Skok na bilon

Wydaje się, że sklejenie dwóch nie pasujących do siebie gatunków może być pewnym powiewem świeżości. Problem jednak w tym, żeby umieć to ze sobą połączyć. Bo jak zrobić film z nastolatkami w rolach głównych oraz heist movie? Przecież to się gryzie ze sobą. Od czego jednak jest Netflix, specjalizujący się w realizowaniu najbardziej szalonych pomysłów.

skok na bilon1

Akcja „Skoku na bilon” skupia się w niezbyt prestiżowym liceum w Filadelfii. Kiedy zaczyna się akcja, klasa jest na szkolnej wycieczce w narodowej mennicy. Niby wszystko dzieje się spokojnie, lecz będący jednym z opiekunów dyrektor szkoły zostaje aresztowany. Okazuje się, że oskarżono go o zdefraudowanie szkolnych funduszy. Syn dyrektora, Jason razem ze specjalizującą się w hakowaniu Alice wpada na szalony sposób znalezienia 10 milionów dolarów. Chodziło o włamanie do mennicy, by wydrukować troszkę zmodyfikowane monety oraz sprzedać je.

skok na bilon2

Reżyserująca całość Emily Hagins próbuje połączyć young-adult z heist movie. Sama ta zbitka, gdzie mamy czwórkę bohaterów niejako zmuszonych do skonfrontowania swoich „wizerunków” ze swoim prawdziwym ja. Do tego jeszcze jest skok, który ma pomoc uratować szkołę. Dla mnie jednak problemem było to, że większy nacisk jest położony na wątki związane z liceum. Mamy tą czwórkę postaci (obok syna dyrektora, czyli przystojniaka, komputerowego geeka, laleczkę działającą w różnych kółkach oraz czarnoskórego chłopaka z umiejętnościami mechanika), zderzeni z samym sobą, ambicjami i oczekiwaniami. Wątek kryminalny jest tutaj tak naprawdę pretekstem i poprowadzony w bardzo przewidywalny sposób. Kolejne komplikacje, problemy, spięcia w grupie oraz finał, jakiego domyślić się można. W połowie zacząłem się zwyczajnie nudzić.

skok na bilon3

Aktorstwo też jest w sumie przeciętne, pozbawione znanych twarzy i nazwisk. Postacie nie są zbyt dobrze zarysowane, by dać pole do popisu, trudno kogokolwiek z tego grona wyróżnić. Może to też wynikać z faktu, że ja już zwyczajnie jestem za stary na tego typu kino.

Pozornie „Skok na bilon” mógł się wydawać ciekawym pomysłem pożenienia young adult z heist movie. Szkoda tylko, że nie udało się zachować proporcji między tymi elementami, przez co powstanie kompletny średniak. Niczym nie wyróżnia się z grona produkcji katalogu Netflixa.

5/10

Radosław Ostrowski

Paddleton

Graliście kiedyś w paddletona? Pewnie nawet nie słyszeliście o tej grze, której zasady są proste. Trzeba odbijać piłką tenisową od ściany tak, by trafić do pustej beczki. Tak grali ze sobą Michael i Andy – sąsiedzi oraz przyjaciele. Rytm dnia przebiega podobnie: praca, gra, film kung-fu oraz sen. Wszystko jednak zmienia się, kiedy u Michaela zostaje zdiagnozowany nowotwór. W stanie zaawansowanym, bez jakiejkolwiek szansy na poprawę. Dlatego decyduje się zabić za pomocą leku, tylko że apteka z nim jest dość daleko.

paddleton1

Film Netflixa, o jakim większość z was pewnie nie słyszało. Ale klimatem „Paddleton” bardzo przypominało klimatem kino spod znaku Sundance. Zaskakująco kameralna historia, skupiająca się na przyjaźni dwóch ekscentrycznych znajomych. Postaci, którzy na pierwszy rzut oka nie powinni do siebie pasować, ale łączy ich jedno: samotność oraz pasje. Obydwaj panowie wydają się cieszyć drobnymi rzeczami, na które reszta ludzi raczej nie zwraca uwagi. Jednocześnie kontakt ze śmiercią staje się dla nich chwilą próby, zwłaszcza dla bardzo wycofanego Andy’ego. Czasem jego zachowanie może być irytujące jak kupno sejfu do przechowania tabletek, ale tak naprawdę kryje się za tym wszystkim niezgoda oraz bardzo powolna akceptacja nieuniknionego. Wszystko tutaj pokazane bez słodzenia, w niemal paradokumentalnym stylu oraz oszczędnych, lecz trafnych dialogach. Chociaż ta oszczędność dla wielu może być uważana za nudę.

paddleton2

Jednak to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie świetnie dobrany duet przyjaciół w wykonaniu Marka Duplassa oraz Raya Romano. Obaj tworzą bardzo delikatnie zarysowane postacie, bardzo wyciszone, bez szarżowania czy nadmiernej ekspresji. Ale w wycofanych oczach oraz niewypowiedzianych słowach widać więcej, zaś więź między nimi wybrzmiewa bez poczucia sztuczności czy fałszu. I dlatego jest w stanie poruszyć finałową sceną.

paddleton3

Coraz bardziej widzę, ze najbardziej Netflixowi wychodzą bardziej kameralne tytuły niż produkcje z dużymi budżetami oraz efektami specjalnymi. Może „Paddleton” nie rzuca się w oczy, ale to jeden z bardziej wzruszających filmów tej streamingowej sieci. Tylko otwórzcie się.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sklep z jednorożcami

Coś ostatnio chyba bardziej odczuwalny jest trend aktorów, którzy próbują swoich sił w reżyserii. Bradley Cooper, Paul Dano, Casey Affleck czy Jason Bateman – to ostatnie przypadki z kilku lat. Do tego grona postanowiła dołączyć Brie Larson, tylko są dwa problemy. Po pierwsze, ten film powstał dwa lata temu i miał premierę na kilku festiwalach, lecz nie znalazł dystrybutora. Po drugie, po dwóch latach zainteresował się nim Netflix. A z ich filmami to bywa różnie.

sklep z jednorozcem1

Punkt wyjścia był jednak dość obiecujący: Kit to młoda dziewczyna, dla której największą ambicją jest chęć tworzenia sztuki. Problem jednak w tym, że profesorowie akademiccy nie są w stanie dostrzec jej talentu. Nawet rodzice raczej jej nie wspierają, choć działają jako członkowie grupy wsparcia. Dziewczyna decyduje się w końcu zacząć pracę w korporacji jako stażystka. I spokojnie rozwijałaby swoją karierę, gdyby nie tajemnicze zaproszenie. Do dość ekscentrycznego sklepu, gdzie można kupić… jednorożca. Tak, nie przewidziało wam się.

sklep z jednorozcem2

Larson próbuje w humorystyczny sposób pokazać, co jest najważniejsze: spełnianie cudzych oczekiwań czy znalezienie swojej własnej drogi oraz szczęścia? Symbolem tego ostatniego ma być jednorożec, a otoczenie reaguje z przerażeniem i niedowierzaniem. Problem w tym, że cała ta historia jako komedia się zwyczajnie nie sprawdza. Brzmi to wszystko bardzo sztucznie, nawet wykorzystując elementy fantastyczne. Scenariusz nie wypala, zaś najciekawsze postacie (niepewny siebie cieśla Virgil) wydają się mocno zepchnięte na dalszy plan. Całość wydaje się mocno przewidywalna, zwyczajnie nudna, zaś morał wydaje się brzmieć bardzo nachalnie. Brakuje temu filmowi lekkości, humoru – chociaż zaprezentowanie nowego odkurzacza jest cudowne – oraz interesujących, wiarygodnych postaci.

sklep z jednorozcem3

Larson-reżyserka ma problemy z narracją, ale Larson-aktorkę jest w stanie poprowadzić naprawdę dobrze. Jej Kit to dziewczyna będąca w klinczu między marzeniami a rzeczywistością. Jej powolne odkrywanie swojego ja oraz próby naprawienia relacji z rodzicami potrafią zaangażować. Dziewczyna mimo pewnych wad (egoizm, skupienie na karierze) ma w sobie wiele uroku, by dało się jej polubić. Z kolei Samuel L. Jackson jest typowym Samuelem L. Jacksonem, tylko nie bluzgającym, ale ekscentrycznym dziwakiem. Ale najciekawszy wydaje się Mamoudou Athie w roli troszkę zagubionego Virgila, dodając troszkę lekkości oraz ma niezłą chemię z Larson.

Powiedzmy to sobie wprost – nie jest to udany debiut Larson i nie jest to dobry film od Netflixa. Czy Larson będzie w stanie wyciągnąć wnioski, czy może skupi się na aktorstwie, które wychodzi jej lepiej? Czas pokaże, jednak Netflix ma lepsze dzieła w swoim dorobku. Nie warto marnować czas na „Sklep”.

5/10

Radosław Ostrowski

Bankier oporu

Czy wy też macie takie wrażenie, że dostajecie obietnicę ciekawej opowieści, która nie zostaje później spełniona? Zamiast czuć jakiekolwiek napięcie, zainteresowanie zaczynacie ziewać i się nudzić? Ja niestety tak miałem przy holenderskim filmie zrealizowanym dla Netflixa. Ale po kolei.

bankier oporu1

„Bankier oporu” opowiada historię dziejącą się podczas II wojny światowej, a jej bohaterem jest Walraven Van Hall. Pracuje w Narodowym Banku jako wyższy urzędnik, prowadząc różne operacje. Żyje sobie dość spokojnie i dostatnio. Wszystko jednak zmienia śmierć przyjaciela żydowskiego pochodzenia. Odchodząc z jego mieszkania pojawia się tajemniczy Van den Berk – członek ruchu oporu. Prosi mężczyznę o pomoc w zorganizowaniu finansowania organizacji. Ten, mimo oporu brata (także bankiera) organizuje siatkę oraz system pozwalający pozostać niewykrytym. Niemniej Niemcy zaczynają coś podejrzewać i zaczynają poszukiwania.

bankier oporu3

Sama historia brzmi wręcz jak gotowy materiał na film. To mógłby być thriller pełen napięcia, gdzie nie brakowałoby poszukiwań, obław i ucieczek. Sam sposób funkcjonowania tego całego systemu, dopuszczający się oszustwa, a nawet fałszerstwa weksli, robi wrażenie precyzją oraz prostotą, mimo złożoności. Do tego jak zawsze bezwzględne realia wojny, gdzie przyjaźń i lojalność jest wystawiona na ciężką próbę. Można było dorzucić moralne dylematy (czynienie szkody państwu do czynienia dobra) i wyszło z tego interesujące kino. Niestety, ta dwugodzinna historia nie działa tak bardzo, jak założyli sobie twórcy. I najgorsze jest to, że nie do końca wiadomo, co poszło nie tak. Czy postaci było zwyczajnie za dużo, bo nie jest się w stanie ich zapamiętać? Czy to z powodu paru przeskoków w czasie, wybijających z rytmu? A może z powodu skrótowo opisanej intrygi oraz braku głębiej zarysowanych postaci? Nawet potencjalny dylemat Wally’ego, żeby dalej kontynuować działalność, mimo wpadek nie zostaje poruszony, tylko ciach i robimy dalej. Bo tak trzeba, bo tak wypada.

bankier oporu2

Ciężko mi się przyczepić do realizacji, bo to wszystko wygląda zwyczajnie solidnie. Tylko, że brakuje tutaj jakiegoś mocnego momentu, sceny czy detalu, który pozwoliłby zostać w pamięci na dłużej. Nawet aktorstwo też wydaje się być porządne, bez rozpoznawalnych twarzy. Ale nawet oni niespecjalnie zapadają w pamięć.

To kolejny przykład średniego filmu, którego potencjał został zmarnowany. Zdecydowanie jeden ze słabszych filmów Netflixa, który ostatnio zyskiwał na polu fabuł. To był źle zainwestowany czas.

5/10

Radosław Ostrowski

Ostrzeżenie

Bohaterem tego filmu jest matematyk Jon, który ma pewne problemy psychiczne. Razem z kumplem wyruszają na stację benzynową. Niestety, dochodzi do napadu i kumpel Jona zostaje postrzelony. Nie ginie, ale zapada w śpiączkę. Dziesięć lat później na stacji benzynowej pojawia się chłopiec o imieniu Nico. Jest gnębiony przez kolegów z klasy, zaś matka jest kompletnie bezsilna. W tym samym czasie Jon, męczony przez wyrzuty sumienia, dokładniej bada sprawę napadu. I odkrywa, że w tym miejscu było już kilka przestępstw.

ostrzezenie1

Hiszpański thriller od Netflixa, choć na pierwszy rzut oka nie wydaje się mieć z tym gatunkiem nic wspólnego. Cała narracja tutaj oparta jest na dwóch wątkach, które przecinają się dopiero w finale. Przez co można odnieść wrażenie, że to bardziej dramat niż dreszczowiec. Spoiwem łączącym obydwa wątki jest stacja benzynowa i sklep całodobowy. Miejsce – jak się potem okazuje – nawiedzone, gdzie co kilkanaście działo się coś złego: zamach dokonany przez ETA, zabójstwo kochanki czy nieudany napad na bank zakończony rzezią. Powolne odkrywanie tajemnic staje się obsesją Jona, coraz bardziej psując jego zdrowie psychiczne. Z drugiej strony mamy wychowanego przez matkę 10-latka. Chłopiec nie radzi sobie w relacjach z rówieśnikami, boi się wszystkiego i ma tylko jedną przyjaciółkę. A przełamanie „klątwy” ma być dla niego szansą na pokonanie lęku. Przynajmniej tak to widzi matka, bo chłopak jest bardzo przerażony.

ostrzezenie2

„Ostrzeżenie” pod względem realizacyjnym jest zwyczajnie solidnym. Uwagę zwracają zdjęcia, zwłaszcza gdy nasz bohater zbiera informacje. Kolorystyka jest bardzo ciemna, wiele momentów jest ubarwionych obecnościami robactwa. Dla mnie problemem jest absolutny brak napięcia. Po prostu oglądałem film z dużą obojętnością, a dwutorowa narracja bardzo wybijała mnie z rytmu. Jedynym zaskoczeniem był dla mnie finał, ale to nie było w stanie uratować tego dzieła.

ostrzezenie3

Dla mnie najmocniejszym punktem pod względem aktorskim jest Raul Arevalo. Jon w jego wykonaniu to lekki maniak, samotnik oraz wręcz paranoik. Nie bierze leków, bo tępią mu mózg. Ale jednocześnie jako jedyny próbuje coś zrobić z tym całym zamieszaniem. Ale cała reszta postaci nie wybija się z poziomu solidności.

„Ostrzeżenie” mogłoby być kolejnym intrygującym thrillerem z Hiszpanii. Problemem dla mnie jednak jest realizacja oraz kompletna obojętność podczas oglądania. Szkoda, bo punkt wyjścia był bardzo obiecujący.

6/10

Radosław Ostrowski

Opiekun

Dla Bena Benjamina ostatnie lata nie były zbyt łaskawe. Po rodzinnej tragedii przestał pisać, rzuciła go żona (nie chce on podpisać papierów rozwodowych) i od dłuższego czasu nie może znaleźć pracy. Zapisuje się na kurs opiekuna, by podjąć się tego zadania. Jego pierwsze zlecenie może być dość trudne, bo „klientem” jest Trevor: chłopak cierpiący na dystrofię mięśniową (nie jest w stanie samodzielnie się poruszać). Chłopak jest dość trudny w obyciu i ma dość nietypowe hobby – zbiera informacje o bardzo oryginalnych miejscach. Mężczyzna postanawia wykorzystać to i proponuje wyruszenie do tych miejsc.

opiekun1

Netflix nie ma ręki do filmów – taka opinia się przyjęła przez lata. Jednak w morzu średniaków i słabizn można wyłuskać kilka ciekawych propozycji. Taki jest film Bena Burnetta, mocno budzący skojarzenia z „Nietykalnymi”. I nie chodzi tutaj o relację między opiekunem a nazwijmy go „klientem”, ale także o balansowanie między humorem a powagą. Brak doświadczenia Bena zderzony z dość niewyparzoną gębą oraz irytacją odczuwalną w Trevorze doprowadza do spięć, wręcz elektryzuje. Ale kiedy fabuła idzie w stronę kina drogi. Podróż dla obydwu panów będzie szansą na przewartościowanie pewnych rzeczy. Bo Trevor jest bardzo zamknięty, niepewny, mocno osadzony w swojej wieży zwanej tu pokojem. Trzyma się z góry określonego porządku, trzyma się na dystans i stworzył pancerz w postaci bezczelnego chłopaka. Ben też skrywa tajemnicy, ma minę zbytego psa, sprawia wrażenie człowieka bardziej wegetującego niż żyjącego. Potrafi jednak dostrzec pewne drobiazgi i chce wszczepić radość życia swojemu podopiecznemu. Ale po drodze pojawia się jeszcze trzecia osoba – zagubiona nastolatka Dorothy, szukająca drogi do Denver. I w tym momencie „Opiekun” zaczyna zahaczać w kierunku kina inicjacyjnego, zaś wątek romansowy brzmi szczerze, nie rezygnując z humoru (pierwsze słowo wypowiedziane przez chłopaka do Dot – mistrzostwo podrywu 😉).

opiekun2

Sama realizacja bardzo przypomina kino niezależne. Czyli nie mamy budżetu, ale i tak film wygląda ładnie. Rzadko obecne krajobrazy oraz nietypowe miejsca (farma z największym wyrzeźbionym bykiem czy największa dziura świata) dodają pewnej wyjątkowości do tego projektu. W tle gra bardzo delikatna muzyka, co pomaga wejść w nastrój.

opiekun3

Muszę przyznać, że także aktorsko jest bardzo dobrze. Kompletnie mnie zaskoczył Paul Rudd, bardziej poważny niż zwykle oraz z bardzo melancholijnym wyrazem twarzy. To najbardziej wyciszona kreacja tego aktora, choć nie pozbawiona komediowych momentów (próby nauczenia chłopaka… sikać na stojąco czy rady podczas podrywu). Aktor potrafi się wykazać i ma świetnego partnera w postaci Craiga Robertsa, choć jego postać na początku ciężko polubić. Bo Trevor jest złośliwy, wręcz bezczelny oraz pełen dość specyficznego poczucia humoru. Początkowe utarczki zamieniają się w głęboką, poważną więź. Gdyby ta relacja by zawiodła, film też byłby słaby. Drugą niespodzianką była naprawdę dobra Selena Gomez jako nie do końca mająca plan na życie Dot. Naturalna, troszkę rzucająca mięsem, ale mająca troszkę inną twarz. Jest też dość nadopiekuńcza matka w wykonaniu Jennifer Ehle.

Pozornie zwykły film obyczajowy, ale tak naprawdę to bardzo ciepłe, niepozbawione humoru kino drogi. Nawet Netflix miewa czasem przebłyski i potrafi stworzyć niegłupi film z bardzo nietypową rolą Rudda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przychodzi po nas noc

Kiedy wydaje ci się, że seria o Johnie Wicku to jest szczyt możliwości, jeśli chodzi o kino akcji, oznacza to jedno. Że nigdy nie oglądaliście filmów azjatyckich, bo tam rzeczy dzieją się kosmiczne, wręcz epickie. Po dylogii „Raid” (jeszcze nie obejrzałem) kolejny przedstawiciel Indonezji poszedł na układ z Netflixem, by zrealizować ostry film akcji. Czy takie jest „Przychodzi po nas noc”?

przychodzi po nas noc1

Fabuła wydaje się dość prosta i skupia się na starym facecie o imieniu Ito. Należy do elitarnej grupy zabójców zwanej Siedem Mórz, który pilnuje porządku i dba o równowagę między środowiskami przestępczymi. Ale przez te trzy lata nasz bohater ma już zabijani i przemocy. Podczas akcji w wiosce na widok dziewczynki coś w nim pęka, przez co zabija resztę swoich towarzysz oraz ucieka z dzieckiem. Razem z kumplami próbują ją uchronić, uciekając z kraju. Ale w ślad za nimi wyrusza Yakuza pod wodzą ich dawnego znajomego Ariana. W zamian za wykonanie zadania przejmie dowództwo nad Siedmioma Morzami.

przychodzi po nas noc3

Zazwyczaj w tego typu produkcjach intryga wydaje się być kwestia drugo- czy nawet trzeciorzędną. I tutaj wydaje się być podobnie, mimo wykorzystania retrospekcji (miejscami mocno wybijały mnie z rytmu). Pojawia się kilkoro nowych graczy (lesbijska para zabójczyń-nożowniczek, tajemnicza motocyklistka), przez co czasem ciężko się odnaleźć w tym wszystkim. Twórcy są tutaj poruszone kwestie lojalności, silnych więzi czy próby zerwania z przeszłością, która nigdy nie jest w stanie odpuścić. To jest po to, by zależało nam na naszym bohaterze i jego sojusznikach, ale to tak naprawdę nadbudowa. Twórcy nie próbują robić poważnego, głębokiego dramatu psychologicznego, przez co nie jest to tak mocno wygrywane jak mogło być.

przychodzi po nas noc2

Bo najważniejsza jest tutaj akcja. I wierzcie mi, kiedy w ruch pójdą pięści, machety, noże oraz karabiny, miłosierdzia nie będzie. Ani dla postaci, ani dla widza. Choreografia walk jest w stanie kompletnie zadziwić, zaś bohaterowie wykorzystują wszystko, co jest pod ręką. Nie ważne, czy są to kubki, kule bilardowe czy narzędzia z warsztatu. No i obowiązkowe maczety, który w stanie są zadać naprawdę głębokie rany. A krwi to tutaj będzie od groma, przez co można odnieść wrażenie oglądania bardzo ostrego gore. Osoby o słabych nerwach i miękkich żołądkach nie powinny nawet się do tego zbliżać. Kamera jest bezlitosna i nie odpuszcza, a kilka sposobów filmowania (z góry, z oczu) bardzo uatrakcyjnia odbiór, przez co każda potyczka wygląda inaczej. Ostatni raz takie popisy widziałem w „Upgrade”, ale tutaj jest to jeszcze bardziej podkręcone i szalone jak w przypadku pojedynku na pięści i noże między trzema paniami.

Aktorstwo też w sadzie nie jest tutaj istotne, bo liczy się tutaj choreografia oraz umiejętne wykorzystanie piącho- i maczetopiryny. Pod tym względem każdy aktor daje tu z siebie wszystko. Najbardziej pamiętne momenty ma niezastąpiony Iko Uwais (Arian), Joe Taslim (Ito), Julie Estelle (Operatorka) oraz Hannah Al Rashid (Elena). Tutaj każdy ból, cios, krzyk ma swoją siłę, przez co cała akcja jest intensywna do granic możliwości, zaś wiele pojedynków nie zostanie wymazanych z pamięci tak łatwo.

Jeśli macie Netflixa, zaś obie części „Raid” znacie na pamięć i szukacie czegoś nowego, „Przychodzi po nas noc” jest czymś, co MUSICIE zobaczyć. Bezkompromisowa jatka, jakiej moje oczy nie widziały od bardzo dawna.

8/10

Radosław Ostrowski

Potrójna granica

Było ich pięciu i razem służyli w wojsku jako komandosi. Ale potem ich drogi się rozeszły, nie zawsze na dobre. Jeden z nich „Ironhand” wygłasza mowy motywacyjne dla żołnierzy, jego brat walczy w klatce MMA, „Pope” pracuje z brazylijską policją, „Catfish” jest pilotem działającym na prywatnej sieci, zaś ich szef obecnie sprzedaje mieszkania. W końcu Pope decyduje się skrzyknąć ich wszystkich na pewną prywatną akcję. Cel jest prosty: zabicie szefa kartelu narkotykowego oraz zgarnięcie jego kasy w jego hacjendzie (jakieś 75 milionów dolców). W kompletnej tajemnicy, bez żadnego wsparcia.

potrojna granica1

Netflix jedzie na ambicji i nie boi się sypnąć kasą. Ale tym razem sięgnięto po mocne nazwiska: scenarzysta Mark Boal („The Hurt Locker”), reżyser J.C. Chandor („Rok przemocy”) oraz jako producentka Kathlyn Bigelow. „Potrójna granica” miała zadatki na mocny i ostry film sensacyjny w konwencji heist movie, z konsekwentnie realizowanymi częściami tego typu kina. Czyli zebranie ekipy, krótkie przedstawienie tła każdej z postaci, rekonesans, egzekucja akcji oraz próba odwrotu. Muszę przyznać, że reżyserowi udaje się wciągnąć w tą historię o chciwości i moralnych dylematach. Do czego można się posunąć, by osiągnąć swój cel? I nawet podejmując się niemoralnych decyzji, trzymałem kciuki, żeby im się udało. Ale kolejne decyzje oraz sytuacje, mogą już budzić pewien opór. Zabijanie, kradzież, pościgi, chciwość oraz żądza pieniądza.

potrojna granica2

Sama scena kradzieży oraz dotarcia do lotniska potrafi utrzymać w napięciu. Choć samej przemocy i krwi jest tu zaskakująco niewiele, ale to wystarcza. Problemem jednak jest moment, kiedy zaczynają się pojawiać schody. Nawet nie chodzi o to, że te problemy zaczynają się nawarstwiać (zepsucie helikoptera, sytuacja w wiosce, gdzie lokalni chcą ukraść forsę czy przechodzenie przez góry), tylko że same te okoliczności wydają się wprowadzone w sposób mechaniczny. Wszystko to wydaje się bardzo przewidywalne, a postacie zachowują się w dość nerwowy, gwałtowny sposób. Wtedy napięcie zamiast podkręcić i iść ostro w górę, zaczyna spadać. I nie pomaga w tym ani realizacja (zdjęcia oraz plenery są naprawdę ładne), ani sam scenariusz. Nie brakuje tutaj mocnych scen jak przechodzenie przez góry czy ostrzał w tej okolicy.

potrojna granica3

Najmocniejsza pozostaje obsada, gdzie czuć tutaj kompletnie chemię oraz relacje między tymi postaciami. To zgranie, silne więzy oraz zaufanie jest namacalne i dostarcza wiele frajdy. A kogo tu nie ma: Ben Affleck w jednej ze swoich najlepszych ról, Oscar Isaac jak zawsze trzymający fason, trzymający się mocno ziemi Charlie Hannam, troszkę rednecki Garrett Hedlund oraz pozornie stonowany Pedro Pascal. Ogląda się ich znakomicie.

„Potrójna granica” to film, wobec którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony dostarcza frajdy, ma świetnych aktorów oraz obiecuje wiele satysfakcji. Z drugiej jednak nie mogłem pozbyć się wrażenie, że można było wycisnąć z tego coś, co mogło być drugim „Skarbem Sierra Madre”. Jednak klisze oraz schematy były mocniejsze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jak nas widzą

Rok 1989 dla Nowego Jorku był dość ciężki, bo przestępczość szybowała w górę. Ale w kwietniu w Central Parku doszło do masy wybryków: zaczepki, bijatyki oraz chuligańskie wybryki dokonane przez młodych ludzi. Jednak doszło też do najgorszego – gwałtu oraz pobicia kobiety. Białej kobiety. Zaś poszukiwania zawężono się do czarnoskórych chłopaków. Ostatecznie wytypowano pięć osób (czterech czarnoskórych i jednego Latynosa), których maglowano i zmuszono do przyznania się do zbrodni, nie popełnionej przez żadnego z nich. Nazwani później Piątką z Central Parku zostali skazani, co mocno naznaczyło ich.

Jak Netflix robi serial, to czasem potrafi uderzyć. Tym razem reżyserka Ava DuVernay uderza w wymiar sprawiedliwości, dla którego liczy się jak najszybsze rozwiązanie sprawy. Prawda nie jest tutaj najważniejsza, a zeznania wyciąga się w bezwzględny sposób: manipulacja, sugerowanie, brak obecności rodziców/opiekunów, brak snu, brak jedzenia, bicie, wyzwiska. Do tego jeszcze mocno naciągane dowody, problemy z chronologią. A to dopiero początek dramatu oraz tragedii. Każdy odcinek (a jest ich cztery) zrobiony jest w innej konwencji, co tylko uatrakcyjnia seans. Najpierw mamy śledztwo (odcinek 1), następnie proces (odcinek 2), by przyjrzeć się naszym bohaterom w trakcie oraz po odsiadce (odcinek 3 i 4). Im bardziej ogląda się kolejne sceny oraz sytuacje, tym trudniej było mi uwierzyć, ze mogło dojść do takiej sytuacji. Pierwsze dwa odcinki mają siłę ciosu obuchem. Policyjna niekompetencja oraz proces, gdzie obrona punkt po punkcie obala kolejne punkty oskarżenia. A sam koniec tego odcinka gra na emocjach w sposób godny thrillera. Tutaj też nie brakuje eksperymentów w postaci montażowych przebitek, zmian kątów czy dużej ilości zbliżeń.

Pozornie odcinek 3 wydaje się być mniej intensywny, ale w żadnym wypadku nudny. Bo powrót do społeczeństwa jest bardzo trudny – ciężko znaleźć uczciwą pracą, ludzie reagują wrogością i nienawiścią. Nawet ci, którzy powinni wspierać (macocha Raya Santany Jra.) mogą stać się obcymi. Same rodziny też pośrednio obrywają za rzekome zbrodnie, zaś społeczeństwo wydało wyrok na samym początku sprawy. Za to najmocniejsza jest historia Koreya, który jako jedyny trafił do więzienia dla dorosłych. Chłopak przeżywa momenty załamania, zwątpienia, bicia, gnębienia w różnych aresztach. Tutaj znów wraca ten klimat oraz poczucie bezsilności z początku. Aż dochodzi do przewrotki, która zmienia wszystko. Tutaj emocje i napięcie są budowane w sposób precyzyjny, zaś każdy odcinek ma masę niezapomnianych momentów. Aż nie mogłem uwierzyć, że to się mogło wydarzyć. A w czasach, kiedy nienawiść oraz uprzedzenia znowu zaczynają nabierać na sile, może się to powtórzyć. I to ostrzeżenie potrafi uderzyć.

Realizacyjnie ciężko mi się przyczepić do czegokolwiek. Znakomita reżyseria, fantastyczny scenariusz oraz montaż, a także kostiumy i scenografia. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu i gra, zaś aktorstwo jest także z najwyższej półki. I nie mówię tutaj tylko o doświadczonych wyjadaczach pokroju Felicity Huffman (śliska karierowiczka Linda Fairstein), Very Farmiga (zmuszona do ostrej gry prokurator Lederer), Michaela Kennetha Williamsa (ojciec Antona z kryminalną przeszłością) czy ostatnio troszkę bardziej obecnego Johna Leguizamo (Ray Santana Sr., ojciec jednego z oskarżonych), ale przede wszystkim młodych aktorów. Chciałbym powiedzieć dziecięcych, ale bardziej pasuje określenie naturszczycy. Każdy z nich jest świetny, wiarygodny, jednak z tego grona najbardziej wybija się dwóch aktorów. Pierwszym jest Assante Blackk, czyli młodsze wcielenie Kevina – najmłodszego oskarżonego w tym gronie, pokazując jego kompletne zagubienie i przerażenie sytuacją. Ale dla mnie tak naprawdę liczył się Jharrel Jerome, absolutnie kradnący każdą scenę jako Korey. Jako jedyny grał zarówno młodsze, jak i dorosłe wcielenie swojego bohatera. Sceny jego pobytu w więzieniu pozwalają bliżej poznać sama postać oraz jego reakcję na piekło. Absolutnie powalająca kreacja.

„Jak nas widzą” pokazuje, że Netflix potrafi być godnym konkurentem stacji telewizyjnych pokroju HBO czy innych sieci streamingowych. Niby historia wydawała się przewidywalna (przynajmniej dla mnie), ale twórcy wycisnęli z niej wszystko, tworząc bardzo mocne oskarżenie wobec niesprawiedliwego wymiaru sprawiedliwości. Obok „Czarnobyla” to najlepszy mini-serial tego roku.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Point Blank

Wszystko zaczyna się od strzelaniny. Widzimy wybiegającego mężczyznę, ściganego przez innych ludzi. Dzwoni do brata i wydaje się, że udaje się zbiec. Niestety, uciekinier imieniem Abe zostaje potrącony przez inne auto, a cały plan szlag jasny trafia. Tak się trafia, że znajduje się w szpitalu, gdzie pielęgniarzem jest niejaki Paul. Ten facet wydaje się spokojnym szaraczkiem, czekającym na syna. Losy obu panów zostają splecione, kiedy żona Paula zostaje porwana. A odzyska ją wtedy, kiedy pomoże uciec nieprzytomnemu przestępcy.

point blank1

Netflix tym razem bierze na warsztat francuski thriller Freda Cavaye i przenosi go na amerykańskie realia. Reżyser Joe Lynch do tej pory robił raczej horrory, a tutaj mamy do czynienia z klasycznym buddy movie. Czyli duet niedopasowany i skontrastowany łączy siły we wspólnej sprawie. Po drodze mamy brata bandyty, skorumpowanych gliniarzy, gangsterów (tutaj są też fanami kina – co jest pewnym ubarwieniem) oraz wyścig z czasem. Innymi słowy klasyka gatunku oraz samograj, który powinien wypalić. Zaskoczeń fabularnych nie ma, ale opowiedziane jest to bardzo sprawnie. Pościgi zrobione są z nerwem, strzelaniny też nie wywołują znużenia, zaś parę jazd kamery (m.in. przygotowania Paula do wyciągnięcia Abe’a czy wyciągniecie torby) urozmaicają seans. Bijatyki też są pomysłowe (akcja w myjni samochodowej), zaś odrobinka humoru dodaje odrobinę lekkości.

point blank2

Dla mnie jednak największym problemem była przewidywalność fabuły. Z góry wiadomo kto jest skorumpowanym gliną, kto jest tym dobry oraz kto dla kogo pracuje. Wszystko jest prowadzone po sznureczku i brakuje jakiegoś elementu zaskoczenia. Przez co troszkę nie czułem stawki za bardzo.

point blank3

Sytuację częściowo rekompensuje obsada. Czuć tutaj chemię między naszymi protagonistami, czyli Anthonym Mackie oraz Frankiem Grillo. Ten pierwszy wydaje się być tym delikatnym, zaś ten drugi to niemal klasyczny, małomówny twardziel. I o dziwo ten duet mimo woli z każdą minutą zaczyna się rozkręcać, zaś bohaterowie pokazują troszkę inne oblicze. Drugi plan zawłaszcza dla siebie Marcia Gay Harden, czyli detektyw Lewis (główna antagonistka), choć wydaje się nie mieć zbyt wiele do roboty.

Nie jest to jakaś rewolucja dla Netflixa, ale nie jest to też średniak. Proste, nieskomplikowane buddy movie, potrafiące dostarczyć odrobinę rozrywki oraz frajdy. Dla wielu kinomanów myślę, że to będzie ok.

6/10

Radosław Ostrowski