Kajko i Kokosz – seria 1

Powiem jedną rzecz, by nie było wątpliwości: nigdy nie czytałem komiksów Janusza Christy. Moja styczność z „Kajkiem i Kokoszem” ograniczyła się do gry komputerowej, jeszcze z czasów Amigi. Czyli bardzo dawno temu. W 2021 premierę miał pierwszy sezon animowanego serialu od Netflixa oparty na komiksach. Na papierze brzmiało to dobrze: za scenariusz odpowiadali twórcy komiksowi Rafał Skarżycki („Jeż Jerzy”) i Maciej Kur („Kajko i Kokosz – Nowe przygody”), wśród reżyserów był m. in. Michał „Śledziu” Śledziński (autor komiksu „Osiedle Swoboda”), zaś za projekty postaci odpowiada Sławomir Kiełbus, naznaczony przez samego Christę na swojego następcę. Co mogło pójść nie tak?

Sama historia jest bardzo prościutka i przypomina losy pewnych dwóch dzielnych Galów. Jest sobie gród Mirmiłowo, kierowany przez kasztelana Mirmiła. Broni go dwóch przyjaciół oraz dzielnych wojów, czyli Kajko i Kokosz. Jak w cyklu duetu Gościnny/Uderzo pierwszy jest niskim spryciarzem, drugi potężnym osiłkiem. A kto atakuje Mirmiłowo – zbójcerze z pobliskiej warowni pod wodzą Hegemona. Ten szuka wszelkich sposób na wykurzenie mieszkańców grodu.

Pierwsza seria ma raptem pięć odcinków po niecałe 15 minut, więc są bardzo króciutkie. W zasadzie to są miniaturki, w zasadzie nie powiązane ze sobą fabularnie. Niemniej schemat jest podobny: Hegemon chce zdobyć gród, ma plan (lub podrzuca mu go Kapral) i kiedy robi się nerwowo, dochodzi do przewrotki, a zbójcerze dostają łupnia. Postacie w zasadzie są zarysowane bardzo prostą kreską (dosłownie), która może i podobna do komiksów, jednak jest bardzo uproszczona. Nie jest to może poziom czegoś, co by wyglądało jak przeglądarka, ale nieco tylko lepiej. Sam tytuł ewidentnie skierowany jest do młodego widza, co widać w humorze (lekko slapstickowym), postaci smoka Milusia czy przekomarzaniach naszych wojów. Nie wspominając o niektórych tekstach zbójcerzy, z których najbardziej błyszczy Kapral i Oferma. Bo Hegemon jest poza kategorią.

Dźwięk też wypada tu bardzo dobrze, zwłaszcza skoczna muzyka w „słowiańskim” duchu. Dubbing też wypada naprawdę dobrze, co jest zasługą reżyserki Anny Apostolakis, która także użyczyła głosu Lubawie. I udało się zebrać wybornych aktorów, ze zgrabnym duetem Artur Pontek/Michał Piela na czele w rolach tytułowych. Jak zawsze poziom trzymają weterani, czyli Jarosław Boberek (kasztelan Mirmił), Grzegorz Pawlak (Hegemon) czy Jacek Kopczyński (Kapral). Ale dla mnie niespodzianką była Agata Kulesza (wiedźma Jaga), którą bardzo trudno rozpoznać oraz przeuroczy Jan Aleksandrowicz-Krasko (zbój Łamignat).

Jednak czy osoba nie mająca kontaktu z materiałem źródłowym jest w stanie dobrze się tu bawić? Jeśli spodziewacie się czegoś na poziomie Asterixa (także tych ostatnich animacji), „Kajko i Kokosz” nie ma startu. Ale to w sumie bardzo sympatyczna produkcja, zrobiona z pasją i sercem. Niemniej technikalia i użyte oprogramowanie ciągną ten tytuł w dół. To jednak tylko pięć odcinków, więc czas nie będzie raczej stracony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Morska bestia

Netflix ostatnimi czasy coraz bardziej próbuje tworzyć jakościowe filmy. Częściej jednak udaje się osiągnąć sukcesy przy filmach dokumentalnych oraz animacjach. Nie inaczej jest w przypadku „Morskiej bestii”, choć całość może wydawać się zbyt znajoma.

Bohaterką jest Maisie – młoda dziewczyna, której rodzice zginęli na morzu jako łowcy bestii. Obecnie przebywa w sierocińcu, uciekając z niego wielokrotnie. Jedyne o czym marzy to o dołączeniu do załogi Niezwyciężonego pod wodzą kapitana Crowa. Załoga od dawien dawna poluje na morskie potwory, które atakują i niszczą ludzkie domostwa na wyspach. Za swoje działa łowcy nie tylko otrzymują nagrody od władców, lecz stają się żywymi legendami. Ale dla kapitana pozostał jeden niewyrównany rachunek – Czerwony Szalej. Wielki stwór, co pozbawił dowódcę oka 30 lat wcześniej. Co może pójść nie tak? Poza naszą pasażerką na gapę, której bezczelność imponuje Crowowi.

Za „Morską bestię” odpowiada Chris Williams, który jako reżyser i/lub scenarzysta tworzył dla Disneya takie tytuły jak „Piorun”, „Wielka Szóstka” czy „Vaiana”. Sama historia jest prosta, gdzie wszystko wydaje się na znajomym schemacie. Mamy wielkie i paskudne monstra, żądnego zemsty kapitana, gotowy do poświęcenia wszystkiego oraz lojalnej załogi, młodą dziewczynkę-idealistkę. Dorzućmy jeszcze niewygodną tajemnicę, a poczujemy jakieś deja vu. Bo tradycja okazuje się kłamstwem, potwory nie są aż tak okrutne (Czerwona jest cudowna!!!!), zmuszona do walki przez człowieka. Jeśli chodzi wam po głowie „Jak wytresować smoka”, to jest to skojarzenie bardzo na miejscu. Tylko zamiast Wikingów i smoków są łowcy oraz bestie.

Sama animacja jest bardzo solidna, choć nie imponuje jak dzieła Pixara. Jest jednak kilka wizualnych perełek, związanych ze scenami morskimi. Pierwsze starcie z bestią w obronie drugiego okrętu zapiera dech w piersiach i trzyma się w napięciu niczym w klasycznym kinie przygodowym. Drugi akt na wyspie, gdzie relacja między dziewczynką a Czerwoną (pyszczek niemal jeden do jeden to Szczerbatek, choć nos inny) ma jeden cudny patent w postaci jajek w ziemi. Takich szczegółów jednak jest trochę, ale polecam samemu się przekonać. Do tego w tle gra cudowna muzyka w marynistycznym klimacie, choć sam finał nie dał mi pełnej satysfakcji.

Za to bardzo dobrze wypada dubbing i mówię tu o oryginalnej ścieżce dźwiękowej. Najjaśniejszym punktem jest dla mnie fantastyczny Jared Harris jako kapitan Crow. Jest charyzmatycznym liderem, pełnym energii, mimo sporego wieku. Z czasem jednak obsesja i żądza zemsty zaczyna brać nad nim górę, co powoduje złamanie niepisanego kodeksu honorowego. O tym drugim przypomina Jacob, któremu głosu użyczył sam Karl Urban. Honorowy i uczciwy, lecz tak samo jak kapitan ma nienawiść do morskich bestii. Wszystko zmienia się przy Maisie oraz Czerwonej, co zmusza go do weryfikacji swoich przekonań. Sama dziewczynka, czyli Zaris-Angor Hator wypada bardzo solidnie. Nie drażni, wydaje się przedwcześnie dojrzała, lecz nie przemądrzała i trudno jej nie kibicować.

„Morska bestia” nie porządnym dziełem Netflixa, któremu jednak do oryginalnych animacji troszkę brakuje. Miejscami aż za bardzo przypomina „Jak wytresować smoka” w przesłaniu czy narracji, ale jako film przygodowy ma w sobie wiele uroku. Na tyle dużo, by dać szansę wyruszyć w rejs.

7/10

Radosław Ostrowski

Super Mario Bros. Film

Mario – posiadacz najsłynniejszych wąsów i jeden z pierwszych ikonicznych bohaterów gier komputerowych. Hydraulik włoskiego pochodzenia stworzony przez Nintendo doczekał się masy tytułów (głównie platformówek), gdzie krążył po Grzybowym Królestwie (i nie tylko) w jednym celu: odbiciu księżniczki Peach z ręki króla Bowsera. Ale czego innego można się było spodziewać w grze z lat 80. i początku lat 90. To właśnie Super Mario Bros było pierwsza filmową egranizacją, która spotkała się z bardzo chłodnym odbiorem. Tak chłodnym, że na kolejny film oparty na grze Nintendo trzeba było czekać do teraz. I nową przygodę wąsacza znanego w Polsce jako Marian przygotowało Illumination. Efektem jest najbardziej kasowa adaptacja gry komputerowej z ponad miliardem dolarów przychodu.

super mario1

Sama historia jest prościutka jak konstrukcja cepa: w Nowym Jorku żyją bracia Mario i Luigi, co prowadza własny biznes jako hydraulicy. Problem w tym, że telefon nie dzwoni, klientów brak, zaś pierwsze zlecenie kończy się katastrofą. Jednak dochodzi do poważnego zalania miasta. Próbując ustalić źródło docierają do kanałów, gdzie… zostają wessani przez rurę i rozdzieleni. Mario trafia do Grzybowego Królestwa, zaś Luigi wpada w ręce Bowsera. Ten ostatni chce podbić wspomniane królestwo i ożenić się z rządzącą nim księżniczką Peach. Władczyni razem z Mario próbują powstrzymać wielkiego żółwia, ale potrzebują armii od Kongów.

super mario2

Za tą animację odpowiadają reżyserzy znani z serialowego „Młodzi Tytani: Akcja!” oraz scenarzysta „LEGO Przygody 2”. Do tego twórcy byli trzymani na smyczy przez Nintendo, by broń Boże nie stworzyli abominacji jak 30 lat temu. W efekcie powstał film skierowany do dwóch grup: dla dzieci oraz graczy znających WSZYSTKIE tytuły z wąsatym hydraulikiem. Bo tyle odniesień i nawiązań do gier, że nie-gracze mogą czuć się zdziwieni paroma rzeczami. Np. skąd pojawiają się monety, znajdźki czy czemu Kongi (goryle) poruszają się… autami, motorami albo dlaczego Mario wygląda jak koteł itp. Ja nie byłem jakimś zapalonym graczem w Mario – jak byłem młodszy miałem kolegę, co posiadał Pegasusa i wśród gier był Mario więc część rzeczy pamiętałem i mi nie przeszkadzały. Twórcy wiernie trzymają się materiału źródłowego i traktują go z szacunkiem, choć pozwalają sobie na drobne zmiany.

super mario3

Niemniej ciężko mi się pozbyć wrażenia, że historia jest prościutka. Za prosta i mało skomplikowana, gdzie niemal wszystko prowadzone jest dzięki akcji. Ta po jakiś 20 minutach (z drobnymi chwilami przestoju) wręcz pędzi na złamanie karku. Żeby nie było, te sceny są zrobione świetnie jak walka Mario z Donkey Kongiem na arenie, test szkoleniowy Mario z przeszkodami czy przejazd armii tęczową drogą niczym bardziej kolorowa wersja „Mad Max: Fury Road”. Tylko, że poza akcją nie znajdziemy tu zbyt wiele, bo postacie w zasadzie są bardzo jednowymiarowe. Zanim się na mnie rzucicie mówiąc: „przecież te gry też nie miały fabuły, więc czego ty chcesz, idioto?”, gry były tak wciągające ze względu na grywalność i mechaniki. A nie z powodu fabuły czy postaci, czyli najważniejszych elementów filmu. A że da się zrobić dobrą adaptację gry, pogłębiając postacie bez osobowości, pokazały choćby dwie części filmowego „Angry Birds”.

super mario4

Owszem, jak wszystkie produkcje Illumination „Super Mario Bros.” jest bardzo ładne wizualnie i ma odrobinkę żartów, które spodobają się także dorosłym (duszek pragnący śmierci i uwięziony w lochu!!!). Ale jest parę strzałów w stopę. Po pierwsze, czemu pojawiają się jako tło hity z lat 80., które są ograne do bólu (już drugi raz w tym miesiącu słyszę „No Sleep Till Brooklyn”) i wydają się nie pasować do tego świata. Po drugie, za mało jest wspólnych scen między Mario a Luigi, bo chemia między nimi jest cudowna. Chciałoby się mieć więcej interakcji i wspólnej przygody, która byłaby sercem tego filmu.

super mario5

Sam dubbing (oglądałem w oryginale) wypada bardzo porządnie. Największa obawa, czyli Chris Pratt jako Mario radzi sobie naprawdę dobrze. Zgrabnie tutaj rozwiązano kwestię przerysowanego włoskiego akcentu (jest użyty w… reklamie filmy braci) i jego rzadka obecność nie wywołuje rozdrażnienia. Tak samo w przypadku Charliego Daya, czyli Luigi. Ale prawdziwym skarbem i złodziejem scen jest Jack Black w roli Bowsera. Ciężko rozpoznać jego głos, który jest odpowiednio władczy oraz demoniczny, ale jest też rozbrajająco śmieszny. Słychać, że ten aktor bawi się tą rolą, zaś piosenka o jego miłości do Peach to perełka. Tak samo zaskakujący jest Seth Rogen w roli Donkey Konga, który tworzy zgrabny duet z Mario. Reszta ról głosowych w zasadzie jest i nie przeszkadza, co trochę dziwi w przypadku Anyi Taylor-Joy (księżniczka Peech).

Więc czy warto wybrać się na nowe dzieło Illumination? To zależy, kim jesteście i czego oczekujecie. Jeśli jesteście fanami/wyznawcami gier z wąsaczem, idźcie bez wahania. Jeśli jesteście rodzicami i chcecie pójść z dziećmi, to one się będą bawić świetnie. Reszta powinna poważnie przemyśleć ten wybór.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Trzej muszkieterowie: D’Artagnan

Są pewne historie, które wydają się ponadczasowe i przenoszone na ekran kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy. Nie inaczej jest w przypadku jednej z najsłynniejszych powieści Alexandre’a Dumasa „Trzej muszkieterowie”, których wersji filmowych powstało około… 30. Teraz, po bardzo wielu latach, z klasyką postanowili się zmierzyć Francuzi. Oraz podzielili całość na dwie części.

3muszkieterowie1-1

Punkt wyjścia jest powszechnie znany – młody Gaskończyk d’Artagnan (Francois Civil) wyrusza do Paryża, żeby zostać muszkieterem. Po drodze jednak walczy w obronie atakowanej karocy, by… zostać postrzelonym i pochowanym żywcem. To wyjaśnia dlaczego przybywa do stolicy Francji cały upier****ny w błocie i piachu. Niemal od razu chłopak pakuje się w tarapaty: zadrze z trójką przyjaciół (Atosa, Portosa i Aramisa), doprowadzając do wyzwania ich na pojedynek w co godzinnym odstępie. Do tego ostatniego nie dochodzi przez pojawienie się gwardzistów kardynała Richelieu. Efekt? Konfrontacja zakończona rozszarpaniem oddziału na strzępy oraz ochrzanieniem przez samego króla (Louis Garrel). Ale to dopiero początek historii, gdzie Gaskończyk z nowymi przyjaciółmi pakuje się w grubszą intrygę polityczną. Inaczej może wszystko skończyć się wojną między katolikami a protestami, wspieranymi przez Anglików oraz skandalem związanym z ujawnieniem romansu między żoną króla Anną Austriaczką (Vicky Krieps) a księciem Buckinghamem (Jacob Fortune-Lloyd). Wszystko w rękach pociągającego za sznurki kardynała (Eric Ruf), co smak władzy absolutnej poczuł.

3muszkieterowie1-4

Reżyser Martin Bourboulon trzyma się literackiego pierwowzoru tak jak Dumas faktów historycznych. Czyli niby wiernie, ale sporo modyfikując, co w sporej części się sprawdza. Mieszanka awanturniczo-przygodowego klimatu z potraktowaną na poważnie skomplikowaną intrygą. Wszystko wygląda na bardziej przyziemne, w bardziej stonowanych kolorach oraz – co było dla mnie największą niespodzianką – w plenerach i naturalnych krajobrazach. Ze 150 dni zdjęciowych – czas realizacji obu części – w studiu nakręcono raptem… 2 dni, co czuć. Jest ogrom scen kręconych w naturalnym oświetleniu (głównie nocą), przez co wiele kadrów jest wypranych z kolorów i wiele osób może mieć problem z zauważeniem, co się dzieje na ekranie. A kiedy już mamy pojedynki, pościgi i sceny to kamera dosłownie szaleje. Mimo stosowania mastershotów, jest chaotycznie, ale nie jest to chaos a’la „Jezu Chryste, to Jason Bourne” (choć parę razy jest blisko).

3muszkieterowie1-2

Z drugiej strony nie można się nie zachwycić fantastyczną scenografią i różnorodnymi kostiumami. Bo inaczej przecież są ubrani ludzie na dworze (jest tu przepych), ale nasi muszkieterzy mają nie tylko mniej barwne ubrania, lecz także są zużyte. To ma dodać tego „realistycznego” podejścia do całości, tak samo jak charakteryzacja. I tu reżyser potrafi zrobić cuda, trzyma w napięciu oraz z wyczuciem prowadzi do dramatycznej kulminacji. Niestety, całość urywa się cliffhangerem, zaś na finał trzeba będzie czekać aż pół roku. Niemniej wsiąkłem w tą znaną (choć zmodyfikowaną) opowieść.

3muszkieterowie1-3

Niemniej jest parę drobnych zgrzytów. Poza kwestiami oświetlenia narracja bywa dość skrótowa, rzucając czasem jakieś parę zdań, bez zarysowania większego kontekstu. Więc trzeba być mocno skupionym w trakcie seansu. Drugim problemem była dla mnie zadziwiająca nijaka muzyka oryginalna. Za bardzo i za mocno „inspirująca się” stylem Hansa Zimmera (mocno czuć tutaj „Sherlocka Holmesa”), przez co trochę wydaje się nie pasować za bardzo do filmu. I trzecia, dość dziwna kwestia, której nie umiem niczym wytłumaczyć. Mianowicie widok zmasakrowanego ciała (nagiego ciała kobiety)… rozmazano, żeby nie było nic widać. Po co ta cenzura? Pojawia się na krótko, ale wywołuje to konsternację. I czy to tylko w naszym kraju dystrybutor zrobił, czy doszło do tego na etapie post-produkcji? Drobną pierdółką jest tutaj (na szczęście kontrolowany) patos, który zdradza wiek materiału źródłowego.

3muszkieterowie1-5

A jak radzą sobie tutaj aktorzy? Tutaj też reżyser zaskoczył, obsadzając w rolach muszkieterów aktorów starszych wiekiem od swoich literackich odpowiedników. Niemniej nadal jest między nimi silna chemia i czuć, że Atos, Portos oraz Aramis (kolejno: Vincent Cassel, Romain Duris, Pio Marmai) to zaprawieni w boju wojownicy, co niejedno przeszli. Mimo, iż niewiele o ich przeszłości się dowiadujemy, to czuć jak bardzo miała na nich wpływ (szczególnie u Atosa). Bardzo porządnie przy ich ramieniu wypada Francois Civil jako mniej doświadczony d’Artagnan. Ma w sobie urok młodzieńca, zbyt dużą pewność siebie, niemniej nie brakuje mu zarówno odwagi i sprytu, co ratuje go parę razy z obsesji.

3muszkieterowie1-6

Niemniej drugi plan zazwyczaj jest dość solidny, choć jest kilka perełek. Dla mnie najjaśniejszą osoba na drugim planie jest Vicky Krieps (królowa Anna Austriaczka), której działania niejako są paliwem do całej politycznej intrygi i drobnymi gestami pokazuje rozdarcie między obowiązkiem a miłością. Demoniczna Eva Green wydaje się być skrojona do roli milady de Winter, czyli niejako prawej ręce kardynała. Manipulująca intrygantka, wykorzystująca wszystko do osiągnięcia celu i mimo niewielkiego czasu ekranowego przykuwa uwagę. Niestety, dość blado prezentuje się Eric Ruf jako pociągający za sznurki Richelieu. Głównie dlatego, że bardzo rzadko się pojawia i jest dziwnie stonowany, nie mający za dużo do roboty. Za to naprawdę dobrze wypadł Louis Garrel jako trochę niepewny, będący pod silną presją król Ludwik XIII.

Pierwsza część „Trzech muszkieterów” pokazuje, że ciągle jest (po pewnych modyfikacjach) miejsce na staroszkolną historię awanturniczo-przygodowa. Najbardziej poważna z widzianych przeze mnie inkarnacji, co jest dość odświeżającym doświadczeniem, ale z paroma upadkami z konia. Niemniej to trzymająca w napięciu jazda, oszałamiająca wizualnie i świetnie zagrana. Czekam na kontynuację.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dungeons & Dragons: Złodziejski honor

Na dużym ekranie fantasy od czasów „Harry’ego Pottera” jakoś sobie nie radzi. Dobrze się trzymało na małym ekranie jak w przypadku „Gry o tron”. Niemniej filmowcy cały czas próbują wyrwać i przełamać dominację kina superbohaterskiego w kwestii wysokobudżetowych blockbusterów. Ale każda taka próba kończyła (głównie komercyjną) porażką. Czy podobnie będzie z próbą opowieści ze świata RPG Dungeons & Dragons.

lochy i smoki1

Fabuła wydaje się dość prosta i skupia się na dwójce postaci: barda/złodzieja Edgina (Chris Pine) oraz barbarzyńcy Holgdze (Michelle Rodriguez). Oboje kierowali paczką złodziei, do której jeszcze należeli czarodziej Simon (Justice Smith) oraz oszust Forge (Hugh Grant). Ekipa ruszyła na skok, by wykraść skarbiec Harfistów, a przede wszystkim artefakt zdolny do wskrzeszenia umarłych. Akcja jednak kończy się wpadką: nasz bard i barbarzyńca zostali schwytani, Simon zniknął, zaś Forge mający pilnować artefaktu oraz córki Edgina, Kiry został lordem Neverwinter. Do tego jego doradczynią jest odpowiedzialna za zdradę podczas skoku Sofina – Czerwony Mag, zaś córka bohatera jest przez oszusta manipulowana i okłamywana. Edgin planuje odwet, czyli odzyskanie pierworodnej oraz okradzenie skarbca, do tego jednak trzeba zebrać drużynę.

lochy i smoki2

Fabuła jak sami widzicie nie jest specjalnie zaskakująca i przypomina treść z gry RPG. Czyli mamy główne zadanie, lecz by je wykonać trzeba zrobić kilka pobocznych questów, aby zdobyć odpowiednik ekwipunek oraz ekipę bohaterów. Czyli dojdź do punktu A, znajdź przedmiot B, pogadaj z postacią C itd. Standard tak oczywisty, że już bardziej się nie da. A kto tworzy nasz skład? Edgin, Holga, Simon oraz zmiennokształtna druidka Doric (Sophia Lillis), a także – gdzieś w połowie i na krótko – paladyn Xenk (Rege-Jean Page), który jest jednoosobową zajebistością. Jakby chciał, sam by załatwił całą robotę, mimo że jest sztywny i (jako jedyny) poważny. Całość jest mocno komediowa, ale nabija się z konwencji, zachowując zdrowy balans między powagą a humorem i akcją.

lochy i smoki6

Że grosza tu nie szczędzono, widać niemal od początku. Piorunujące wrażenie robi tu scenografia – nieważne, czy mówimy o więzieniu znajdującym się w samym środku czegoś jakby bieguna północnego, siedzibie Winterfell, eeee, wróć, Neverwinter, arenie z labiryntem czy podziemiach. Wygląda to bardzo przekonująco, tak samo jak kostiumy. Dobrze wydano każdy grosz, zaś parę zbiorowych scen (wspomina bitwa, której przebieg poznajemy od… nieboszczyków czy pierwsze wejście Czerwonych Magów) robi wrażenie. Muszę pochwalić także dobrze zrobione sceny akcji, czego po reżyserach od komedii nie spodziewałem się, iż dokonają tego w sposób tak bardzo kompetentny. Wszystko jest czytelne, klarownie pokazane, nawet w bardziej dynamicznych momentach jak finałowa konfrontacja. Zaś sekwencja, gdy zmiennokształtna infiltruje skarbiec, by poznać zabezpieczenie i ucieka (ciągle zmieniając wygląd) – w JEDNYM ujęciu – to jest majstersztyk. Efekty specjalne są całkiem przyzwoite (głównie zwierzęta, jest nawet jeden SMOOOOOOOOOK), muzyka to mieszanka orkiestrowo-folkowa (i działa) z odrobiną elektroniki.

lochy i smoki3

W zasadzie największym problemem są dla mnie antagoniści, czyli Czerwoni Magowie, co chcą zmienić ludzi w armię nieumarłych, rządzić światem, bla bla bla… Krótko mówiąc, sztampowi są jak cholera i poważni (Sofina), jakby ktoś wsadził im kije między cztery litery. Humor też czasem nie trafia – chodzi mi głównie, gdy poznajemy jakąś szaloną/straszną historię czy rzecz do zrobienia, zaś kamera skupia się na Simonie, zaś ten rzuca odzywką typu „lovely” czy czymś takim. To akurat nie zdarza się zbyt często, ale to można było inaczej rozegrać.

lochy i smoki5

Za to najlepiej działa obsada, a przede wszystkim chemia między naszą ekipą nie-herosów. Kierujący ekipą Chris Pine (Edgin) ma masę charyzmy i uroku, by się nim zainteresować. Niby śmieszek, rzucający żarcikami uroczy cwaniak, jednak pod tą fasadą skrywa się połamany facet, który musi dojrzeć do paru kwestii. Bez niego ten film by nie zadziałał, zaś jego interakcje z zaskakującą Michelle Rodriguez (Holga) to wręcz miód na moje serce. Aktorka po raz kolejny (jak we „Wdowach”) pokazuje, że potrafi grać i robi to cholernie dobrze – jak dostanie dobry scenariusz, nie jak w przypadku „Szybkich, co się wściekli”. Także młodsza ekipa, czyli Justice Smith (niepewny siebie czarodziej Simon, z całkiem niezłym brytyjskim akcentem) oraz Sophia Lillis (zmiennokształtna Doric) mają swoje momenty i świetnie uzupełniają się z całą resztą. I ta chemia jest najmocniejszym punktem tego filmu. Nie mogę nie wspomnieć o Hugh Grancie (Forge), choć rozczarowała mnie zbyt mała obecność tego aktora na ekranie. Za to Rege-Jean Page jako świętojebliwy i cnotliwy paladyn Xenk jest świetnym kontrastem dla reszty składu. Jakby wyrwany z innej opowieści, sam wszystko robi fantastycznie, stając się na chwilę kimś w rodzaju mentora dla naszej grupy.

lochy i smoki4

Czy warto odwiedzić lochy i powalczyć ze smokami? Powiem tak: jeśli graliście w sesje RPG i znacie ten świat, znajdziecie tu mnóstwo odniesień, nawiązań i ukrytych skarbów; jeśli ta nazwa nic wam nie mówi, to nadal będziecie się świetnie bawić w tej łotrzykowsko-przygodowej opowieści fantasy. Może nie zawsze zaskakującej, z paroma potknięciami, ale cholernie wciągającej i bardzo kompetentnie zrealizowanej. Aż się prosi o dalszy ciąg tej przygody.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Na wodach północy

Kolejna telewizyjna kolaboracja amerykańskiej AMC z brytyjską BBC. I pozornie jest to historia atmosferą przypominająca „Terror” – morska opowieść w realiach historycznych, jednak krótsza, bardziej skondensowana oraz wykorzystujące pewne znajome elementy do opowiedzenia innej historii. O czym mówi dzieło Andrew Haigha?

Mamy rok 1858 i szykującego się do wyprawy po wieloryby okręt „Ocalony” pod wodzą kapitana Brownlee’ego (Stephen Graham). Do załogi dołącza Patrick Sumner (Jack O’Connell) – młody lekarz, który wcześniej walczył w Indiach. Czemu taki doświadczony żołnierz bierze udział w takiej eskapadzie? Niby jest problem z odziedziczonym majątkiem, jednak zarówno kapitan oraz właściciel statku Baxter (Tom Courtney) nie kupują tej historyjki. Oprócz niego jeszcze pojawia się Henry Drax (Colin Farrell) – wielorybnik, pijus, dziwkarz i w ogóle nieciekawa persona. Zanim wyruszy w rejs zdąży zabić gościa, bo nie chciał mu więcej postawić. Z kimś takim można czuć się bezpiecznie, prawda? Ale nikt (poza kapitanem i jego pierwszym oficerem) nie wiedzą, że coś nie przyjemnego wisi w powietrzu. I nie wszyscy wyjdą z tego żywi.

Dość szybko poznajemy jaka jest stawka w tej całej układance. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, musi chodzić o pieniądze. Albo o kupę pieniędzy. Powoli zaczyna budowana być z jednej strony poczucia przygody i mierzenia się z przyrodą: sztormy, polowania na foki, wieloryby. Ale cały czas w centrum mamy lekarza – gościa z Irlandii, niższych sfer, udręczonego wojenną przeszłością. Oraz faktem, że został wykorzystany i potem potraktowany jak śmieć, a żeby o tym zapomnieć spożywa spore ilości laudanum. Wrażenie robią plenery (całość kręcono w Norwegii) i krajobrazy, wywołujące poczucie obcości, gdzie człowiek tak naprawdę jest zderzony z samym sobą. Z dala od cywilizacji, gdzie budzą się pierwotne, dzikie instynkty. Łatwo tu zabić bezkarnie, bez odpowiedzialności, a atmosfera robi się coraz gęstsza. Szczególnie, gdy na okręcie jest morderca. I to taki najgorszy, bo rozumiejący, przez co bardziej niebezpieczny oraz bezwzględny. W każdej chwili może cię zostawić, każdą umowę złamać i zamordować.

Wszystko to przeplatane monotonią dnia codziennego, drobnymi ranami oraz wspomnieniami, które nigdy nas nie opuszczą. Zgrabnie reżyser wplata te wizje, powoli odkrywając tajemnice Sumnera. Sceny polowań na foki jak i wieloryba imponują przywiązaniem do detali. A wszystko wydaje się takie lepkie, zużyte, zaś rzadko obecne ulice miasta są pełne brudu, błota. Nie czuć tutaj, że to było kręcone w jakimś studio, co tylko dodaje realizmu. Jedyny problem w zasadzie mam z ostatnim odcinkiem, który może wydawać się przyspieszonym i dzieje się dużo, ALE ma to wszystko sens. Przynosząc (w miarę) szczęśliwe zakończenie.

Do tego całość jest świetnie zagrana. Jack O’Connell kolejny raz potwierdza, że warto go obserwować i drobnymi spojrzeniami pokazuje swojego skonfliktowanego bohatera. Sympatyzujemy z nim i wydaje się racjonalistą aż do bólu. Po drugiej stronie jest barczysty, nieogolony Colin Farrell, będący małomównym, niebezpiecznym psychopatą. Człowiekiem, dla którego życie nie ma żadnej wartości, jest obliczalny oraz diabelnie inteligentny. Przypomina niedźwiedzia – może wygląda niegroźnie, ale poczekajcie do ataku. Wtedy zacznie się brutalna jatka. Poza tą dwójką jest zaskakująco bogaty drugi plan, gdzie pojawia się m. in. jak zawsze solidny Graham, kradnący szoł Roland Moller (uduchowiony harpunnik Otto) czy zaskakujący swoją obecnością Peter Mullan.

Zafascynowany jestem pozornie prostą historią „Na wodach północy” – przygodowo-surwiwalowa opowieść o różnych obliczach męskości i zderzeniu człowieka z bezwzględną naturą. Ta ostania nic sobie z nas nie robi, mocno przypominając nasze miejsce w tym świecie. A wszystko świetnie napisane, pięknie sfilmowane i sprawia wrażenie realistycznego. Skromna, lecz wielka rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

Kot w butach: Ostatnie życzenie

Jam Puszek Okruszek – tak się przedstawił po raz pierwszy w drugim „Shreku”. Ładne buty, kapelusz, szpada oraz waleczność. Skradł cały ekran dla siebie i powracał w kolejnych częściach, wreszcie dostał nawet swój własny film. To było jednak w 2011 roku, zaś o samym filmie mało kto pamiętał. Teraz jednak nasz heros powraca, choć nikt go nie potrzebował. A może jednak był nam potrzebny, tylko o nim zapomnieliśmy?

Więc co robi nasz Puszek – el gato, el mitos, la leyenda? Nic się nie zmienił, czyli zgrywa twardziela, oszukuje przeznaczenie oraz walczy choćby z takim obudzonym monstrum. Oczywiście robi to w sposób widowiskowy, z szaloną muzyką w tle i brawurą jaką tylko On posiada. Ale wszystko kończy się nagle uderzeniem dzwonu. Ktoś mógłby powiedzieć, że koty mają przecież dziewięć żyć i nasz futrzasty heros odrodzi się. Jest jednak pewien problem – zostało mu tylko jedno życie. Czyżby to był koniec Kota w Butach i jego heroicznych czynów? Zwłaszcza jak w barze pojawia się wilk w kapturze, który wydaje się być nie do pokonania. Choć ma przy sobie tylko dwa sierpy i walka kończy się ucieczką.

Czy może być gorzej? Emerytura w kociej rezydencji, gdzie musi przyzwyczaić się do nudnej egzystencji, jedzenia kocimiętki oraz załatwiania się w kuwecie. Przy tym lobotomia wydaje się lepszym rozwiązaniem. Jest jednak rozwiązanie: gwiazdka z nieba, co spełnia każde życzenie. Trzeba ją tylko znaleźć w Czarnym Lesie. Problem: mapę do miejsca jej lokalizacji posiada właściciel dużego przedsiębiorstwa Jacek Placek, a chce ją zajumać Złotowłosa z trzema Misiami. Plus jeszcze jest dawna znajoma Puszka, Kitty Kociłapka. Kto wygra ten wyścig?

„Ostatnie życzenie” zaskakuje wizualnie, mocno czerpiąc z estetyki znanej ze „Spider-Man: Uniwersum”. Czyli w scenach akcji zmniejsza się klatkaż, przez co wyglądają one w bardzo komiksowym stylu. Choć ja mam wrażenie, że tła i szczegóły wyglądają jakby zostały… namalowane. Najbardziej odczuwalne jest w Czarnym Lesie przy krajobrazach. Te w zależności od tego, kto używa mapy zmieniają się (bo mapa buduje świat na podstawie życiowych doświadczeń) i robi to piorunujące wrażenie. Stylistyka bardzo wyróżnia się wobec poprzednich produkcji DreamWorks, który zaczyna odzyskiwać siły oraz pokazuje, że jest w stanie stanowić konkurencję dla Pixara, Disneya czy Sony Animated. Jednocześnie bardzo zaskakuje to jak film traktuje temat strachu przed śmiercią (niemal każde spotkanie Kota z Kostuchą kończy się ucieczką i może przypominać sceny z horroru) i rozwiązuje to bez wygłupów oraz śmieszkowania. Może sama droga oraz rozwiązanie nie zaskakuje, to jednak nie ma tu miejsca na nudę. Akcja pędzi na złamanie karku, sceny pościgów oraz walk oszałamiają, zaś twórcy nie biorą jeńców. Zdecydowanie produkcja nie dla bardzo młodego widza.

Pochwalić za to muszę polską wersję językową, za którą odpowiada Bartosz Wierzbięta. Jeśli spodziewacie się walenia odniesieniami do naszej popkultury, nie macie się czego bać. I samo tłumaczenie brzmi w porządku, same imiona też nie wywołują zgrzytów, choć zdarza się parę momentów zapikanych (ciekawe czy w oryginale też jest taka sytuacja). Do roli Kota wraca Wojciech Malajkat i robi to z taką łatwością przekazują tą energię, pewność siebie jak też bardziej poważniejsze momenty. Kapitalna robota, tak samo jak wracającej do Kitty Izabeli Bukowskiej. Chemia między nimi jest po prostu cudna. Z nowych postaci trzeba wyróżnić Sebastiana Machalskiego, czyli (optymistycznie nastawiony pies Perro), Monikę Dryl (Złotowłosa) oraz Roberta Jarocińskiego (Bardzo Zły Wilk). Trudno mi się do kogokolwiek przyczepić, ale z ciekawości sprawdziłbym wersję oryginalną.

„Kot w butach: Ostatnie życzenie” jest szalonym, dynamicznym filmem łotrzykowsko-przygodowym zmieszanym z klimatem spaghetti westernu. I to w świecie baśni, co powinno być absurdalnym miksem. Fantastycznie zrealizowana, pełna akcji, humoru oraz oczopląsu. A jednocześnie potrafi być dojrzałą, miejscami mroczną opowieścią o szukaniu szczęścia, które niekoniecznie musi być tym, czym nam się wydaje. Ogromna niespodzianka na początek roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Mustang z Dzikiej Doliny: Droga do wolności

Nie spodziewałem się, że doczekam się kontynuacji (poniekąd) „Mustanga z Dzikiej Doliny” po 20 latach. Bo co nowego można opowiedzieć w historii o dzikim mustangu na Dzikim Zachodzie? I czemu zdecydowano się na kontynuację po tylu latach? „Droga do wolności” w zasadzie opiera się na serialu Netflixa niż na animacji DreamWorksa i to chyba wyjaśnia czemu mnie to rozczarowało.

Główną bohaterką jest Lucky Prescott, która jest wnuczką biznesmena, aspirującego do urzędu gubernatora. Jej matką była mistrzyni rodeo, jednak zginęła podczas jednego z występów. Dziewczyna była wtedy dzieckiem, więc nic nie pamięta, ale mieszka u dziadka zamiast ojca. Problem w tym, że Lucky nie potrafi odnaleźć się w świecie wyższych sfer i wywołuje spory ferment. Nawet ciotka Cora nie jest w stanie ujarzmić jej temperamentu. Dlatego po kolejnej wpadce dziewczynka zostaje odesłana na wakacje do ojca, którego w zasadzie nie zna. Jak się tam odnajdzie?

Fabuła jest banalna i oparta na prostych kontrastach postaci: niepokorna Lucky, sztywna ciotka Cora, przygnębiony ojciec Jim, twardzi kowboje, empatyczny ranczer. Niestety, każda z postaci jest płaska, szablonowa oraz nieszczególnie interesująca. Nawet zatrudnieni do ich zagrania aktorzy (i to nie byle jacy, bo są m.in. Julianne Moore, Jake Gyllenhaal czy Walton Goggins) nie mają pola do manewru. Lucky zaprzyjaźnia się z innymi dwoma dziewuchami – jedna to czarnoskóra córka ranczera, druga to blondwłosa twardzielka, co ma brata-naciągacza oraz fałszuje okrutnie. Cała ta trójka od razu ma na pieńku z przybyłymi kowbojami, którzy mają tylko jeden cel: ujarzmić dzikie konie i sprzedać je. A jednym z tych koni jest mustang, bardzo podobny do tego z oryginału. Ale ich lider uważnie przygląda się jak dziewczyna próbuje się do niego zbliżyć w mniej siłowy sposób. Co z tego wyniknie? Wiadomo, bo tu wszystko widać jak na dłoni. Tutaj dzieci są o wiele sprytniejsze i mądrzejsze od dorosłych (nawet od bandytów, których inteligencja jest gdzieś na poziomie bohaterów Looney Tunes).

Sama kreska też jest najwyżej przeciętna, pozbawiona detali i jakby skrojona pod produkcję telewizyjną. Niby jest płynna, ale szału nie robi. Nawet poprzednie produkcje DreamWorks wyglądały o wiele lepiej pod tym względem. Humoru jest bardzo na lekarstwo i jako dorosły nie miałem żadnej przyjemności. Nawet sceny galopu koni czy jazdy na nich wyzwalały we mnie tylko obojętność, a to jest najgorsze uczucie jakie może trafić się podczas seansu.

Nie mogę potraktować tego filmu inaczej niż w kategorii bezczelnego skoku na kasę i to jeszcze niskim kosztem. Reżyserzy bez doświadczenia, słaba historia, nieciekawi bohaterowie oraz archaiczna animacja – nie bardzo wiem, komu można polecić taką miernotę.

4/10

Radosław Ostrowski

Uncharted

Jak jest klucz do zrobienia udanej adaptacji gry komputerowej? Wielu szuka do tej pory sposobu, lecz dobrego tytułu to trzeba szukać bardzo głęboko. Wielu wyczekiwało planowanej od dawna adaptacji serii gier „Uncharted”. Planowana od 2008 roku, miała masę problemów (ciągła zmiana reżysera: od Davida O. Russella przez Shawna Levy’ego po Rubena Fleischer), scenarzystów, wreszcie zmiana odtwórcy głównej roli – Marka Wahlberga zastąpił Tom Holland), ale się w końcu udało doprowadzić sprawę do końca. Ale czy warto było czekać?

uncharted1

Film jest niejako prequelem do cyklu gier, gdzie poznajemy początki działalności łowcy skarbów i awanturnika Nathana Drake’a. Pierwszy raz go widzimy, gdy razem z bratem są w sierocińcu i zostają rozdzieleni. 15 lat później Nathan (Tom Holland) pracuje jako barman i drobny złodziejaszek, żyjąc sobie spokojnie. I wtedy w barze pojawia się niejaki Victor Sullivan (Mark Wahlberg) – poszukiwacz przygód oraz łowca skarbów, który poluje na łup ukryty przez załogę Ferdynanda Magellana. Mężczyzna werbuje Drake’a, bo znał jego brata. Ale nie są jedynymi poszukiwaczami, bo w ślad za skarbem rusza bogaty magnat Santiago Moncada (Antonio Banderas) oraz jego grupa najemników. Kto dotrze pierwszy?

uncharted2

Co ja mogę powiedzieć? Film jest kolejnym klonem, czerpiących z szablonów znanych z serii przygód Indiany Jonesa. Czyli mamy zagadki do rozwiązania, by dotrzeć do skarbu, egzotyczne lokacje, pościgi, strzelaniny, zdrady, wbijane noże w plecy. No i jeszcze kradzieże, które bardziej pasowałyby do „Ocean’s Eleven”, a zbyt dużo czasu skupia się na scenach planowania. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, film wygląda… tanio, brakuje znanego z gier rozmachu, spektakularnych, wręcz niebezpiecznych scen akcji, pędzącej na złamanie karku adrenaliny. Nawet żarty kompletnie nie działają, a wszystko jest dziwnie blisko ziemi, zaś budowanie kluczowych postaci… nie obchodziło mnie. Fabuła jest przewidywalna, gdzie bardzo łatwo można domyślić się przebiegu wydarzeń, zaś dialogi pozbawione są wyrazistości.

uncharted3

Także aktorsko nie ma tu szału, a kilka decyzji jest zadziwiających. Tom Holland w roli Drake’a wypada całkiem nieźle i robią wrażenie wykonywane przez niego popisy kaskaderskie, ale to nie jest trafiony wybór. Ja wiem, że to prequel gier z otwartą furtką na potencjalną franczyzę (scena po napisach) i jest to pierwsza poważna przygoda, ale za młodo wygląda i zbyt dużo wie na temat historii, choć nie wiadomo skąd ją posiadł. Z kolei Mark Wahlberg jako Sullivan jest bardzo niespójny. Z jednej strony to taki stary cwaniaczek, rzucający żarcikami, a z drugiej robi tu za walczącego twardziela. Wszystko w zależności od sytuacji. Reszta postaci zwyczajnie jest nijaka i pozbawiona charakteru (z wyjątkiem nieźle bawiącego się, choć niewykorzystanego Antonio Banderasa oraz Sophia Ali jako wspólniczka Sully’ego, Chloe).

uncharted4

Widać, że to bardziej studiu zależało na tym, by ten film powstał. Niby kino rozrywkowe, ale pozbawione duszy, serca, pasji i charakteru. „Uncharted” wygląda jak film nakręcony przez dziecko, które dostało kamerę do ręki i nie ma kompletnie pojęcia co robi. Dlatego powstało nudne, bezpieczne quasi-widowisko.

5/10

PS. Jeśli chcecie zobaczyć lepszą wersję przygód Nathana Drake’a, polecam sprawdzić ten fanowski film sprzed paru lat:

Radosław Ostrowski

Sonic: Szybki jak błyskawica 2

Pierwsza część “Sonica” okazała się zaskakującym kasowym hitem, choć filmem był takim sobie. Porządna, lecz bardzo schematyczna produkcja familijna z niezapomnianym jeżem, co szybki i wściekły jest. Bardziej niż Vin Diesel i jego ferajna oraz równie szalonym doktorem Robotnikiem, którego trzeba powstrzymać. Co mu się udaje. Ale jak wiadomo – zło jak bumerang musi wracać. Tak jak sequel.

Co robi nasz Jeżu? Nadal trzyma się z rodziną Wachowskich (nie, nie tych od Matrixa), którzy traktują go jak syna. Młody chce używać swoich mocy, by być superherosem i walczyć ze złem, co trochę mu nie wychodzi. Stara się jednak, choć ego potrafi mu uderzyć. Jego “rodzice” wyruszają na wesele kumpeli w Hawaje, więc Sonic imprezuje na maksa. Ale wtedy powraca z Planety Grzybów dr Robotnik. Teraz ma łysą pałę i zarąbiste wąsy, godne szlachty. Problem w tym, iż naszemu złolowi towarzyszy czerwony, przekokszony Knuckles. Chce dorwać naszego Jeża oraz znaleźć pewien potężny artefakt. Sonic na szczęście nie jest sam i pomaga mu lisek zwany Tails.

Więc w zasadzie “dwójka” bardziej przypomina grę komputerową z gatunku action/adventure w stylu… Indiany Jonesa. Przed wyruszeniem w drogę drużynę, wyrusz do punktu A, znajdź artefakt Mocy (nazwa przypadkowa), dotrzyj do punktu B, pokonaj bossa, game over. I w sumie taka konstrukcja jest użyta, ale jednocześnie nowy Sonic adresowany jest do młodego widza. Fabuła jest przewidywalna niczym kolejność dni tygodnia, postacie ludzkie (poza Robitnikiem) robią za tło, akcja miejscami pędzi na złamanie karku, jest sporo humoru. Nudę wyrzucono za okno i nie ma czasu na myślenie. Wrażenie robi porządna scenografia, w tle gra fajna muzyka, ale też jest kilka świetnych żartów (poza odniesieniami Sonica do popkultury) jak taneczny pojedynek w syberyjskim domku. Czy każde wejście Robotnika, gdzie Jim Carrey szaleje ze swoją ekspresją jak za swoich najlepszych czasów. Potrzebowałem takiej ułańskiej szarży z dodatkiem sucharków i to właśnie dostałem.

Z kolei nasze trio komputerowych postaci wypada bardzo porządnie: Sonic (głos Bena Schwartza) to nadal uroczy łobuz, który ma dobre serducho i nie odpuszcza. Wspierająca go Tails (Colleen O’Shaughnessey) korzysta z gadżetów, pierwszy raz działając w terenie, z kolei Knuckles (Idris Elba) to szorstki osiłek, brzmiący jakby z innej epoki oraz skupiony na zemście. Bardzo ostry i trudny zawodnik do pokonania. Czy aby jednak przeciwnik? Reszta aktorów (poza Carreyem) robi tu za tło i po prostu jest, ale mogłoby ich nie być. Dla mnie żadna różnica.

Drugi “Sonic” jest zbliżony poziomem do części pierwszej, ale jest dla mnie odrobinkę lepszy. W sensie, że dał mi więcej frajdy, więcej energii oraz więcej zabawy. Kino idealnie skrojone dla dzieci, a dorośli też coś dla siebie znajdą.

6/10

Radosław Ostrowski