Trzej muszkieterowie: D’Artagnan

Są pewne historie, które wydają się ponadczasowe i przenoszone na ekran kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy. Nie inaczej jest w przypadku jednej z najsłynniejszych powieści Alexandre’a Dumasa „Trzej muszkieterowie”, których wersji filmowych powstało około… 30. Teraz, po bardzo wielu latach, z klasyką postanowili się zmierzyć Francuzi. Oraz podzielili całość na dwie części.

3muszkieterowie1-1

Punkt wyjścia jest powszechnie znany – młody Gaskończyk d’Artagnan (Francois Civil) wyrusza do Paryża, żeby zostać muszkieterem. Po drodze jednak walczy w obronie atakowanej karocy, by… zostać postrzelonym i pochowanym żywcem. To wyjaśnia dlaczego przybywa do stolicy Francji cały upier****ny w błocie i piachu. Niemal od razu chłopak pakuje się w tarapaty: zadrze z trójką przyjaciół (Atosa, Portosa i Aramisa), doprowadzając do wyzwania ich na pojedynek w co godzinnym odstępie. Do tego ostatniego nie dochodzi przez pojawienie się gwardzistów kardynała Richelieu. Efekt? Konfrontacja zakończona rozszarpaniem oddziału na strzępy oraz ochrzanieniem przez samego króla (Louis Garrel). Ale to dopiero początek historii, gdzie Gaskończyk z nowymi przyjaciółmi pakuje się w grubszą intrygę polityczną. Inaczej może wszystko skończyć się wojną między katolikami a protestami, wspieranymi przez Anglików oraz skandalem związanym z ujawnieniem romansu między żoną króla Anną Austriaczką (Vicky Krieps) a księciem Buckinghamem (Jacob Fortune-Lloyd). Wszystko w rękach pociągającego za sznurki kardynała (Eric Ruf), co smak władzy absolutnej poczuł.

3muszkieterowie1-4

Reżyser Martin Bourboulon trzyma się literackiego pierwowzoru tak jak Dumas faktów historycznych. Czyli niby wiernie, ale sporo modyfikując, co w sporej części się sprawdza. Mieszanka awanturniczo-przygodowego klimatu z potraktowaną na poważnie skomplikowaną intrygą. Wszystko wygląda na bardziej przyziemne, w bardziej stonowanych kolorach oraz – co było dla mnie największą niespodzianką – w plenerach i naturalnych krajobrazach. Ze 150 dni zdjęciowych – czas realizacji obu części – w studiu nakręcono raptem… 2 dni, co czuć. Jest ogrom scen kręconych w naturalnym oświetleniu (głównie nocą), przez co wiele kadrów jest wypranych z kolorów i wiele osób może mieć problem z zauważeniem, co się dzieje na ekranie. A kiedy już mamy pojedynki, pościgi i sceny to kamera dosłownie szaleje. Mimo stosowania mastershotów, jest chaotycznie, ale nie jest to chaos a’la „Jezu Chryste, to Jason Bourne” (choć parę razy jest blisko).

3muszkieterowie1-2

Z drugiej strony nie można się nie zachwycić fantastyczną scenografią i różnorodnymi kostiumami. Bo inaczej przecież są ubrani ludzie na dworze (jest tu przepych), ale nasi muszkieterzy mają nie tylko mniej barwne ubrania, lecz także są zużyte. To ma dodać tego „realistycznego” podejścia do całości, tak samo jak charakteryzacja. I tu reżyser potrafi zrobić cuda, trzyma w napięciu oraz z wyczuciem prowadzi do dramatycznej kulminacji. Niestety, całość urywa się cliffhangerem, zaś na finał trzeba będzie czekać aż pół roku. Niemniej wsiąkłem w tą znaną (choć zmodyfikowaną) opowieść.

3muszkieterowie1-3

Niemniej jest parę drobnych zgrzytów. Poza kwestiami oświetlenia narracja bywa dość skrótowa, rzucając czasem jakieś parę zdań, bez zarysowania większego kontekstu. Więc trzeba być mocno skupionym w trakcie seansu. Drugim problemem była dla mnie zadziwiająca nijaka muzyka oryginalna. Za bardzo i za mocno „inspirująca się” stylem Hansa Zimmera (mocno czuć tutaj „Sherlocka Holmesa”), przez co trochę wydaje się nie pasować za bardzo do filmu. I trzecia, dość dziwna kwestia, której nie umiem niczym wytłumaczyć. Mianowicie widok zmasakrowanego ciała (nagiego ciała kobiety)… rozmazano, żeby nie było nic widać. Po co ta cenzura? Pojawia się na krótko, ale wywołuje to konsternację. I czy to tylko w naszym kraju dystrybutor zrobił, czy doszło do tego na etapie post-produkcji? Drobną pierdółką jest tutaj (na szczęście kontrolowany) patos, który zdradza wiek materiału źródłowego.

3muszkieterowie1-5

A jak radzą sobie tutaj aktorzy? Tutaj też reżyser zaskoczył, obsadzając w rolach muszkieterów aktorów starszych wiekiem od swoich literackich odpowiedników. Niemniej nadal jest między nimi silna chemia i czuć, że Atos, Portos oraz Aramis (kolejno: Vincent Cassel, Romain Duris, Pio Marmai) to zaprawieni w boju wojownicy, co niejedno przeszli. Mimo, iż niewiele o ich przeszłości się dowiadujemy, to czuć jak bardzo miała na nich wpływ (szczególnie u Atosa). Bardzo porządnie przy ich ramieniu wypada Francois Civil jako mniej doświadczony d’Artagnan. Ma w sobie urok młodzieńca, zbyt dużą pewność siebie, niemniej nie brakuje mu zarówno odwagi i sprytu, co ratuje go parę razy z obsesji.

3muszkieterowie1-6

Niemniej drugi plan zazwyczaj jest dość solidny, choć jest kilka perełek. Dla mnie najjaśniejszą osoba na drugim planie jest Vicky Krieps (królowa Anna Austriaczka), której działania niejako są paliwem do całej politycznej intrygi i drobnymi gestami pokazuje rozdarcie między obowiązkiem a miłością. Demoniczna Eva Green wydaje się być skrojona do roli milady de Winter, czyli niejako prawej ręce kardynała. Manipulująca intrygantka, wykorzystująca wszystko do osiągnięcia celu i mimo niewielkiego czasu ekranowego przykuwa uwagę. Niestety, dość blado prezentuje się Eric Ruf jako pociągający za sznurki Richelieu. Głównie dlatego, że bardzo rzadko się pojawia i jest dziwnie stonowany, nie mający za dużo do roboty. Za to naprawdę dobrze wypadł Louis Garrel jako trochę niepewny, będący pod silną presją król Ludwik XIII.

Pierwsza część „Trzech muszkieterów” pokazuje, że ciągle jest (po pewnych modyfikacjach) miejsce na staroszkolną historię awanturniczo-przygodowa. Najbardziej poważna z widzianych przeze mnie inkarnacji, co jest dość odświeżającym doświadczeniem, ale z paroma upadkami z konia. Niemniej to trzymająca w napięciu jazda, oszałamiająca wizualnie i świetnie zagrana. Czekam na kontynuację.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dungeons & Dragons: Złodziejski honor

Na dużym ekranie fantasy od czasów „Harry’ego Pottera” jakoś sobie nie radzi. Dobrze się trzymało na małym ekranie jak w przypadku „Gry o tron”. Niemniej filmowcy cały czas próbują wyrwać i przełamać dominację kina superbohaterskiego w kwestii wysokobudżetowych blockbusterów. Ale każda taka próba kończyła (głównie komercyjną) porażką. Czy podobnie będzie z próbą opowieści ze świata RPG Dungeons & Dragons.

lochy i smoki1

Fabuła wydaje się dość prosta i skupia się na dwójce postaci: barda/złodzieja Edgina (Chris Pine) oraz barbarzyńcy Holgdze (Michelle Rodriguez). Oboje kierowali paczką złodziei, do której jeszcze należeli czarodziej Simon (Justice Smith) oraz oszust Forge (Hugh Grant). Ekipa ruszyła na skok, by wykraść skarbiec Harfistów, a przede wszystkim artefakt zdolny do wskrzeszenia umarłych. Akcja jednak kończy się wpadką: nasz bard i barbarzyńca zostali schwytani, Simon zniknął, zaś Forge mający pilnować artefaktu oraz córki Edgina, Kiry został lordem Neverwinter. Do tego jego doradczynią jest odpowiedzialna za zdradę podczas skoku Sofina – Czerwony Mag, zaś córka bohatera jest przez oszusta manipulowana i okłamywana. Edgin planuje odwet, czyli odzyskanie pierworodnej oraz okradzenie skarbca, do tego jednak trzeba zebrać drużynę.

lochy i smoki2

Fabuła jak sami widzicie nie jest specjalnie zaskakująca i przypomina treść z gry RPG. Czyli mamy główne zadanie, lecz by je wykonać trzeba zrobić kilka pobocznych questów, aby zdobyć odpowiednik ekwipunek oraz ekipę bohaterów. Czyli dojdź do punktu A, znajdź przedmiot B, pogadaj z postacią C itd. Standard tak oczywisty, że już bardziej się nie da. A kto tworzy nasz skład? Edgin, Holga, Simon oraz zmiennokształtna druidka Doric (Sophia Lillis), a także – gdzieś w połowie i na krótko – paladyn Xenk (Rege-Jean Page), który jest jednoosobową zajebistością. Jakby chciał, sam by załatwił całą robotę, mimo że jest sztywny i (jako jedyny) poważny. Całość jest mocno komediowa, ale nabija się z konwencji, zachowując zdrowy balans między powagą a humorem i akcją.

lochy i smoki6

Że grosza tu nie szczędzono, widać niemal od początku. Piorunujące wrażenie robi tu scenografia – nieważne, czy mówimy o więzieniu znajdującym się w samym środku czegoś jakby bieguna północnego, siedzibie Winterfell, eeee, wróć, Neverwinter, arenie z labiryntem czy podziemiach. Wygląda to bardzo przekonująco, tak samo jak kostiumy. Dobrze wydano każdy grosz, zaś parę zbiorowych scen (wspomina bitwa, której przebieg poznajemy od… nieboszczyków czy pierwsze wejście Czerwonych Magów) robi wrażenie. Muszę pochwalić także dobrze zrobione sceny akcji, czego po reżyserach od komedii nie spodziewałem się, iż dokonają tego w sposób tak bardzo kompetentny. Wszystko jest czytelne, klarownie pokazane, nawet w bardziej dynamicznych momentach jak finałowa konfrontacja. Zaś sekwencja, gdy zmiennokształtna infiltruje skarbiec, by poznać zabezpieczenie i ucieka (ciągle zmieniając wygląd) – w JEDNYM ujęciu – to jest majstersztyk. Efekty specjalne są całkiem przyzwoite (głównie zwierzęta, jest nawet jeden SMOOOOOOOOOK), muzyka to mieszanka orkiestrowo-folkowa (i działa) z odrobiną elektroniki.

lochy i smoki3

W zasadzie największym problemem są dla mnie antagoniści, czyli Czerwoni Magowie, co chcą zmienić ludzi w armię nieumarłych, rządzić światem, bla bla bla… Krótko mówiąc, sztampowi są jak cholera i poważni (Sofina), jakby ktoś wsadził im kije między cztery litery. Humor też czasem nie trafia – chodzi mi głównie, gdy poznajemy jakąś szaloną/straszną historię czy rzecz do zrobienia, zaś kamera skupia się na Simonie, zaś ten rzuca odzywką typu „lovely” czy czymś takim. To akurat nie zdarza się zbyt często, ale to można było inaczej rozegrać.

lochy i smoki5

Za to najlepiej działa obsada, a przede wszystkim chemia między naszą ekipą nie-herosów. Kierujący ekipą Chris Pine (Edgin) ma masę charyzmy i uroku, by się nim zainteresować. Niby śmieszek, rzucający żarcikami uroczy cwaniak, jednak pod tą fasadą skrywa się połamany facet, który musi dojrzeć do paru kwestii. Bez niego ten film by nie zadziałał, zaś jego interakcje z zaskakującą Michelle Rodriguez (Holga) to wręcz miód na moje serce. Aktorka po raz kolejny (jak we „Wdowach”) pokazuje, że potrafi grać i robi to cholernie dobrze – jak dostanie dobry scenariusz, nie jak w przypadku „Szybkich, co się wściekli”. Także młodsza ekipa, czyli Justice Smith (niepewny siebie czarodziej Simon, z całkiem niezłym brytyjskim akcentem) oraz Sophia Lillis (zmiennokształtna Doric) mają swoje momenty i świetnie uzupełniają się z całą resztą. I ta chemia jest najmocniejszym punktem tego filmu. Nie mogę nie wspomnieć o Hugh Grancie (Forge), choć rozczarowała mnie zbyt mała obecność tego aktora na ekranie. Za to Rege-Jean Page jako świętojebliwy i cnotliwy paladyn Xenk jest świetnym kontrastem dla reszty składu. Jakby wyrwany z innej opowieści, sam wszystko robi fantastycznie, stając się na chwilę kimś w rodzaju mentora dla naszej grupy.

lochy i smoki4

Czy warto odwiedzić lochy i powalczyć ze smokami? Powiem tak: jeśli graliście w sesje RPG i znacie ten świat, znajdziecie tu mnóstwo odniesień, nawiązań i ukrytych skarbów; jeśli ta nazwa nic wam nie mówi, to nadal będziecie się świetnie bawić w tej łotrzykowsko-przygodowej opowieści fantasy. Może nie zawsze zaskakującej, z paroma potknięciami, ale cholernie wciągającej i bardzo kompetentnie zrealizowanej. Aż się prosi o dalszy ciąg tej przygody.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Na wodach północy

Kolejna telewizyjna kolaboracja amerykańskiej AMC z brytyjską BBC. I pozornie jest to historia atmosferą przypominająca „Terror” – morska opowieść w realiach historycznych, jednak krótsza, bardziej skondensowana oraz wykorzystujące pewne znajome elementy do opowiedzenia innej historii. O czym mówi dzieło Andrew Haigha?

Mamy rok 1858 i szykującego się do wyprawy po wieloryby okręt „Ocalony” pod wodzą kapitana Brownlee’ego (Stephen Graham). Do załogi dołącza Patrick Sumner (Jack O’Connell) – młody lekarz, który wcześniej walczył w Indiach. Czemu taki doświadczony żołnierz bierze udział w takiej eskapadzie? Niby jest problem z odziedziczonym majątkiem, jednak zarówno kapitan oraz właściciel statku Baxter (Tom Courtney) nie kupują tej historyjki. Oprócz niego jeszcze pojawia się Henry Drax (Colin Farrell) – wielorybnik, pijus, dziwkarz i w ogóle nieciekawa persona. Zanim wyruszy w rejs zdąży zabić gościa, bo nie chciał mu więcej postawić. Z kimś takim można czuć się bezpiecznie, prawda? Ale nikt (poza kapitanem i jego pierwszym oficerem) nie wiedzą, że coś nie przyjemnego wisi w powietrzu. I nie wszyscy wyjdą z tego żywi.

Dość szybko poznajemy jaka jest stawka w tej całej układance. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, musi chodzić o pieniądze. Albo o kupę pieniędzy. Powoli zaczyna budowana być z jednej strony poczucia przygody i mierzenia się z przyrodą: sztormy, polowania na foki, wieloryby. Ale cały czas w centrum mamy lekarza – gościa z Irlandii, niższych sfer, udręczonego wojenną przeszłością. Oraz faktem, że został wykorzystany i potem potraktowany jak śmieć, a żeby o tym zapomnieć spożywa spore ilości laudanum. Wrażenie robią plenery (całość kręcono w Norwegii) i krajobrazy, wywołujące poczucie obcości, gdzie człowiek tak naprawdę jest zderzony z samym sobą. Z dala od cywilizacji, gdzie budzą się pierwotne, dzikie instynkty. Łatwo tu zabić bezkarnie, bez odpowiedzialności, a atmosfera robi się coraz gęstsza. Szczególnie, gdy na okręcie jest morderca. I to taki najgorszy, bo rozumiejący, przez co bardziej niebezpieczny oraz bezwzględny. W każdej chwili może cię zostawić, każdą umowę złamać i zamordować.

Wszystko to przeplatane monotonią dnia codziennego, drobnymi ranami oraz wspomnieniami, które nigdy nas nie opuszczą. Zgrabnie reżyser wplata te wizje, powoli odkrywając tajemnice Sumnera. Sceny polowań na foki jak i wieloryba imponują przywiązaniem do detali. A wszystko wydaje się takie lepkie, zużyte, zaś rzadko obecne ulice miasta są pełne brudu, błota. Nie czuć tutaj, że to było kręcone w jakimś studio, co tylko dodaje realizmu. Jedyny problem w zasadzie mam z ostatnim odcinkiem, który może wydawać się przyspieszonym i dzieje się dużo, ALE ma to wszystko sens. Przynosząc (w miarę) szczęśliwe zakończenie.

Do tego całość jest świetnie zagrana. Jack O’Connell kolejny raz potwierdza, że warto go obserwować i drobnymi spojrzeniami pokazuje swojego skonfliktowanego bohatera. Sympatyzujemy z nim i wydaje się racjonalistą aż do bólu. Po drugiej stronie jest barczysty, nieogolony Colin Farrell, będący małomównym, niebezpiecznym psychopatą. Człowiekiem, dla którego życie nie ma żadnej wartości, jest obliczalny oraz diabelnie inteligentny. Przypomina niedźwiedzia – może wygląda niegroźnie, ale poczekajcie do ataku. Wtedy zacznie się brutalna jatka. Poza tą dwójką jest zaskakująco bogaty drugi plan, gdzie pojawia się m. in. jak zawsze solidny Graham, kradnący szoł Roland Moller (uduchowiony harpunnik Otto) czy zaskakujący swoją obecnością Peter Mullan.

Zafascynowany jestem pozornie prostą historią „Na wodach północy” – przygodowo-surwiwalowa opowieść o różnych obliczach męskości i zderzeniu człowieka z bezwzględną naturą. Ta ostania nic sobie z nas nie robi, mocno przypominając nasze miejsce w tym świecie. A wszystko świetnie napisane, pięknie sfilmowane i sprawia wrażenie realistycznego. Skromna, lecz wielka rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

Kot w butach: Ostatnie życzenie

Jam Puszek Okruszek – tak się przedstawił po raz pierwszy w drugim „Shreku”. Ładne buty, kapelusz, szpada oraz waleczność. Skradł cały ekran dla siebie i powracał w kolejnych częściach, wreszcie dostał nawet swój własny film. To było jednak w 2011 roku, zaś o samym filmie mało kto pamiętał. Teraz jednak nasz heros powraca, choć nikt go nie potrzebował. A może jednak był nam potrzebny, tylko o nim zapomnieliśmy?

Więc co robi nasz Puszek – el gato, el mitos, la leyenda? Nic się nie zmienił, czyli zgrywa twardziela, oszukuje przeznaczenie oraz walczy choćby z takim obudzonym monstrum. Oczywiście robi to w sposób widowiskowy, z szaloną muzyką w tle i brawurą jaką tylko On posiada. Ale wszystko kończy się nagle uderzeniem dzwonu. Ktoś mógłby powiedzieć, że koty mają przecież dziewięć żyć i nasz futrzasty heros odrodzi się. Jest jednak pewien problem – zostało mu tylko jedno życie. Czyżby to był koniec Kota w Butach i jego heroicznych czynów? Zwłaszcza jak w barze pojawia się wilk w kapturze, który wydaje się być nie do pokonania. Choć ma przy sobie tylko dwa sierpy i walka kończy się ucieczką.

Czy może być gorzej? Emerytura w kociej rezydencji, gdzie musi przyzwyczaić się do nudnej egzystencji, jedzenia kocimiętki oraz załatwiania się w kuwecie. Przy tym lobotomia wydaje się lepszym rozwiązaniem. Jest jednak rozwiązanie: gwiazdka z nieba, co spełnia każde życzenie. Trzeba ją tylko znaleźć w Czarnym Lesie. Problem: mapę do miejsca jej lokalizacji posiada właściciel dużego przedsiębiorstwa Jacek Placek, a chce ją zajumać Złotowłosa z trzema Misiami. Plus jeszcze jest dawna znajoma Puszka, Kitty Kociłapka. Kto wygra ten wyścig?

„Ostatnie życzenie” zaskakuje wizualnie, mocno czerpiąc z estetyki znanej ze „Spider-Man: Uniwersum”. Czyli w scenach akcji zmniejsza się klatkaż, przez co wyglądają one w bardzo komiksowym stylu. Choć ja mam wrażenie, że tła i szczegóły wyglądają jakby zostały… namalowane. Najbardziej odczuwalne jest w Czarnym Lesie przy krajobrazach. Te w zależności od tego, kto używa mapy zmieniają się (bo mapa buduje świat na podstawie życiowych doświadczeń) i robi to piorunujące wrażenie. Stylistyka bardzo wyróżnia się wobec poprzednich produkcji DreamWorks, który zaczyna odzyskiwać siły oraz pokazuje, że jest w stanie stanowić konkurencję dla Pixara, Disneya czy Sony Animated. Jednocześnie bardzo zaskakuje to jak film traktuje temat strachu przed śmiercią (niemal każde spotkanie Kota z Kostuchą kończy się ucieczką i może przypominać sceny z horroru) i rozwiązuje to bez wygłupów oraz śmieszkowania. Może sama droga oraz rozwiązanie nie zaskakuje, to jednak nie ma tu miejsca na nudę. Akcja pędzi na złamanie karku, sceny pościgów oraz walk oszałamiają, zaś twórcy nie biorą jeńców. Zdecydowanie produkcja nie dla bardzo młodego widza.

Pochwalić za to muszę polską wersję językową, za którą odpowiada Bartosz Wierzbięta. Jeśli spodziewacie się walenia odniesieniami do naszej popkultury, nie macie się czego bać. I samo tłumaczenie brzmi w porządku, same imiona też nie wywołują zgrzytów, choć zdarza się parę momentów zapikanych (ciekawe czy w oryginale też jest taka sytuacja). Do roli Kota wraca Wojciech Malajkat i robi to z taką łatwością przekazują tą energię, pewność siebie jak też bardziej poważniejsze momenty. Kapitalna robota, tak samo jak wracającej do Kitty Izabeli Bukowskiej. Chemia między nimi jest po prostu cudna. Z nowych postaci trzeba wyróżnić Sebastiana Machalskiego, czyli (optymistycznie nastawiony pies Perro), Monikę Dryl (Złotowłosa) oraz Roberta Jarocińskiego (Bardzo Zły Wilk). Trudno mi się do kogokolwiek przyczepić, ale z ciekawości sprawdziłbym wersję oryginalną.

„Kot w butach: Ostatnie życzenie” jest szalonym, dynamicznym filmem łotrzykowsko-przygodowym zmieszanym z klimatem spaghetti westernu. I to w świecie baśni, co powinno być absurdalnym miksem. Fantastycznie zrealizowana, pełna akcji, humoru oraz oczopląsu. A jednocześnie potrafi być dojrzałą, miejscami mroczną opowieścią o szukaniu szczęścia, które niekoniecznie musi być tym, czym nam się wydaje. Ogromna niespodzianka na początek roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Mustang z Dzikiej Doliny: Droga do wolności

Nie spodziewałem się, że doczekam się kontynuacji (poniekąd) „Mustanga z Dzikiej Doliny” po 20 latach. Bo co nowego można opowiedzieć w historii o dzikim mustangu na Dzikim Zachodzie? I czemu zdecydowano się na kontynuację po tylu latach? „Droga do wolności” w zasadzie opiera się na serialu Netflixa niż na animacji DreamWorksa i to chyba wyjaśnia czemu mnie to rozczarowało.

Główną bohaterką jest Lucky Prescott, która jest wnuczką biznesmena, aspirującego do urzędu gubernatora. Jej matką była mistrzyni rodeo, jednak zginęła podczas jednego z występów. Dziewczyna była wtedy dzieckiem, więc nic nie pamięta, ale mieszka u dziadka zamiast ojca. Problem w tym, że Lucky nie potrafi odnaleźć się w świecie wyższych sfer i wywołuje spory ferment. Nawet ciotka Cora nie jest w stanie ujarzmić jej temperamentu. Dlatego po kolejnej wpadce dziewczynka zostaje odesłana na wakacje do ojca, którego w zasadzie nie zna. Jak się tam odnajdzie?

Fabuła jest banalna i oparta na prostych kontrastach postaci: niepokorna Lucky, sztywna ciotka Cora, przygnębiony ojciec Jim, twardzi kowboje, empatyczny ranczer. Niestety, każda z postaci jest płaska, szablonowa oraz nieszczególnie interesująca. Nawet zatrudnieni do ich zagrania aktorzy (i to nie byle jacy, bo są m.in. Julianne Moore, Jake Gyllenhaal czy Walton Goggins) nie mają pola do manewru. Lucky zaprzyjaźnia się z innymi dwoma dziewuchami – jedna to czarnoskóra córka ranczera, druga to blondwłosa twardzielka, co ma brata-naciągacza oraz fałszuje okrutnie. Cała ta trójka od razu ma na pieńku z przybyłymi kowbojami, którzy mają tylko jeden cel: ujarzmić dzikie konie i sprzedać je. A jednym z tych koni jest mustang, bardzo podobny do tego z oryginału. Ale ich lider uważnie przygląda się jak dziewczyna próbuje się do niego zbliżyć w mniej siłowy sposób. Co z tego wyniknie? Wiadomo, bo tu wszystko widać jak na dłoni. Tutaj dzieci są o wiele sprytniejsze i mądrzejsze od dorosłych (nawet od bandytów, których inteligencja jest gdzieś na poziomie bohaterów Looney Tunes).

Sama kreska też jest najwyżej przeciętna, pozbawiona detali i jakby skrojona pod produkcję telewizyjną. Niby jest płynna, ale szału nie robi. Nawet poprzednie produkcje DreamWorks wyglądały o wiele lepiej pod tym względem. Humoru jest bardzo na lekarstwo i jako dorosły nie miałem żadnej przyjemności. Nawet sceny galopu koni czy jazdy na nich wyzwalały we mnie tylko obojętność, a to jest najgorsze uczucie jakie może trafić się podczas seansu.

Nie mogę potraktować tego filmu inaczej niż w kategorii bezczelnego skoku na kasę i to jeszcze niskim kosztem. Reżyserzy bez doświadczenia, słaba historia, nieciekawi bohaterowie oraz archaiczna animacja – nie bardzo wiem, komu można polecić taką miernotę.

4/10

Radosław Ostrowski

Uncharted

Jak jest klucz do zrobienia udanej adaptacji gry komputerowej? Wielu szuka do tej pory sposobu, lecz dobrego tytułu to trzeba szukać bardzo głęboko. Wielu wyczekiwało planowanej od dawna adaptacji serii gier „Uncharted”. Planowana od 2008 roku, miała masę problemów (ciągła zmiana reżysera: od Davida O. Russella przez Shawna Levy’ego po Rubena Fleischer), scenarzystów, wreszcie zmiana odtwórcy głównej roli – Marka Wahlberga zastąpił Tom Holland), ale się w końcu udało doprowadzić sprawę do końca. Ale czy warto było czekać?

uncharted1

Film jest niejako prequelem do cyklu gier, gdzie poznajemy początki działalności łowcy skarbów i awanturnika Nathana Drake’a. Pierwszy raz go widzimy, gdy razem z bratem są w sierocińcu i zostają rozdzieleni. 15 lat później Nathan (Tom Holland) pracuje jako barman i drobny złodziejaszek, żyjąc sobie spokojnie. I wtedy w barze pojawia się niejaki Victor Sullivan (Mark Wahlberg) – poszukiwacz przygód oraz łowca skarbów, który poluje na łup ukryty przez załogę Ferdynanda Magellana. Mężczyzna werbuje Drake’a, bo znał jego brata. Ale nie są jedynymi poszukiwaczami, bo w ślad za skarbem rusza bogaty magnat Santiago Moncada (Antonio Banderas) oraz jego grupa najemników. Kto dotrze pierwszy?

uncharted2

Co ja mogę powiedzieć? Film jest kolejnym klonem, czerpiących z szablonów znanych z serii przygód Indiany Jonesa. Czyli mamy zagadki do rozwiązania, by dotrzeć do skarbu, egzotyczne lokacje, pościgi, strzelaniny, zdrady, wbijane noże w plecy. No i jeszcze kradzieże, które bardziej pasowałyby do „Ocean’s Eleven”, a zbyt dużo czasu skupia się na scenach planowania. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, film wygląda… tanio, brakuje znanego z gier rozmachu, spektakularnych, wręcz niebezpiecznych scen akcji, pędzącej na złamanie karku adrenaliny. Nawet żarty kompletnie nie działają, a wszystko jest dziwnie blisko ziemi, zaś budowanie kluczowych postaci… nie obchodziło mnie. Fabuła jest przewidywalna, gdzie bardzo łatwo można domyślić się przebiegu wydarzeń, zaś dialogi pozbawione są wyrazistości.

uncharted3

Także aktorsko nie ma tu szału, a kilka decyzji jest zadziwiających. Tom Holland w roli Drake’a wypada całkiem nieźle i robią wrażenie wykonywane przez niego popisy kaskaderskie, ale to nie jest trafiony wybór. Ja wiem, że to prequel gier z otwartą furtką na potencjalną franczyzę (scena po napisach) i jest to pierwsza poważna przygoda, ale za młodo wygląda i zbyt dużo wie na temat historii, choć nie wiadomo skąd ją posiadł. Z kolei Mark Wahlberg jako Sullivan jest bardzo niespójny. Z jednej strony to taki stary cwaniaczek, rzucający żarcikami, a z drugiej robi tu za walczącego twardziela. Wszystko w zależności od sytuacji. Reszta postaci zwyczajnie jest nijaka i pozbawiona charakteru (z wyjątkiem nieźle bawiącego się, choć niewykorzystanego Antonio Banderasa oraz Sophia Ali jako wspólniczka Sully’ego, Chloe).

uncharted4

Widać, że to bardziej studiu zależało na tym, by ten film powstał. Niby kino rozrywkowe, ale pozbawione duszy, serca, pasji i charakteru. „Uncharted” wygląda jak film nakręcony przez dziecko, które dostało kamerę do ręki i nie ma kompletnie pojęcia co robi. Dlatego powstało nudne, bezpieczne quasi-widowisko.

5/10

PS. Jeśli chcecie zobaczyć lepszą wersję przygód Nathana Drake’a, polecam sprawdzić ten fanowski film sprzed paru lat:

Radosław Ostrowski

Sonic: Szybki jak błyskawica 2

Pierwsza część “Sonica” okazała się zaskakującym kasowym hitem, choć filmem był takim sobie. Porządna, lecz bardzo schematyczna produkcja familijna z niezapomnianym jeżem, co szybki i wściekły jest. Bardziej niż Vin Diesel i jego ferajna oraz równie szalonym doktorem Robotnikiem, którego trzeba powstrzymać. Co mu się udaje. Ale jak wiadomo – zło jak bumerang musi wracać. Tak jak sequel.

Co robi nasz Jeżu? Nadal trzyma się z rodziną Wachowskich (nie, nie tych od Matrixa), którzy traktują go jak syna. Młody chce używać swoich mocy, by być superherosem i walczyć ze złem, co trochę mu nie wychodzi. Stara się jednak, choć ego potrafi mu uderzyć. Jego “rodzice” wyruszają na wesele kumpeli w Hawaje, więc Sonic imprezuje na maksa. Ale wtedy powraca z Planety Grzybów dr Robotnik. Teraz ma łysą pałę i zarąbiste wąsy, godne szlachty. Problem w tym, iż naszemu złolowi towarzyszy czerwony, przekokszony Knuckles. Chce dorwać naszego Jeża oraz znaleźć pewien potężny artefakt. Sonic na szczęście nie jest sam i pomaga mu lisek zwany Tails.

Więc w zasadzie “dwójka” bardziej przypomina grę komputerową z gatunku action/adventure w stylu… Indiany Jonesa. Przed wyruszeniem w drogę drużynę, wyrusz do punktu A, znajdź artefakt Mocy (nazwa przypadkowa), dotrzyj do punktu B, pokonaj bossa, game over. I w sumie taka konstrukcja jest użyta, ale jednocześnie nowy Sonic adresowany jest do młodego widza. Fabuła jest przewidywalna niczym kolejność dni tygodnia, postacie ludzkie (poza Robitnikiem) robią za tło, akcja miejscami pędzi na złamanie karku, jest sporo humoru. Nudę wyrzucono za okno i nie ma czasu na myślenie. Wrażenie robi porządna scenografia, w tle gra fajna muzyka, ale też jest kilka świetnych żartów (poza odniesieniami Sonica do popkultury) jak taneczny pojedynek w syberyjskim domku. Czy każde wejście Robotnika, gdzie Jim Carrey szaleje ze swoją ekspresją jak za swoich najlepszych czasów. Potrzebowałem takiej ułańskiej szarży z dodatkiem sucharków i to właśnie dostałem.

Z kolei nasze trio komputerowych postaci wypada bardzo porządnie: Sonic (głos Bena Schwartza) to nadal uroczy łobuz, który ma dobre serducho i nie odpuszcza. Wspierająca go Tails (Colleen O’Shaughnessey) korzysta z gadżetów, pierwszy raz działając w terenie, z kolei Knuckles (Idris Elba) to szorstki osiłek, brzmiący jakby z innej epoki oraz skupiony na zemście. Bardzo ostry i trudny zawodnik do pokonania. Czy aby jednak przeciwnik? Reszta aktorów (poza Carreyem) robi tu za tło i po prostu jest, ale mogłoby ich nie być. Dla mnie żadna różnica.

Drugi “Sonic” jest zbliżony poziomem do części pierwszej, ale jest dla mnie odrobinkę lepszy. W sensie, że dał mi więcej frajdy, więcej energii oraz więcej zabawy. Kino idealnie skrojone dla dzieci, a dorośli też coś dla siebie znajdą.

6/10

Radosław Ostrowski

Łasuch – seria 1

Było już wiele – na dużym i małym ekranie – produkcji opisujących świat po zagładzie ludzkości. Czy jest jeszcze szansa na stworzenie czegoś co najmniej ciekawego na tym polu? Z tym pytanie zmierzył się Netflix, który rok temu wrzucił swój nowy serial. Oparty na komiksie DC Vertigo autorstwa Jeffa Lamaire’a „Łasuch” bardziej przypomina baśń niż stricte SF.

Akcja toczy się po Wielkiej Zapaści, czyli epidemii wirusa (H5G9) dziesiątkującego ludzkość nieznaną chorobą nazwaną Przypadłością. Skąd się wziął? Nie wiadomo. Jednocześnie na świecie zaczęły pojawiać się (i rodzić) hybrydy – dzieci, będące krzyżówką człowieka i zwierzęcia. Nie wiadomo było, co z nimi zrobić, a niektórzy podejrzewali, że jest związek między tymi wydarzeniami. Dlatego pełniący funkcję władzy wojsko z generałem Abbottem na czele, postanowiło przeprowadzać na hybrydach eksperymenty, by znaleźć lekarstwo na chorobę. Ewentualnie, żeby te mutanty zabić.

łasuch1-2

Bohaterem tej opowieści jest Gus – hybryda człowieka i jelenia, którą wychowuje ojciec z dala od cywilizacji. A dokładnie na terenie parku Yellowstone, by go chronić przed tym okrutnym światem z zewnątrz. Przez niemal 10 lat mu się to udaje, choć świat ciągle szuka sposobu na dotarcie. Ojciec nie mówi chłopcu wszystko na temat zewnętrznego świata, jednak przekazuje część informacji. O Przypadłości, upadku świata oraz matce dziecka zwanej Ptaszyną. Dochodzi do najgorszego i Pubba (tak nazywa go Gus) zostaje zabity, zaś młody ledwo uchodzi z życiem. To ostatnie jest zasługą potężnego czarnoskórego mężczyzny, co zna życie lepiej od Gusa. Chłopiec decyduje się dołączyć do Wielkoluda i razem wyruszyć w poszukiwaniu matki Gusa do Kolorado.

łasuch1-3

Dziwna to mieszanka jest. Niby mamy tu znajome elementy post-apo: wyniszczona ludzkość, władza wojskowa, psychoza strachu, mutanci (bo tak można przecież nazwać hybrydy), wola przetrwania za wszelką cenę, brak Internetu, Ostatni Ludzie (paramilitarna bojówka, co poluje na hybrydy). Zaś ludzie potrafią się różnie zachować – od strachu i nienawiści po wsparcie i współczucie. A w tym całym tyglu znajduje się Gus (naprawdę dobry Christian Conwery) – naiwne, niewinne, pełne optymizmu dziecko. Jak go nie lubić i sympatyzować z tym uroczym (choć czasami irytującym) chłopcem, całe życie trzymanym pod kloszem?

łasuch1-5

Sama narracja jest prowadzona dwutorowo, co początkowo może wywoływać dezorientację. Pierwszy to dotyczy Gusa, Wielkoluda oraz ich podróży, drugi dotyczy lekarza Adityi Singha oraz chorującej na wirusa żony, którą chroni za pomocą coraz bardziej ograniczonej ilości leków. Doktor w końcu dostaje zadanie znalezienia szczepionki na wirusa, jednak notatki pozostawione przez jego koleżankę, budzą wstręt. Obydwa te wątki wyróżniają się zarówno względem tonu, jak i wizualnie. Pierwszy w większości toczy się w otwartej przestrzeni, pełnej imponujących krajobrazów, wyjętych miejscami niczym z pocztówki. Nie oznacza to jednak, że jest to świat bezpieczny i niepozbawiony różnych pułapek. Drugi to kompletny kontrast, pełen szarzyzny, mroku oraz ciągłego niepokoju. Tutaj ludzie pokazują się z najgorszej strony, gdzie każdy z objawami Przypadłości zostaje spalony razem z całym domem. Bezwzględność i okrucieństwo dominuje, choć pojawiają się okruszki dobra (Aimee oraz prowadzony przez nią azyl dla hybryd na terenie dawnego zoo).

łasuch1-4

Obie te historie są bardzo dobrze poprowadzone, chociaż bardziej czekałem na kolejne przeprawy Gusa i jego drogi do matki. Nie tylko ze względu na samego bohatera oraz jego towarzysza (absolutnie rewelacyjny Nonzo Anonsie), ale też kolejne zaskakujące wydarzenia i elementy tego świata. Dziecięca armia, która próbuje ratować hybrydy schwytane przez Ostatnich Ludzi, dowodzona przez Niedźwiedzia, przeprawa przez wiszący most nad kwiatami (zakończona mocno psychodelicznym odlotem), wplecione retrospekcje dotyczących jego towarzyszy. W końcu najbardziej szokujący moment, czyli poznanie „narodzin” Gusa – to mnie uderzyło jak grom z jasnego nieba. Przy tych zdarzeniach wątek doktora wydaje się mniej porywający, co nie znaczy, że nie angażuje.

łasuch1-6

Obsada w większości gra poprawnie, choć najbardziej wybija się kilka postaci: Gus z rozbrajającym urokiem i nadzieją tak potrzebną w mrocznych czasach; mocno doświadczony przez życie Jeppard, stający się dla bohatera mentorem; nieufna wobec dorosłych Niedźwiedź (Stefania LaVie Owen) i żona doktora (Aliza Vellani), wspierająca swojego męża w chwilach zwątpienia. Reszta prezentuje się solidnie (włącznie z narratorem Jamesem Brolinem), ale nie są tacy wyraziści jak w/w.

łasuch1-1

Choć finał zapowiada kolejne wydarzenia i czyni pierwszy sezon wstępem do większej opowieści „Łasuch” okazuje się bardzo satysfakcjonującym doświadczeniem oraz odrobiną świeżości do znajomej konwencji post-apo. Niepozbawiona mroku baśń z przesympatycznym bohaterem i jego interakcją z nowym światem po jego końcu. Czekam na dalszy ciąg tej historii.

8/10

Radosław Ostrowski

Wiking

Nic tak nie napędza mężczyzny jak zemsta, zwłaszcza w czasach propagujących takie wartości jak „honor, więzy krwi, bogowie, przeznaczenie”. Taka jest era Wikingów przełomu IX i X wieku, którą postanowił odtworzyć Robert Eggers. Już w poprzednich, niezależnych filmach grozy pokazał jak przekonująco rekonstruuje mentalność oraz światy przeszłości ludzi. W „Wikingu”, gdzie scenariusz współtworzył z islandzkim poetą Sjonem.

Historia dotyka młodego księcia Amletha (brzmi jak Omlet albo jak się przestawi literkę, wychodzi imię pewnego duńskiego księcia ze sztuki pewnego Słynnego Anglika) – syna króla Aurvandila (Ethan Hawke). Król jak to król wraca z wyprawy, przynosząc ze sobą łupy, niewolników oraz zostawiając za sobą śmierć i zgliszcza. Po odbyciu rytuału, który ma zmienić chłopca w mężczyznę, król zostaje zamordowany przez swojego brata Fjolnira, zaś chłopcu udaje się uciec. Wiele lat później już jako dorosły mężczyzna jest berserkerem, zabijając i plądrując wszystko. Ale dla niego liczy się tylko jedno: Pomszczę cię, ojcze! Uwolnię cię, matko! Zabiję cię, Fjolnirze! Tylko jak się do wuja-królobójcy się dostać?

Ale jeśli spodziewacie się, że cały film to będzie krew, zabijanie, jeszcze więcej krwi, flaki, latające kończyny, KREEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEW – Eggers nie idzie w tak prostym kierunku. Owszem, czuć tutaj inspirację zarówno skandynawskimi sagami czy „Conanem Barbarzyńcą”, ale też unosi się duch „Zielonego Rycerza”. Czyli mamy magię, wiedźmy, wizje, rytuały mające albo zyskać przychylność bogom, albo pomóc w realizacji ich celu. Albowiem los ludzi i bogów przypieczętowany jest od dawna, przędzony nicią życia. Wszystko z brudem, surowością oraz bez upiększania, mimo większego budżetu (ponad 70 milionów). Czuć tutaj imponujące przywiązanie do detali, zaś wszelkie rytuały oraz zwyczaje są pokazane z całą bezwzględnością i odrobiną psychodelii. Im dalej jednak w las, tym cała ta zemsta Amletha przestaje mieć sens. Nie tylko dlatego, że jego „wróg” (Claes Bang) został wygnany na Islandię, gdzie ma tylko jedną farmę z grupką niewolników, to okazuje się, iż nie wiedział pewnych rzeczy. Pojawia się nurtujące pytanie: czy dalej iść tą ścieżką? A może się z niej wycofać i zacząć nowe życie? Jednak w czasach, gdy mężczyzna-wojownik ma przeznaczenie zginąć w walce, by potem wejść do Valhalli albo żyć w hańbie do późnej starości – wybór mógł być tylko jeden. Aczkolwiek jest nadzieja w postaci Olgi (Anya Taylor-Joy), czyli schwytanej w Rusi wiedźmie, która staje się jego wspólniczką w zbrodni. Potem się sprawy komplikują.

Eggers bardzo mocno buduje napięcie, by eksplodować w bardzo brutalnej przemocy, która też wygląda niesamowicie. Zachwycające są zdjęcia Jarina Blaschkego, gdzie bezwzględnie piękna przyroda (wszystko kręcone w naturalnym oświetleniu, z drobnym wsparciem świec i pochodni) pasuje do bezwzględnego, surowego świata. Przemoc jest pokazywana bez kompromisów oraz czasem w długich ujęciach, przypominając jak głęboko w każdym z nas siedzi dzikie zwierzę. A to najbardziej pokazuje Amleth, idealnie zagrany przez Alexandra Skarsgarda. Takiej chodzącej furii jak podczas ataku na wioskę nie widziałem nigdy, chociaż ma momenty pokazujące jego skonfliktowanie wobec odkrywanych informacji. Zresztą cała obsada błyszczy: od zjawiskowej (jak zawsze) Anji Taylor-Joy przez mrocznego i niejednoznacznego Claesa Banga (Fjolnir) po zaskakującą Nicole Kidman (Gudrun) oraz mocnego Ethana Hawke’a (choć nie spędza zbyt wiele czasu na ekranie jako król Aurvandil). Plus parę drobnych epizodów, zapadających mocno w pamięć.

Powiedzieć mogę, że „Wiking” to najbardziej przystępny film w dorobku Eggersa, który nie stępił swojego autorskiego sznytu. Produkcja historyczna w pełni odtwarzająca nie tylko rekwizyty oraz dekorację, lecz mentalność tego okresu. Brutalnego, bezwzględnego, szorstkiego i surowego.

8/10

Radosław Ostrowski

Nasze magiczne Encanto

60-ta animacja Disneya – kurde, kiedy to się stało? Po wielu wzlotach i upadkach studio nadal dzielnie się trzyma, nie ustępując konkurencji krajowej (Pixar, DreamWorks, Sony). Ciągle potrafi czarować, pieścić oczy i trzyma poziom, bez poczucia zmęczenia. Nieprawdopodobne osiągnięcie, co pokazała zeszłoroczna „Raya i ostatni smok”, a także ich najnowsze dzieło.

Tak jak we wspomnianej „Rai”, „Encanto” eksploruje kolejną mniejszość etniczną, tym razem osadzając w niby-współczesnej, ale quasi-baśniowej opowieści rodzinnej. Nie jest to zwykła familia, lecz rodzina Madrigal, której członkowie posiadają Dar – nadludzką moc (inną dla każdej osoby). Wszystko zaczęło się, gdy nestorka rodu uciekła razem z rodziną (mąż + 3 dzieci) w góry. Niestety, podczas ucieczki zginął jej mąż i wskutek działania świecy powstaje domostwo Castila, zaś w okolicy zbudowane zostaje miasteczko. Od tej pory każdy członek rodziny otrzymuje moce, pomagające służyć społeczności. Wszystko widzimy oczami Mirabel, która jako jedyna żadnego daru nie posiada, przez co troszkę jest widziana jako odrzutek. Tak samo jak widzący przyszłość Bruno, o którym się nie mówi.

Wydaje się, że magia oraz wszelki dobrobyt są w najlepszym porządku. Jednak dziewczyna podczas uroczystości otrzymania Daru przez młodego Antonio ma wizję niszczącego się domu oraz wyparowującej magii. Czyżby wszystkim groziła katastrofa? I dlaczego nikt jej nie wierzy? Mirabel musi wyjaśnić całą sprawę, ale bez wsparcia najbliższych będzie to bardzo trudno.

„Encanto” idzie w stronę realizmu magicznego, zmieszanego z historią obyczajową oraz – a jakże by inaczej – wstawkami muzycznymi. Wszystko to by opowiedzieć o konflikcie między służeniu innym w ramach posiadanego daru (filozofia babci) i wsparciu rodziny a byciu sobą. Bo w którymś momencie ta presja zadowolenia najbliższych staje się sporym balastem, co zaczyna zauważać Mirabel (nie jest to jednak powiedziane wprost, lecz za pomocą… piosenek – fantastycznych). A wszystko skryte jest aurą tajemnicy, związaną z wizją tego, o którym się nie mówi. Odkrywane jest to powoli, lecz bardzo konsekwentnie, pozwalając bliżej poznać każdego członka rodziny (nawet jeśli nie daje mu się zbyt wiele czasu) – głównie skupiając się na babci, Mirabel, jej siostrach oraz ukrywającym się Bruno.

I twórcy zgrabnie balansują między poważnym dramatem a ciepłą, niemal baśniową komedią. Wygląda to przepięknie, ze świetnie wykonanymi scenami muzycznymi (przedstawienie członków rodziny przez Mirabel, dylematy siłaczki Luisy), gdzie nie brakuje popisy kreatywnej wyobraźni. Humor troszkę grany jest dzięki slapstickowym gagom (w czym mocno pomaga sam dom), jednak jest tylko dodatkiem. Bo tak naprawdę chodzi tu o zderzenie tradycji, która tak naprawdę staje się formą opresji oraz dążenia do perfekcji w celu ochrony Daru (postawa babci – dawno nie widziałem na ekranie tak toksycznej matrony) a nie posiadającą go – przez co gorszą – Mirabel. Ta odkrywa kolejne sekrety, dostrzega „pęknięcia” w rodzinie, czy to jednak doprowadzi do scalenia rodziny i przewartościowania pewnych rzeczy?

Niby film podąża znajomymi ścieżkami oraz tropami, ale potrafi zaangażować, oczarować wizualnie, a także czuć w tym serce. Brzmi również świetnie, co jest zasługą muzyki oraz dubbingu. Magia w studiu Myszki Miki nadal istnieje, co dla nas jest tylko korzyścią.

7,5/10

Radosław Ostrowski