Człowiek z marmuru

Czerwiec 1976, czas strajku robotników w Radomiu i Ursusie. Ale tego tutaj nie zobaczycie, bo bohaterka jest Agnieszka. To młoda dziewczyna, próbująca nakręcić swój film dyplomowy, tylko że temat jest dość zaskakujący jak na ten wiek. Chce ustalić losy przodownika pracy – Mateusza Birkuta, którego historia urywa się w roku 1951. Kroniki, dokumenty – wszystko wyparowało. Zostali jeszcze ludzie, tylko czy uda się z nich wyciągnąć informacje?

czlowiek z marmuru3

Jeden z tych filmów Andrzeja Wajdy uważany za najważniejszy. Choć scenariusz powstał już w 1962 roku, nie było zgody na realizację. Próba rozliczenia z czasami stalinizmu była bardzo trudnym tematem, a wiele filmów próbujących opowiedzieć o tym (m.in. „Życie raz jeszcze” Morgensterna) trafiało na półki na wiele, wiele lat. Dopiero wsparcie udzielone przez ministra kultury Józefa Tejchmy spowodowało, że film udało się zrealizować, zaś mimo negatywnych recenzji (bo tylko takie zostały dopuszczone do druku przez cenzurę), obejrzało go ponad 2,5 miliona widzów. Z czego wynika fenomen tego dzieła?

czlowiek z marmuru1

Sama konstrukcja przypomina reportaż, gdzie mamy rozmowy z postaciami i wszystko przeplatane retrospekcjami oraz materiałami archiwalnymi. Ale w tej dziś klasycznej formie oraz konstrukcji tkwi największa siła tego filmu. Reżyserowi udaje się zrekonstruować czasy, kiedy do władza popierała oraz wspierała ruch robotniczy, wznosząc ich przedstawicieli na piedestał. Byli obecni wszędzie – na zjazdach partii, galeriach sztuki, byli pierwszymi celebrytami swoich czasów. Pod jednym warunkiem, że szli zgodnie z drogą oraz doktryną partii. Jak zaczniesz chcieć czegoś więcej, np. lepszych warunków pracy czy wstawisz się za kolegą oskarżonym o szpiegostwo, wtedy zostaniesz przeżuty, strawiony i wypluty. Wtedy zostaniesz wymazanym z pamięci, stając się kompletnie nikim.

czlowiek z marmuru5

Powolne odkrywanie kolejnych tajemnic przypomina oglądanie kryminału. Pojawia się więcej zagadek, postaci z bardzo zmienionymi losami (oskarżony o sabotaż teraz jest dyrektorem Huty Katowice, były ubek zostaje dyrektorem klubu, a początkujący reżyser staje się ważną osobistością). Sprytnym zabiegiem było wplecenie prawdziwych materiałów archiwalnych oraz stylizacja wielu scen na filmy z Kroniki Filmowej. Wajda wykorzystuje to, by zaatakować system pełen przekłamań i oszustw. A co gorsza, pewne zachowania (nie rób tego, nie mów o tym) pokazują pewną zgniliznę systemu, bojącego się pewnych niewygodnych tematów. Zupełnie jakby nie opowiadanie o pewnych rzeczach, miało być zamknięciem sprawy. Tylko, czy aby to na pewno właściwa droga?

czlowiek z marmuru4

Do tego Wajdzie udało się zebrać bardzo mocnych aktorów. Główne role dostali młodzi, dopiero zaczynający swoją drogę i wypadli fenomenalnie. Debiutująca Krystyna Janda (rola mocno inspirowana osobą Agnieszki Osieckiej – mało kto wie, że studiowała reżyserię w łódzkiej Filmówce) tutaj bardzo elektryzuje. Sprawia wrażenie zdeterminowanej, niepokornej, twardo dążącej do celu, nawet za cenę podstępu (włamanie się do Muzeum Sztuki czy próba rozmowy z Michalakiem za pomocą ukrytego mikrofonu). Tu czuć zarówno w bardzo energicznym sposobie wysławiania czy mowie ciała. Równie wyrazisty jest tutaj Jerzy Radziwiłowicz w roli zaginionego Birkuta. Początkowo sprawia wrażenie prostego człowieka ze wsi, ale z czasem staje się coraz bardziej niezłomnym monolitem. Uparty, nieustępliwy, nie potrafiący się do końca dostosować do nowych czasów oraz założeń partyjnych. Na jego losach widać jak system traktuje ludzi myślących inaczej. Na drugim planie nie brakuje masy wyrazistych kreacji ze świetnym Tadeuszem Łomnickim (reżyser Burski, będący typem karierowicza) oraz Michałem Tarkowskim (Wincenty Witek – przyjaciel Birkuta) na czele. A wartych uwagi epizodów jest tutaj więcej, ale polecam je samemu odkryć.

czlowiek z marmuru2

„Człowiek z marmuru” uważany jest za odpalający nurt kina moralnego niepokoju. Wajda tutaj dokonuje wręcz bezpardonowego ataku na system w sposób absolutnie bezkompromisowy. Mimo lat, nadal pozostaje ostrym kawałkiem kina, przypominając jeden z mrocznych fragmentów naszej przeszłości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wzbierająca burza

Ileż było portretów Winstona Churchilla na małym i dużym ekranie? Ostatnio był choćby „Czas mroku” z niesamowitą kreacją Gary’ego Oldmana, lecz ja przypomnę pewną skromną produkcję telewizyjną od stacji HBO z roku 2002. Wszystko zaczyna się w roku 1934, kiedy Churchill został odstawiony na boczny tor. Partia go nie znosi (bo już ją zdradził) i izoluje, mieszka poza Londynem na prowincji, gdzie próbuje pracować nad książką o swoim przodku, lordzie Marlborough. Poza tym, próbuje dbać o swój majątek, maluje obrazy i chce jeszcze wpłynąć na sytuację polityczną Indii. Problem jednak w tym, że jego słowa odbijają się niczym o ścianę. Jednak nasz polityk skupia się na innym zagrożenie, jakiego nikt nie dostrzega – nazistowskie Niemcy, zaczynające łamać postanowienia traktatu wersalskiego. Churchillowi udaje się zyskać informacje od pewnego urzędnika MSZ.

wzbierajaca_burza1

Reżyser Richard Loncraine nie próbuje robić laurki premiera, ale skupia się bardziej na jego życiu prywatnym niż politycznej karierze czy walce. Co w przypadku tej postaci jest dość odświeżające i pozwala zdjąć ją z pomnikowego wizerunku. Sama fabuła skupia się na dwóch wątkach: relacji Winstona z żoną oraz współpracy polityka z Ralphem Ingramem, który przekazuje mu tajne raporty na temat Niemiec. Meldunki te ignorowane przez rząd Baldwina, stają się dla Churchilla szansą nie tylko do ostrzeżenia swoich krajan, ale także powrotem do politycznego życia. Obydwa te wątki zgrabnie się przecinają i dają szansę do pokazania bardziej ludzkiej twarzy przyszłego premiera.

wzbierajaca_burza2

Mimo, że znamy przebieg wypadków, film potrafi wciągnąć. Reżyser spokojnie opowiada znaną historię, jednocześnie potrafią pokazać jak bardzo ludzie przy władzy (nie bez przyczyny) zachowywali się wobec Hitlera tak, jak się zachowali. Tylko, czy obawa przed konfrontacją jest dobrym powodem do tych działań? Do zachowywania bierności oraz strachu? Historia dała już odpowiedź. Wszystko podane jest z humorem, zrealizowane solidnie, by pod koniec troszkę patosem przypieprzyć (troszkę za bardzo). Ale film ogląda się naprawdę dobrze, w czym pomaga dobrze napisany scenariusz oraz porządna realizacja.

wzbierajaca_burza3

Na wyższy poziom film wznosi aktorstwo. Churchilla gra Albert Finney i jest znakomity. Nie tylko dlatego, że nie potrzebuje kilogramów charakteryzacji, ale posiada tonę charyzmy. To nadal wyrazisty polityk, który nie boi się iść za swoimi przekonaniami, bywa choleryczny, humorzasty oraz pewny swoich racji. Ale jednocześnie jest to oddany mąż i lojalny przyjaciel. Świetnie partneruje aktorowi Vanessa Redgrave jako jego żona, która może i bywa potulna, ale potrafi też postawić na swoim (kwestia wyjazdu na parę miesięcy) i ujarzmić swojego męża. Choć na drugim planie nie brakuje świetnych aktorów jak Jim Broadbent, Tom Wilkinson czy Derek Jacobi, najbardziej wybija się Linus Roache w roli Ingrama. Jest to oddany urzędnik, który poważnie traktuje zagrożenie i w dobrej wierze zaczyna działać troszkę na granicy etyki, co wywołuje pewne wątpliwości. I to jest wygrywane bez cienia fałszu.

Jeśli ktoś spodziewał się przesłodzonej laurki dla Churchilla, to nie do końca ją tu znajdzie. „Wzbierająca burza” może i ma telewizyjny budżet, ale nie jest biedne, nudne kino. Spojrzenie na życie prywatne Churchilla pozwala zobaczyć tą postać z innej strony, zaś znakomity Finney przyciąga uwagę do samego końca.

7/10 

Radosław Ostrowski

Vice

Czy ktoś z tu obecnie wchodzących i czytający moje teksty oglądał kiedyś „House of Cards”? pewnie wielu z was zastanawiało się co by było, gdyby Frank Underwood istniał naprawdę i próbował dążyć do władzy absolutnej w USA? Przecież Kongres czy Izba Reprezentantów byłaby go w stanie powstrzymać, prawda? To chyba nie słyszeliście o Dicku Cheneyu. Może nie był prezydentem najpotężniejszego kraju świata (nie, nie jest to Polska, ani Rosja), ale zmienił historię kraju. Jak? O tym opowiada najnowszy film Michaela Moore’a, eeee, Adama McKaya.

vice1

Wszystko zaczyna się w latach 60., kiedy z Chaneya był kawał dicka. Zamiast się uczyć na poważnej uczelni, pracuje naprawiając oraz montując druty telefoniczne. Oprócz tego lubi dużo wypić oraz spuścić wpierdol tym, którzy go zaczepiają. W końcu jego żona ma tego dość i stawia mu proste ultimatum: albo się weźmie w garść, albo ma wypierdalać z jej życia. Jak myślicie, co wybrał? Po studiach trafił do Kongresu, gdzie poznał Donalda Rumsfelda, który miał dość istotny wpływ na polityczną karierę Cheneya.

vice2

McKay jako reżyser jest świadomy, że tak naprawdę przeciętni ludzie mają politykę (tak jak świat ekonomiczny) głęboko w dupie i woleliby obejrzeć np. kolejną część „Szybkich i wściekłych” albo kolejne wybitne dzieło Patryka Vegi. Lecz tak jak w „Big Short” twórca kombinuje w ten sposób, by w tym mętnym świecie odnaleźć się i przy okazji dostarczyć rozrywki. Dlatego mamy tutaj zabawę montażem, pojawia się przewodnik zwany Kurtem (zwykły robotnik, który sam się nazywa – „krewnym Cheneya”) oraz – na początku – łamana chronologia, by pokazać karierę Cheney’a, który z pijusa zmienia się w prawdziwego politycznego szachistę. Mówi niewiele, ale uważnie obserwuje i czeka na swój moment. Ale reżyser nie demonizuje naszego bohatera – przynajmniej na początku. Lecz bardzo brutalnie pokazuje do czego zdolni są ludzie, by pozyskać władzę absolutną, za wszelką cenę. Trzeba rozpętać wojnę? Nie ma sprawy. Trzeba potępić małżeństwa homoseksualne? Jasne. A że masz w rodzinie osobę homoseksualną, chuj z tym. Pójść na układy z dużymi korporacjami w sprawie ropy naftowej, rozregulować podatki dla najbogatszych? Od czego jest manipulacja grup fokusowych. Informacje wywiadowcze najpierw dostaje prezydent? Trzeba je przejąć. Stosowanie tortur podczas przesłuchań? Jeśli prezydent coś robi, to jest to legalne. (kto pamięta „Frost/Nixon”?) Ale są przecież wyborcy i media, mający patrzeć na ręce politykom, prawda? Gówno prawda, bo Fox News (telewizja) mamy pod kontrolą, a ludźmi można przecież manipulować i tak mydlić oczy, że po latach się nie zorientują, iż coś jest nie tak. Bardzo gorzka to refleksja, nawet jeśli miejscami polewana humorem.

vice3

Poza wspomnianym montażem (fenomenalnym), McKay skupia uwagę zarówno precyzyjnym, pełnym ciętych dialogów scenariuszem. Czy trzeba znać mocno fakty, by się w tym wszystkim odnaleźć? Niekoniecznie, bo wiele jest wyjaśniane w istotnych kwestiach. Pojawiają się znajome twarze (Colin Powell, Condolezza Rice, Donald Rumsfeld) oraz wydarzenia (11 września, inwazja na Irak czy przypadkowe postrzelenie przez Cheneya). Tylko, że niemal wszystko zza kulis, bez kamer oraz świadków. Dawno nie widziałem tak pewnie, znakomicie poprowadzonego filmu.

vice4

No i jak to jest zagrane. Genialny jest Christian Bale w roli głównej, pokazując kolejny raz swoją zdolność do metamorfozy. I nie chodzi tylko o charakteryzację oraz kwestie fizyczne, lecz sposób mówienia, mowę ciała oraz spojrzenie. Zmiana naszego bohatera w bezwzględnego polityka, korzystającego z każdej okazji do umocnienia swojej pozycji jest bezbłędna, przyciąga uwagę i jest dość niebezpiecznie pociągająca. Równie cudowna jest Amy Adams jako Lynne. Pozornie wydaje się cichą i wspierającą męża kobietą, ale ma więcej charakteru i jaj niż cała partia polityczna. To bardzo ciekawy, nieszablonowy duet, gdzie nie do końca wiadomo, kto tak naprawdę tu pociąga za sznurki. Dla mnie jednak film kradnie Steve Carrell jako błyskotliwy, niemal diaboliczny Donald Rumsfeld oraz Sam Rockwell w roli George’a W. Busha, tutaj przedstawionego jako tępego, łatwo podatnego na manipulacje. A i to nie wszyscy warci uwagi aktorzy (zwróćcie uwagę na pewne drobne epizodziki, gdzie nie brakuje znanych twarzy).

Jeśli nadal po tym filmie NIE będziecie uważać, że politycy to grupa bezwzględnych skurwysynów działających dla własnych korzyści, to zazdroszczę Wam naiwności. „Vice” to z jednej strony cięta satyra, z drugiej akt oskarżenia wobec polityków z ostatnich lat. Wielu może się rzucić, że jest to kino z tezą, a reżyser nie ukrywa swoich bardziej liberalnych poglądów, co jest po części prawdą. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to prowokujące i zmuszające do czegoś, czego amerykańscy ludzie (i nie tylko oni) nie potrafią robić od dawna – myśleć.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Stan gry

Sam początek filmu jest dość zagadkowy: pewien młody chłopak biegnie przed siebie i zostaje zastrzelony gdzieś przy śmieciach w ciemnej uliczce nocą. Pewien mężczyzna przejeżdżał rowerem przez okolicę i… cóż, to była jego ostatnia przejażdżka. Dzień później pod pociąg metra wpada pewna młoda kobieta. Jak się okazuje, pracowała jako analityk w politycznej komisji śledczej kierowanej przez Stephena Collinsa. Mało tego, kobieta była kochanką polityka. Wtedy do gry wchodzi dziennikarz Washington Globe Cal McAffrey (także przyjaciel Collinsa) oraz młoda autorka politycznego bloga, Della Frye.

stan_gry1

Kevin Macdonald dla wielu kinomanów to przede wszystkim dokumentalista (“Czekając na Joe”, “Marley”, “Whitney”). Ale na początku swojej drogi udało mu się stworzyć dwie znakomite fabuły. “Stan gry” należy do tego grona, mimo bycia kinowym remakiem telewizyjnego serial z Wysp Brytyjskich. Reżyser bardzo powoli, ale za to precyzyjne pokazuje kolejne element układanki, pokazując niebezpieczny styk polityki z biznesem. I do czego są tak naprawdę posunąć się duże korporacje do realizacji swoich celów. Wszystko wydaje się być powiązane z prywatną firmą ochroniarską PointCorp, której działania podczas wojny w Iraku doprowadziły do rzezi niewinnych. Tylko, czy oni są powiązani z morderstwami pani analityk oraz młodego złodzieja. Akcja nie pędzi, nie ma tu pościgów czy gwałtownych strzelanin (chyba, że mówimy o scenie w parkingu), lecz historia potrafi wciągnąć. Kolejne element układanki pokazują kolejne powiązania polityki, biznesu oraz mediów, których znajdują się niejako w rozkroku.

stan_gry3

Klimatem dzieło Macdonalda przypomina thriller z lat 70., gdzie wszystko opierało się na dialogach, spotkaniach w cztery oczy, przy zachowaniu środków ostrożności (rozmowa z informatorem wewnątrz PointCorp). A jednocześnie ciągle zadaje pytania o etykę dziennikarską, skupiając się na trzech postaciach: młodej blogerce, starym wyjadaczu oraz naczelnej, która musi brać także pod uwagę kwestie dochodów, by zadowolić nowych właścicieli. Co wtedy powinno się liczyć: prawda czy zysk? Jak połączyć te dwie sprzeczne cechy, czy można się przyjaźnić z kimś, kto jest bohaterem artykułu? Takie etyczne pytania dodają odcieni szarości, a sam twórca nie daje żadnej odpowiedzi ani lekcji.

stan_gry2

Poza fantastycznym scenariuszem, reżyser też znakomicie prowadzi aktorów. Znowu błyszczy Russell Crowe, choć wygląda bardzo “misiowato” i z długimi włosami jak hipis. To dziennikarz starej daty, który najpierw sprawdza, weryfikuje informacje, a nie wrzuca wszystko, co usłyszy. Podobno tacy dziennikarze jeszcze dzisiaj istnieją, ale są w bardzo śladowych ilościach I nie czuć w tym fałszu. Partnerująca mu Rachel McAdams jest absolutnie cudowna jako młoda dziennikarka z dużym potencjałem. Tworzy dość intrygujący duet, działający na zasadzie mistrz-uczennica, wyciągające wiele wniosków z tej współpracy.  Równie pozytywnie zaskakuje Ben Affleck w roli kongresmena Collinsa. Z jednej strony to ambitny, błyskotliwy polityk (sceny przesłuchań przed komisją – petarda), ale jednocześnie – jak każdy polityk – jest człowiekiem, pełnym słabości. Ale najbardziej jednak film kradnie Helen Mirren (niemal posągowa naczelna) oraz w małym epizodzie Jason Bateman (mocno narcystyczny Dominic Foy, zrywający z dotychczasowym emploi aktora).

Mimo, że fabuła zaskakuje parę razy, to końcówka skręca w stronę wątku z psychopatycznym zabójcą, co jest drobnym zawodem. Na szczęście, jest to jedyna poważna skaza tego filmu. Kapitalnego thrillera w starym stylu, bez wybuchów i strzelanin, lecz mimo to bardzo mięsistego, inteligentne poprowadzonego, z wyrazistymi postaciami oraz nie dającymi łatwych odpowiedzi na pewne pytania. Kino rozrywkowe zrobione z głową.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Brexit: Dzika wojna

Chyba żadne inne słowo w 2016 roku nie wywołało takiego spustoszenia na Wyspach Brytyjskich jak Brexit. Referendum mające doprowadzić do najważniejszej decyzji w historii tego kraju zakończyło się zwycięstwem eurosceptyków, co wywołało wielką konsternację. Politycy do tej pory jeszcze tej żaby nie połknęli, ale bardziej interesujące jest jedno pytanie: jakim cudem do tego doszło? O tym opowiada brytyjska produkcja telewizyjna.

brexit1

Całą kampanię zorganizował niejaki Dominic Cummings. Nie znacie go? Ja też o nim nie słyszałem, bo jest to postać mocno działająca w cieniu. I to właśnie do niego przyszedł lobbysta Matthew Elliot oraz poseł Douglas Carswell, by pomógł poprowadzić eurosceptyków do zwycięstwa. Do tej pory kampanie polityczne czy referendalne na Wyspach były raczej prowadzone w sposób spokojny, wręcz elegancki. Jednak reżyser pokazuje działanie kampanii z perspektywy tych, którzy chcieli w końcu doprowadzić do wyjścia Brytanii z Unii. Tutaj dochodzi do zderzenia dwóch sposobów myślenia, czyli konserwatywnej, tradycyjnej formuły z wykorzystywaniem nowoczesnej technologii (algorytmy informatyczne, łączenie Facebooka i Twittera z precyzyjnymi mailami). I to bardzo pięknie pokazuje, jak bardzo łatwo można manipulować faktami, materiałami oraz ograniczeniem wszystkiego do prostych, chwytliwych haseł – jak zresztą przy każdym referendum. Zaś politycy tutaj, nawet jeśli są przekonani o słuszności swoich działań, są pozbawionymi jakiegokolwiek planu kretynami.

brexit2

Reżyser potrafi przykuć uwagę widza, nawet przy korzystaniu skomplikowanych terminów, w czym zdecydowanie pomaga świetny, bardzo rytmicznym montaż. Pod tym względem miałem skojarzenia z „Big Short”, gdzie dialogi, złośliwości, ironii zderzone z kontrastowymi scenami (nie tylko w finale) tworzą prawdziwą mieszankę wybuchową. Na dłoni widać, jak bardzo łatwo można manipulować naszymi emocjami, wątpliwościami, lękiem. Cała kampania to niemal starcie serca z rozumem, co dobitnie pokazuje próba przeprowadzenia badania na wybranej grupie ludzi przez reprezentantów społeczeństwa. Nawet napisy końcowe są w stanie doprowadzić do kilku konsternacji, pokazując brudne zagrywki kampanii politycznej.

Pojawiają się znane postaci ze sceny politycznej jak Boris Johnson (burmistrz Londynu), Nigel Farrage (szef UKIP) czy premier David Cameron. Ale tak naprawdę tutaj liczy się Cummings zagrany przez rewelacyjnego Benedicta Cumberbatcha. Lekko łysiejący mężczyzna, będący mieszanką inteligencji, arogancji oraz pewności siebie początkowo może wydawać się kreacją przypominającą poprzednie dokonania aktora. Ale jednocześnie nadal posiada kilogramy charyzmy, przez co nie można (nadal) oderwać od niego oczu, napędzając całą akcję.

Może i widać telewizyjny budżet, jednak „Brexit” wsysa do końca, pokazując kolejny raz, jak bardzo łatwo swoimi wyborcami można manipulować. No i że nie zawsze za każdą dobrą ideą stoi człowiek z planem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Śmierć prezydenta

II Rzeczypospolita była różnie oceniana z perspektywy czasu. PRL bardzo ostro odnosił się do tych czasów, pokazując bardzo jaskrawe, ciemne karty, zaś o marszałku Piłsudskim można było pisać albo źle albo wcale. Z kolei po 1989 roku, odnosząc się do tradycji Polski przedwojennej mówiło się o niej (głównie na scenie społecznej i politycznej) albo dobrze, albo w sposób kryształowy. A jaka jest prawda tego okresu? Bliżej jej do czasów nam współczesnych, gdzie zachłyśnięci wolnością, próbujemy się odnaleźć w nowej rzeczywistości, ale jednocześnie trwała bezpardonowa polityczna walka. Czy jest możliwa szansa na przedstawienie w miarę obiektywnej prawdy na temat tego okresu? O dziwo, było kilku śmiałków mierzącym się z tym okresem, ale nikt tego nie zrobił tak jak Jerzy Kawalerowicz w „Śmierci prezydenta”.

smierc_prezydenta1

Cała historia skupia się na dwóch postaciach, których los przeciął się w sposób bardzo brutalny. Gabriel Narutowicz był inżynierem, który przebywał niemal całe życie w Szwajcarii, osiągając tytuł profesora. Po śmierci żony zdecydował się wrócić do kraju, gdzie został członkiem rządów – najpierw jako minister robót publicznych, potem szef MSZ. Drugim był Eligiusz Niewiadomski. Malarz, historyk sztuki, prawicowiec, wręcz fanatyk. Punktem oraz przestrzenią czasową był grudzień 1922: pierwsze wybory prezydenckie, zaskakująca wygrana Narutowicza oraz jego śmierć podczas wystawy w Zachęcie.

smierc_prezydenta2

Reżyser postanowił wykorzystać wszystkie dostępnie materiały źródłowe do odtworzenia tej politycznej burzy. Kiedy to prawica (PSL „Piast”, Chrześcijański Związek Jedności Narodowej zwany „Chjeną”) i lewica (PPS, PSL „Wyzwolenie”) zaczęły prowadzić wojnę między sobą. Wszelkie próby kompromisu wydają się niemożliwe, zaś na wierzch wyłażą ksenofobia, nacjonalizm skryty pod hasłami patriotyzmu oraz przywiązania do tradycji. Prawicowy politycy (w tym także duchowni – jakim cudem księża mogli być posłami, nie mam kurwa pojęcia) zaczęli podsycać nienawiść oraz wrogość wobec Narutowicza. Organizowane są manifestacje, w dzień ślubowania ulica jest blokowana przez bojówki, a posłowie blokowani, zamykani, bici. A policja się tylko przygląda. Czy te obrazki nie wyglądają dziwnie znajomo? Te podziały oraz bariery nie wzięły się z Księżyca, ani z powietrza. I to wszystko mimo 40 lat na karku nadal budzi przerażenie oraz niedowierzanie. Choć muszę przyznać, że Kawalerowicz jest stronniczy (tutaj lewica jest traktowana bardzo łagodnie, mimo że nie pozostawali dłużni drugiej stronie sporu), obrazki ulicznej zadymy zostają w pamięci na długo, zaś realia tego okresu i postawy polityków nie budzą poważnych zastrzeżeń.

smierc_prezydenta3

To jednak tylko jedna strona narracji. Druga, przeplatająca się z wyborami, to mowa sądowa Eligiusza Niewiadomskiego (też oparta o akta sądowe), który w całkowitym mroku opowiada o tym, co go zmotywowało do dokonania morderstwa, chociaż początkowo jego celem był Piłsudski. Te fragmenty bardzo silnie pokazują, jak propaganda, polityczne wojenki doprowadzają do wypaczenia umysłu, skręcającego ku radykalizmowi. I tego należy za wszelką cenę uniknąć oraz kontrolować.

Kamera, niczym reporter, pozostaje cały czas w ruchu, nawet podczas pozornie statycznych i nudnych scenach („przeskoki” na posłów podczas ślubowania, dynamicznie zrobione sceny rozmów podczas głosowania prezydenckiego czy podczas wizyty w Zachęcie), dodając im energii oraz nastroju powagi. Jednocześnie podkreśla pewna polityczną gorączkę oraz podsycający konflikt (przemowy w Sejmie), który zaczyna się wymykać spod kontroli, o mały włos nie doprowadzając do upadku państwa. Wyjątkowo brutalna prawda o naszej „chwalebnej” drugiej RP.

smierc_prezydenta4

Choć pojawia się wiele twarzy, nazwisk oraz postaci, tak naprawdę liczą się tylko dwie i obydwie są zagrane po mistrzowsku. Narutowicz w wykonaniu Zdzisława Mrożewskiego to postać przechodząca pewną ewolucję. Początkowo troszkę zaskoczony wyborem, stając się niejako prezydentem mimo woli (nie zgłaszał swojej kandydatury i w ogóle nie planował uczestnictwa), z czasem coraz bardziej jego spokój oraz opanowanie stają się bardzo mocnymi cechami. Prezydent stara się z godnością dzierżyć swój urząd, stając się niemal niewzruszonym monolitem, nie cofającym się wstecz. Kontrastem dla niego jest Niewiadomski w interpretacji Marka Walczewskiego. Bardzo impulsywny, gestykulujący, wręcz ożywiony, z obłędem w oczach. Słuchanie jego przekonań oraz rozumowania budzi autentyczne przerażenie. Te dwie role dźwigają ten film, chociaż na drugim planie mamy takie postacie jak Józef Piłsudski (świetny Jerzy Duszyński, zawsze budzący respekt samą obecnością), Wincenty Witos, generał Haller czy marszałek Sejmu, Maciej Rataj. Niemniej ten korowód postaci nie wywołuje konsternacji oraz zagubienia, czego spodziewałem się w trakcie seansu.

„Śmierć prezydenta” to kino kameralne i monumentalne jednocześnie (jak „Faraon”), które z wnikliwością odtwarza okres Polski tuż po odzyskaniu niepodległości. Niepodległości, którą sami sobie mogliśmy odebrać, doprowadzając do niemal anarchii. Pojawia się refleksja, tylko czemu ona wymagała takiej ofiary? Bardzo gorzka pigułka.

8/10

Radosław Ostrowski

Bob Roberts

Wybory – jak wszyscy wiemy – to czas, kiedy pewni nieznani ludzie starają się o naszą uwagę, by móc dalej nic nie robić. Ci ludzie chcą dołączyć do pewnego kręgu zwanego politykami, czyli kompletnych nierobów udających, że chcą nam zrobić dobrze, a tak naprawdę dbają tylko o swój dobrobyt. Ale co innego jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie światli oraz odpowiedzialni obywatele wybierają najmądrzejszych, najbardziej rozsądnych oraz uczciwych polityków. I to tam w 1990 roku o urząd senatora postanowił powalczyć Bob Roberts. Kim on jest? To bardzo młody muzyk folkowy, który jest także biznesmenem o bardzo prawicowych poglądach. Kieruje fundacją wspierającą szpitale w walce z narkotykami, w swoich utworach mocno krytykuje bardziej liberalną politykę swojego przeciwnika, senatora Brickleya Paiste’a. A cała ta walkę poznajemy w formie… dokumentu, kręconego przez Terry’ego Manchestera, przyglądającemu się kampanii.

bob_roberts1

Nakręcony w 1992 roku film w reżyserii Tima Robbinsa jest polityczną satyrą – gatunkiem bardzo trudnym i ryzykownym, bo mogącym bardzo łatwo się zestarzeć. Chyba, że zamiast przyglądać się ówczesnej sytuacji politycznej, będziemy próbowali pokazać mechanizmy działania kampanii wyborczych, ze stosowaniem różnych nieczystych zagrań. W tle niemal ciągle pojawia się telewizja (a w niej zawsze włączony serwis informacyjny, gdzie dziennikarze komentują wydarzenia), wycinki z prasy, wrzucone fakty z życia muzyka-polityka (praca maklera w Wall Street, trenowanie szermierki). Reżyser wykorzystuje paradokumentalny styl, by pokazać jak bardzo łatwo można manipulować tłumem. Nie tylko chodzi o rzucanie prostych sloganów, ale chociażby teledyskami utworów, stosowaniem czarnego PR-u czy nawet… zamachem na samego siebie. Robbins niby żartuje w kilku miejscach (występ w programie telewizyjnym, brutalnie przerwanym przez jedną z pracownic czy nasz bohater jeżdżący w stroju szermierczym na motorze), jednak jest to śmiech przez łzy.

bob_roberts2

Bo pokazywany tutaj tłum fanów Roberta zderzony zostaje z pojedynczymi momentami, gdzie pewni ludzie nie godzą się na jego poglądy. Przeciwnicy Robertsa to ludzi inteligentni, sprawiający wrażenie oczytanych, dziennikarze czy lepiej wyedukowani, zaś stronę fanów reprezentują ludzie niekoniecznie wykształceni, mądrzy, tylko lekko prymitywni, prości ludzie, pragnący łatwych rozwiązań oraz szukających przyczyny swojej porażki u innych. Bo zawsze ktoś musi być winny. A jeśli znajdziesz jakąś skazę w tym niemal kryształowym wizerunku, koniec może być tylko jeden, gdyż każdy ma swoje za uszami. Tylko, co jest gorsze: oskarżenie o posiadanie kochanki czy współpraca z agentem CIA, zamieszanym w tworzenie lipnej firmy budowlanej jako przykrywki do zagranicznego handlu narkotykami? Nawet wytropienie wielkiej afery (odniesienia do sprawy Iran-Contras bardzo czytelne) nie może ujść ci płazem.

bob_roberts3

Aktorsko jest tu znakomicie, bo Robbinsowi udało się zebrać bardzo mocny skład. Tytułową rolę Robbins powierzył najlepszemu z najlepszych, czyli… samemu sobie. Robbins gra znakomicie charyzmatycznego polityka z bardzo konserwatywnym programem, mocno krytycznie oceniający przełom lat 60., uważając go za źródło wszelkiego zła. Ale kiedy wejdzie na scenę, zacznie przemawiać, a zwłaszcza śpiewać (głos to taki mocniejszy Dylan), nie można od niego oderwać oczu. Poza nim najbardziej zapada w pamięć bardzo Giancarlo Esposito (dziennikarz Bugs Raplin), który mimo wyglądu menela okazuje się być najbardziej rozsądnym oraz szczerym facetem. Nie można też nie wspomnieć o Alanie Rickmanie (tajemniczy Lukas Hall III) czy trzymającym fason Rayu Wise (Chet MacGregor – szef sztabu), zaś w epizodach dziennikarzy wiadomości pojawiają się takie znane twarze jak James Spader, Helen Hunt czy Susan Sarandon.

Choć można zaśmiać się parokrotnie (choćby z teledysków), to „Bob Roberts” pozostaje gorzką komedią o wydźwięku satyrycznym na politykę w ogóle. A to podsumowuje zarówno ostatnie słowa dziennikarza, jak i ostatnia scena przy pomniku Jeffersona oraz podane wyniki sondażu w sprawie interwencji w Iraku poddają w wątpliwość myślenie ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Przesłuchanie

Rok 1950, czyli czas już powojenny. Okres, gdy można w miarę spokojnie żyć, gdzie socjalizm zaczyna się coraz lepiej wdrążać, zaś ludzie żyją szczęśliwi. Jedną z takich osób jest artystka Antonina Dziwisz – występuje w różnych miejscach, zarówno w kolektywie na wsiach i wioskach, jak i na ważnych uroczystościach. Któregoś wieczoru, mocno podchmielona zostaje odwieziona przez dwóch dżentelmenów. Gdy już odzyskuje przytomność okazuje się, że trafiła do więzienia podejrzana o współpracę z wrogiem narodu, majorem Olszą. Zaczyna się ciąg przesłuchań i tortur.

przesluchanie1

Film Ryszarda Bugajskiego otoczony jest statusem legendy, jaki za nim krąży. Dzieło, które zostało skazane na półki (gdyby nie upadek systemu w 1989 roku, pewnie dalej by tam siedział), podczas kolaudacji – odbyła się ona w środku stanu wojennego – żądano wręcz zniszczenia taśmy, realizujący dzieło Zespół Filmowy X został rozwiązany, zaś reżyserowi wręczono bilet w jedną stronę. Już same te fakty mogą rozpalać wyobraźnię, że to może być kino bardzo ostre, mocne, antysystemowe. Wielu twórców (w tym sam Bugajski) później też opowiadało o tym okresie oraz tych, którzy mieli wątpliwą przyjemność zostać osadzonymi w więzieniach. Tylko, że to byli ludzie, jakich dzisiaj zwykło się nazywać bohaterami (rotmistrz Pilecki, Kazimierz Moczarski, Danuta „Inka” Siedzikówna).

Tutaj mamy zupełnie inny przykład, bo ofiarą jest osoba politycznie neutralna: nie należy do organizacji antypaństwowych (AK, NSZ), nie jest członkiem partii, nie jest wierząca. Tonia jest zwykłym szarakiem, wrzuconym do trybów maszyny, z której wyjście jest prawdopodobnie jedno: śmierć. No chyba że zrobisz to, co ci każą: podpiszesz każde zeznanie (nawet jeśli jest w nim coś, czego nie powiedziałeś), obciążysz swoich przyjaciół i wtedy będziesz miał spokój. Ale na to, nie ma żadnych gwarancji – twoje życie jest już poza twoją kontrolą.

przesluchanie2

Bugajski zrobił bardzo surowy film pod względem formalnym: areszt jest ciasny, cele po kilka osób oraz pokój przesłuchań z biurkiem i krzesłem. Im dalej w las, tym bardziej widzimy kolejne sceny pokazujące okrucieństwo tego systemu. Nawet osoby mocno w niego wierzące są tutaj ofiarami własnych przekonań, co widać na przykładzie Witkowskiej oskarżonej o szpiegostwo („Nie byłam szpiegiem subiektywnie. Byłam szpiegiem obiektywnie, udowodnili mi to.”). Mimo złamania oraz zderzenia z aparatem, nadal pozostaje wierna systemowi, co może budzić paranoję. Dalej będą kolejne metody: zastraszanie, wyzwiska, „kąpiele”, pobicia, psychiczne znęcanie się. Im dalej w las, tym bardziej wydaje się to przerażające, ciągle zastanawiając się nad jednym: jakie jeszcze metody są wykorzystane i czy Tonia w końcu się załamie? Nie brakuje mocnych, wręcz naturalistycznych scen (pierwsza kąpiel czy próba samobójcza), sen z rzeczywistością się mieszają (świetny montaż), a poczucie izolacji potęguje nieobecna muzyka oraz zdjęcia, niemal skupione na twarzach i zbliżeniach.

przesluchanie3

A całość ożywia fantastyczne aktorstwo. Tutaj błyszczy najbardziej Krystyna Janda, chociaż można odnieść wrażenie, że jej nadekspresyjność początkowo może wydawać się dużym ciężarem. Od słowotoku, nerwowości można oszaleć, ale z każdą sceną coraz bardziej zaczynamy dostrzegać wyciszenie, obojętność, balansowanie na granicy obłąkania. I jednocześnie zastanawiałem się, co daje jej aż tyle siły, wręcz uporu. Jeszcze bardziej wybijają się przesłuchujący bohaterkę Janusz Gajos oraz Adam Ferency. Ten pierwszy wydaje się opanowanym, elegancko ubranym dżentelmenem, ale w każdej chwili potrafi zmienić się w bezwzględnego brutala, jednak to Ferency w roli Morawskiego tworzy bardziej nieoczywistą kreację: idealisty wierzącego w system, który… zaczyna w ten system wątpić. Więcej wam nie zdradzę, bo ewolucja bohatera zostaje poprowadzona w sposób bardzo przekonujący. Poza tym triem warto wspomnieć Annę Romantowską (wycofana Mira), Bożenę Dykiel (energiczna Honorata) czy… Agnieszkę Holland (Witkowska), która daje sobie radę jako aktorka.

Mimo lat, film Bugajskiego nadal potrafi chwycić za gardło z kilkoma mocnymi scenami. Brudny, szorstki, miejscami brutalny dramat szarego człowieka zderzona z nieomylnym systemem władzy ludowej – nieomylnej, słusznie sprawiedliwej, działającej zgodnie ze swoimi szczerymi ideami. No i zakończenie, które pozostaje otwarte, stawiając pytanie: co dalej?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Fritz Bauer kontra państwo

Frankfurt, rok 1957. To w tym mieście pracuje prokurator generalny Hesji, Fritz Bauer. Śledczy zajmuje się śledztwami w sprawie nazistowskich zbrodniarzy. Problem w tym, że niemiecki wymiar sprawiedliwości nie bardzo się kwapi do skazywania nazistów. Dlaczego? Nie tylko z powodu polityki „pojednania” kanclerza Konrada Adenauera, lecz także z bardzo prostego faktu: wiele osób z nazistowską przeszłością nadal pracowało w wymiarze sprawiedliwości, wywiadzie czy w polityce. Aż pewnego dnia, prokurator dostaje list z Argentyny. Autor podaje, że tam ukrywa się sam Adolf Eichmann, zaś Bauer, by schwytać zbrodniarza, podejmuje się współpracy z Mossadem.

fritz_bauer1

Niemieckie kino, które podejmuje się rozliczenia z nazistowską przeszłością, pokazujący mało znaną historię. Co bardziej mnie zaskakuje, niektórzy zauważą podobieństwa w sytuacji powojennych Niemiec a III RP. Tutaj nadal czuć wpływy osób z dawnego systemu politycznego, choć ustrój się zmienił całkowicie. Ale film Larsa Kraume od samego początku potrafi utrzymać w napięciu. Sam film zaczyna się w momencie, gdy Bauer zostaje znaleziony nieprzytomny w wannie z kieliszkiem wina oraz opakowaniem leków. Próba samobójcza, roztargnienie czy może ktoś próbował go zamordować? Reżyser bardzo sugestywnie pokazuje zdeterminowanego adwokata w czasach, gdy pewne rzeczy były przemilczane. Jak wiele osób (zagraniczne wywiady, tajne służby) wiedziały, gdzie są zbiegowie i nie zamierzały nic zrobić, z powodu pewnych powiązań i układów. Nawet niemieckim służbom praca Bauera jest wybitnie nie na rękę i nie wiadomo, komu do końca można zaufać. Każda rozmowa może być pułapką, prowokacją czy mydleniem oczu.

fritz_bauer2

Reżyser tworzy swój film w iście noirowym stylu – delikatna, jazzowa muzyka, poufne spotkania, panowie w kapeluszach. A jednocześnie czuć upływający czas, bo jeden błąd może zmarnować miesiące poszukiwań, weryfikacji. Bohater ciągle lawiruje między współpracownikami, wywiadem a mediami, krok jest obserwowany przez wrogów. Kraume podkręca powoli napięcie (schwytanie Eichmanna to najdynamiczniejsza scena w filmie), wiernie odtwarzając realia epoki. Może i całość wygląda bardziej jak film telewizyjny (wszystko oparte jest na dialogach, na ekranie najczęściej widzimy dwie-trzy osoby), jednak nie czuć znużenia. Nawet jeśli pewne poboczne wątki (wyrok na homoseksualizmie, oparty na prawach… stworzonych przez nazistów czy troszkę zepchnięta postać Karla Angermanna) nie mają siły rażenia, dodają lekkiego kolorytu.

fritz_bauer3

Największą robotę robi tutaj rewelacyjny Burghart Klaussner w roli Bauera. I choć można odnieść wrażenie, że postać ta będzie sportretowana jako ostatni sprawiedliwy. Dla wrogów wydaje się „opętanym zemstą Żydem”, walącym prosto z mostu w sprawie zbrodni. Ale aktor pokazuje zarówno jego opór, determinację, wręcz choleryczny charakter, jak i twardy kręgosłup, zmęczenie. Drobnymi spojrzeniami, barwą głosu, buduje dość niejednoznaczny portret. Bauer fascynuje, intryguje, powoli poznajemy kolejne fakty z życia. I to on zawłaszcza ekran swoją obecnością, spychając wszystkich na dalszy plan.

Ta mieszanka thriller politycznego, kryminału i dramatu potrafi chwycić za gardło, trzymać w napięciu aż do końca. Przy okazji poznajemy pozornie znaną historię z zupełnie nieznanej perspektywy oraz cichego bohatera. Świetne kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skandal w angielskim stylu

Skandal i władza to połączenie, które zawsze przyciągało ludzi niczym sępy żer. Nie inaczej się działo się w 1979 roku, gdy doszło do procesu. Oskarżonym był były szef Partii Liberalnej, Jeremy Thorpe, a oskarżycielem był mało znany Norman Scott – homoseksualista, z którym polityk miał romans. Thorpe’a oskarżono o spisek i podżeganie do zabójstwa. Jak do tego doszło? O tym postanowił dla BBC opowiedzieć Stephen Frears. A wszystko zaczęło się w 1962, gdy Thorpe powoli zaczynał rozkręcać swoją karierę w partii i swojemu przyjacielowi, postanowił opowiedzieć o początkach związku. Zapalnikiem był bardzo szczegółowy list do matki Thorpe’a.

very_english_scandal1

Reżyser w krótkiej formie – bo mamy tylko trzy odcinki po niecałej godzinie – rekonstruuje przebieg wydarzeń, pokazując wszystko z obydwu perspektyw – Thorpe’a oraz Scotta: od pierwszego spotkania przez odrzucenie, oskarżeń na policję (to były czasy, gdy pederastia były nielegalna) aż do próby morderstwa. I obydwaj bohaterowie muszą się zderzyć z reperkusjami wydarzeń, jakie następowały – ukrywanie swojej orientacji (poza wąskim gronem przyjaciół), osobiste dramaty aż do konfrontacji w sądzie. Frears wiernie odtwarza przebieg wydarzeń, zaś obaj bohaterowie sprawiają wrażenie dość antypatycznych, bo pierwszy jest politykiem (a jak wiadomo politycy to kłamcy, oszuści i ludzie jakim ufać nie należy w żaden sposób), drugi jest mitomanem, nieudolnym szantażystą oraz nie radzącym sobie z emocjami gościem. I ja mam takie prowokacyjne pytanie: komu wierzycie?

very_english_scandal2

Czas bohaterów jest rozdzielony po równo, a mimo obecności wielu postaci, nie miałem poczucia dezorientacji, chaosu czy gubienia się w poszczególnych wydarzeniach. Skutecznie wykorzystywany montaż równoległy, pokazuje bardzo silną więź tych postaci oraz jak wiele ich ze sobą łączy (utrata partnerów, radzenie z tożsamością seksualną), zaś napięcie powoli jest podkręcano z sekundy na sekundę jak w scenach próby zabójstwa czy finałowym procesie, który okazał się jedna, wielką kpiną (sami zobaczycie dlaczego).

very_english_scandal3

Wrażenie robi też scenografia, odpowiednio dobrana muzyka, kostiumy, pojazdy. Czuć, ze to lata 60. oraz 70., chociaż mentalność oraz sposób działania wyższych sfer mają charakter bardziej ponadczasowy. Jednak Frears nie piętnuje żadnej ze stron – przynajmniej wprost – a pokazuje Thorpe’a i Scotta jako ludzi czasem zagubionych, żałosnych, naiwnych, ale gdy wymaga tego sytuacja nawet bezwzględnych. Zaś wiarygodność tych postaci budują rewelacyjne role Hugh Granta oraz Bena Whishawa. Ten pierwszy przeżywa wręcz drugą młodość, coraz bardziej zaskakując swoim rzadko wykorzystywanym warsztatem – od męża i ojca, ukrytego homoseksualisty (krótka scena, gdy obrońcy opowiada o swoich doświadczeniach) aż po bezwzględnego, pewnego siebie polityka z troszkę lisim wyrazem twarzy. Dla niego reputacja jest ważniejsza niż prawda, dążąc do tego celu wręcz po trupach. Whishaw jako Scott jest jego przeciwieństwem – początkowo rozedrgany, nie do końca stabilny, troszkę, jakby to ująć, zniewieściały, zaczyna przechodzić ewolucję, nabiera pewności siebie (oskarżenie na komisariacie czy przesłuchanie w sądzie) i zaczyna akceptować to, kim jest. I to są prawdziwe petardy, spychające wszystkich na dalszy plan, choć reszta obsady też gra bardzo dobrze (jak Alex Jennigs, Michelle Dotrice czy Adrian Scrborough).

very_english_scandal4

Jeśli ktoś się spodziewał kolejnego „House of Cards”, to musi się rozczarować. Ta mieszanka dramatu, kryminału, polityki i kina obyczajowego sprawdza się zaskakująco dobrze, a Frears przypomina, że nadal ma w sobie pazur. Ten skandal jest zaiste w brytyjskim stylu, czyli elegancko pokazany, ale w żaden sposób nie próbuje wybielić czy oczernić.

8/10

Radosław Ostrowski