Otwórz oczy – seria 1

Hasło „polski serial Netflixa” raczej nie wywołuje zbyt pozytywnych skojarzeń. Bo i niezbyt wiele takich produkcji dla streamingowego potentata powstało i żadna która była w pełni udana. Tym razem jednak twórcy pod wodzą Anny Jadowskiej oraz Adriana Panka postanowili przenieść na ekran powieść Katarzyny Bereniki Miszczuk „Druga szansa”, tworząc dzieło zaliczane do gatunku mystery.

Bo i wszystko zaczyna się bardzo tajemniczo. Widzimy dziewczynę budzącą się w pokoju. Sprawia wrażenie jakby nie wiedziała gdzie jest i kim jest. Od razu słyszy, że znajduje się w ośrodku Druga Szansa, gdzie trafiła po pożarze. Tylko, że kompletnie niczego nie pamięta, nawet swojego własnego imienia. Poznaje jeszcze inne osoby – głównie nastolatki – z tym samym problemem: tancerza Szymona, mającą potencjał malarski Izę, komputerowca Pawła. Po jakimś czasie dołącza tajemniczy Adam, który podobno uciekł z tego miejsca. Jest jeszcze kierująca tym miejscem dr Morulska, stosująca dość niekonwencjonalne metody leczenia. W końcu jednak dziewczyna – o imieniu Julka – zaczyna wyczuwać, że coś z tym miejscem jest nie tak.

Jak sami widzicie, serial próbuje być mieszanką tzw. young adult (opowieści o „młodych dorosłych”, czyli nastolatkach) zmieszaną z psychologicznym thrillerem oraz budowaną aurą tajemnicy. Tutaj niemal od początku podejrzewałem, że coś jest nie tak. Tajemniczy głos wołający „Karolina”, krótkie przebitki, majaki, a kierująca wszystkim lekarka nie odpowiada na nurtujące pytania. A sam ośrodek, znajdujący się w jakimś dworku, też nie wygląda zbyt przyjaźnie, w czym pomaga lekko futurystyczna scenografia. Jawa to jest czy sen? Urojenia to czy rzeczywistość? Dlaczego w leczeniu ma pomoc rozwijanie swojego talentu? I czy naprawdę leczy się ludzi z amnezją, czy może próbuje się ich na nowo stworzyć? Wykorzystując brak pamięci zbudować nowe tożsamości? I czemu reszta znajomych Julki nie przejmuje się dziwnymi zjawiskami?

Atmosfera jest budowana powoli, a tajemnice odkrywane stopniowo, chociaż tempo pierwszych odcinków może działać usypiająco. Ale z odcinka na odcinek zaczyna się robić coraz ciekawiej, pojawiają się kolejne tropy i strzępki informacji, by w dwóch ostatnich odcinkach uderzyć z impetem. Jeśli jednak myślicie, że poznacie odpowiedzi na wszystkie pytania – muszę was rozczarować. W końcu potrzebny jest fundament do potencjalnej kontynuacji, tylko czy ona w ogóle powstanie? Jest na to szansa, ale czas pokaże. Sama realizacja jest więcej niż porządna, ze świetnymi zdjęciami i montażem oraz budującą klimat elektroniczną muzyką Jacaszka. Nawet efekty specjalne nie kłuły w oczy, w przeciwieństwie do dialogów, które czasem brzmiały tak jakby były najpierw pisane po angielsku, a następnie przetłumaczono na polski.

Aktorsko jest dość nierówno, ale w głównych rolach obsadzono debiutantów i na to mogę przymknąć oko, bo nikt tutaj nie daje ciała. Czuć jednak różnice w poziomie między nimi a bardziej doświadczonymi kolegami po fachu. W głównych rolach mamy Marię Wawreniuk (Julia) oraz Ignacego Lissa (Adam), którzy radzą sobie naprawdę nieźle i czuć chemię między nimi we wspólnych scenach. No bo skoro to young adult, to wątek romantyczny być musi i basta, ale on nie przeszkadza całkowicie. Choć z grona rezydentów najbardziej wybijają się postrzelona Iza (Klaudia Koścista) oraz uznana za obłąkaną Magda (rewelacyjna Sara Celler-Jezierska, która kradnie każdą scenę). I nie można nie wspomnieć zarówno o Marcie Nieradkiewicz i Marcinie Czarniku. Pierwsza jako dr Morulska jest bardzo enigmatyczna, a jej prawdziwe intencje pozostają zagadką do samego końca. Niby wydaje się tą próbującą pomagać, ale jest w niej coś niepokojącego. Na podobnym biegunie jest Czarnik jako „terapeuta” Piotr, choć jego twarz wydaje się bardziej niepokojąca.

Nie jest to przełomowa czy oryginalna pod względem tematyki produkcja, jednak „Otwórz oczy” potrafi zaciekawić oraz intrygować do samego końca. Jeśli będzie drugi sezon, z chęcią sprawdzę jak się to dalej potoczy. Bo wiele tajemnic pozostaje nierozwiązanych, a odpowiedzi – mam nadzieję – będą ciekawe.

7/10

Radosław Ostrowski

The Liberator

Do tej pory pamiętam jakie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie „Kompania braci”, opisująca bojowy szlak amerykańskiej kompanii podczas II wojny światowej. Mówiono o tej produkcji HBO, że to odcinkowy „Szeregowiec Ryan”. Później jeszcze powstał „Pacyfik” o walkach po drugiej stronie Atlantyku, ale nie zrobił już takiego wrażenia. Niemniej powstała jeszcze filmy i serialem z walką przeciw nazistom, a w zeszłym roku Netflix pokazał „The Liberatora”.

the liberator2

Ten mini-serial oparto na prawdziwych wydarzeniach kompanii 157 Pułku Piechoty dowodzonej przez Felixa Sparksa, spisanych w książce Alexa Kershawa. Poznajemy szlak bojowy od Sycylii do wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Dachau, mając do dyspozycji tylko 4 odcinki. Jest to wspólne dzieło scenarzysty Jeba Stuarta („Szklana pułapka”, „Ścigany”) oraz reżysera Grzegorza Jonkajtisa. Planowany jako wysokobudżetowa produkcja wojenna, ostatecznie jednak „Liberator” został… animacją rotoskopową. I powiem, że sam styl kreski troszkę wydaje się komiksowy, co może wiele osób odrzucić, mnie się podobał, w żaden sposób nie wybijając z rytmu.

the liberator4

Co najbardziej mnie zaskoczyło, jak animacja współgra z resztą warstwy wizualnej. Trudno się przyczepić zarówno do scenografii (nawet jeśli detale bywają rozmyte w tle), wojskowego sprzętu czy warunków atmosferycznych. To wszystko pomaga w budowaniu mrocznego klimatu, pełnego brudu, przemocy i nieobliczalnej śmierci. Która może sięgnąć każdego i wszędzie. A i sami żołnierze to wariacka mieszanka: Meksykanie, Indianie, rednecki, potomkowie Strażników Teksasu. Ten tygiel powinien doprowadzić do wzajemnego wyniszczenia żołnierzy, którzy przed walką byli traktowani jako gorsi, bez szans na osiągnięcie czegokolwiek. I to jak udaje się stworzyć sprawnie działający zespół jest bardzo imponujące.

the liberator1

Po drodze dochodzi do śmierci, ofiar oraz nowej, świeżej krwi bez doświadczenia, co może dezorientować podczas seansu. Niemniej twórcy dają każdej ze scen śmierci czy dramatycznej walki swój odpowiedni ciężar emocjonalny. Nieważne, czy mówimy o utrzymaniu drogi do Anzio, próbie przejścia przez góry zakończonej zasadzce Niemców, czy wreszcie wyzwoleniu obozu koncentracyjnego i dokonanym samosądzie na niemieckich żołnierzach tam przebywających. Bez pokazywania wnętrzności i flaków, ale nadal jest to brutalne.

the liberator3

Muszę przyznać, że choć „Liberator” wyzwolił we mnie pozytywne skojarzenia z „Kompanią braci”, nie jest pozbawiony wad. Cztery odcinki to dla mnie troszkę mało, zaś sama fabuła bywa prowadzona bardzo skokowo. Momenty batalistyczne przeplatane są drobnymi epizodami, które czasami wydawały mi się zapychaczami. Zaskoczyło mnie za to parę scen pokazanych z perspektywy niemieckich żołnierzy, co pozwala szerzej spojrzeć na ten konflikt i to jest mały plusik. Tak jak udział mniej rozpoznawalnych aktorów (także z Polski). Nawet te drobiazgi nie odebrały w czerpaniu przyjemności z oglądania „Liberatora”, ale chciałoby się więcej wycisnąć.

7/10

Radosław Ostrowski

Pasażer nr 4

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że wyrusza misja kosmiczna na Marsa. Jej celem jest hodowla roślin, by stworzyć ziemską atmosferę. Statek jest dwuosobowy, lecz został tak zaadaptowany, by mogły w nim przebywać trzy osoby: dowódca, lekarz oraz biolog. Dotarcie do celu ma potrwać dwa lata, jednak pojawia się tytułowa komplikacja. W przegrodzie z systemem podtrzymywania tlenu znajduje się mężczyzna, który… stracił przytomność. Sam system zostaje uszkodzony i cała misja jest zagrożona.

pasazer4-2

Joe Penna jako reżyser zaskoczył survivalowym dramatem „Arktyka”, a teraz zrobił w zasadzie podobną opowieść. Ale lepszą, bo w kosmosie!!!!!!! Prawda? Troje członków załogi, pasażer na gapę oraz coraz bardziej kurczący się tlen. I jak rozegrać tą sytuację? Ktoś musi umrzeć, bo potencjalne opcje (próba dotarcia do przodu statku ze zbiornikiem z tlenem, użycie roślin) przestają działać. Początek wydaje się spokojny, a z odkryciem tajemniczego pasażera (Michaela) pojawia się parę pytań. Skąd się tu wziął? Czemu nikt go nie zauważył? I co dalej? Ale z każdą minutą wszelkie dyskusje zaczynają tracić na sile, zmieniając się tylko w deklaracje. Dość łatwo jest ustalić kto jaki ma plan (komandor trzyma się wytycznych, biolog jest bardzo pragmatyczny, lekarka empatyczna i walczy o pasażera). Ale napięcie szybko gaśnie przez bardzo wolne, wręcz ospałe tempo. Brakuje tutaj silniejszych, bardziej intensywnych emocji. To wręcz niewiarygodne!!!

pasazer4-1

Zaskakuje bardzo minimalistyczna warstwa wizualna, ale w końcu jesteśmy wewnątrz statku kosmicznego. Scenografia względnie trzyma się realizmu, zaś kamera ma parę fajnych mastershotów jak choćby załoga idącą w sztucznej grawitacji po wnętrzu. Ale w decydującym momencie dochodzi do wyjścia na zewnątrz i wtedy – dopiero! – zaczyna odzywać się suspens. Jednak dla samego filmu było już za późno. Nie pomagały ani efekty specjalne, ani (poza zdjęciami) warstwa techniczna.

pasazer4-3

Sami aktorzy wyciskają co mogą ze scenariusza i dają radę stworzyć przekonujące postaci. Pod tym względem najbardziej wybija się Toni Collette jako komandor Marina Barnett oraz Anna Kendrick jako lekarka Zoe. Obie te role są bardzo rozbudowane i interesujące. Za to bardzo zawodzi tytułowy bohater o aparycji Shamiera Andersona, bo jest zwyczajnie nijaki i stanowi tylko zapalnik dla całej sytuacji. Kompletnie mnie nie interesował, co mnie wprawiło w osłupienie. Dawno nie byłem jeszcze aż tak rozczarowany filmem z potencjałem. To mogła być intrygująca historia o człowieczeństwie w sytuacji ekstremalnej, jednak pomysł zostaje rozwodniony przez bardzo średnią realizację. Niedogotowany film z ciekawymi składnikami.

5/10

Radosław Ostrowski

Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto

Bardzo rzadko oglądam seriale dokumentalne. To jest fakt, z którym nie jestem w stanie dyskutować. Ledwo wyrabiam się z „normalnymi” serialami, więc po co mam sięgać po produkcję dokumentalną? Potrzebny byłby do tego odpowiedni wabik w postaci albo znanego nazwiska przy produkcji, albo interesującego mnie tematu. W przypadku „Udawaj, że to miasto” przekonało mnie to pierwsze, czyli osoba reżysera Martina Scorsese. A ten opowiada o jednej ze swoich największych miłości – Nowym Jorku.

udawaj ze to miasto2

Jednak nie decyduje się tego zrobić sam, ale z pomocą przyjaciółki i poniekąd o niej też opowiada. A jest nią Fran Lebowitz. Nie znacie jej? Raczej nikt spoza Nowego Jorku ani USA nie miał z nią styczności. Jest pisarką, publicystką, znaną z bardzo sarkastycznego poczucia humoru, bezlitośnie opisując miasto. Całość jest z jednej strony rozmową pisarki ze Scorsese w jednej z restauracji, przeplatana fragmentami wystąpień Lebowitz – zarówno tych świeżych, które prowadzili m.in. Alec Baldwin czy Spike Lee, ale też masą archiwaliów. Wszystko to służy do sportretowania Nowego Jorku oraz postępujących w nich zmian.

udawaj ze to miasto1

Bardzo prosty plan i pomysł, tylko czy to wystarczy, by przykuć uwagę? Absolutnie tak. Dlaczego? Właśnie z powodu Fran, której wnikliwe spojrzenie potrafi zaskoczyć trafnością. Tak mocną, że może się odnieść do w zasadzie każdego dużego miasta. I każdy odcinek odnosi się do innego aspektu życia samego w sobie. Od korzystania z komunikacji przez kwestie mieszkaniowe po sztukę. Dzięki jej historii widzimy jak zmienia się całe miasto nie tylko architektonicznie, ale też mentalnościowo. I wszystko to z bardzo kąśliwym humorem oraz masą anegdotek, co nie pozwala w żadnym wypadku się nudzić.

udawaj ze to miasto3

Opowieści jest sporo: od awarii sieci metra z powodu… paskudnego zapachu przez pierwszą przeczytaną książkę po licytację obrazu Picassa, gdzie oklaskiwano… cenę zakupu. A w tle przewija się coś, czego nikt się nie spodziewał usłyszeć, czyli śmiech Martina Scorsese. I ten śmiech udzielił się mi wielokrotnie. I każda z tych opowieści wiele mówi o ludziach, życiu i całej reszcie.

Cokolwiek bym nie napisał, to i tak będzie za mało, by docenić ten absolutnie fantastyczny serial. Wszystko dzięki charyzmie Lebowitz oraz jej sarkastycznemu humorowi, troszkę przypominającego… Woody’ego Allena. To jest przykład jak prostym pomysłem i środkami, zrealizować rzecz tak interesującą, jednocześnie zmuszając do myślenia. Rzadka kombinacja.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Carmen Sandiego – seria 2

Szukając czegoś lżejszego, nie wymagającego myślenia, trafiłem na animowaną „Carmen Sandiego”, będącą hybrydą heist movie, kina szpiegowskiego oraz tajemnicy. Innymi słowy, całość skupiała się na walce tytułowej bohaterki z organizacją przestępczą V.I.L.E., zajmującą się głównie kradzieżami. Pomagała jej grupa przyjaciół oraz haker o ksywie Gracz, komunikujący się z nią przez Internet. Po wydarzeniach z pierwszej serii, do zespołu dołącza Shadowsan – mistrz skradania się i członek Rady V.I.L.E., zdradzając swoich szefów. Jakby było mało problemów, w ślad za Carmen rusza A.C.M.E., czyli tajne służby przekonane, iż nasza bohaterka dalej działa dla V.I.L.E.. Zwłaszcza po porwaniu i pozbawieniu przytomności agenta Devineoux.

Innymi słowy, fabuła zaczyna się zagęszczać, mieszając wątki oraz dodając kolejne komplikacje. Choć w zasadzie założenia są identyczne. Czyli powstrzymać/zniszczyć V.I.L.E. oraz próby ustalenia przeszłości Carmen. Nadal jest to sensacyjno-szpiegowska intryga z akcją dziejącą się w różnych częściach świata: od Japonii przez Nową Zelandię i Dubaj po Sztokholm. Przy okazji serwując informacje dotyczące danego kraju, pełniąc rolę edukacyjną (jak materiał źródłowy). Ale nigdy nie wydaje się to wrzucone na siłę. Jeszcze bardziej interesujące są wątki, gdzie poznajemy parę ciekawych szczegółów. Zarówno przeszłość Shadowsana związana z parą mieczy samurajskich, pierwsze spotkanie Carmen z rodzeństwem czy odkrycie tajemnicy ojca Carmen dodają głębi każdemu z bohaterów drugoplanowych. I to daje sporo emocjonalnego ciężaru do całości. Pojawiają się też nowe postacie, co wynika z poszukiwania nowego członka Rady V.I.L.E. – od bardzo śliskiego Grzegorza Węgorza przez złodziejski duet Łasica/Łosiek po brytyjskiego podwójnego agenta Roundabouta. Jestem pewny, że kilka z nich jeszcze powróci.

Sama animacja może się ciągle wydawać oszczędna i uproszczona w pokazaniu tła oraz detali, ale ma to swój urok. Akcja też prezentuje się bardzo dynamicznie, miejscami efekciarsko (kradzież superauta sportowego zakończona niczym w serii „Szybcy i wściekli” czy włam do elektrowni z dziwacznym systemem), nadal jednak pozostaje czytelna i kreatywna. Z masą bijatyk i ucieczek z masą przeciwników. A w tle gra bardzo elegancka, lekko jazzowa muza, dodająca klimatu klasycznych heist movie z lat 60. Dubbing też wypada świetnie i trudno się do czegokolwiek przyczepi, więc polecam słuchać w oryginale.

Jestem bardzo zaskoczony sporym skokiem w historii Carmen Sandiego. O wiele bardziej wciągająca historia, kolejne przewrotki i tajemnice do odkrycia oraz miejsca do zwiedzenia. Dzieje się sporo, zaś finał sugeruje następne komplikacje. Już się powoli będę szykował do serii trzeciej.

8/10

Radosław Ostrowski

Już nie żyjesz – seria 2

Nasze dziewczyny, czyli Jen i Judy znowu pakują się w poważne tarapaty. Wszystko przez męża Judy, czyli Steve’a. Mężczyzna w sytuacji podbramkowej (donos o defraudację) kończy jako trup w basenie Jen. Trzeba się pozbyć ciała, co wcale nie będzie takie łatwe – zamontowany monitoring, dzieciaki lubiące węszyć i jeszcze policja. Czy może być gorzej? Tak, bo w okolicy pojawia się brat bliźniak denata, z zupełnie innym charakterem od zmarłego. I zaczyna czuć miętę to Jen.

Drugi sezon czarnej komedii Netflixa idzie w troszkę zupełnie inne tony niż poprzednik. Większy nacisk jest na wątki obyczajowe, gdzie cała otoczka kryminalna zostaje zepchnięta do roli tła. Owszem, próby pozbycia się zwłok wywołuje pewne komplikacje oraz zabawne sytuacje. Kolejne tajemnice, kłamstwa jeszcze bardziej ciążą naszym bohaterkom, przez co lawirowanie staje się coraz trudniejsze. Bardziej jednak twórców interesują problemy prywatne naszych pań oraz kwestie dość wyboistej przyjaźni. Pierwsza z pań (znakomita Christina Applegate) nadal jest pełna wściekłości i gniewu, zaś druga (rozbrajająca Linda Cardellini) nadal jest pozytywnie nastawiona do życia, nie potrafi nikomu niczego odmówić, przez co bywa irytująca. Ale razem tworzą silną mieszankę wybuchową, zdolną przetrwać wszystko. Tak jak wcześniej krytyczny moment poznajemy w bardzo krótkich przebitkach, przez co nie dostajemy pełnego obrazu. I to pomaga budować napięcie.

Bo drugi sezon ma dość powolne, wręcz ospałe tempo. Jak mówiłem, więcej jest tutaj skupienia na wątkach obyczajowych niż komplikacjach kryminalnych. Zarówno kwestia wychowania dzieciaków u Jen (z czego jeden jest nastolatkiem), jak i odnalezienia miejsca dla siebie zajmują sporo czasu. Choć wielu może to znudzić, pozwala wejść w umysł dwójki zwichrowanych kobiet ze swoimi obsesjami, demonami oraz nieprzetrawionymi traumami. Nie brakuje tu humoru, w tle grają piosenki z lat 50. i 60., zaś finał potrafi walnąć niczym z obucha. I to daję furtkę na trzeci – jak zapowiada Netflix ostatni – sezon.

Aktorsko nadal działa ten szalony duet Applegate/Cardellini, gdzie każda z pań dostaje szansę pokazania się z innej strony. Niespodzianką jest obecność Jamesa Marsdena, tym razem jako troszkę nieporadny, ale pełen ciepła i sympatii Ben. Przyjemne zaskoczenie, dodające balansu do miejscami czarnej komedii. Jest też parę drobnych ról, gdzie widzimy twarze Frances Conroy (matka Steve’a i Bena) oraz Katey Sagal, których się kompletnie nie spodziewałem.

Dla mnie drugi sezon, choć skupiający się na innych rzeczach, nadal trzyma poziom i ogląda się świetnie. Głównie bohaterki nadal mają świetną chemię, co dla mnie jest największym paliwem tej czarnej komedii obyczajowej. Zaś finał sugeruje, że może się to skończyć źle.

8/10

Radosław Ostrowski

Rojst ’97

Wydawało się, że już nie wrócimy do małego miasteczka gdzieś na Śląsku. Tutaj dwóch dziennikarzy prowadziło na własną rękę śledztwo w sprawie zabójstwa działacza partyjnego. Prawda została odkryta, lecz nie mogła zostać wypowiedziana na głos. To był rok 1984, czyli jeszcze system się mocno trzymał, choć na chwiejnych nogach. Teraz mija 13 lat i miasteczko zostało zalane podczas powodzi stulecia. Miejscowość rozwinęła się i wszystkim żyje się lepiej, w końcu jest demokracja, nie? Ale pojawia się kolejna paskudna sprawa – pękł wał przeciwpowodziowy, zalewając całe miasto. W okolicznym lesie wypłynęły kości sprzed kilkudziesięciu lat, a także ciało 12-letniego chłopaka – Daniela Gwitta. Wszystko wskazuje na utonięcie, jednak prowadzący sprawę sierżant Anna Jass (wysłana z Warszawy) oraz starszy sierżant Adam Mika zaczynają mieć poważne wątpliwości.

W tym samym czasie do miasteczka wraca dziennikarz Piotr Zarzycki razem z żoną oraz 13-letnią córką. Mężczyzna został nowy redaktorem naczelnym „Kuriera Wieczornego”, który został wykupiony przez niemieckiego inwestora. Problem w tym, że przyszłość gazety z powodu niskiej sprzedaży wisi na włosku. Chcąc podnieść nakład poleca napisanie artykułu na temat grobów w lesie, a także spotyka się z reklamodawcą, niejakim Kielakiem. Biznesmen prosi dziennikarza o pomoc w sprawie porwania jego syna dla okupu w zamian za dodatkową kasę. Jednak Zarzycki ma jeszcze jeden powód, by wrócić tutaj.

„Rojst” powrócił z drugim sezonem, dzięki Netflixowi, który wykupił produkcje zrealizowane przez Showmaxa. Reżyser Jan Holoubek razem ze współscenarzystą Kasprem Bajonem wracają do konwencji kryminału zmieszanego z dramatem obyczajowym. Ale w przeciwieństwie do pierwszej serii, jest tutaj zachowany lepszy balans, zaś dwie sprawy mają w pełni satysfakcjonujące rozwiązanie. I twórcy tutaj dobitnie pokazują, że mimo zmiany ustroju politycznego orz ekonomicznego, tak naprawdę nie zmieniło się zbyt wiele. „Jednych skurwysynów na górze zastąpili inni, ot cała transformacja” – jak podsumowuje poprzedni naczelny „Kuriera”. Niby jest bardziej bogato, kolorowe telewizory stają się normą, w redakcji zamiast maszyn do pisania są komputery i Internet, rozwija się budownictwo, kolorowa prasa i teraz nikt nie musi szeptać zamiast rozmawiać. Problem w tym, że ta zmiana to tak naprawdę tylko kosmetyka, inne ciuszki, ale w środku tego organizmu jest ten sam smród zbudowany na układach, korupcji, tajemnicy i kłamstwie.

Stąd też w dialogach wiele odniesień do wydarzeń z poprzedniej serii oraz masa znajomych miejsc. Jednak tajemnic do rozwiązania oraz zagadek jest więcej. Tak wiele, że czasami można od tego zgęszczenia pogubić się. Dlaczego? Wiele wątków pobocznych zostaje tylko zaznaczonych, by potem nie wrócić (kwestia odzyskania czytelników „Kuriera”, interwencja w domu Cyganów), a inne wracają po dłuższej przerwie (zaginięcie młodego Kielaka), co może zaskoczyć paroma zbiegami okoliczności. Jednych przekonają, innym wydadzą się naciągane. Ja w obydwa dochodzenia wsiąkłem, głównie dzięki bardziej zwartej narracji oraz świetnie prowadzonemu napięciu do samego końca. A to mi się rzadko zdarza w przypadku seriali kryminalnych.

Nadal najmocniejszym punktem „Rojsta” jest odtworzenie realiów epoki. Scenografia, rekwizyty i kostiumy znakomicie przypominają lata 90. – szare, bure, pozornie tylko lepsze. Klimat jeszcze potęguje osadzenie historii podczas powodzi, gdzie wiele budynków zostało zalanych. Ulice pełne brudu, wyrzucanych mebli i popowodziowego błota tylko pomagają wejść w to nowe bagienko. Muzyka też robi swoje, gdzie w tle mamy hip-hopowe kawałki Liroya i Kalibra 44, ale najbardziej zaskoczyło mnie jedno. W scenach w hotelu, gdzie na dole jest bar towarzyszy muzyka z lat 80. i to był dla mnie pewien problem. Równie świetnie zrobione są sceny retrospekcji z życia Wanycza, gdzie poznajemy prawdę wokół znajdującego się w lesie obozu dla Niemców. To, co tylko wspomniano w pierwszej serii, nabiera konkretnego kształtu i pokazuje bezwzględność czasów, gdzie bezwzględność Niemców zastąpiła bezwzględność Sowietów oraz prawo zwycięzcy (zwane też prawem silniejszego). Od warstwy wizualnej – zdominowanej przez żółć i czerń – po scenografię oraz aktorstwo (głównie Krzysztofa Oleksyna i znanej z „Dark” Giny Steibitz).

Także aktorsko jest przynajmniej o klasę wyżej niż poprzednio. Grający główne role w pierwszej serii Andrzej Seweryn (Wanycz) i Dawid Ogrodnik (Zarzycki) tutaj zostają zepchnięci na dalszy plan. Nadal jednak mają wiele do roboty, zwłaszcza Ogrodnik, który nie zmienił się aż tak bardzo. To nadal dziennikarz-idealista, zbyt mocno oddany pracy i łatwo dający się podejść. Jednak bardzo zaskoczyła mnie jego relacja z żoną (ucharakteryzowana i o wiele lepsza Zofia Wichłacz), naznaczona nieznaną tajemnicą z przeszłości kobiety. Starzy znajomi nadal trzymają fason jak Ireneusz Czop, Michał Kaleta, Dominik Bąk czy Piotr Fronczewski. Jednak to nowe postacie rozdają karty tutaj i jestem pod wielkim wrażeniem. Zarówno Magdalena Różczka (sierżant Jass), jak i Łukasz Simlat (sierżant Mika) przechodzą tutaj samych siebie. One jest twarda, zdeterminowana i nie odpuszcza w wyjaśnieniu sprawy, co wynika z pewnego bardzo poważnego błędu z przeszłości. Bliżej ją poznajemy podczas krótkich rozmów z ojcem, zaś fascynacja astrologią czy tarotem wyróżnia ją z tłumu innych policjantek. Mika to z kolei inny egzemplarz – jąkała, troszkę starszy, zmęczony. Początkowo może budzić śmiech, ale to tylko powłoka, skrywająca bardzo inteligentnego śledczego, który jest wplątany w sieć układów i nie zawsze działa dobrze. Niemniej pod koniec serii pokazuje drzemiącą w sobie jasną stronę Mocy, znakomicie uzupełniając się z Jass.

Pozostali aktorzy też wypadają tutaj dobrze: od Łukasza Lewandowskiego (ojciec Gwitta – świadek Jehowy) przez Mirosława Kropielnickiego (Kielak) i Michała Pawlika (gliniarz Dzidzia z fryzurą prawie na czeskiego piłkarza) po śliskiego Marcina Bosaka (Jacek Dobrowolski, szef osiedla Oaza). Nawet drobne role są zagrane bardzo wyraziste, co w przypadku polskich produkcji jest rzadkością, a nie chcę wymieniać wszystkich. Inaczej zmieniłoby się to w nieskończoną wyliczankę.

Drugi sezon „Rojsta” przebija poprzednika w każdym aspekcie, mając o wiele lepszą historię do opowiedzenia. Brudny klimat, świetne aktorstwo oraz pierwszorzędna realizacja sprawiają, że mogę „Rojst ‘97” nazwać najlepszym polskim serialem zrobionym dla Netflixa. Czy będzie trzecia seria? Wszak twórcy pozostawili furtkę do tego.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Armia umarłych

Zack Snyder jaki jest, każdy widzi. Jedni go kochają, inni kochają nienawidzić. Esteta, któremu bliżej jest do Michaela Baya, choć próbuje być bardziej poważny i dojrzały. Efekt może być tylko jedno: śmieszność. Po zakończeniu swojej przygody z uniwersum DC, reżyser poszedł na deal z Netflixem, by nakręcił jaki mu się k****a podoba, za ile chce i z kim chce. Więc co zrobił nasz uzdolniony twórca? Postanowił zrobić heist movie podczas apokalipsy zombie – brzmi super i daje spore pole do popisu, prawda? Tylko, że nakręcił to Zack Snyder, więc efekt jest… eeeeeeeeeeeeee.

armia umarlych1

Sam pomysł jest prosty: pewien japoński biznesmen wynajmuje grupę najemników, by zgarnęła jego kasę znajdującą się w kasynie w Las Vegas. Problem w tym, że Las Vegas wygląda jak Manhattan z „Ucieczki z Nowego Jorku” Johna Carpentera. Miasto jest otoczone murem z kontenerów, przy nim jest obóz dla uciekinierów, a wszystko nie jest przez nikogo pilnowane. Wszędzie jest za to od cholery zombiaków, więc trzeba się uzbroić po zęby. Plan jest prosty: wejść do środka, zabrać 200 milionów baksów i spierdalać helikopterem znajdującym się na dachu. Gang może dla siebie zabrać jedną czwartą sumy. Ferajnie dowodzi Scott Ward, razem z nimi są dawni kumple z woja, niemiecki kasiarz oraz szef ochrony zleceniodawcy, któremu nikt nie ufa. Ja też nie, bo zdradę ma na pysku namalowaną.

armia umarlych2

Z jednej strony Snyder nie udaje, że robi coś więcej niż planował, ale nawet tego nie jest w stanie porządnie zrealizować. O ile początek, gdzie poznajemy przyczynę epidemii oraz jej rozwój w Mieście Hazardu jest świetny (Viva Las Vegas), dalej dzieją się rzeczy co najmniej zadziwiające. Po pierwsze, postacie – poza Wardem, granym przez Dave’a Bautistę – nie mają żadnej zarysowanej motywacji i są w zasadzie jednowymiarowi niczym kartka papieru. Po drugie, cała intryga jest przewidywalna i ma tyle pobocznych wątków: matka wdzierająca się do miasta po hajs, sanitariuszka-córka Warda – a jakżeby inaczej – ruszająca jej na odsiecz, zdrajca z własnym, ukrytym planem. Nawet wszyscy zaczynają się zachowywać jakby inteligencja została im obniżona za pomocą lobotomii. Tutaj bryluje córeczka-i tak pójdę z wami, c***a mi zrobisz, doprowadzając mnie do szewskiej pasji.

armia umarlych3

Jeszcze gorszy jest Snyder, który film wyreżyserował, wyprodukował, napisał (nie sam) oraz… sfotografował. Jezu Chryste, ostatni aspekt wyróżnia się zaskakującą ilością nieostrych, rozmytych kadrów. Nawet jeśli był to celowy zabieg, mający wywołać poczucie izolacji i osamotnienia, wywoływał jedynie dezorientację. Za dużo skupienia na detalach, choć jest parę ładnych widoków. Ale jeszcze bardziej wkurzało mnie parę pomysłów, które nie zostały wykorzystane, choć zapowiadało się coś zajebistego. Na przykład piła do mordowania zombiaków, ostatecznie zostaje użyta do… zrobienia drzwi przez ścianę czy zombie ożywiające pod wpływem deszczu, o czym słyszymy. Tylko słyszymy. Rozumiecie, o co chodzi? Nawet zombiaki posiadające IQ i dowodzące innymi zombiakami nie mają żadnego znaczenia.

armia umarlych4

Nawet aktorzy, którzy dają z siebie wiele, nie mają zbyt wiele pola do manewru. Powiem tylko, że szoł kradnie kilka postaci z drugiego planu: od zajaranego kasiarza Dietera (cudny Matthias Schweiglofer), wyluzowaną pilotkę (rozbrajająca Tig Nataro) po zaprawioną w boju Kojot (mocna Nora Arnezeder). Próby zbudowania jakichś głębszych relacji brzmią sztucznie i nieprzekonująco, co jest spowodowane bardzo mechanicznymi dialogami.

Snyder od dawna nie wywołał we mnie tak skrajnych emocji. Akcja ma fajne momenty, lecz jest przeładowana takimi absurdalnymi decyzjami, że miałem to wszystko gdzieś. Jak można było tak zmarnować potencjał? A Netflix straszy, że będzie robił uniwersum wokół tego filmu.

5/10

Radosław Ostrowski

Miłość i potwory

Ile już było filmów o tematyce postapokaliptycznej? Wiele i wiele jeszcze będzie, ale co można nowego wymyślić w tym temacie? Reżyser Michael Matthews poszedł w lżejszy ton, dając odrobinę świeżości i to działa. Ale po kolei.

Akcja toczy się siedem lat po zagładzie. Wtedy na Ziemię zbliżyła się asteroida Agatha, więc ludzkość podjęła jedną, słuszną decyzję: napieprzyć w nią całym arsenałem. Problem w tym, że rakiety zawierały jakiejś paskudne chemikalia, które wróciły na naszą planetę i doszło do rozpierdolu. Innymi słowy: wszelkie gady, płazy, owady zmutowały w bestie, wojsko dostało łomot, reszta ludzkości zaś ukrywa się w podziemiach. Jakbyśmy oglądali live-action wersję „Fallouta”. W jednym z bunkrów mieszka niejaki Joel – młody chłopak, ogarniający kuchnię oraz radiostację. Przed całą anihilacją miał dziewczynę, która obecnie jest w innym schronie. Po przerwanej komunikacji chłopak się ruszyć do niej. Ale są dwa problemy: po pierwsze, do pokonania jest około 100 mil, po drugie Joel jest totalnym miękkiszonem. Na widok potwora dostaje paraliżu, nigdy nie wychodził na zewnątrz, więc szansę na przetrwanie są równie duże jak wygrana naszych piłkarzy na mistrzostwach.

love & monsters1

Już sam tytuł sugeruje, że to nie będzie jakaś poważna rozkmina na temat życia w zjebanym świecie po zagładzie. Są potwory, jest miłość napędzająca głównego bohatera oraz klimat znany z masy produkcji o tematyce postapokaliptycznej. Towarzyszący bohaterowi pies? Jest i ma imię Chłopiec – właścicielem chyba była córka Kratosa 😉. Poznany po drodze mentor, udzielający porad w kwestii przetrwania? Jest, ma strój prawie jak Indiana Jones i twarz Michaela Rookera, co jest fantastyczną kombinacją. Zmutowane i powiększone monstra? Są, a mimo skromnego budżetu – 30 milionów dolców na SF to jest żart – prezentują się bardzo dobrze.

love & monsters2

Więc w czym jest problem? Tempo jest dość nierówne, przejście z poważnego w lżejszy ton potrafi troszkę zgrzytnąć, zaś trzeci akt idzie w bardziej mroczne rewiry, serwując sporo akcji. Taka sklejka różnych pomysłów i znajomych klisz, co może wywołać pewien niekontrolowany chaos. Muszę przyznać, że w tym szaleństwie jest metoda i jest wiele zalet. Przepięknie sfilmowana natura oraz opustoszała okolica trochę kojarzyła mi się z „Anihilacją”, bardzo dobrze się sprawdza muzyka. Równie cudowny jest design potworów, choć nie ma ich tu zbyt wiele – wiadomo, skromny budżet. Świat intryguje, zakończenie daje szansę na sequel.

love & monsters3

Obsada ma swoje momenty i potrafi oczarować. Nie miałem wcześniej styczności z Dylanem O’Brianem, ale jako pierdołowaty Josh wypada naprawdę bardzo dobrze. Przekonująco pokazuje przemianę z nieporadnego, zagubionego chłopaka w pełnego sprytu twardziela. Nie jest to przemiana skokowa, ale konsekwentnie poprowadzona. Ale tak naprawdę film kradnie Michael Rooker z Arianą Greenblatt, czyli duet doświadczonych mistrzów przetrwania. Są na tyle wyraziści, że zasługują na osobny film, a ich wspólne sceny z O’Brienem to najlepsze momenty tego filmu.

Jest wiele niedoskonałości i bałaganu, jednak nie mogę odmówić tego, że „Miłość i potwory” jest filmem zrobionym z serca oraz pasji. Jeśli kupicie tą konwencję, będziecie się dobrze bawić. Lekka, po prostu fajna zabawa i nic więcej. Ja to kupuję.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bonding – seria 1

Czasami pojawia się taki serial, po którego opisie w zasadzie nie wiadomo co z tego wyjdzie. Czego możemy oczekiwać i w jakim kierunku to pójdzie. Takie właśnie doświadczenie miałem z serialem „Bonding” od Richtora Doyle’a. Ten aktor (z dorobkiem raczej pełnym ról epizodycznych) debiutuje tym tytułem jako reżyser i scenarzysta, opierając historię na własnych przeżyciach.

Sam pomysł jest dość szalony i oparty na nietypowej relacji dwójki postaci. Ona jest studentką psychologii, która poza zajęciami jest… dominą. On jest chłopakiem, chcącym spróbować swoich sił jako stand-uper i jest gejem. Mieszka z kolegą i ledwo go stać na czynsz. Kiedy poznajemy tą parkę, ona proponuje mu spółkę w interesie: ona będzie robić to, co robi w pracy, a on będzie jej ochroniarzem i asystentem. Piniądz jest potrzebny, a ludzie czasami mają bardzo specyficzne preferencje seksualne. To może początkowo być barierą, ale wiadomo… piniądz nie śmierdzi.

bonding1-1

Taki jest punk wyjścia i brzmi wariacko, a kierunki są bardzo szerokie: od erotycznej komedii w rubasznym stylu a’la „American Pie” przez bardziej elegancki film porno aż poważnego dramatu psychologicznego. Ostatecznie wybrano komediodramat z bardzo krótkimi odcinkami, które oscylują w okolicach 15 minut. W zasadzie są to miniaturki, bardzo luźno ze sobą powiązane. W zasadzie niemal każdy w sporej części skupia się na nowych klientach (mężczyzna lubiący sikanie na niego czy zapasy pingwinów), ale też życiu prywatnym naszych postaci. Pojawia się szansa na zbudowanie związku, zaś efekty tej kooperacji są zaskakujące dla obojga.

bonding1-2

Początek może wydawać się niemrawy i jednocześnie dezorientujący, zaś pewne fabularne wątki pojawiają się, by potem zniknąć. Ale nie mogę powiedzieć, że mi się to źle oglądało. Najbardziej na mnie podziałała rodząca się przyjacielska relacja Pete’a i Tiffany. On (Brendan Scannell) z nieśmiałego, zakompleksionego gościa zaczyna ewoluować. Staje się pewniejszy siebie, zaczyna próbować swoich sił w stand-upie (fantastyczna scena wejścia), a nawet poznaje chłopaka. Z kolei ona (Zoe Levin), twarda, niedostępna i stawiająca warunki, zaczyna powoli odsłaniać swoją bardziej wrażliwą stronę. Wspólne sceny obojga postaci są prawdziwym napędowym paliwem, a także wszelkie spotkania z klientami. Jest i lekko i zabawnie, ale bez popadania w śmieszność. Nawet w pokazaniu poważniejszych problemów jak molestowanie seksualne przez wykładowcę nie traci ciężaru.

bonding1-3

Jedyną dla mnie wadą poza krótkim czasem ekranowym jest bardzo urwane zakończenie. W bardzo dramatycznym momencie nasza para zmuszona jest do ucieczki przed policją. Co dalej? Jakby każdy obecnie serial musiał się zakończyć cliffhangerem, by stanowiło to przetarg w rozmowach na temat kontynuacji. Czy może to tylko ja tak widzę?

Nie zmienia to jednak faktu, że pierwszy sezon „Bonding” był dla mnie ogromną niespodzianką. Bardzo sympatyczny komediodramat z sympatycznymi bohaterami, odrobinką humoru oraz delikatnym, erotycznym zacięciem. Bez wulgarności, chamstwa i obrzydzenia. Drugi sezon powstał po dwóch latach i jestem strasznie ciekawy, co wyszło.

7/10

Radosław Ostrowski