Kajko i Kokosz – seria 2

Przy drugiej serii odcinkowych przygód Kajka i Kokosza twórcy chyba się bardziej postarali. I nie chodzi tylko o lepszą jakość animacji czy większą ilość odcinków (tym razem 9 zamiast 5), ale też same opowieści są o wiele różnorodniejsze.

Bo problemem już nie są tylko zbójcerze Hegemona, choć ten ma parę niezłych pomysłów w rodzaju infiltracji Mirmiłowa. Twórcy rozszerzają ten świat, co jest dużą zaletą. Trafiamy na urlop do leczniczej wyspy, gdzie pewien wielki kapłan planuje stworzyć własną armię, a to pewna nastoletnia księżniczka chce na urodziny smoka i próbuje wykraść Milusia, Mirmił chce opanować sztukę latania, wreszcie nasi wojowie zostaną oskarżeni przez Dziada Borowego o ścięcie drzew. Jedna historia związana z wypoczynkiem na wyspie jest rozbita na dwie części, ale reszta pozostaje luźno powiązanymi epizodami.

Sama animacja wydaje się jakby trochę lepsza i bardziej płynna, zaś same historie mniej nudzą. Już pierwsza, gdzie nasi wojowie w ramach kary za niezapłacenie posiłku muszą sprawdzić gród, gdzie straszy jest bardzo zgrabnie poprowadzony. I jeszcze ta mgła w samym grodzie buduje klimacik. Nawet powtarzalne gagi (rozrabiający Miluś, przez którego nasi wojowie pakują się w poważne tarapaty) potrafią rozbawić. Czy to kiedy podczas Dnia Śmiechały wszyscy robią sobie kawały – ten odcinek to czyste złoto; czy jak Kajko, Kokosz i Miluś zostają wygnani, próbując sobie radzić w dziczy (co kończy się częstym suszeniem gaci przez równie częste wpadanie do wody). Albo metody lecznicze w wypoczynkowym ośrodku. O tym jak ludzie Hegemona dostają łupnia nawet nie wspomnę. Aczkolwiek to nadal jest produkcja raczej dla młodszego widza.

Dubbing znowu błyszczy, zaś nowe głosy (m. in. Andrzej Seweryn, Krystyna Janda czy Jerzy Stuhr) dopełniają tej niezwykłej przygodzie. Dźwiękowo też wszystko gra i trąbi, bez problemów rozumiałem każdy wypowiadany dialog. I nawet jest parę odniesień do współczesności oraz popkultury (ze słynnym rumakowaniem), co też jest miłym urozmaiceniem.

Dla mnie drugi sezon „Kajka i Kokosza” rozwija ten świat, przez co jest o wiele bardziej urozmaicony. Jest o wiele zabawniej, zgrabniej napisane i ogląda się z wielką przyjemnością. Wielka szkoda, że więcej odcinków nie dostaniemy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kajko i Kokosz – seria 1

Powiem jedną rzecz, by nie było wątpliwości: nigdy nie czytałem komiksów Janusza Christy. Moja styczność z „Kajkiem i Kokoszem” ograniczyła się do gry komputerowej, jeszcze z czasów Amigi. Czyli bardzo dawno temu. W 2021 premierę miał pierwszy sezon animowanego serialu od Netflixa oparty na komiksach. Na papierze brzmiało to dobrze: za scenariusz odpowiadali twórcy komiksowi Rafał Skarżycki („Jeż Jerzy”) i Maciej Kur („Kajko i Kokosz – Nowe przygody”), wśród reżyserów był m. in. Michał „Śledziu” Śledziński (autor komiksu „Osiedle Swoboda”), zaś za projekty postaci odpowiada Sławomir Kiełbus, naznaczony przez samego Christę na swojego następcę. Co mogło pójść nie tak?

Sama historia jest bardzo prościutka i przypomina losy pewnych dwóch dzielnych Galów. Jest sobie gród Mirmiłowo, kierowany przez kasztelana Mirmiła. Broni go dwóch przyjaciół oraz dzielnych wojów, czyli Kajko i Kokosz. Jak w cyklu duetu Gościnny/Uderzo pierwszy jest niskim spryciarzem, drugi potężnym osiłkiem. A kto atakuje Mirmiłowo – zbójcerze z pobliskiej warowni pod wodzą Hegemona. Ten szuka wszelkich sposób na wykurzenie mieszkańców grodu.

Pierwsza seria ma raptem pięć odcinków po niecałe 15 minut, więc są bardzo króciutkie. W zasadzie to są miniaturki, w zasadzie nie powiązane ze sobą fabularnie. Niemniej schemat jest podobny: Hegemon chce zdobyć gród, ma plan (lub podrzuca mu go Kapral) i kiedy robi się nerwowo, dochodzi do przewrotki, a zbójcerze dostają łupnia. Postacie w zasadzie są zarysowane bardzo prostą kreską (dosłownie), która może i podobna do komiksów, jednak jest bardzo uproszczona. Nie jest to może poziom czegoś, co by wyglądało jak przeglądarka, ale nieco tylko lepiej. Sam tytuł ewidentnie skierowany jest do młodego widza, co widać w humorze (lekko slapstickowym), postaci smoka Milusia czy przekomarzaniach naszych wojów. Nie wspominając o niektórych tekstach zbójcerzy, z których najbardziej błyszczy Kapral i Oferma. Bo Hegemon jest poza kategorią.

Dźwięk też wypada tu bardzo dobrze, zwłaszcza skoczna muzyka w „słowiańskim” duchu. Dubbing też wypada naprawdę dobrze, co jest zasługą reżyserki Anny Apostolakis, która także użyczyła głosu Lubawie. I udało się zebrać wybornych aktorów, ze zgrabnym duetem Artur Pontek/Michał Piela na czele w rolach tytułowych. Jak zawsze poziom trzymają weterani, czyli Jarosław Boberek (kasztelan Mirmił), Grzegorz Pawlak (Hegemon) czy Jacek Kopczyński (Kapral). Ale dla mnie niespodzianką była Agata Kulesza (wiedźma Jaga), którą bardzo trudno rozpoznać oraz przeuroczy Jan Aleksandrowicz-Krasko (zbój Łamignat).

Jednak czy osoba nie mająca kontaktu z materiałem źródłowym jest w stanie dobrze się tu bawić? Jeśli spodziewacie się czegoś na poziomie Asterixa (także tych ostatnich animacji), „Kajko i Kokosz” nie ma startu. Ale to w sumie bardzo sympatyczna produkcja, zrobiona z pasją i sercem. Niemniej technikalia i użyte oprogramowanie ciągną ten tytuł w dół. To jednak tylko pięć odcinków, więc czas nie będzie raczej stracony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Morska bestia

Netflix ostatnimi czasy coraz bardziej próbuje tworzyć jakościowe filmy. Częściej jednak udaje się osiągnąć sukcesy przy filmach dokumentalnych oraz animacjach. Nie inaczej jest w przypadku „Morskiej bestii”, choć całość może wydawać się zbyt znajoma.

Bohaterką jest Maisie – młoda dziewczyna, której rodzice zginęli na morzu jako łowcy bestii. Obecnie przebywa w sierocińcu, uciekając z niego wielokrotnie. Jedyne o czym marzy to o dołączeniu do załogi Niezwyciężonego pod wodzą kapitana Crowa. Załoga od dawien dawna poluje na morskie potwory, które atakują i niszczą ludzkie domostwa na wyspach. Za swoje działa łowcy nie tylko otrzymują nagrody od władców, lecz stają się żywymi legendami. Ale dla kapitana pozostał jeden niewyrównany rachunek – Czerwony Szalej. Wielki stwór, co pozbawił dowódcę oka 30 lat wcześniej. Co może pójść nie tak? Poza naszą pasażerką na gapę, której bezczelność imponuje Crowowi.

Za „Morską bestię” odpowiada Chris Williams, który jako reżyser i/lub scenarzysta tworzył dla Disneya takie tytuły jak „Piorun”, „Wielka Szóstka” czy „Vaiana”. Sama historia jest prosta, gdzie wszystko wydaje się na znajomym schemacie. Mamy wielkie i paskudne monstra, żądnego zemsty kapitana, gotowy do poświęcenia wszystkiego oraz lojalnej załogi, młodą dziewczynkę-idealistkę. Dorzućmy jeszcze niewygodną tajemnicę, a poczujemy jakieś deja vu. Bo tradycja okazuje się kłamstwem, potwory nie są aż tak okrutne (Czerwona jest cudowna!!!!), zmuszona do walki przez człowieka. Jeśli chodzi wam po głowie „Jak wytresować smoka”, to jest to skojarzenie bardzo na miejscu. Tylko zamiast Wikingów i smoków są łowcy oraz bestie.

Sama animacja jest bardzo solidna, choć nie imponuje jak dzieła Pixara. Jest jednak kilka wizualnych perełek, związanych ze scenami morskimi. Pierwsze starcie z bestią w obronie drugiego okrętu zapiera dech w piersiach i trzyma się w napięciu niczym w klasycznym kinie przygodowym. Drugi akt na wyspie, gdzie relacja między dziewczynką a Czerwoną (pyszczek niemal jeden do jeden to Szczerbatek, choć nos inny) ma jeden cudny patent w postaci jajek w ziemi. Takich szczegółów jednak jest trochę, ale polecam samemu się przekonać. Do tego w tle gra cudowna muzyka w marynistycznym klimacie, choć sam finał nie dał mi pełnej satysfakcji.

Za to bardzo dobrze wypada dubbing i mówię tu o oryginalnej ścieżce dźwiękowej. Najjaśniejszym punktem jest dla mnie fantastyczny Jared Harris jako kapitan Crow. Jest charyzmatycznym liderem, pełnym energii, mimo sporego wieku. Z czasem jednak obsesja i żądza zemsty zaczyna brać nad nim górę, co powoduje złamanie niepisanego kodeksu honorowego. O tym drugim przypomina Jacob, któremu głosu użyczył sam Karl Urban. Honorowy i uczciwy, lecz tak samo jak kapitan ma nienawiść do morskich bestii. Wszystko zmienia się przy Maisie oraz Czerwonej, co zmusza go do weryfikacji swoich przekonań. Sama dziewczynka, czyli Zaris-Angor Hator wypada bardzo solidnie. Nie drażni, wydaje się przedwcześnie dojrzała, lecz nie przemądrzała i trudno jej nie kibicować.

„Morska bestia” nie porządnym dziełem Netflixa, któremu jednak do oryginalnych animacji troszkę brakuje. Miejscami aż za bardzo przypomina „Jak wytresować smoka” w przesłaniu czy narracji, ale jako film przygodowy ma w sobie wiele uroku. Na tyle dużo, by dać szansę wyruszyć w rejs.

7/10

Radosław Ostrowski

Pewnego razu na krajowej jedynce

Polskie udane seriale Netflixa są jak uczciwi politycy – podobno istnieją, ale na oczy nikt ich nie widział. Ciekawe dlaczego? Bo sam potentat streamingowy nie chce promować, bo liczą na szeptany marketing, posty Twittera czy coś. Chyba dlatego teraz trafiłem na serial, który premierę miał pod koniec zeszłego roku.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że mamy czwórkę nieznajomych: samotnego ojca z córką-nastolatką, kobieta odchodząca od swojego dzianego męża, niepewny siebie chłopak. Cała grupa rusza do Cieszyna samochodem, choć dochodzi do spięć. Jednak przez przypadek (a dokładniej przez samochód) wpadają w posiadanie 2 milionów złotych. Pieniądze te pochodzą z napadu na bank, zaś złodziej na pewno będzie chciał odzyskać skradziony łup. Do tego całego jeszcze wplątuje się lokalna prostytutka Celina oraz jej brutalny alfons, co w żaden sposób nie ułatwia sytuacji.

Brzmi znajomo? Debiutująca scenarzystka Dorota Trzaska mocno przy pisaniu historii inspiruje się dwoma rzeczami. Po pierwsze – „Fargo” braci Coen, czyli skręcamy w czarną komedię, gdzie zwykli ludzie pakują się w niezwykłą sytuację. Bywa brutalnie i krwawo, ale nie rzucamy posoką we wszystkie możliwe kierunki. Nie brakuje tarć oraz nieporozumień, które podkręcają napięcie i komplikują niełatwą sytuację. Po drugie – „The End of the F***ing World”, choć tutaj inspiracja jest wyczuwalna w warstwie formalnej. Sposób kadrowania, wykorzystanie muzyki w „retro” stylu oraz dość ekscentryczna mieszanka bohaterów. Gdzie każdy ma dość niełatwą przeszłość (najmniej dowiadujemy się o Leonie – samotnym ojcu, nie radzącym sobie z dość pyskatą oraz nieodpowiedzialną córką), którą poznajemy w krótkich retrospekcjach. Nawet naszego bandyty, co jest przyjemną niespodzianką.

Reżyserzy Grzegorz Jaroszuk i Jakub Piątek wydają się tak odlegli, że już bardziej się nie da. Pierwszy stworzył groteskowo-absurdalny „Kebab i horoskop”, zaś drugi debiutował thrillerem „Prime Time”. Ale ta kombinacja działa. Nie tylko dobrze wygląda, zaś kilka zabaw formalnych (m. in. podzielony ekran) uatrakcyjniają seans. Sami bohaterowie są dość barwni, chociaż nie wszyscy budzą sympatię od razu jak bardzo niepewny siebie Wojtek czy przyzwyczajona do bogatego życia i pazerna Klara. O córeczce Diance nawet nie wspominam, choć powoli zacząłem sympatyzować z nimi. Niemniej trzeba dać im trochę czasu, który na szczęście dostajemy. Dlaczego na szczęście? Bo serial ma sześć odcinków po około 25 minut, więc obejrzenie go nie zajmie zbyt wiele czasu. Jak w przypadku „The End of the…”.

Aktorsko też jest więcej niż bardzo dobrze, co jest po części zasługą reżyserii, ale też wybrania mniej znanych i ogranych twarzy. Każdy ma tutaj swoje pięć, choć jeśli miałbym wskazać ulubieńców, to zdecydowanie byliby to Juliusz Chrząstowski (Leon) oraz Jaśmina Polak (Celina). Pierwszy ze zmęczoną i spokojną twarzą, parę razy potrafi nagle eksplodować oraz zaskoczyć. Z kolei Polak jest typową cwaniarą, wykorzystującą okazję i manipulując wszystkimi dookoła. Jedynie jej alf Adrian (mocny Mateusz Król) wydaje się niezbyt uległy wobec jej sztuczek oraz słów. Szczególnie jak jest na haju. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o Annie Ilczuk (Klara) czy wręcz wybuchowej Mai Wolskiej (Dianka), której zachowania nie da się przewidzieć. Najsłabiej (nie znaczy, że źle) prezentuje się małomówny Łukasz Garlicki (bandyta Leon) oraz balansujący na granicy przerysowania Michał Sikorski (lekko zniewieściały i zagubiony Wojtek). Jeśli dodamy jeszcze parę znanych aktorów w epizodach – nie zdradzę kto, bo nie chcę psuć niespodzianki – to dostajemy bardzo satysfakcjonujący mini-serial.

„Pewnego razu na krajowej jedynce” jest krótką, zaskakująco przyjemną oraz zwariowanym komediodramatem, dobrze przeszczepiający klimat Coenów na nasze podwórko. Miejscami mroczny i krwawy, miejscami ekscentryczny, ale bardzo świeży, świetnie napisany oraz zagrany. Dla mnie jeden z najlepszych polskich seriali dla Netflixa.

8/10

Radosław Ostrowski

Już nie żyjesz – seria 3

W tym sezonie nasza wariacka przyjaźń między Judy i Jen znowu zostaje wystawiona na ciężką próbę. Jak pamiętamy ktoś walnął w samochód naszych pań, a następnie uciekł, więc trafiają do szpitala. Naszej sfrustrowanej Jen na szczęście nic poważnego nie dolega, poza potłuczeniami. Niestety, u Judy jest dużo poważniej – jakieś tajemnicze plamy znaleziono, więc trzeba zrobić dodatkowe badanie. Judy niechętnie się tego podejmuje i… okazuje się, że ma raka macicy. W stadium czwartym, czyli ostatnim.

Trzecie spotkanie z bohaterkami „Już nie żyjesz” bardziej skręca w stronę dramatu niż czarnej komedii. Nadal sercem jest relacja dwójki skontrastowanych kobiet, które już są przyjaciółkami. W końcu niż tak nie buduje przyjaźni jak zbrodnia. Tylko cała tajemnica powoli zaczyna się sypać, co oznacza załamanie gruntu pod nogami. Cała gangsterska intryga zostaje zepchnięte na tło, że można właściwie o niej zapomnieć. Więcej jest tutaj interakcji z policją (detektyw Perez jako „kontakt” Jen) oraz tym dobrym bratem bliźniakiem Benem Woodem. Tak jak w poprzednich seriach pojawiają się kolejne zakręty, niespodzianki i twisty, co komplikuje i tak skomplikowaną historię. A czego tutaj nie ma: nagła, śmiertelna choroba oraz próby radzenia sobie z tym; policja i FBI próbujące dopaść sprawców; próbujący sobie poradzić z alkoholem Ben; wyboista relacja Bena z Jen; awaria wanny; wreszcie ucieczka do Meksyku.

Początek tej serii jest dość spokojny, nadal twórcom udaje się zachować równowagę między dramatem a komedią, nawet jeśli jest to bardziej ironiczny niż czarny jak smoła. Zaskakująco więcej jest tutaj scen dramatycznych (chemioterapia), zaś wspólne rozmowy Jen i Judy mają w sobie o wiele więcej ciężaru emocjonalnego. Chemia między Christiną Applegate i Lindą Cardellini działa tutaj cuda. Nadal oglądało mi się te panie z coraz większą przyjemnością, zaś Judy staje się mniej irytująca niż w serii pierwszej. Zaś ostatni odcinek poruszył mnie w najmniej spodziewanym momencie. Ostatnia scena to taki cliffhanger, który zamyka historię w zawieszeniu.

Aktorsko nadal jest bardzo dobrze. Kolejny raz trzyma fason James Marsden, czyli Ben Wood. Zagubiony, lubiący wypić, ale nadal budzący sympatię. Jego powolna droga do wyjścia na prostą pokazana jest przekonująco, a nawet dramatyczne momenty sprzedaje bez problemów. Reszta nadal zachowuje fason, z cudnymi epizodami Frances Conroy (matka Bena i Steve’a), Katey Sagal (matka Judy – oszustka) oraz Garretta Dillahunta (agent FBI Glenn Morales).

Jestem bardzo zaskoczony jak równym serialem była produkcja od Liz Feldman. Zgrabnie mieszająca dramat i komedię, z fantastycznym duetem prowadzącym oraz dobrze prowadzi kwestie mierzenia się z poczuciem winy, żałobą i dojrzewaniem do brania odpowiedzialności za swoje czyny. Wariacka hybryda z zaskakująco emocjonalnym finałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Halston

Roy Halston – czy komuś z tu obecnych coś mówi to nazwisko? Zapewne nie. Mnie również nic nie mówiło, bo na modzie się znam jak politycy na sztuce nowoczesnej. Dałem jednak sobie szansę dla tego miniserialu o (dzisiaj) zapomnianym projektancie mody z dwóch powodów. Po pierwsze: producencko palce maczał drogi narybek Netflixa, czyli Ryan Murphy. Po drugie, tytułową rolę zagrał sam Ewan McGregor. I co z tego wyszło?

halston3

Wszystko zaczyna się w 1962 roku, gdy nazwisko Halstona pierwszy raz wypłynęło w mediach. Wszystko dzięki prezydentowej USA Jackie Kennedy, a dokładniej noszonym przez niej kapeluszu. To spowodowało sporą sprzedaż, jednak trwało to kilka lat. Designer zaczął szukać nowych rzeczy do zaoferowania, jednak brakowało mu zarówno wsparcia finansowego, jak i współpracowników. Jedno i drugie powoli udało się zdobyć, ale cały czas potrzebował przełomu. Czegoś, co da mu rozpoznawalność oraz zapewni duży sukces. Taką szansą staje się „bitwa o Wersal”, czyli wspólnym pokaz mody francuskich i amerykańskich projektantów, będący konfrontacją współczesnych trendów.

halston1

Sam miniserial, choć krótki (odcinków tylko 5), próbuje bardzo dużo zmieścić. Z jednej strony mamy karierę Halstona, jego coraz bardziej rozrastające się imperium na przestrzeni dekad oraz upadek, z drugiej coraz bardziej zmieniające się trendy lat 60., 70. i 80., a także następująca komercjalizacja, co doprowadza do większego głosu korporacje. Z trzeciej mamy spojrzenie na samego Halstona, którego przekonanie coraz bardziej autodestrukcyjna droga i przekonanie o swojej wyższości oraz racji doprowadza do izolacji, samotności, wreszcie utraty praw do swojej marki.

halston2

Dzieje się dużo, nawet za dużo i można łatwo się w tej chaotycznej narracji pogubić. Bo po drodze jeszcze ostre imprezy w Studio 54, przyjaźń z Lizą Minnelli, wreszcie prywatna relacja z męską prostytutką Victorem Hugo. Życie prywatne miesza się z życiem zawodowym, mamy krótkie przebitki z czasów dzieciństwa (awantury rodziców), coraz większa obecność narkotyków, branie na siebie obowiązków. Reżyserowi Danielowi Minahanowi oraz scenarzystom pod wodzą Sharra White’a ciężko się zdecydować o czym tak naprawdę „Halston” ma być. Przeskoki w czasie są spore, postacie nagle potrafią zniknąć (jak np. zaczynający u Halstona przyszły kostiumolog i reżyser Joel Schumacher), co tylko wywołuje dezorientację. A jednak jest kilka bardzo mocnych czy olśniewających wizualnie scen jak stworzenie nowej sukienki, przygotowania do pokazu czy reklamy kolejnych produktów Halstoma. Gdyby jednak ktoś po seansie mnie zapytał, kim tak naprawdę był Roy Halston, odpowiedź byłaby dalej niż bliżej.

halston4

Co może się podobać w serialu? Na pewno scenografia i kostiumy, którym poświęcono wiele czasu oraz uwagi. Klimat realiów też oddano świetnie, w czym na pewno pomogła świetnie dobrana muzyka. Na drugim planie też jest kilka interesujących ról (m. in. Gian Franco Rodriguez, Rebecca Dayan, David Pittu czy zjawiskowa Krysta Rodriguez jako Liza Minelli). Ale i tak najważniejszy w tym wariactwie jest Ewan McGregor w roli tytułowej. Jest odpowiednio charyzmatyczny, władczy, kreatywny oraz silną osobowością, ale pod tym wszystkim skrywa się bardzo zagubiony, niepewny siebie, desperacko pragnący uwagi oraz akceptacji mężczyzna. Im dalej w las, tym coraz bardziej wyraźna staje się megalomania, nieopanowane ego i żądza władzy. Finał tej postaci nie mógł być inny, ale aktor znakomicie pokazuje złożoność tego bohatera, bez popadania w teatralną przesadę czy karykaturę. A o to byłoby bardzo łatwo, grając geja. Szkot jednak wszystko wygrywa bezbłędnie, włącznie z akcentem.

Ciężko mi jednoznacznie polecić czy zachęcić do obejrzenia „Halstona”. Z jednej strony jest absolutnie charyzmatyczny McGregor oraz świetne sceny modowe i związanie z tworzeniem ubrań. Ale z drugiej brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności, skupienia, przez co narracja jest bardzo chaotyczna i skokowa. Niby jest to portret artysty, ale wydaje się być bardzo powierzchowny, płytki, pozbawiony jakichś mocniejszych haków emocjonalnych.

6/10

Radosław Ostrowski

Biały Tygrys

Tytułowy „biały tygrys” to rzadkie zwierzę, które rodzi się raz na pokolenie. W przypadku tego filmu można tym zwrotem opisać kogoś o wiele sprytniejszego niż się wydaje. Kto wyrwał się ze swojego „kurnika” (kasty), by wejść na sam szczyt. Ale jak tego dokonać, jeśli jesteś z nizin społecznych i jesteś Hindusem?

Poznajcie Balrama (Adarsh Gourav) – młodego chłopca, który mógł mieć szansę na dalsze kształcenie i edukację. Niestety, choć trudno mu odmówić inteligencji oraz sprytu, okoliczności mu nie sprzyjały. Nagła śmierć ojca doprowadziła do tego, że chłopak pracował w herbaciarni na małej wsi. Wreszcie, by chcąc zmienić życie, decyduje się na jedyną opcję – zostanie sługą dla osoby z wyższej kasty, w ten sposób zarabiając więcej. Ale żeby to zrobić uczy się prowadzić samochody. To jednak jest początek jego drogi na szczyt jako szef firmy taksówkarskiej. Jak to się stało? Dlaczego jest za nim list gończy? On sam nam to wszystko opowie.

bialy tygrys1

Rezyser Ramin Bahrani pokazuje Indie z troszkę innej perspektywy niż nasze skojarzenia. Nie jest barwnie, bajkowo czy kolorowo, za to bardzo tłoczno i ogromnymi podziałami społecznymi. Bogaci coraz bardziej się bogacą, dbając w zasadzie tylko o siebie, zaś ich słudzy (m. in. kierowcy, sprzątacze) pochodzą z biedoty. A ci drudzy tylko pozornie poprawiają swój los. Bo ta relacja uzależnia drugich od tych pierwszych, którzy ze znanych sobie powodów mogą sługę zmienić. Tak się zostaje osadzonym w kurniku, z którego wydostać się nie da. Że jak się biedakiem urodziłeś, biedakiem umrzesz i nic nie zrobisz. Trochę inaczej niż w stylu zwanym amerykańskim snem, który wydaje się nie mieć racji bytu.

bialy tygrys2

Musze przyznać, że tempo tego filmu jest wyzwaniem. Pierwsza połowa jest raczej dużo wolniejsza, skupiona na pokazaniu tych podstawowych zależności oraz drodze Balrama do bycia kierowcą. Poznajemy rodzinę „bogatszych”, gdzie mamy dwóch tradycjonalistów (ojca oraz syna) oraz parę troszkę „nowoczesną” z Nowego Jorku (Ashok i Madam Pinky). Ona wydaje się bardziej wyzwolona od swojego męża, będącego w rozkroku. Niby on chce unowocześnić kraj i stawiać na rozwój technologiczny, jednak coraz bardziej zaczyna ulegać presji ojca oraz brata. Co tej mocno odbija się na relacji pan-sługa, która początkowo między nimi wydawała się bardziej luźna, wręcz kumpelska. Ale jedno wydarzenia sprowadza znowu wszystko do nienaruszalnego porządku.

bialy tygrys3

Jak sam Balram mówi: By się wyrwać z mroku są dwie ścieżki. Ścieżka zbrodni lub polityki. To zdanie pokazuje jak bardzo ta kastowość jest patologiczna. I tylko przez patologię (korupcję, oszustwa, morderstwo) można cokolwiek tu zrobić. Stać się przedsiębiorcą, kimś spoza swojej niskiej kasty, politykiem czy kimś takim. Ale czy cena tej przemiany może się wydawać zbyt wysoka? Czy w którym momencie nasz bohater stanie się taki jak swoi panowie? Czy jednak będzie pamiętał jakich błędów nie popełniać? Zakończenie dla mnie pozostaje otwarte. Mówię o przemyśleniach niż o warstwie technicznej czy aktorskiej, jakby nie były warte jakiejkolwiek wzmianki. Nieprawda.

Bo aktorstwo jest więcej niż dobre (zwłaszcza Gourava i Rajkummara Rao jako Balram oraz Ashok), muzyczno-montażowa zbitka działa, a wszystko pokazane jest bez upiększeń, słodzenia czy wazeliny. Może nie jest tak mocne jak „Parasite”, jednak na tyle jest to ciekawe i wciągające, że można wybaczyć wady (m.in. nierówne tempo. nadmiar postaci drugoplanowych).

7/10

Radosław Ostrowski

Na Zachodzie bez zmian

I wojna światowa znowu pojawia się na ekranach. „1917”, prequel „Kingsman”, a teraz pojawia się nowy film z Niemiec oparty na antywojennym klasyku. Chodzi o „Na Zachodzie bez zmian” według powieści Ericha Marii Remarque’a. Czyli pokazanie wojny z perspektywy niemieckich żołnierzy.

na zachodzie bez zmian1

Głównym bohaterem jest Paul Baeumer (Felix Kammerer) – młody chłopak z małego miasteczka w roku 1917. Nadal trwa wojna, jednak wszyscy są absolutnie przekonani, że za parę tygodni uda się zdobyć Paryż. By zaciągnąć się do wojska fałszuje podpis rodziców, no bo koledzy walczą za kraj, a ja jeden mam zostać? Za cholerę. W końcu tego wymaga ojczyzna, cesarz i Bóg – ci goście chyba wiedzą, co robią. Kiedy jednak trafia na front wszelkie patriotyczno-romantyczne idee zostają skonfrontowane z brutalną rzeczywistością. Nie tylko pierwszej nocy ginie jeden z kumpli Paula, a on sam niemal traci życie podczas ostrzału bunkra. A to dopiero początek krwawej odysei.

na zachodzie bez zmian2

To, że żołnierze podczas wojny są tylko mięsem armatnim dobitnie pokazuje sam początek. A mówiąc dokładniej to, co dzieje się po krótkiej walce na froncie. Trupy są chowane w trumnach, zaś ich ubrania trafiają do… szwalni. Najpierw moczone, by pozbyć się krwi, a następnie na nowo szyte. Poczucie bycia wrzuconym do wojennej maszynki jeszcze potęguje muzyczny motyw Volkera Bertelmanna – krótkie, trzynutowe agresywne wejście syntezatora plus taki dźwięk brzmiący jakby ktoś dokręcał strunę. Gdy wreszcie trafiamy na front, dostajemy znajome elementy z tego okresu: okopy, błoto, brud, głód i ciągle panujący strach. Śmierć może pojawić się w każdej, najmniej spodziewanej chwili, na którą nie ma się żadnego wpływu. Pozostaje sobie zadać jedno pytanie: czy mam dziś szczęście? I czy tym razem wyjdę z tego cało?

na zachodzie bez zmian3

Dlatego sceny batalistyczne potrafią zmrozić krew, zwłaszcza potyczka z wykorzystaniem przez Francuzów czołgów oraz miotaczy ognia. Rzadko kamera podąża za bohaterem, a wiele razy sięga się po techniki znane z wojennych filmów lat 60. czy 70. (szerokie pokazanie pola bitwy z góry czy akcja filmowana z boku). To jeszcze bardziej potęguje poczucie chaosu, dezorientacji i – czasami – bezradności wobec absurdalnych działań wojennych. Akcji jak zdobycie okopów przeciwnika tylko po to, żeby się wycofać, wracając do punktu wyjścia. Nazwanie tego marnowaniem zasobów to największe niedopowiedzenie.

na zachodzie bez zmian4

Absurdalność całej sytuacji jeszcze podkreślają dwie sytuacje spoza perspektywy żołnierza. Pierwszy dotyczy dowódcy batalionu, generała Friedrichsa (Devid Striesow) przekonanego poza racjonalną logiką do dalszego prowadzenia wojny. Każdego delikwenta o innym zdaniu oskarża o zdradę (szczególnie rząd socjaldemokratów) i sprzedawanie swojego kraju. Czy chcąc udowodnić swoją rację zdecydował o przeprowadzeniu ostatniego szturmu przed zakończeniem wojny? A może chcąc dorównać swojemu ojcu, weteranowi wojen jednoczących kraj pod Bismarckiem? Drugi poboczny wątek dotyczy grupy negocjatorów pod wodzą Matthiasa Erzbergera (Daniel Bruhl), którzy wyruszają do francuskiego dowódcy wojsk. Po co? By zakończyć wojnę. Bo za dużo jest ofiar, a nowego rekruta jest za mało. Choć te sceny mogą wydawać się zbędne i spowalniające tempo, pozwalają nadać szerszy kontekst całości. Oraz pokazać podwaliny pod następną wojnę, będącą skutkiem upokorzenia oraz bólu dumy.

na zachodzie bez zmian5

Cała obsada tutaj błyszczy, zdominowana przez mniej znanych (przynajmniej u nas) aktorów. Jednak na mnie największe wrażenie zrobił Albrecht Schuch w roli kaprala Stanislausa Katczinsky’ego. Najbardziej zaradny żołnierz w grupie (a może mający najwięcej szczęścia) staje się wsparciem, a następnie przyjacielem Paula i grupy przyjaciół. Może wydawać się szorstki, ale pod tą warstwą kryje się o wiele wrażliwszy człowiek niż można to sobie wyobrazić. Tak samo złego słowa nie powiem o Felixie Kammererze, czyli naszym głównym bohaterze – Paulu Baeumerze. Jego przemiana z idealistycznego patrioty w zgaszonego, coraz bardziej gorzkniejącego żołnierza pokazana jest znakomicie, często bez słów. I tak łatwo wejść w jego skórę – człowieka poznającego wojnę na własne oczy, bez propagandowego, patriotycznego lukru.

„Na Zachodzie bez zmian” nie jest filmem wojennym. To jest tak naprawdę horror pokazujący absurdalność i bezsensowność wojny z perspektywy ludzi, którzy zostali naiwnie wykorzystani przez wojsko oraz polityków. Czyli ludzi sobie spokojnie gdzieś z dala frontu, dla którego dowodzeni ludzie są tylko punktem na ich mapach. Brutalne, bezwzględne, bez lukru, bezkompromisowe kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Pele

Pod koniec roku 2022 zmarł Pele – uważany za jednego z największych piłkarzy jakich kiedykolwiek widziała Ziemia. Każdy fan piłki nożnej zna to imię, nawet jeśli nie oglądał jego meczy. Pojawiło się parę filmów tym Brazylijczyku, a najświeższym był dokument od Netflixa z roku 2021.

Tytuł skupia się na sportowej karierze piłkarza zarówno w reprezentacji (powołanie dostał w wieku 17 lat), jak i w klubie Santos. Niby jest to klasyczna forma, czyli „gadające głowy” zmieszane z materiałami archiwalnymi. Wszystko tak naprawdę jednak zależy od dwóch rzeczy: selekcji materiału oraz tego jak „głęboko” udaje się twórcom dokopać do tematu. Wypowiada się nie tylko sam Pele, co jest największym źródłem informacji, ale też koledzy z drużyny i reprezentacji, dziennikarze oraz paru polityków. Wszystko, by nie tylko stworzyć portret niezwykłego człowieka, ale także osadzić go w szerszym kontekście historii kraju. Kraju funkcjonującego od niedawna (Brazylia niepodległa się stała w 1822 roku, a jako republika funkcjonuje od 1889), nie będącego jeszcze potęgą piłkarską. Przynajmniej w 1940 roku, gdy Edson Arantes do Nascimento (tak się naprawdę nazywał Pele) przyszedł na świat.

Sam początek pokazuje, że będziemy mieli huśtawkę. Parominutowy kalejdoskop, gdzie materiały czarno-białe i kolorowe mieszają się ze sobą. Chwile na boisku, prywatne, jak i obrazy brutalnie demonstrowanej manifestacji. Chwila, co? Ciężko to na początku ogarnąć, ale potem wszystko się zaczyna układać w intrygujący portret bardzo utalentowanego piłkarza, który chciał tylko robić to, co kochał. Na boisku walczący, nawet jeśli (w dalszym etapie kariery) szybko faulowany i neutralizowany – dwukrotnie kontuzjowany po drugim meczu na mundialu. Szukający okazji do strzału z każdej niemal pozycji, wspierający swoją drużynę i sprawiający wrażenie człowieka ułożonego. Jednak czującego presję i odpowiedzialność podczas Mistrzostw Świata. Widać jak duży wpływ miały zwycięstwa oraz popisy piłkarza na samych Brazylijczyków, którzy – będąc faworytami na Mundialu w 1950 roku przegrali w finale z Urugwajem – mierzyli się z „kompleksem kundelka”. Poczuciem niższości, zmieniającym się po wygranej w 1958, gdzie 17-letni Pele dokonywał szalonych rajdów i zdobywał piękne bramki.

Poza boiskiem jednak bywało niezbyt różowo i nie chodzi nawet o wielkie zainteresowanie jakie wywoływał samą obecnością, gdzie media rzucały się na niego czy o reklamowanie niemal wszystkiego. Chodziło o ten etap kariery (1964-71), który toczył się jak władzę miała w rękach wojskowa dyktatura, stosująca terror i mająca niemal władzę absolutną. I dlaczego wtedy zawodnik nie opowiedział się przeciwko reżimowi, co wielu mu potem zarzucało. Bo mógł wykorzystać swoją charyzmę do porwania tłumu przeciw wojsku, ale czy to by naprawdę rozwiązało problem? Tego nie dowiemy się nigdy.

Więcej wam nie zdradzę, jedno jednak mogę powiedzieć: absolutnie warto obejrzeć „Pelego”. To świetnie zrobiony dokument, który nie jest ani słodzeniem i (tylko) wychwalaniem pod niebiosa, lecz pokazaniem tego sportowca jako człowieka. To, że nie skupia się na życiu po sporcie wydaje się drobną rysą. Wciągający, ze świetnie użytymi archiwaliami oraz ciekawymi rozmówcami.

8/10

Radosław Ostrowski

Czarny Krab

Wyobraźcie sobie sytuację, kiedy nagle świat się urywa i wybucha wojna. Nie wiadomo kto atakuje ani dlaczego, jednak jedno pozostaje jasne: nasi przegrywają. Jedyną szansą na odwrócenie sytuacji jest misja samobójcza. Na łyżwach dotrzeć do archipelagu przy granicy z dwoma tajemniczymi pojemnikami, mając do dyspozycji szóstkę żołnierzy. Co zawierają pojemniki? Brak informacji. Ważne, że mają doprowadzić do zwycięstwa. Tak zaczyna się operacja Czarny Krab.

Kolejna skandynawska produkcja od Netflixa, którą przeoczyłem w zeszłym roku. Film Adama Kraba jest thrillerem SF, gdzie dość luźno zarysowane jest tło. Jedynie przebitki wspomnień bohaterki, wojskowej Caroline Edh (Noomi Rapace), której córka została porwana przez wroga. Podobno znajduje się w miejscu przeznaczenia, ale czy aby na pewno? Może to tylko hak, by ją bardziej zmotywować do działania? Kiedy informacji brak i pojawia się cień nadziei, ten może zmotywować ludzi do najbardziej niewyobrażalnych rzeczy. Wiadomo, że nie wszyscy dożyją, jednak najważniejsze jest osiągnięcie celu.

Prosty koncept z powoli odkrywanymi tajemnicami potrafi złapać i zaintrygować, choć sam świat nie jest zbyt dobrze zarysowany. Jednak reżyser Adam Berg robi to, co wielu reżyserów thrillerów powinno robić. „Czarny Krab” potrafi trzymać w napięciu, przechodząc w absolutnie nieznany teren. Gdzie wróg może pojawić się w każdej chwil, gdzie lód może nie wytrzymać, gdzie może znikąd paść strzał. W kompletnych ciemnościach śnieg wydaje się być czarny, nie do końca wiadomo komu można zaufać, zaś trafienie do mieszkania czy statku może zakończyć się strzelaniną. Powolne odkrywanie prawdziwego celu operacji potrafi uderzyć, choć dla mnie było to przestrzelone. W chwili wyjaśnienia coś ewidentnie zaczyna się psuć, zaś finał (pozornie) szokujący nie daje satysfakcji.

Dla mnie najbardziej emocjonalną rzeczą jest rola Noomi Rapace. Niby wydaje się fizycznie drobniutka, jednak bardzo przekonująco pokazuje mieszankę, jaką ja lubię nazywać silno-słaba. Zmęczona i jednocześnie zdeterminowana, twarda oraz wrażliwa, napędzają nadzieją oraz szorstka. Zdystansowana i nieufna – takie sprzeczności zawsze mnie intrygują, dając aktorowi spore pole do manewru. Rapace wykorzystuje to bezbłędnie i jest dla mnie najjaśniejszym punktem. Reszta obsady sprawdza się solidnie jako tło, jednak nie porywa tak jak Szwedka.

Więc ten „Czarny Krab” warty jest uwagi? To solidne kino, choć brakuje w nim czegoś mocniejszego (poza Rapace oraz kilkoma scenami suspensu) i bardziej angażującego. Widać jednak budżet, jest parę niezłych ujęć, lecz mogło być lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski