez Bartka Bielenię), ale najbardziej zapada w pamięć Mirosław Zbrojewicz (generał Świętobór) oraz Vu Le Hong („Wujek” Bao Cho).

Czy ten serial zasługiwał na aż tak chłodny odbiór w dniu premiery? Troszkę tak, bo miał całkiem ciekawy pomysł, ale nie wiedział kompletnie co chce opowiedzieć. Rzuca wątkami na prawo i lewo, przez co ma się poczucie niedosytu. Czegoś tutaj brakuje, przez co czasami się nudziłem i ciężko mi było w to wejść.

6/10

Radosław Ostrowski

The Old Guard

Kto z nas nie chciałby żyć wiecznie? Pragnienie to zawsze wydawało się nieosiągalne, ale jednocześnie bardzo problematyczne. O tym – pośrednio – opowiada nowy film Netflixa. Tytułowa “Stara gwardia” to oddział nieśmiertelnych ludzi. Może z tą nieśmiertelnością troszkę przesadziłem, ale bardzo szybko regenrują im się rany, niektórzy żyją od tysiącleci i walczą. O co? Czy to ważne? Nieliczną grupką kieruje Andromacha z Scytii zwana Andy, która jest najstarsza z nieśmiertelnych. Dostają nowe zadanie, ale okazuje się pułapką, by nagrać ich moce. Te chce wykorzystać szef medycznej korporacji, by tworzyć leki zwalczające choroby. Ale żeby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, wiarusy odkrywają nową osobę z takimi samymi mocami – czarnoskórą żołnierkę walczącą w Afganistanie.

“The Old Guard”, czyli nowy akcyjniak Netflixa wiele czerpie z kultowego “Nieśmiertelnego”, a dokładnie sam pomysł człowieka żyjącego dłużej i praktycznie nie do zabicia. A że są to żołnierze, większy nacisk jest tutaj postawiony na sensacyjną intrygę (prostą jak drut) oraz sceny akcji. Żadnego psychologizowania problem wiecznego życia, parę rzuconych retrospekcji z dawnych czasów oraz relacja mistrz-uczennica. Tyle z tego dostajemy od reżyserki Giny Prince-Bythewood, dla której to pierwsza styczność z kinem akcji. No i to bardzo widać, bo sceny rozwałki oraz demolki są szybko cięte – na szczęście są czytelne – lecz pozbawione jakiegokolwiek mocnego kopa. Żadnej adrenaliny, żadnej ekscytacji (poza dwoma scenami z Andy). Antagonista (szef korporacji) wydaje się nijaki, pozbawiony charakteru, z nieciekawą motywacją oraz brakiem charyzmy. I jakby tego było mało, w tle dostajemy jakąś smutną, popową muzę, co mnie irytowało strasznie. Wywoływało to we mnie poczucie silnego zgrzytu, jakbym oglądał film dla nastolatków, kurde. Zakończenie obiecuje pewną kontynuację, a rzadko obecny humor troszkę punktuje, ale to troszkę za mało.

Tak naprawdę jedyną osobą, która trzyma tą całość w ryzach jest Charlize Theron. Jej Andy to mieszanka twardej, bezwzględnej siły, cynizmu, uporu oraz waleczności. Kiedy spuszcza łomot, robi to bezpardonowo, rzadko pozwala sobie na okazanie emocji, lecz kiedy sobie na to pozwala, potrafi poruszyć. Poza nią wyróżnia się najbardziej Matthias Schoenaerts jako lekko wyluzowany Booker, dodając odrobinę lekkości. Cała reszta jest raczej do zapomnienia, ze szczególnym wskazaniu na Chiwetela Ejiofora.

“The Old Guard” to netflixowy średniak, gdzie zalety nie wystarczą do przesłonięcia wad. Zamiast akcji oraz adrenaliny jest pozbawiony emocji oraz napięcia spektakl. Boli mnie to okrutnie zwłaszcza, że potencjał był tutaj ogromny, ale bezczelnie zmarnowany.

5/10

Radosław Ostrowski

Altered Carbon – seria 1

Technologia się rozwinęła, ale ludzie nie.

W dalekiej, choć może nie przyszłości, ludzkość dokonała niemożliwego: osiągnęła nieśmiertelność. Wszystkie wspomnienia, świadomość oraz – można tak powiedzieć – duszę przechowują w małym cacku zwanym stosem, której znajduje się w szyi. Jeśli jesteś wystarczająco bogaty, możesz przenosić się dzięki temu z innego ciała w drugie, stając się nieśmiertelnym. Ma ona jednak swoją cenę, lecz za to można żyć wiecznie. Kimś takim stał się Takeshi Kovacs – najemnik oraz Emisariusz, który walczył w bardzo odległej galaktyce, wielokrotnie zabijany oraz odradzany. Teraz zostaje wybudzony po 250 latach na zlecenie jednego z bogaczy mieszkających na Ziemi, Laurensa Bancrofta. Mężczyzna został zamordowany i to przed skopiowaniem swojej pamięci (to dokonuje się co 48 godzin), zaś policja uznaje sprawę za samobójstwo. Czy naprawdę tak było? Kovacs musi zbadać sprawę, w zamian dostając wolność (mężczyzna przebywa w powłoce skorumpowanego policjanta).

Serial Netflixa z 2018 roku oparty jest na trylogii Richarda Morgana, która była mieszanką cyberpunkowego świata z pulpowo-noirową intrygą. Jeśli będziecie czuli skojarzenia (wizualne) z “Blade Runnerem”, to jest to trafny kierunek. Imponujące Miasto, ze świecącymi neonami oraz reklamami (głównie o treści erotycznej) zderzone z brudem, deszczem oraz syfem tego świata. Świata, gdzie możesz zmienić swoje ciało (jeśli cię na to stać), zaś śmierć dla wyższych sfer wydaje się tylko pustym słowem bez znaczenia. A technologia służy do zaspokajania potrzeb oraz żądzy, stąd tyle golizny. I dzieje się tu sporo, bo jest śledztwo Kovacsa, spięcia z policją (szczególnie z porucznik Ortegą), rzezimieszki z ulicy, tajemnicza śmierć prostytutki, co spadła z nieba (dziwne, prawda??), przebitki z przeszłości oraz tych najbogatszych zwanych Matami. Ci nie mają w zasadzie żadnych ograniczeń, zaś prowadzone przez nich życie tylko i wyłącznie degraduje, korumpuje, gnije.

Niby ten świat pięknie wygląda i wali kolorami po oczach, ale niczym się nie różni od dzisiejszego. Jest tak samo brudny, zdegenerowany oraz pełen spięć. Cała ta technologiczna otoczka oraz szansa na wieczne życie jest w stanie sprowokować do głębszych refleksji oraz ważkich pytań. O człowieczeństwo, śmierć, miłość, wiarę oraz sens takiego nowego, wspaniałego świata. One niejako toczą się przy okazji, stanowią bardzo interesujące tło, choć pozornie nie daje niczego nowego w tym gatunku. Wrażenie robią też świetnie zrobione sceny akcji (choćby bijatyka w windzie) oraz fajnie zaprezentowane sceny w świecie wirtualnym. Niestety, pojawiają się tutaj pewne dłużyzny oraz przeciągnięcia wielu wątków jak relacja Takeshiego z siostrą, zaś napięcie czasem siada. Nie czuć też tak mocno zagrożenia jak w książce (dość luźno zaadaptowanego), co fanów powieści doprowadzi do wściekłości.

Co jednak broni się – poza warstwą wizualną oraz wizją świata – jest też bardzo solidne aktorstwo, choć najbardziej wybijają się trzy postacie. Po pierwsze, Kovacs tutaj grany przez trzech aktorów: Willa Yuna Lee, Byrona Manna oraz Joela Kinnamana. Pierwszy pojawia się w retrospekcjach, ale to z tym ostatnim spędzamy najwięcej czasu. Cyniczny, szorstki, nieufny wobec świata skrywający swoje prawdziwe emocje w scenach, gdy prowadzi śledztwo wypada najlepiej. Jest jeszcze równie świetna Dichen Lachman jako Reileen, choć przez większość czasu nie widzimy jej. Tak samo fantastycznie sobie radzi James Purefoy, czyli Bancroft. Człowiek pełen władzy, pychy, choć wydaje się nie tak śliski jak mógłby być. Bardzo delikatnie pokazany oraz świadomy swoich możliwości. Ale serial dla mnie kradł rozbrajający Chris Conner jako Poe, menadżer hotelu, będący AI. Zafascynowany ludźmi, przypominający z wyglądu pisarza Edgara Allana Poe staje się ważnym sojusznikiem oraz źródłem kilku zabawnych sytuacji.

Pierwszy sezon “Modyfikowanego węgla” to wypadkowa pulowego noir z humanistycznymi refleksjami oraz niepokojącą wizją przyszłości. Może nie aż taką jak w “Czarnym lustrze” czy tak porażającą wizualnie jak “Blade Runner”, niemniej ciekawą. Jeśli szukacie dobrej rozrywki oraz odrobiny refleksji, tutaj ją znajdziecie.

7/10

Radosław Ostrowski

Unorthodox

Estera ma 19 lat, mieszka w Williamsburghu i należy do ultraordoksyjnej gminy żydowskiej. Więc jej los w zasadzie jest ograniczony do bycia żoną oraz maszynką do robienia dzieci. Po roku małżeństwa (zaaranżowanego) z właścicielem sklepu jubilerskiego decyduje się na jeden krok: ucieczkę. Dzięki pomocy nauczycielki muzyki trafia samolotem do Berlina, gdzie mieszka jej matka. Jednak społeczność nie jest w stanie jej tego darować I wysyła za nią męża oraz jego kuzyna, by ściągnęli ją z powrotem. Zaczyna się wyścig z czasem.

Kolejny niemiecki serial od Netflixa inspirowany prawdziwą historią Deborah Feldman. Sama historia toczy się dwutorowo, a zaburzenie nie jest zasygnalizowane wizualnie. Pierwszy wątek dotyka okresu “amerykańskiego”, czyli kiedy Esty zostaje wtłoczona do procesu zamążpójścia. Drugi to ucieczka do Berlina oraz próba odnalezienia się w nowym otoczeniu. No i oczywiście pościg za dziewczyną. Sama historia toczy się powoli i pozwala wejść w ten hermetyczny świat. Świat z narzuconymi zasadami oraz regułami, gdzie pozycja społeczna utrwalona jest od zawsze. I albo to zaakceptujesz, albo zostaniesz wyklęty/a. Bardzo pieczołowicie pokazano wszelkie obyczaje i rytuały: od pierwszej “randki”, porady koleżanek, wizytę w mykwie oraz ceremonię ślubu. Wszystko w języku jidisz, co tylko dodaje realizmu. Ale to wszystko skrywa bardzo opresyjny system, gdzie wszystko oparte jest na tradycji – świętej oraz nienaruszalnej, a także manipulacji czy zastraszaniu. Wszystko po to, by w ryzach trzymać porządek tego świata. Świata, z którego ucieczka wydaje się niemożliwa albo bardzo trudna.

Dlatego w scenach z życia w swojej społeczności odczuwałem pewien lęk, niepokój oraz bardzo gęstą atmosferę. Zmiana pleneru tylko częściowo rozładowuje napięcie, bo Esty nie od razu trafia do domu matki. Ku mojemu zdumieniu, dziewczyna radzi sobie nieźle w nowym otoczeniu. Nikt nie próbuje jej oszukać, wszyscy są życzliwi i tolerancyjni (jak to w Berlinie), choć nie brakuje problemów w postaci braku lokum, braku pracy oraz pieniędzy. Część zostaje rozwiązana za pomocą zbiegów okoliczności, co troszkę dla mnie było pewnym problemem. Bo wtedy czułem, że kontrast między tymi światami był zbyt łatwy oraz niemal zero-jedynkowy. Ale najbardziej zaskoczyła mnie złożoność, z jaką pokazane jest życie w środowisku chasydzkim. Dodatkową perspektywę dają postacie Jakowa oraz Mojszego. Ten pierwszy stara się być posłusznym życiu w społeczeństwie, nie znając innego sposobu życia, ale jest zbyt uległy wobec matki. I to rzuca cień na życie małżeńskie, czyniąc z niego  także ofiarę, co kompletnie mnie zaskoczyło. Z kolei Mojsze to taki człowiek od brudnej roboty oraz bardzo posmakował życia poza środowiskiem, przez co żyje w zawieszeniu. Niby jest ortodoksem, ale jakoś niezbyt głęboko wierzącym oraz trzymającym się zasad (gry hazardowe, korzystanie ze smartfona), co pokazuje pewną hipokryzję.

Jeśli jednak coś może drażnić, to bardzo otwarte zakończenie, które niejako zawiesza historię. Przez co chciałoby się poznać dalsze losy naszej bohaterki już poza swoim środowiskiem. Czy w końcu daliby jej spokój, czy może jednak walczyliby o jej dziecko przed sądem. A może tutaj chodziło o to, że zawsze będzie musiała oglądać się za plecami I nigdy nie będzie czuć się bezpiecznie? Dla mnie jest zbyt dużo niedopowiedzeń, co do dalszych losów. Czy udało się jej zdobyć stypendium? Czy sama wychowuje dziecko? A może ktoś – oprócz jej matki – pomaga? To wywołuje we mnie silne poczucie niedosytu.

Wszystko to jest rekompensowane przez świetne aktorstwo. Ale z tego grona wybija się absolutnie rewelacyjna Shira Haas. Wierzę tej postaci – jej zagubieniu, niepewności czy silnej wierze, która zostaje poddana silnej weryfikacji przez życie oraz środowisko. Ale mimo naiwności, bardzo wiarygodnie pokazuje jej przemianę z młodej dziewczyny w silną, coraz bardziej odporną na manipulację swoich ziomków oraz powoli odkrywająca kolejne kolory życia. Od lęku po luz i radość, stając się paliwem napędowym tego serial.

“Unorthodox” jest zaskakująco spokojnym serialem na poważny temat. Ale na szczęście bez popadania w publicystykę oraz zabawę w propagandową agitkę, o co byłoby bardzo łatwo. Troszkę szkoda, że zakończenie troszkę rozczarowuje i nie daje satysfakcji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tyler Rake: Ocalenie

Tytułowy bohater to bardzo dobrze wyszkolony australijski najemnik. Bez rodziny, żyjący od zlecenia do zlecenia, bez perspektywy i stabilizacji. Teraz dostaje kolejne zadanie, które wydaje się proste: odbicie syna szefa hinduskiego kartelu narkotykowego. Został on porwany przez konkurenta z Bangladeszu, który trzyma w garści lokalne wojsko oraz policję. Łatwo nie będzie.

tyler rake1

Netflix kolejny raz próbuje zrobić wysokobudżetowy, efektowny film akcji. Nie szczędzą pieniędzy I ściągnęli do pomocy samych braci Russo. Niestety, ograniczyli się do roli producentów (także napisali komiksowy pierwowzór, na podstawie którego powstał ten film), a za kamerą stanął współpracujący z nimi kaskader Sam Hargrave. Po sukcesach “Johna Wicka” i “Atomic Blonde” ten trend nie powinien zaskakiwać, bo kto lepiej kuma kino akcji. Więc powiem to od razu: “Tyler Rake” to klasyczny akcyjniak ze schematyczną fabułą, ale pełen adrenaliny oraz kopa. Koncepcja jest prosta, znana choćby z “Człowieka w ogniu”, czyli jednoosobowa armia z mroczną, traumatyczną przeszłością, musi dojść z punktu A do punktu B. Ale droga nie może być łatwa i prosta, bo przeciwnik ma przewagę liczebną, zna lepiej teren, zaś Tyler jest tylko gościem na tej imprezie. A co będziemy mieli po drodze? Standardowy zestaw, czyli pościgi, krew, bluzgi, mordobicie oraz świszczące w każdym kierunku strzały. Bez żadnych głębszych prób psychologizowania postaci (to akurat wychodzi najsłabiej) czy poważnego spojrzenia na Indie czy Bangladesz.

tyler rake2

Liczy się za to akcja, a ta jest zrealizowana wręcz pierwszorzędnie. Najbardziej pamięta się ponad 10-minutowa scena pościgu oraz strzelaniny zrobiona w jednym ujęciu. Kamera dosłownie pędzi z bohaterami, każdy cios i strzał jest widoczny, czytelny oraz świetnie zrealizowany. Sama choreografia oraz kaskaderka stoi na wysokim poziomie, podnosząc adrenalinę niemal do ściany. I nie ważne czy mówimy o scenie wyciągnięcia chłopaka przez Rake’a z kryjówki, bójki z dawnym znajomym czy finałową strzelaninę na moście. To podnosi całość na troszkę wyższy poziom.

tyler rake3

Jeśli jednak chciałbym się do czegoś przyczepić, to do zbyt płytkiego zarysowania tła. Właściwie poza Rake’m oraz odbijanym przez niego chłopakiem, nikogo nie poznajemy zbyt dobrze. Reszta ekipy najemników (w tym szefowa Nik Khan) pełni role dodatku albo mięsa armatniego, antagoniści wydają się papierowi i nudni, zaś protagonista to “biały zbawca świata” o aparycji Chrisa Hemswortha (świetnie pasującego do tej roli).

Niemniej muszę przyznać, że jako bezpretensjonalna rozpierducha do obejrzenia z kumplami przy piwku “Tyler Rake” sprawdza się bez zarzutu. Pewnie po obejrzeniu od razu zapomnimy (może poza mastershotem), jednak czas przy nim spędzony nie jest stracony. Coś czuję, że będzie ciąg dalszy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

The End of the F***ing World – seria 2

Powiem szczerze, że czekałem specjalnie na drugą serię „Końca zje***ego świata”. Nawet mimo otwartego zakończenia z cliffhangerem. Bo co jeszcze można wymyślić w tej opowieści o dwójce outsiderów, którzy znaleźli miejsce na Ziemi obok siebie? Do tego wyczerpano w pełni materiał źródłowy (komiks Charlesa Forsmana) i wszystko wskazywało, że będziemy mieli do czynienia z kontynuacją zbędną, niepotrzebną oraz pragnącą wycisnąć ostatnie soki.

koniec zjebanego swiata2-2

Od wydarzeń z poprzedniej serii minęły dwa lata, a Alyssa i James nie są razem. Jednak ich losy znowu się splotą. A wszystko przez kompletnie nową postać o niezbyt skomplikowanym imieniu Bonnie. Czarnoskóra kobieta początkowo wydaje się dziwaczna, jakby nie z tego świata. Niezbyt rozmowna, z rozpędzonym spojrzeniem. Kim ona jest, czego chce i co z nią a wspólnego nasza dwójka bohaterów? Na to odpowiedź dostajemy szybko, a reszta jest tylko czekaniem. Czekaniem na moment konfrontacji, który może zmienić wszystko.

koniec zjebanego swiata2-1

Drugie spotkanie z naszym pokręconym duetem (on nadwrażliwy i zagubiony, ona nie radząca sobie z emocjami i równie zagubiona) było zaskakująco przyjemne. Cały styl poprzednika wraca: narracja z offu naszych bohaterów, krótkie przebitki montażowe oraz muzyka jakby wzięta z lat 60. I tutaj wszystko znowu działa, okraszone smolistym poczuciem humoru i niegłupimi dialogami, ale jest o wiele bardziej poważnie. Wchodzenie w dorosłość jest bardziej dziwaczne niż się wydaje, zaś konsekwencje niektórych podejmowanych decyzji jak ślub czy ucieczka potrafią zaskoczyć. Nadal jesteśmy gdzieś na odludziu, co jeszcze bardziej potęguje klimat, a napięcie jest bardzo umiejętnie dawkowane. Nawet podczas pozornie nudnej rozmowy, cały czas coś wisi w powietrzu. Nieważne czy jesteśmy w motelu, aptece, chińskiej restauracji czy jadłodajni, może dojść do gwałtownej eksplozji. Wszystko zostaje rozwiązane w bardzo skromnym, ale bardzo w punkt finale. Oby nie kontynuowali tego.

koniec zjebanego swiata2-3

Nadal fantastycznie się ogląda grających główne role Alexa Lawthera i Jessicę Barden. Ciągle czuć między nimi chemię, oboje bardzo przekonująco pokazują ich drogę do dojrzałości, do której jeszcze się zbliżają. Finał pokazuje, że zmierzają w dobrym kierunku i to musi się skończyć raczej szczęśliwie. Nie można nie wspomnieć o Bonnie, czyli fantastycznej Naomi Ackie. Choć kobieta wydaje się starsza od naszej dwójki, ma z nimi więcej wspólnego niż się wydaje. Naznaczona przez brutalne wychowanie oraz traumatyczne wydarzenie, jest bardzo wycofana i napędzana tylko jedną rzeczą: zemstą. Ta postać budzi jednocześnie współczucie, jak i przerażenie.

Mimo mojego negatywnego nastawienia, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony drugą serią. Świetnie balansuje między komedią a dramatem, z cudowną muzyką i aktorstwem utrzymuje poziom poprzednika, zaś w wielu miejscach nawet go przebija. Tylko tym razem niech nie robią kolejnej serii, bo to straci wiele ze swojego uroku, ok?

8/10

Radosław Ostrowski

Rodzeństwo Willoughby

Rodziny są różne i były w filmach pokazywane na różne sposoby. Od kochający się przez pozbawioną rodziców aż po toksyczne więzi oraz czystą patologię. No i jest też rodzina Willoughby z długimi tradycjami, gdzie każdy członek familii (w tym kobiety) nosili długie wąsy. Aż do obecności ostatniego członka rodziny, będącego skrajnym egoistą, w czym dorównuje mu tylko żona. I nawet pojawienie się dzieci nie jest w stanie zmienić ich nastawienia. Rodzeństwo wydaje się mocno zgrane (próbujący rządzić oraz inteligentny Tim, cudnie śpiewająca Jane oraz niepokojący bliźniacy Barnaba), lecz to nie wystarcza. Całe ich życie zmienia się w momencie, gdy trafia pod ich dom sierota, co podsuwa dzieciakom pewien szalony pomysł.

willoughby1

Kolejna animacja od Netflixa, ale tym razem jest co obejrzeć. Film oparty jest na książce Lois Lowry to bardzo pokręcona historia familijna, gdzie cała konwencja jest wywrócona do góry nogami. Rodzice są wyjątkowo antypatyczni i skupieni na sobie, zaś ich dzieci to kompletne przeciwieństwo. Pełni wyobraźni, marzeń oraz kreatywności, troszkę kojarząc mi się z rodzeństwem Baudelaire z „Serii niefortunnych zdarzeń”. Chociaż może nie aż na taką skalę, ale najbardziej wybija się dwoje najstarszych dzieci. Tim jest bardzo podejrzliwy, nieufny oraz marzący o przywróceniu wielkości rodu. Z kolei Jane jest bardziej otwarta, trafnie rozważa za pomocą swojego gdybania i śpiewa tak pięknie, że słychać ją z daleka. Najmłodsi są dość przerażający i mają zaskakująco dojrzałe głosy. To jednak wprowadzenie do lekko groteskowego świata (domek rodziny w wielkim mieście obok dużych wieżowców), gdzie Opieka Społeczna wygląda jak tajni agenci rządowi, w okolicy żyje generał mający fabrykę słodyczy (sam też jest bardzo słodki – także na zewnątrz), a cała tą historię opowiada… kot. Lekko sarkastyczny, troszkę złośliwy i ironiczny. Ale w końcu mówi głosem Ricky’ego Gervaisa, więc mu wolno być takim.

willoughby2

Sama historia jest pełna niespodzianek i zaskoczeń, więc nie chcę wam zdradzać zbyt wiele. Być może nawet dzieje się za dużo, przez co narracja wydaje się bardzo skokowa. Wiele wątków wydaje się wręcz napakowanych, doprowadzając do przesytu oraz pourywania potencjalnie ciekawych wątków (obecność sieroty w życiu rodzeństwa, wysłanie rodziców na śmiertelne wakacje, przywiązanie do rodzinnej tradycji przez Tima, opieka sieroca czy próba sprzedania domu). Z jednej strony udynamicznia seans, przez co nie można się nudzić, ale z drugiej od tego nadmiaru boli głowa. I nie pomaga fakt, że animacja wygląda świetnie, pasując do groteskowej wizji świata, zaś oryginalny dubbing brzmi świetnie (grają m.in. Martin Short, Will Forte, Maya Rudolph czy wspomniany Gervais).

willoughby3

Jednak mimo tych wad „Rodzeństwo Willoughby” potrafiło mnie oczarować. Swoje na pewno zrobiła groteskowa strona plastyczna, jazzowo-klasyczno-bujająca muzyka oraz bardzo pokręcone poczucie humoru. Nie można nie polubić i nie kibicować temu zwariowanemu rodzeństwu. Jedna z najlepszych produkcji Netflixa tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Castlevania – seria 3

Hrabia Dracula został pokonany, jego zamek unieruchomiony leży na ruinach domostwa Belmontów, gdzie mieszka jego syn Alucard. Nie oznacza to jednak, że wampiry i zło zostało ostatecznie pokonane. Wampirzyca Carmilla razem ze swoją armią wraca do twierdzy, planując kolejny ruch oraz zbudowanie własnego imperium z siostrami. Do tego jednak musi przekonać trzymanego w niewoli Diabelskiego Kowala, Hektora. Trevor Belmont z mówczynią Syphą trafiają do miasteczka Lindenfeld, gdzie tamtejsi mnisi zachowują się dość podejrzanie. Zarządzający miastem sędzia prosi dwójkę o pomoc w wyjaśnieniu tej tajemnicy, a wokół klasztoru krąży niejaki Saint-Germain. Jakby mało było nieszczęść zdradzony kowal Izaak wyrusza do zamku Carmilli z grupą stworzony przez siebie nocnych stworów. Innymi słowy, dzieje się dużo.

castlevania3-1

„Castlevania” wraca z nową serią, która jest na razie najdłuższa (odcinków 10) oraz zawiera dużo wątków do opowiedzenia. I to jest coś, co może wywołać pewne problemy. W poprzednich dwóch seriach historia była bardzo prosta, zmierzająca do ostatecznej konfrontacji Belmonta oraz jego nowych przyjaciół z Drakulą. Ale w tym sezonie spraw jest dużo i można czasem odnieść wrażenie, że nie na wszystko starczy czasu. Zaś poczucie zagrożenia oraz zderzenia ze złem nie jest aż tak silne i intensywne jak wcześniej. Dlatego pojawia się tutaj parę momentów przestoju oraz wątków zbyt wolno prowadzonych (próba przekonania Hektora do pomocy przez niepozorną wampirzycę Leonię czy przekazywanie wiedzy przez Alucarda dwójce wojowników z Japonii), gdzie czekałem na jakieś mocniejsze uderzenie czy rozkręcenie. Dla mnie najciekawszy wątek dotyczył Izaaka oraz jego wędrówki. Tutaj jest wiele świetnych dialogów i rozmów, zaś sam bohater wydaje się bardzo rozdarty między żądzą zemsty a próbami dostrzeżenia dobrych stron w ludziach. Niby jest opanowany i spokojny, ale pod tym wszystkim można zauważyć wątpliwości oraz refleksje (fantastyczna rozmowa z kapitanem statku). Ciężko przewidzieć dokąd to zmierza, dlatego jest taki intrygujący.

castlevania3-2

Z kolei dość przewidywalny i nudnawy jest wątek Hektora oraz próby zmuszenia go do współpracy z Carmillą. Także nowy plan Carmilii jest bardziej dyskutowany niż realizowany, ale do tego akurat nie mogę się przyczepić, bo siły wampirzego rodzeństwa zostały mocno osłabione. Tutaj twórcy pozwalają troszkę lepiej poznać kulturę wampirów oraz relacje między siostrami (Carmilla, Leonia, Marzanna i Strzyga), co troszkę rekompensuje stojącego w rozwoju Hektora. Nadal łatwo podatnego na manipulację i pozbawionego własnego charakteru, by walczyć.

castlevania3-3

No i jeszcze mamy śledztwo Trevora i Saphy w Lindenfeld też toczy się dość spokojnym rytmem, jednak czuć tutaj atmosferę niepokoju. Dziwne zachowania mnichów, sprawiający wrażenie rządzącego miastem sędziego (tutaj reprezentant władzy nie jest idiotą żądnym krwi) oraz Saint-Germaina. Ten ostatni aż do połowy serii pozostaje tajemniczym przybyszem z ukrytym celem. Nie do końca wiadomo, czy można mu zaufać, ale z czasem nabiera głębi, chociaż nie wszystko zostaje wyjaśnione. Liczę na to, że ten bohater jeszcze wróci.

castlevania3-4

Serial Warrena Ellisa to nadal mroczna, krwawa i brutalna rzeźnia. Może nie aż tak widowiskowa jak poprzednio, ale jest parę momentów gore. Same walki ciągle pozostają czytelne i klarowne, bestie odpowiednio niepokojące, zaś ludzie potrafią być równie okrutni jak wampiry. Bardzo „japońska” kreska tylko podkreśla klimat całości, zaś lekko „sakralna” muzyka bardziej przeraża niż uspokaja. Twórcy zostawili furtkę na nową serię i mam nadzieję, że będzie mniej chaotyczna od tej. Nadal jednak uważam, że „Castlevania” jest godną polecenia produkcją dla fanów gier/horroru. Spragnieni nowej krwi?

8/10

Radosław Ostrowski