Maria Skłodowska-Curie

Czy ktoś w tym kraju nie znał tej kobiety? Naukowiec, żona, matka, kochanka i podwójna laureatka Nagrody Nobla. Było o Skłodowskiej-Curie wiele filmów, ale w zeszłym roku powstała polsko-francuska koprodukcja, próbująca przedstawić portret tej niezwykłej kobiety.

maria_curie1

Akcja toczy się między pierwszą, a drugą Nagrodą Nobla, bardziej skupiając się na jej życiu prywatnym. Z jednej strony mamy pracę nad radem i wykorzystania do zwalczania nowotworów, ale z drugiej jest nagła śmierć męża, samotne wychowywanie oraz ukryty w tajemnicy związek z innym naukowcem. Ale reżyserka Maria Noelle nie do końca panuje nad materiałem, tworząc kompletny chaos wątków. Nie udało się w pełni rozwinąć żadnego z wątków: próby zdobycia katedry na Sorbonie, spotkanie z Einsteinem, kontynuacja badań, próba pogodzenia się ze śmiercią męża – to wszystko jest ledwie dotknięte, pozostawiając w kompletnej obojętności. Nawet wątek związany z siostrą wydaje się wrzucony na siłę, podobnie jak senne wizje gdzieś na pustyni czy w wodzie – po co to? Mówi się o zasługach, jednak za co ten Noble były przyznane, to będziecie mogli poczytać w Wikipedii, o twórcy kompletnie tą kwestię olali. Ja po biografii zawsze się spodziewam, że o głównym bohaterze/bohaterce będę wiedział więcej po niż przed. Niestety, Noelle nie jest w stanie tych informacji dostarczyć, a co gorsza gubi się w tym, o czym tak naprawdę ma być ten film. O nauce, feminizmie, przełamywaniu schematów, romansie? Nic z tego mieszania grzybków nie wynika.

maria_curie2

Broni się za to warstwa techniczna. Zarówno do scenografii, jak i kostiumów trudno się przyczepić, widać przywiązanie do realiów. Także muzyka potrafi delikatnie zbudować klimat oraz pokazać emocje, których tutaj zadziwiająco jak na lekarstwo. Tylko, że to dużo za mało, by pociągnąć całość do końca.

Aktorsko jest może nie tyle nierówno, ile nie wszyscy aktorzy zostają w pełni wykorzystani. Znane nam nazwiska (Kuna, Olbrychski, Frycz) są ograniczeni tylko do roli tła, które nie wnosi zbyt wiele. Świetny jest Piotr Głowacki w roli Einsteina, wnoszącego odrobinę lekkości oraz humoru, ale pojawia się tylko w jednej scenie. A jak sobie poradziła w głównej roli Karolina Gruszka? Jest najmocniejszym atutem w tej talii, przyciągającym uwagę aż do samego finału. Tylko, że nawet ona nie była w stanie zamaskować niedoróbek scenariusza, przeskoków z wątku na wątek.

maria_curie3

Jeśli to miał być mocny, wspaniały pomnik, to twórcy filmu zrobili go z bardzo kruchego materiału. Pomieszanie z poplątaniem, czyli próba złapania kilku srok za ogon, musiała doprowadzić do uderzenia głową w mur. „Maria Skłdowska-Curie” nie daje żadnej satysfakcji i nawet nie sprawdza się ani jako laurka, ani jako dramat, ani jako opowieść o niezwykłej kobiecie, przecierającej szlaki innym w świecie nauki.

5/10

Radosław Ostrowski

Bodo

Nie jest niczym nowym fakt, że seriale są przerabiane na kinowy ekran. To praktyka znana na Starym Kontynencie od lat, więc kiedy pojawiły się wieści o kinowej wersji serialu „Bodo” nie byłem ani zdziwiony, ani zaskoczony. Spodziewałem się ścinek scen, które nie koniecznie będą ze sobą powiązane, ale przynajmniej będzie się to dobrze oglądało i zachęci do obejrzenia serialu. Jak udało się w przypadku filmu Michała Kwiecińskiego?

bodo1

Lepiej niż się spodziewałem, chociaż do ideału daleko. Całość jest biografią Eugeniusza Bodo – jednego z najpopularniejszych polskich aktorów okresu przedwojennego. Już jako młody chłopak pragnął być artystą, chociaż rodzice mieli wobec niego inne plany – medycyna. To przyniosłoby spokój, stabilizację, szacunek innych ludzi. Ale Bodzio (tak był nazywany) uparł się i konsekwentnie szedł swoją drogą. Sława, pieniądze, kobiety, blichtr – niby udaje się zrealizować swoje marzenie, ale jednocześnie czego w tej drodze zabrakło. Widać, że twórcy próbują balansować między życiem zawodowym aktora a prywatnym – pełnym miłostkom, romansom oraz ciągłych myślach o tej jednej, co go dawno temu zostawiła. Stanowi to główny wątek filmu i jednocześnie staje się to siłą napędową poczynań naszego bohatera. Tylko, że nadal (bo w końcu to fragmenty serialu) widać skrótowość i wiele wątków jest tutaj bardzo szybko wprowadzanych, by uciąć, już więcej do nich nie wracając. Dotyczy to w zasadzie wszystkiego, co widzimy na ekranie. Chociaż muszę przyznać, że zakończenie potrafiło chwycić za gardło.

bodo2

Jestem za to pod dużym wrażenie strony realizacyjnej. Scenografia i kostiumy bardzo zgrabnie odtwarzają czasy przedwojenne. Dlatego tak często jesteśmy albo na scenie, teatrze czy kawiarni. Sceny występów wyglądają wręcz oszałamiająco, porażając przepychem, świetną pracą kamery oraz choreografią. Jeśli do tego dodamy bardzo czarującą muzykę, mieszającą przedwojenną elegancję ze współczesnym sznytem, nasze zmysły będą usatysfakcjonowane.

bodo3

Aktorsko jest całkiem dobrze, chociaż tak naprawdę skupiono się na samym Bodo. Jego młodsze oblicze (dobry Antoni Królikowski) to młody, ale już mający sprecyzowany plan. Pierwsze próby są średnio udane (nauka tańca idzie opornie), jednak widać determinację oraz upór. Z kolei starsza wersja (fantastyczny Tomasz Schuhardt) to już świadomy swojej wartości aktor, chociaż bardzo mocno skupiony na sobie, swojej karierze, a kobiety traktujący niemal jak rękawiczki. Ja mógłbym uwierzyć w tą miłość do Ady, dla której pozostawił swoje miejsce w sercu, gdyby nie grająca tą rolę Anna Pijanowska. Tak złego grania nie widziałem od dawna – sztuczny, pozbawiony emocji głos, fatalna dykcja, sprawia prawdziwy ból uszu. Reszta pań radzi sobie przyzwoicie (Roma Gąsiorowska, Patrycja Kazadi), robiąc dobre wrażenie w partiach musicalowych.

bodo4

„Bodo” to przykład kina, które ma zaintrygować na tyle, by obejrzeć wersję pełną, czyli telewizyjny serial. Udało się twórcom odtworzyć klimat tej epoki, jej blichtr oraz blask, chociaż mocno czuć skrótowy scenariusz. Niemniej efekt jest zaskakujący, co także jest zasługą fantastycznej roli Schuhardta, dla którego warto spędzić czas.

6/10

Radosław Ostrowski

Planeta singli

Na hasło komedia romantyczna z Polski reakcja moja jest jedyna możliwa – trzeba wiać za nogi, bo humor wymuszony, słaby jest, a lukru jest tyle, że można się nim udławić. Nie żebym miał coś do takich współczesnych bajek, ale czasami jest to tak nierealne i nieprawdopodobne, że można pomylić to z kinem spod znaku SF. Jednak w końcu musi pojawić się coś, co będzie po prostu dobre w tym gatunku i nie będzie wywoływało irytacji – wydaje mi się, że właśnie na coś takiego trafiłem.

Zaczyna się dość klasycznie. Jest ona, Ania – dziewczyna chyba urodziła się w XIX wieku, ale jakimś cudem została zahibernowana do naszych czasów. Ładna, chociaż pulowerek i okulary nie pozwalają tego dostrzec na pierwszy rzut oka, romantyczna, serdeczna i samotna. Daje się namówić na udział w randkach przez Internet, czyli tytułowej „Planecie singli”. Przypadkowo randkę tą obserwuje pewien popularny prezenter telewizyjny – Tomasz „Wilk” Wilczyński. Proponuje jej prosty układ: ona opowie mu o przebiegu swoich randek, a zostaną one przerobione na skecze do jego programu telewizyjnego, w zamian jej tożsamość zostanie anonimowa i dostanie… nowy fortepian dla szkoły.

planeta_singli1

Mitja Okorn – Słoweniec od lat mieszkający i pracujący dla pewnej stacji telewizyjnej z niebieskim tłem oraz żółtymi napisami, zaskoczył mnie pięć lat temu „Listami do M.”. Niektórzy mówili, że to zrzynka z „To właśnie miłość” (nie widziałem, jeszcze), ale jak się wzorować to na najlepszych. Tutaj też widać inspiracje produkcjami zza Wielkiej Wody oraz pewnej europejskiej wyspy. Sam scenariusz jako taki jest dość wątły i stanowi pretekst do pokazania różnej maści gagów. I muszę przyznać, że sceny randek pokazujące facetów w dość stereotypowy sposób jako cwaniaczków, niedojrzałych, niewiernych, narcystycznych trafia w punkt. Parę razy nawet padłem ze śmiechu (sceny z programu Wilka a’la Kuba Wojewódzki), a to już coś oznacza. Jednak pretekstowość może dla wielu być słabością, gdyż reszta już troszkę szwankuje. Są problemy w szkole, jest idealny partner dla naszej bohaterki, jest przyjaciółka padająca ofiarą intrygi swojej pasierbicy, chcącej skłócić ją z ojcem. Te wątki są z jednej strony dość oczywiste i przewidywalne (tak jak cały film), ale nie wywołuje to irytacji czy poczucia żenady. Tak samo jak obecny product placement czy kilka zakończeń.

planeta_singli2

Po części film próbuje być także satyrą na współczesne media, goniące za sensacją oraz drwiną ze świata nastawionego na zysk, sensację i skandal. Niby nic nowego, ale kulminacja w Warszawskich Łazienkach wali w głowę jak obuchem. Straszno-śmieszne, tak samo jak finał w iście rycerskim stylu (średniowieczna wersja „The Final Countdown” – mistrzostwo). Tempo jednak w połowie zaczyna siadać i robi się troszkę poważne oraz nudnawo, rekompensując to wszystko od sceny chwytającego za serce monologu Tomka.

planeta_singli3

Ten lekki nieład próbują opanować aktorzy i tutaj jest największa siła. Cała robotę wykonuje Maciej Stuhr potwierdzając swój komediowy potencjał w roli zgorzkniałego, cynicznego szydercy. Pod tą maską jednak kryje się coś więcej, a aktor potrafi to pokazać bez sztuczności i manieryzmu. Partnerująca mu Agnieszka Więdłocha jako Ania jest po prostu urocza oraz czarująca w swojej nieporadności, naiwności oraz przekonaniach. Jednak dziewczyna powoli zmienia się w bardziej trzymającą się ziemi oraz walczącą o swoje. Miedzy tą dwójką jest tutaj odczuwalna chemia, chociaż razem pojawiają się troszkę zbyt rzadko. Drugi plan jest zdominowany przez Piotra Głowackiego, czyli producenta-geja Marcela, ciapowatego Pawła Domagałę (wuefista Piotr) oraz Michała Czarneckiego (lekarz Antoni). Żeby jednak nie było tak słodko, to dostajemy rzadko pojawiającego się na ekranie Tomasza Karolaka (dyrektor), którego maniera coraz bardziej irytuje i drażni.

planeta_singli4

„Planeta singli” jest filmem dość nierównym, ale mimo wad sprawdza się naprawdę dobrze. Można było mocniej dopieprzyć, lepiej wykorzystać pewnych aktorów (m.in. Rafał Rutkowski czy Ewa Błaszczyk), ale i tak jest bardzo przyzwoicie – do wzruszeń, do śmiechu, dla kasy. A monolog Tomka w telewizji powinien być przesłaniem dla wszystkich ludzi, szukających drugiej połówki. Choćby dla tego fragmentu warto odwiedzić tą planetę.

7/10

Radosław Ostrowski

Listy do M. 2

Pierwszą część „Listów do M.” wspominam bardzo ciepło – to była jedna z fajniejszych komedii ostatnich lat na polskich ekranach. Mimo product placementu i wrzucaniu co modnych przebojów, była autentycznie zabawna oraz momentami wzruszająca. Druga część, robiona przez innego reżysera (Mitję Okorna zastąpił Maciej Dejczer) i innych scenarzystów, niestety, cierpi na tzw. syndrom sequela. Niby jest więcej wszystkiego, ale tak naprawdę nic się nie dzieje.

listy_do_m_21

Wracają nasi starzy znajomi, ale od tego czasu zmieniło się wiele: Karina napisała powieść i rozwiodła się ze Szczepanem, obecnie taksówkarzem. Mikołaj nadal jest radiowcem, mieszka z Doris oraz synem Kostkiem, ale jeszcze nie zdecydował się na pierścionek, proszenie o rękę itp. Mel, jak to Mel, mimo tego, iż ma syna, nie zmienił się w ogóle – nadal naciąga na kasę i podrywa mężatki. Jest jeszcze Małgorzata, szefowa Mikołaja, która ciężko choruje. Chociaż zebrano kasę na operację dla niej, nie chce się na nią zdecydować. Ale jest też nowy bohater – trębacz Redo, podejmujący wybór między obecną narzeczoną Moniką a poznaną po latach pierwszą miłością.

listy_do_m_22

Jak widać, miłości jest tutaj sporo i to w różnych odcieniach. Bywa poważnie, stara się być momentami lekko, ale poczucie humoru nagle wyparowało. Pamiętam z pierwszej części rozbrajające teksty Mela i Mikołaja (kolejno Tomasz Karolak i Maciej Stuhr), którzy kradli film całej reszcie obsady. W tej części najlepszy jest Karolak jak próba zrobienia „Złego Mikołaja” na naszym podwórku oraz absolutnie poważny Piotr Adamczyk (ten Szczepan jest taki zadziorny, że trudno go nie polubić). Reszta postaci (z nowymi twarzami – Maciejem Zakościelnym a.k.a. Drewienko oraz Martą Żmudą-Trzebiatowską) sprawia wrażenie znudzonych i nie zainteresowanych swoimi postaciami. Dodatkowo nie mają specjalnie czego grać. Wszystko jest tu aż nadto poważne, jest więcej reklamy pewnej stacji, która produkowała ten film i jest tak mdło, że bolą zęby. I co tam robi Piotr Głowacki, snujący się po tym mieście?

listy_do_m_23

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o drugich „Listach”, ale zwyczajnie nie potrafię. Owszem, zdjęcia są ładne, muzyczka niezła, ale to wielkie rozczarowanie. Ganianie za owcą po markecie było mało zabawne. Jak na komedię było zbyt poważnie, a nie o to w tym gatunku chodzi.

listy_do_m_24

5/10

Radosław Ostrowski

 

Król życia

Edward to był gość – chciał być bokserem, ale teraz pracuje w Mordorze. I niestety, nie jest statystą w kolejnej adaptacji prozy Tolkiena, tylko pracownikiem korporacji. Zarabia dużo, ale jest sfrustrowany, ma mało czasu dla rodziny i czuje się wypalony. I tak dzień w dzień, ale wszystko się w końcu zmienia. Wszystko przez wypadek samochodowy i lekko uszkodzony mózg, przez co Edward „przestawia się”, dostrzegając inne wartości życia.

krol_zycia1

Ktoś doszedł do wniosku, że w Polsce potrzebny jest tzw. feel-good movie, czyli ku pokrzepieniu i z pozytywną energią. Zadanie realizacji tego dzieła podjął się ceniony operator Jerzy Zieliński, debiutujący w roli reżysera. Mocno tutaj czuć inspirację filmem „Odnaleźć siebie” Mike’a Nicholsa, opierającego się na podobnym pomyśle. A pomysł jest taki, że poważny wypadek fizyczny, zmienia całą psychikę i mentalność bohatera. Z cynicznego, zmęczonego życiem pracownika korpo w pogodnego, ciepłego, uśmiechniętego wariata – bez pracy, ambicji i kariery. Wydaje się słusznym kierunkiem, ale dla mnie to wszystko jest za proste i za łatwe. Poza wątpliwościami żony o stan Edwarda oraz strachu przed kończącymi się pieniędzmi, brakuje tutaj mocy. Wiem, miało być optymistycznie i pogodnie, a kilka scen jak Edward robiący za worek treningowy wobec sfrustrowanych ludzi to rewelacja, jednak czegoś mi tu zabrakło. Nawet krytyka Mordoru i tego stylu życia jest jakaś płytka i mało ciekawa, sprowadzona do bezsensownego owczego pędu i źródła frustracji.

krol_zycia2

Ten film byłby kolejnym średniakiem, gdyby nie Robert Więckiewicz, robiący tutaj wszystko, by uwiarygodnić ten świat. I jako Edward sprawdza się świetnie, tworząc dwa sprzeczne portrety (frustrat/optymista) człowieka odnajdującego złoty środek. Odskocznią i odrobinę luzu daje tutaj Bartłomiej Topa w roli menela „Kapsla”, który dzięki Edwardowi zmienia się na lepsze (świetna „indiańska” scena) oraz – jak zawsze – piękna Magdalena Popławska. Nawet drobne epizody Piotra Głowackiego (biznesmen), Jana Peszka (lekarz) i Jerzego Treli (ojciec) tylko dodają smaczku.

krol_zycia3

Nie jest to bez wątpienia najgorszy polski film i wiem, że nie miał ambicji poza wprawieniem w dobry nastrój. Jednak „Król życia” mnie znudził, a kilka realizacyjnych pomysłów (majaki Edwarda przypominające niemy film) nie zawsze kleją się w spójną całość. Jest tylko nieźle, a mam wrażenie, iż mogłoby być lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

Czerwony pająk

Kraków, rok 1967. Tutaj mieszka Karol Kremer – zwykły nastolatek, który wydaje się takim typowym nastolatkiem. Spokojny, cichy, nie rzucający się w oczy. Mieszka z rodzicami, uczęszcza na treningi pływackie i studiuje medycynę. To spokojne życie trwa do momentu, gdy przypadkowo jest świadkiem morderstwa, a dokładniej znajduje zwłoki młodego chłopca – kolejnej ofiary seryjnego mordercy. Sprawą okazuje się weterynarz Lucjan Staniak, a ta relacja mocno zaważy na życiu młodego Karola.

czerwony_pajk1

W PRL-u to była jedna z najgłośniejszych spraw, a Karol Kot stał się najmłodszym seryjnym mordercą schwytanym kiedykolwiek. Debiutujący w fabule Marcin Koszałka luźno inspiruje się historią Karola Kota – wampira z Krakowa. Jednak twórca nie skupia się na rekonstrukcji wydarzeń czy policyjnym śledztwie, nawet nie próbuje wejść w umysł bohatera. Pokazuje spokojnie wydarzenia, samych zbrodni nie ma tu zbyt wiele. Wszystko tutaj oparte jest na niedopowiedzeniu i spojrzeniach, które trzeba umieć odczytać. Odpowiedzi nie znajdziecie tutaj zbyt wiele, właściwie żadnych – dlaczego zabija i dlaczego tak zło fascynuje. Wolne tempo może zniechęcić, podobnie brak jednoznacznych odpowiedzi na kluczowe pytania, zmuszając się do większego natężenia komórek. Jednego jednak Koszałce nie da się odmówić: klimatycznych zdjęć Krakowa, ale w żadnym wypadku nie można mówić o pocztówkach. Miasto jest tutaj pokazane w niemal turpistycznej estetyce: mrok w kolorystyce sepii (popis motocyklisty), podniszczone i brudne piwnice, rozpadające się ściany, uliczne zaułki. To wszystko tworzy atmosferę strachu, ale i małej, wyniszczającego świata, niemal upadającego (ale to pewnie tylko moja nad-interpretacja).

czerwony_pajk2

Tylko ciągle cisnęło mi się pytanie: dlaczego? Co pchnęło Karola do takiego finału, a poszlak jest kilka. Rozpad małżeństwa rodziców, które jako tako funkcjonuje, może odrzucona miłość zakończona brutalną śmiercią? Grający tą rolę Filip Pławiak kompletnie zaskakuje i tworzy trudny portret chłopaka. Podobnie oszczędny i powściągliwy Adam Woronowicz jako morderca Staniak z cichutkim głosem. Ani motywacja, ani sposób zabijania (poza jedną sceną) nie zostaje nam pokazana na ekranie. Niełatwo jest opisać jego relację z Karolem i nadal nie wiem, czym to było. Szacunek, fascynacja, lojalność?

czerwony_pajk3

Debiut fabularny Koszałki zachwyca stroną plastyczną, jednak treść jest zdecydowanie dla bardziej wymagającego odbiorcy. Mnie ta hermetyczność odstraszyła, ale „Czerwony pająk” pozostanie w mojej pamięci.

6/10

Radosław Ostrowski

Anatomia zła

W Warszawie mieszka sobie niepozorny starszy pan zwany Lulkiem. Mieszka w podniszczonej kamienicy, żyje spokojnie i nie wadzi nikomu. To jednak pozory, gdyż Lulek to mafijny cyngiel będący na zwolnieniu warunkowym. Zostało mu trochę czasu, jednak pewnego dnia dostaje wezwanie od prokuratora, który daje mu zlecenie do wykonania – zabicie „grubego psa”. Ale wzrok już nie jest i energia też, więc bierze sobie do pomocy byłego sierżanta Waśkę, zwolnionego z wojska za zabicie cywili w Afganistanie.

anatomia_zla1

Stworzenie w Polsce filmu sensacyjnego na poziomie jest zawsze wyzwaniem, a od czasu „Pitbulla” nie udało się niczego tak dobrego wykonać. Jacek Bromski – znany głównie z lekkich komedii – postanowił zmierzyć się z tym wyzwaniem, ale po obejrzeniu słabego „Uwikłania” straciłem wiarę w tego twórcę. Tymczasem „Anatomia zła” to całkiem niezły thriller, który przez pewien czas ogląda się z ciekawością. Udaje się stworzyć przekonującą intrygę, gdzie nasi kilerzy są tylko pionkami w dużej układance, nie mając zbyt wiele do powiedzenia. Mimo iż spora część wydarzeń toczy się na obrzeżach miasta, gdzie trwają przygotowania do zamachu, to nie ma odczucia wsiowości czy fałszu. Tworzy to niezły klimat, ciągle psuty przez muzykę, będącą nieudolną imitacją stylu Alexandra Desplata z „Autora widmo” i Cartera Burwella. Sam wątek spisku jest mało ciekawy, pokazujący jedynie skorumpowanie polityków i ich powiązania z biznesem, jakby ledwo liźnięty przez scenarzystę. Dodatkowo może zniechęcać ekspozycja, która się wlecze.

anatomia_zla2

Znacznie ciekawsza jest relacja mistrz-uczeń, która mimo ogranych schematów (doświadczony mentor vs niepokorny adept, stawiający non stop pytania), jest najmocniejszym ogniwem filmu, podobnie jak świetnie zrealizowana scena samego zamachu oraz ucieczki, gdzie czuć adrenalinę oraz napięcie. Wszystko jednak zostaje mocno zepsute przez fatalistyczny finał, pozornie wydający się okej, ale jest on zbyt przewidywalny.

anatomia_zla3

Na szczęście Bromskiemu udało się dobrać dobrych aktorów, częściowo ratujących ten film. Największe brawa należą się Krzysztofowi Stroińskiemu, który wbrew swojemu emploi, znakomicie odnajduje się w postaci cynicznego, chłodnego zabójcy, wplątanego w sytuację bez wyjścia. Aktor w chłodnym spojrzeniu ukrywa więcej niż widzimy. Nieźle broni się Marcin Kowalczyk jako adept Lulka, a chemia między panami rodzi się w sposób naturalny, choć nie bez problemów. Swoją cegiełkę dodają drobne role Piotra Głowackiego (prokurator) i Łukasza Simlata (policjant), pokazujące ogromny potencjał całości.

anatomia_zla4

 

„Anatomia zła” (ależ poważny ten tytuł) to małe światełko w tunelu polskiego kina sensacyjnego/thrillera, który ma swoje momenty, mimo niedoskonałości. Bromski zaskakuje solidnością, ale można było z tego wycisnąć więcej. Może następna próba wgniecie w fotel? Zobaczymy.

6/10

Radosław Ostrowski

11 minut

Kino polifoniczne ma dość długą tradycje, także w Polsce. Tą formę uznał za najlepszą do realizacji swojej wizji Jerzy Skolimowski w swoim najnowszym dziele. „11 minut” przedstawia tytułowe jedenaście minut z życia kilku mieszkańców Warszawy.

11_minut1

Młoda aktorka, jej zazdrosny mąż, reżyser, drobny złodziejaszek, kurier, sprzedawca hot-dogów, para alpinistów, ekipa pogotowia ratunkowego – to są bohaterowie całej historii, poszatkowanej na kawałki. Niewiele o nich wiemy, a po seansie dowiadujemy się jeszcze mniej. Dla Skolimowskiego ciekawsze są tutaj zderzenia między bohaterami i ich losy. Aurę niesamowitości tworzą dziwne zdarzenia – na niebie widziano czarną dziurę, samolot zaczął niżej latać nad miastem, a z telewizora odzywa się głos mówiący, że nie da się niczego naprawić. Szczątkowa jest dla Skolimowskiego pretekstem do zabawy formą (ujęcia z komórki i laptopa na początku, kadry z perspektywy psa) i oczekiwania. Na co? Zdarzenie, które wywróci wszystko do góry nogami – dokona małej apokalipsy.

11_minut2

Jestem pod wrażeniem, jak wygląda Warszawa. Niczym wielka metropolia, realizacyjnie to miks zarówno poetyckich ujęć (bańka), a także pewnej grozy. To drugie czuć mocno w scenach, gdzie pogotowie trafia do podskórnej kamienicy czy w scenach z kurierem – zwłaszcza w lynchowskim ujęciu w windzie, gdzie atmosfera potęgowana jest podskórnie pulsującą muzyką Pawła Mykietyna. Samo zakończenie wprawi w konsternację, ale wszystko toczy się na granicy prawdopodobieństwa, przypominając troszkę takie filmy jak „Lulu na moście” czy „Po godzinach”. Skolimowski w prostych ujęciach buduje suspens jak w rasowym thrillerze, choć pozornie nic się nie dzieje.

11_minut3

Aktorzy mają tutaj wiele do zagrania, choć mają niewiele czasu i mówią rzadko. Najbardziej w pamięci mi utkwił Wojciech Mecwaldowski jako zazdrosny mąż z taką wściekłością w oku (tym nie podbitym) oraz Andrzej Chyra (sprzedawca hot-dogów), ale reszta postaci też intryguje. I nie ważne czy mówimy o parze alpinistów myjących okna (Agata Buzek i Piotr Głowacki) czy młodym chłopaku próbującym okraść lombard (Łukasz Sikora). Ten element układanki nie zawodzi.

11_minut4

„11 minut” to pozornie film jakich wiele, jednak Skolimowski bardzo zgrabnie układa puzzle przed nami, wracając do swojej wysokiej formy. Zabawa konwencją i jeden z najlepszych wizualnie filmów na naszym podwórku ostatnich lat.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Ziarno prawdy

Trylogia o prokuratorze Teodorze Szackim autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego to idealnie skrojony materiał na film, gdzie nie brakuje skomplikowanego dochodzenia, wyrazistych postaci, ironicznego humoru oraz trafnej diagnozy społecznej. Wiedział już o tym Jacek Bromski, który – w dość nieudolny sposób – przeniósł na ekran pierwszą część, czyli „Uwikłanie”. Reżyser wtedy uznał, że jest mądrzejszy i pozmieniał wszystko – od rozwiązania i intrygi, po miejsce akcji i płeć głównego bohatera. Jak można było tak świetną książkę przenieść w tak beznadziejny sposób? Do dziś nie jestem w stanie wytłumaczyć. Dlatego gdy pojawiły się wieści o planach ekranizacji „Ziarna prawdy”, miałem pewne nadzieje, ale i spore obawy.

Tym razem prokurator Teodor Szacki zostaje przeniesiony na zadupie, czyli do Sandomierza. Nie jest to jednak tak pięknie wyglądające miasto jak w „Ojcu Mateuszu”. Zamiast spokoju, ciepła oraz wyciszenia, mamy trupa, znalezionego na ulicy. Ofiarą jest Elżbieta Budnik – działaczka społeczna, żona niezbyt lubianego Grzegorza Budnika. Przy śledztwie prokuratorowi pomaga koleżanka z pracy – Basia Sobieraj oraz stary policyjny wyga Leon Wilczur.

ziarno_prawdy1

Lankosz w przeciwieństwie do Bromskiego, ogląda współczesne kryminały i mocno się na nich wzoruje. Najbardziej widoczne jest podobieństwo do Davida Finchera – od czołówki przez stronę wizualną, pełną mroku i półmroku aż po elektroniczną muzykę. Sandomierz pokazany jest tutaj jako miasto tajemnic, nierozliczonej oraz skomplikowanej przeszłości, gdzie nienawiść do Żydów, nacjonalizm są iskrą zapalną. Pod tym względem Lankosz (razem z Miłoszewskim, który jest współautorem scenariusza) trafnie diagnozują naszą mentalność. Intryga dość wolno, ale konsekwentnie jest poprowadzona (środek bywa troszkę usypiający), dialogi pełne ironicznego humoru, chociaż rozwiązanie całej łamigłówki nie należy do łatwych i zaskakuje. Problemem może być łatwa dezorientacja z powodu nadmiaru tropów, ale na to już nie poradzę.

ziarno_prawdy2

Reżyser zna materię i zaskakująco dobrze prowadzi aktorów, chociaż nie wszystkich. Trudno było dobrze wybrać aktora do roli prokuratora Szackiego, zwłaszcza że jest to dość niesympatyczna postać. Chłodny profesjonalista, zdystansowany i pewny siebie służbista, dla którego prawo jest świętością, traktujący kobiety dość przedmiotowo – jak wzbudzić sympatię u takiego ponuraka? Robert Więckiewicz dobrze oddaje charakter Szackiego, który dobrze odnajduje się tylko podczas prowadzenia śledztwa i chyba nie zależy mu ani na szacunku, poklasku czy prestiżu, ale na wykonaniu swojego zadania. I to jest oddane przekonująco, ale jak takiemu facetowi kibicować? No nie da się. Znacznie ciekawszy jest Jerzy Trela jako miejscowy gliniarz Wilczur, który służy mu za przewodnika po mieście. Także epizody Arkadiusza Jakubika (kolekcjoner broni białej Janek Wiewiórski), Piotra Głowackiego (wariat) czy Jacka Poniedziałka (profiler Klejnocki) zapadają mocno w pamięć.

ziarno_prawdy3

Tego nie da się powiedzieć o rolach żeńskich. Irytująca Aleksandra Hamkało (Klara, kochanka Szackiego) pojawia się tutaj tylko po to, żeby się rozebrać. Owszem, jest na co popatrzeć, ale kiedy zaczyna mówić, to chce się, żeby jak najszybciej się zamknęła. Z Magdaleną Walach problem jest inny – prokurator Barbara Sobieraj po ścięciu materiału wyjściowego (była kluczową postacią w życiu prywatnym Szackiego), jest tutaj zwyczajnie niepotrzebna i zbędna. I te dwa błędy, psują frajdę z oglądania.

ziarno_prawdy4

Gdybym miał porównywać „Ziarno prawdy” do „Uwikłania” Bromskiego, film Lankosza jest jakieś tysiąc razy lepszy. Ale powiedzmy to sobie wprost – reżyser miał bardzo nisko zawieszoną poprzeczkę, więc przeskoczenie jej nie było żadnym problemem. Sam film podobał mi się, jednak książka (jak zawsze) była lepsza. Sami zobaczcie (przeczytajcie), bo wyszedł co najmniej przyzwoity kryminał, nawet jeśli jest kalką tego, co najlepsze.

7/10

Radosław Ostrowski

Sąsiady

To jest jeden z tych filmów, który wprawia w kompletny stan osłupienia i albo się go zaakceptuje albo odrzuci. Powracający z krainy niebytu Grzegorz Królikiewicz dokonuje kompletnej demolki na odbiorcy i jest bardziej wymagający niż Lynch, Refn, Jarmusch i wielu innych psychodelicznych twórców razem wziętych. O czym są „Sąsiady”?

sasiady1

To zbiór scenek z życia mieszkańców bloku gdzieś w Łodzi. Różnych ludzi – zarówno w kwestii wieku, płci, wykształcenia i stanu posiadania – patrzących na siebie z zawiścią, wrogością, poczuciem niespełnienia. Ich stan świetnie symbolizują kręcone z żabiej perspektywy ujęcia ciasnej szczeliny między blokami. Odbija się w niej światło, ale jest strasznie niewygodnie przez nią przejść – ściśnięty, bezustannie walczący o swoje szczęście oraz godność. „Straszni mieszczanie” z wiersza Tuwima, tylko tutaj podrasowani awangardową formą oraz surrealistycznym poczuciem humoru, który zyskał przychylność krytyki (pojawiające się na plakacie słowa Bezkompromisowy; Zaskakujący; Odważny; Piękny). Jednak tzw. szaraczek rzadko kiedy byłby w stanie wytrwać do samego końca.

sasiady2

Reżyser bawi się stroną formalną, stosując estetykę turpistyczną i dość oszczędnie używając realizmu. Imponuje tutaj zarówno świetna kamera Krzysztofa Ptaka jak i imponująca scenografia Zbigniewa Warpchlewskiego. Blok z mieszkaniami pełnymi grzyba, brudu, podniszczonymi ścianami i z ciasnymi korytarzami – to wszystko wywołuje wstręt i jest na swój sposób piękne. Poziom poszczególny opowieści (jak to w przypadku kina nowelowego, którym „Sąsiady” są bez wątpienia) jest dość nierówny, jednak nawet w słabszych opowiastkach pojawiają się pojedyncze fragmenty przykuwające uwagę na dłużej. Kupno karpia na święconkę… wielkanocną, ekscentryczny naukowiec porażający się prądem, małżeństwo podglądające innych i bijące się dla podniety, mężczyźni zachodzący w ciążę, inteligent przemieniający się w królika czy – najlepsze z tego zestawu – uroczysta likwidacja przychodni. Im dalej w las, tym dziwaczniej. Nie szukajcie logiki i sensu, bo go tu nie znajdziecie. Dodatkowo jeszcze bawi się dźwiękiem (wewnętrzne dialogi, odgłosy wystrzeliwanych fajerwerków).

sasiady3

Jeszcze bardziej tutaj zaskakuje obsada, w dużej części to naturszczycy idealnie wpisujący się w krajobraz nędzy, zapomnienia i biedoty. Najbardziej z tego grona wybija się Marek Dyjak ze swoim zachrypniętym głosem oraz wplecionymi piosenkami, stanowiącymi zgrabny komentarz do wydarzeń. Poza nim najbardziej utkwiła mi w pamięć Katarzyna Herman z Jackiem Poniedziałkiem (małżeństwo podniecające się przemocą) oraz – pozornie niepasujący do obrazka – Mariusz Pudzianowski w roli… księdza chodzącego po kolędzie.

sasiady4
Nie wiem jakie używki brał reżyser, ale efekt jest porażający. „Sąsiady” to niekonwencjonalne, zwariowane i – miejscami – bardzo dzikie kino. Ostrzegam jednak: to nie jest kino dla tzw. przeciętnego zjadacza chleba, ale jeśli jesteś poszukiwaczem przygód oraz nietypowych historii, nowy film Królikiewicza jest stworzony dla Ciebie. Kolejny dowód na żywotność filmowej awangardy.


7/10

Radosław Ostrowski