House of Cards – seria 2

Myśleliście, że o was zapomniałem? Pewnie mieliście taką nadzieję. Skończcie opłakiwać pannę Barnes. Każdy kociak wyrasta na kota. Na początku wydają się bezbronne. Małe, ciche. Cieszące się na talerzyk mleka. Lecz kiedy wyrosną im pazury, zaczynają łaknąć krwi. Czasami nawet z ręki, która je karmi. Dla tych, którzy wspinają się na szczyt łańcucha pokarmowego, nie może istnieć litość. Istnieje tylko jedna zasada. Poluj lub zostań upolowany. Witajcie z powrotem.

house_of_cards21

Na skutek wielu intryg kongresman Frank Underwood zostaje wiceprezydentem. Jednak jego plany obalenia prezydenta Walkera mogą spalić na panewce. Po pierwsze dziennikarka Zoe Barnes, którą wykorzystywał Frank zaczyna składać pewne fakty do kupy. Po drugie, jego żona Claire nie czuje się zbyt komfortowo w roli żony takiej osobistości. Po trzecie i najważniejsze, jest Raymond Tusk – biznesmen i bliski przyjaciel prezydenta, który jest jego największym doradcą.

house_of_cards22

W takiej sytuacji należałoby postawić pytanie, czy Frank wyjdzie cało z opresji i czy jego plan ostatecznie się uda, ale skoro zgłoszono zamówienie na 3. serię, odpowiedź wydaje się zbędna. Ale problemów będzie sporo i wszystko może wziąć w łeb: zerwanie rozmów z Chinami, wąglik w Kongresie (false alert) czy w końcu tajemnica z przeszłości Claire (została zgwałcona przez wojskowego i dokonała aborcji). Plus jeszcze haker pracujący dla rządu, Freddy – prowadzący knajpę z żeberkami czy Rachel Posner, którą wykorzystano do upadku Petera Russo. I tak jak w poprzedniej części mamy zakulisowe rozmowy za drzwiami gabinetów, gdzie moralność została pozostawiona za drzwiami. Dominują tu nieczyste zagrania – szantaż, przekupstwo, manipulacja są tutaj na porządku dziennym. Choć pokazanie polityków jako osoby ponad prawem i ponad wszystkim, może budzić pewne zastrzeżenia, zaś Frankowi znów wszystko idzie zbyt łatwo (co nie znaczy, że bez problemów), ale jak się to świetnie ogląda. Dialogi są mocne i celne, zaś monologi Franka wyrażane bezpośrednio do mnie (przełamanie czwartej ścienny) potrafią zmrozić, a nawet przerazić (zacytowany fragment z początku zostaje powiedziany pod koniec pierwszego odcinka).

house_of_cards23

I teraz pora na kolejne oczywistości – jak zawsze zarąbisty jest Kevin Spacey. Ja mogę go oglądać jak robi cokolwiek, bo on ma taką charyzmę i magnetyzm, że mimo wszystkich podłości jakie on robi (z morderstwem włącznie). A jego mowa ciała jest po prostu bezbłędna, inaczej nie umiem tego powiedzieć. Robin Wright tutaj pojawia się znacznie więcej czasu i jest równie brutalna jak Frank, ale też pokazuje zaskakująco ludzkie oblicze (tylko wtedy, gdy jest sama albo z Frankiem). Ktoś kiedyś powiedział, że małżeństwo to kontrakt zabójców. Oboje są potwierdzeniem tej tezy. Stara gwardia trzyma fason (niezawodni Michael Stoll, czyli prawa ręka Franka – Douglas Stamper oraz Gerard Mcraney – przebiegły i sprytny Raymond Tusk), zas z nowych postaci należy zdecydowanie wyróżnić Jimmy’ego Simpsona (haker Gavin) oraz Libby Woodbridge (szeregowy Megan Hennessay – ofiara gwałtu, która zostaje zmanipulowana przez Claire).

house_of_cards24

Druga seria, choć ma pewne słabsze momenty, pozostaje znakomitym serialem. Brawo, panie prezydencie Underwood. Czekam na trzecią serię, która – prawdopodobnie – pokaże upadek Franka. A może i nie?

8/10

Radosław Ostrowski

Piąta władza

Jak wymyślił Monteskiusz, władza dzieli się na trzy części: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Ale nieoficjalnie wytworzyła się władza czwarta, czyli media, czego francuski myśliciel nie przewidział. Nawet współcześni dziennikarze nie byli w stanie przewidzieć, że powstanie piąta władza, która spróbuje zniszczyć wszystkie poprzednie. Tak narodziło się WikiLeaks, a wszystko zaczęło się w 2007 roku, gdy niemiecki informatyk Daniel Berg poznał Juliana Assange’a.

piata_wladza1

I o tym próbuje opowiedzieć najnowszy film Billa Condona („Kinsey”, „Dreamgirls” czy finał Sagi „Zmierzch”), który jest pewną mieszanką. Z jednej strony mamy biografię, która skupia się na blondwłosym przywódcy ruchu ujawniającego tajne dokumenty, pokazujące nadużycia władzy. Jednak pokazanie gościa z laptopem w ręku, który tylko przyciska klawiszami, było mało atrakcyjne dla filmu, więc pojawiają się elementy thrillera – spotkania z informatorami, obserwacje przez CIA, polowanie i potajemne rozmowy. To uatrakcyjnia historię, przenosząc ją z miasta do miasta (od Niemiec przez Islandię) i nadając odrobinę szybsze tempo. Punktem przełomowym jest dotarcie do dzienników wojskowych USA oraz korespondencji dyplomatycznej, nie tylko dla filmu, ale i głównych bohaterów, co doprowadza do rozłamu między nimi. Nie dość, że jest to naprawdę sprawnie zrealizowane (choć parę razy kamery drży, a napięcie od połowy tylko rośnie, potęgowane przez elektroniczną muzykę Cartera Burwella), ogląda się to z dużym zainteresowaniem, nawet znając rozwój wypadków. I to była dla mnie spora niespodzianka, bo tak się chyba rodzi historia.

piata_wladza2

W dodatku jest to naprawdę dobrze zagrane. W szczególności wyróżnia się Benedict Cumberbatch w roli Assange’a. Ten blondyn w jego interpretacji na początku sprawia wrażenie charyzmatycznego przywódcy, który wierzy w słuszność swoich działań (anonimowość informatorów i przekazywanie informacji bez edycji). Ale potem staje się manipulatorem i oszustem, posuwającym się do wszystkiego, skrywającym niejedną tajemnicę. Przeciwieństwem jest Daniel Berg, w równie przekonującym wykonaniu Daniela Bruhla – stonowany, rozsądny i zafascynowany swoim kolegą. Ale tylko do czasu. Poza tym duetem, drugi plan jest dość bogaty – od niezawodnych Stanleya Tucci (James Boswell) i Davida Thewlisa (dziennikarz Nick Davies) przez dawno nie widzianą Laurę Linney (dyplomatka Sarah Shaw) i Carice van Houten (Brigitta, współpracowniczka Assange’a).

piata_wladza3

Sam Assange uznał „Piątą władzę” za propagandę. Jednak zakończenie daje wiele do myślenia i stawia pytanie: co tak naprawdę wiemy o Assange’u i WikiLeaks? No właśnie. Ale może być początkiem poszukiwania prawdy o całej tej sprawie.

7/10

Radosław Ostrowski

JFK

22 listopada 1963 roku był jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych. Wtedy dokonano zamachu na prezydenta tego kraju, Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, który zmarł wskutek odniesionych ran, zaś za sprawcę uznano Lee Harveya Oswalda. Jednak w 1966 roku, prokurator z Nowego Orleanu Jim Garrison podjął się na własną rękę poprowadzić śledztwo w sprawie zamachu, podejrzewając spisek i zamach stanu.

jfk1

W oparciu o książkę Garrisona swój film nakręcił Oliver Stone – facet, który uważany był za speca od kina niewygodnego, trudnego i skrajnie subiektywnego. W „JFK” tym razem poszedł na całość i stworzył najbardziej porażający spisek od czasów „Wszystkich ludzi prezydenta” Alana J. Pakuli. Samo śledztwo Garrisone jest oparte bardziej na pogłoskach, zeznaniach osób, które nie mogą stanąć przed sądem („skoro oni zabili prezydenta, co może ich powstrzymać przed zabicie striptizerki?”) oraz materiałach, które zostały utajnione i ujrzą światło dzienne (prawdopodobnie, chyba że znów coś zmajstrują) w 2029 roku. Akt oskarżenia, który pokazuje w tym 3-godzinnym thrillerze jest więcej niż mocny: obrywa się administracji prezydenta, tajnym służbom, federalnym i mafii. Masa nazwisk, poszlak i pokazano wszelkie próby zatarcia śladów, nie pokazując sprawców. Stone pokazuje tyle znaków zapytania, że nie ma żadnych wątpliwości, co do istnienia spisku.

Czy my będziemy w stanie w to uwierzyć? To już zostawiam waszej ocenie, ale jedno nie ulega wątpliwości – reżyser opowiada to, w tak fascynujący sposób, że nie byłem w stanie oderwać oczu od tego, co się dzieje. Zdjęcia, w których zgrabnie wpleciono inscenizowane momenty (czarno-biała taśma) z materiałami archiwalnymi oraz świetny montaż w połączeniu z intrygującym scenariuszem tworzą koktajl Mołotowa. I choć sam proces zajmuje jakieś ostatnie 45 minut filmu, to jest on wisienką na torcie i czymś, co powinno dać nam satysfakcję. Ale jest jedna rzecz, która nie daje mi tu spokoju i przeszkadzała mi w seansie: wybielenie i zmitologizowanie prezydenta Kennedy’ego jako męża stanu. Jednak wynika to z faktu, że ten aspekt życia prezydenta nie interesował reżysera.

Ale i nawet to wszystko, nie byłoby takie pociągające, gdyby nie świetna obsada, w której nie zabrakło bardzo znanych i uznanych aktorów. Najważniejszy jest tutaj Jim Garrison, czyli jak zwykle dzielny i prawy Kevin Costner. Może i nie jest to specjalnie zaskakujący wybór, ale tutaj aktor naprawdę zaskoczył i wypadł bardzo dobrze. Silny charakter, choć pełen wątpliwości, zaś jego mowa w procesie to jeden z najważniejszych monologów w historii kina. Poza nim pierwsze skrzypce tutaj grają nadpobudliwy Joe Pesci (paranoiczny David Ferrie) i bardzo oszczędny Tommy Lee Jones (Clay Shaw, nie ukrywający swojego homoseksualizmu, ale to tylko pozory). Jest jeszcze Gary Oldman, czyli Lee Harvery Oswald – tutaj pokazany jako agent wywiadu, który zostaje wystawiony do wiatru czy grający współpracowników Garrisona Michael Rooker (Bill Broussard) i Jay O. Sanders (Lou Ivon). Ale jest tutaj masa epizodycznych ról świadków, którzy odgrywani są, m.in. przez Jacka Lemmona (Jack Martin) czy Kevina Bacona (Willie O’Keefe), jednak na mnie największe wrażenie zrobił Donald Sutherland jako tajemniczy X – były szef wywiadu wojskowego.

Mógłbym napisać więcej, ale „JFK” to naprawdę mocny film polityczny, który przykuwa uwagę do samego końca. Pytanie czy kiedykolwiek zostanie ujawniona prawda o Kennedym pozostaje otwarte, ale reżyser wierzy, że w końcu ludzie przejrzą na oczy. Może brzmi to naiwnie, ale jest to bardzo sugestywne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 1

Po zwycięskich wyborach prezydenckich kongresmen Francis Underwood w zamian za doprowadzenie do zwycięstwa prezydenta Garretha Walkera miał obiecany urząd sekretarza stanu. Jednak ta obietnica zostaje złamana. Polityk opracował plan obalenia prezydenta i zamierza go konsekwentnie zrealizować.

Kino i telewizja zawsze interesowało się polityką i władzą. Dlaczego? A kogo ona nie interesuje. Tym razem tą sprawą postanowił się przyjrzeć Beau Willimon – dramaturg, autor „Id marcowych”. Razem z Netflix oraz grupą świetnych reżyserów (m.in. David Fincher, James Foley, Joel Schumacher) stworzył interesujący i pasjonującą walkę o władzę. A właściwie jej pewien rozdział, bo to dopiero I seria. Tutaj kłamstwo, blef, szantaż, oszustwo, manipulacja, a nawet morderstwo jest tutaj na porządku dziennym. Kogo można tak użyć? Wszystkich – współpracowników, żonę, media, lobbystów, nawet prezydenta. Mimo że naszemu bohaterowi pozornie wszystko idzie gładko i zawsze wychodzi cało z każdej opresji, to jednak serial trzyma w napięciu, obserwując machinacje, układy, podstępy i różne inne zakulisowe zagrywki. Nawet strajk nauczycieli (skutek prac nad ustawą oświatową) nie jest żadnym problemem. Trzeba zgasić kongresmena, bo straciło się kontrolę nad nim? Upozorujemy samobójstwo. Jeśli myślicie, że polityków ktoś kontroluje, jesteście w wielkim błędzie, oni mogą wszystko i są bezkarni, choć zakończenie sugeruje, że zaczynają wisieć nad Underwoodem czarne chmury. Ogląda się to po prostu znakomicie.

Jeśli chodzi o obsadę, wystarczy wymienić jedno nazwisko – Kevin Spacey. Rola Underwooda jest po prostu kapitalna. Zimny, wyrachowany, opanowany polityk, który czasami zwraca się bezpośrednio do widza, serwując swoje bon-moty. Ten człowiek jest przygotowany na każdą ewentualność i przewiduje kilka ruchów naprzód jak zawodowy szachista i dominuje każdą scenę, w której się pojawia. Czy to znaczy, że pozostali aktorzy wypadają słabo? W żadnym wypadku. Równie świetna jest Robin Wright, czyli żona Underwooda, Claire. Sprawia wrażenie stonowanej i lojalnej, ale jak o niej mówi Frank „kocha krew bardziej niż rekin”, co czasem wykorzystuje mąż w swojej grze. Poza nimi są jeszcze tak wyraziste postacie jak manipulowani kongresmen Peter Russo (świetny Corey Stoll) i naiwna dziennikarka Zoe Barnes (Kate Mara) czy prawa ręka Franka – Doug Stamper (Michael Kelly). To jeszcze nie są wszyscy, ale na wymienienie wszystkich nie starczyłoby miejsca.

Kiedy kończyłem oglądać „Breaking Bad” myślałem, że już nie będę miał takiego porywającego serialu. Pierwsza seria była najbliżej tego poziomu (zwłaszcza ostatnie 4 odcinki) i już nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Bo będzie. Czy wy też będziecie w przyszłym roku?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tacy byliśmy

Poznali się całkiem przypadkowo w Nowym Jorku. On miał talent literacki, na była zaangażowana politycznie. Po ośmiu latach znów się spotykają i wiążą się ze sobą na dużej, choć nie jest to takie łatwe i nie tylko z powodu różnic charakterów.

tacy_bylismy1

Kino lubi filmy o miłości. Ileż to powstało  (i powstaje)  tytułów opowiadających o tym uczuciu. Trochę mniej znaną opowieścią jest film Sydneya Pollacka z 1973 r. Niby jest to jedna z wielu opowieści o miłości, rozczarowaniach oraz zderzeniu charakterów, które łączy tak wiele, mimo dość sporych różnic. Jednocześnie Pollack mocno buduje tło wydarzeń (lata 40.) od śmierci prezydenta Rossevelta do „czarnej listy” Hollywood. Polityka bardziej lub mniej towarzyszy naszym bohaterom, wywołując między nimi spore napięcia, doprowadzając do rozstań, powrotów,w końcu ostatecznego odejścia. Nie brakuje tutaj smutki i goryczy, trudnych wyborów oraz kompromisów, na które żadne z nich nie podejrzewało się. I pod tym względem to bardzo ciekawe i nietypowe kino, jak na melodramat.

tacy_bylismy2

A całość uwiarygadniają aktorzy. Fantastyczna jest Barbra Streisand. Jest tak zaangażowana i tak emocjonalna, że w jej miłość po prostu się wierzy w ciemno. Jak kocha, to na całego i w sprawach politycznych jest strasznie poważna. Równie przekonujący Robert Redford z kolei jest bardziej stonowany, oszczędny w środkach i bardziej stoi przy ziemi. Jest trochę niepewny swojego talentu. Oboje wypadli naprawdę fantastycznie i dzięki film ten film ogląda się bardzo przyjemnie, zaś bogaty drugi (m.in. Patrick O’Neal w roli reżysera Bissingera czy Bradford Dillman jako J.J. – przyjaciel Hubbarda) uatrakcyjnia ten tytuł.

Trochę już zapomniany, ale absolutnie warty uwagi film Pollacka. Eleganckie love story.

8/10

Radosław Ostrowski

Topaz

Rok 1962, czas kryzysu kubańskiego. Zastępca szefa KGB Borys Kusenov przechodzi na stronę Amerykanów, przekazując im informacje o działalności Sowietów na Kubie. Jednak Amerykanie proszą o pomoc wywiad francuski, a konkretniej agenta Andre Devereux. Mężczyzna przybywa na Kubę, a po akcji dowiaduje się, że we francuskim wywiadzie działa siatka pracująca dla Sowietów.

Alfred Hitchcock znów w klimatach szpiegowskich, a nawet politycznych. Mimo, że fabuła jest dość skomplikowana (pozornie) i dzieje się w wielu miejscach (Dania, USA, Kuba, Francja), to jest to najnudniejszy film w dorobku Hitchcocka. Trochę „Topaz” przypominał powieści le Carre pod względem klimatu czy atmosfery, ale napięcia tutaj nie ma zbyt wiele (może poza zakończeniem). Realizacja jest porządna, aktorstwo przyzwoite (zwłaszcza Fredericka Stafforda i Johna Forsythe’a), ale jednak „Topaz” zwyczajnie mnie nie zaangażował, choć realia czasów kryzysu kubańskiego są interesującym wycinkiem historii. Trochę szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Żywie Białoruś!

Miron Zacharka jest młodym, rockowym muzykiem, który stara się tylko dać dobrą zabawę młodym Białorusinom. Jeden z koncertów jego zespołu zmienia się w polityczną manifestację. Przez to chłopak zostaje siłą wcielony do wojska, choć wcześniej dostał odroczenie. Dzięki pomocy studentki Viery, tworzy bloga na temat służby w wojsku.

bialorus1

Można powiedzieć, że kino polityczne w Polsce praktycznie jest na wyginięciu. Jednak Krzysztof Łukaszewicz, twórca „Linczu” stworzył taki film, tylko o naszych sąsiadach ze wschodu – Białorusi. Wiadomo – tam opozycja jest trzymana za ryj, choć technologia też tam dotarła, to mentalność i polityka żywcem przypomina czasy ZSRR czy PRL. Niby nie ma tutaj niczego zaskakującego – manipulacja władzy, terror KGB, choć najbardziej twórcy skupili się na przemianie Mirona podczas jego przymusowej służby wojskowej, zaś podział przebiega wokół prostej czarno-białej linii – zła władza, dobrzy obywatele (tylko nieświadomi) i opozycja. Być może i tak jest, nawet na pewno tak jest. Ale jednak siłą tego filmu jest emocjonalne zaangażowanie, które nie pozwala przejść obojętnie. Do tego jeszcze jest to naprawdę sprawnie zrealizowane i poprowadzone.

bialorus2

Jednak największe brawa zebrali aktorzy grający główne role. Świetny Dźmitri Papko jako Miron, który ze zwykłego faceta staje się symbolem buntu i sprzeciwu, ma sporo charyzmy i dobrze wygląda. Tak samo Karolina Gruszka jako zaangażowana Viera wzbudza sympatię. Pozostali aktorzy też wypadli dobrze w swoich rolach.

Łukaszewicz może nie jest wybitnym twórcą, ale potrafi zaangażować. Mam też nadzieję, że ten film także spowoduje, że powstaną następne tytuły o kraju z butem Łukaszenki. Ja czekam.

7/10

Radosław Ostrowski

Władza

Billy Taggart z zimną krwią zabił gwałciciela, którego sąd uniewinnił. Zostaje on uniewinniony, ale za namową burmistrza odchodzi z policji. Siedem lat później Taggart pracuje jako prywatny detektyw. Burmistrz daje mu zlecenie śledzenia żony, podejrzewając ją o niewierność. Ale jak się okaże, sprawa ma drugie dno.

wladza1

Kino polityczne zmieszane z kryminałem nie jest łatwym gatunkiem, a wielu już poległo. Reżyser Allen Hughes po części się wybronił tworząc całkiem niezły film. O ile początek to rasowy dramat polityczny, gdzie toczy się brutalna walka o władzę, jednocześnie pokazując, że zawsze znajdą się ludzie działający ponad prawem, ponad etyką i powszechnie przyjętą moralnością. To jedyna rzecz łącząca gliniarza i burmistrza, ale dalej mamy już schematycznie poprowadzoną akcję (od połowy), intryga jest dość prosta, zaś zakończenie dość amerykańskie. Niemniej film ma swój klimat, jest nieźle opowiedziany, ma realistyczne sceny bijatyk i technicznie jest porządnie zrobiony.

wladza2

Zaś aktorzy grają tu całkiem przyzwoicie. Mark Wahlberg pasuje do roli prostego eks-gliniarza, który nie stawia żadnych pytań, ale później zaczyna je stawiać. Podejmuje się poprowadzenia sprawy i odkrywa dość nieprzyjemną prawdę. Równie dobrze wypada Russell Crowe w roli cynicznego, choć czarującego burmistrza, choć tego aktora stać na zwyczajnie więcej. Z drugiego planu zdecydowanie wybija się Barry Pepper jako kontrkandydat burmistrza w wyborach. Reszta jest dość solidna.

Jeśli chodzi o kino z polityką w tle, „Władza” nie jest niczym zaskakującym. To kawał niezłego kina, które nie przynudza, potrafi wciągnąć (do połowy) i ma dość dobrą obsadę.

6/10

Radosław Ostrowski

Dr Strangelove, czyli jak przestalem się martwić i pokochalem bombę

Trwa zimna wojna. W jednej z amerykańskich baz lotniczych rozlegają się syreny alarmowe. Dowódca bazy generał Jack Ripper wydał rozkaz nuklearnego ataku lotniczego na Związek Radziecki, wyłączył wszystkie linie telefoniczne i nie ma z nim kontaktu. Podczas gdy jego zastępca, kapitan Lionel Mandrake z RAF-u próbuje go nakłonić do podania kodu odwołującego (nikt poza nim go nie zna), w Pentagonie zbiera się sztab kryzysowy, próbujący nie dopuścić do atomowej zagłady ludzkości.

dr_strangelove1

Stanley Kubrick po „Ścieżkach chwały” wraca do armii i absurdu wojennego, ale tym razem nie jesteśmy we francuskiej armii czasów I wojny światowej, lecz w czasach napięcia między Waszyngtonem i Moskwą. Czasach, kiedy toczył się między tymi krajami militarny i technologiczny wyścig zbrojeń, a obie strony nie ufały sobie za bardzo (ale to ostatnie podobno się zmieniły i razem dobrze ze sobą współpracują). Ta psychoza strachu i wrogość najbardziej widoczna jest w wywodach wojskowych, którzy wierzą, że wszelkie problemy ludzkości rozwiązuje się 40 megatonami. Ta wizja zagłady może się wydawać dzisiaj bardzo archaiczna, ale dzisiaj wywołuje to jeszcze większe przerażenie. Obierając to w strój czarnej komedii, pełnej groteski i absurdalności, choć dla mnie humor jest zbyt absurdalny. Zdarzają się jednak małe perełki (np. ekwipunek dla żołnierzy, zawierający m.in. środki nasenne, zminiaturyzowany słownik z Biblią oraz… szminkę, prezerwatywę i rajstopy – po co to? Nie pytajcie czy zrzucenie bomby atomowej z dowódcą samolotu, który bawi się w rodeo), ale to tylko potęguje strach. Niemniej nie trafił do mnie za bardzo ten humor.

dr_strangelove2

Ale za to doceniam obsadę, która robi wszystko, by wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności. Tutaj bezdyskusyjnie bryluje jeden człowiek – Peter Sellers, który tutaj gra aż trzy różna postacie, a każda jest tak inna jak to tylko możliwe. Kapitan Mandrake jest jedynym rozsądnym człowiekiem zdającym sobie sprawę z czym mamy tu do czynienia, prezydent Muffley zachowuje do samego końca spokój, zaś dr Strangelove to ekscentryczny naukowiec, były doradca Hitlera. W każdym z wcieleń Sellers wypada wiarygodnie, m.in. dzięki świetnemu posługiwaniu się głosem. Poza nim wyróżniają się będący w wysokiej formie George C. Scott (generał Buck Turgidson – szarżujący ostro i dążący do konfrontacji), Sterling Hayden (generał Ripper – mający obsesję na punkcie Ruskich) oraz Slim Pickers (major „King” Kong – dowódca bombowca, typowy redneck).

dr_strangelove3

„Dr Strangelove” bardziej przeraża niż śmieszy i pozostaje ostrzeżeniem przed zastosowaniem broni nuklearnej, gdyż jej skutkiem mogło być życie w kopalni przez najbliższe… 100 lat. Nie wesoła perspektywa.

6/10

Radosław Ostrowski

Ludzie miasta

Kevin Calhoun jest asystentem nowojorskiego burmistrza Johna Pappasa – człowieka z dużą reputacją i niemal nieskazitelną opinią. Pewnego dnia dochodzi do tragicznej sytuacji – na skutek strzelaniny zginął policjant, siostrzeniec mafioza i 6-letni chłopiec, który był przypadkową ofiarą. Poruszony tragedią Kevin próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę i trafia na dużą aferę.

ludzie_miasta2

Kino polityczne nie jest łatwym gatunkiem, bo wymaga od widza większego skupienia, ma wolniejsze tempo i jest pozbawione klasycznie rozumianej akcji. Pozornie film Harolda Beckera jest kolejną tego typu opowieścią, jednak potrafi on wciągnąć i zmusić do przemyśleń, choć wnioski są dość oczywiste: układy między policją, władzą, sądami i mafią są bardzo silne, oparte na znajomościach i lojalności. Doprowadzają one do czegoś, co fachowo nazywa się skażeniem i psuciem systemu. Owszem, film jest bardzo gadany (jednak dialogi są naprawdę dobre), scenariusz przykuwa uwagę jak w rasowym kryminale, co nie dziwi jeśli wśród autorów mamy m.in. Nicolasa Pileggi („Chłopcy z ferajny”) i Paula Schradera („Taksówkarz”). Drugą rzeczą istotną jest sposób realizacji – wszystko zrobione w sposób bardzo oszczędny, pozbawiony patosu i łopotu amerykańskiej flagi, co samo w sobie jest dużym plusem. Nawet finał jest zrobiony bez podniosłości i werbli.

ludzie_miasta1

No i jak to jest zagrane. Al Pacino jako burmistrz jest po prostu wyborny – to silna i charyzmatyczna osobowość (mowa na pogrzebie chłopca), która magnetyzuje i przykuwa uwagę. Także John Cusack w roli jego asystenta prezentuje się bardzo dobrze. To idealista, który jest uczciwy – przypomina trochę bohatera „Id marcowych”. Wzbudza sympatię i poznaje reguły polityki. Poza tym duetem obsada jest bardzo imponująca: od Danny’ego Aiello (powiązany z mafią Frank Anselmo), Brigdet Fondy (Marybeth Cogan – adwokat policjantów) i Martina Landau (sędzia Stern) do Davida Paymera (Abe Goodman – przyjaciel Calhourna) i Anthony’ego Francioza (Paul Zapatti – gangster).

To naprawdę dobry film, który jest zrealizowany w prosty sposób, bez żadnego kombinowania i udziwniania. Owszem, niektórych może to wynudzić, ale sprawna realizacja i świetne aktorstwo powinno wynagrodzić wszelkie słabostki.

7/10

Radosław Ostrowski