Zielony Rycerz

Kino fantasy kojarzy się – dzięki „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona – z wystawnym, wysokobudżetowym widowiskiem, pełnym magii w postaci efektów specjalnych, epickich scen batalistycznych oraz walki dobra ze złem. Ale nie zawsze takie produkcje, czasem inspirowane mitami i legendami takie były. Do takiej wręcz minimalistycznej koncepcji sięgnął amerykański reżyser David Lowery, inspirując się rycerskim eposem.

„Zielony Rycerz” skupia się na młodym chłopaku o imieniu Gawain. Jest synem wiedźmy oraz siostrzeńcem samego króla Artura. Zamiast dokonywać czynów godnych opowiadania, ugania się za dziewuchą w burdelu, lubi wypić wino oraz bardziej imprezować. Podczas uczty na zamku w Wigilię, zasiada na miejscu obok króla. Wtedy pojawia się tajemniczy Zielony Rycerz, wyglądający niczym ruchowy drzewiec, z toporem w dłoni. I stawia on wyzwanie rycerzom, które jest dość nietypowe: chodzi o zadanie mu ciosu. Nic skomplikowanego, prawda? Jest jeden myk: za rok wojownik ma pojawić się w Zielonej Kaplicy, by otrzymać ten sam cios od rycerza. Trudno liczyć na to, że pojawi się jakiś śmiałek, bo a) musiałby być skończonym idiotą, b) nie znającym konsekwencji dzieciakiem. Gawain staje się tym drugi i ścina Rycerzowi głowę.

Lowery wybiera konwencję kina drogi, by opowiedzieć poniekąd wiele razy słyszaną historię człowieka walczącego ze swoim przeznaczeniem. Ale „Zielony Rycerz” wygląda i operuje zupełnie innym językiem niż obecnie nam znane produkcje fantasy. Akcja jako taka toczy się bardzo powoli, pełna jest elementów magii oraz symboliki, wszystko pozbawione jest wielkiego przepychu. Poniekąd całość to próby jakimi wystawiony jest młodzieniec w konfrontacji do obcego świata. Świata znanego z legend i innych opowieści – łatwo nie będzie. Gdzie wiele może się zdarzyć, a nasz heros ciągle będzie poddawany różnym próbom i wiele wydarzeń nie zawsze będzie miało swój sens. Czasami dwie postacie mają tą samą twarz, czas wydaje się naginać i zmieniać (chwila po związaniu bohatera przez bandytów).

To bardzo wolne, miejscami kontemplacyjne tempo może dla wielu okazać się barierą nie do przebicia. Nawet pomimo zachwycających swoją kompozycją oraz plastycznością zdjęć, a także klimatycznej, mieszającej średniowieczny styl z odrobiną elektroniki muzyką. Jednocześnie przez swoją symbolikę jest otwarty na wiele możliwych ścieżek interpretacji, co dla fanów rozgryzania da spore pole do popisu. Jest wiele niezapomnianych momentów, które zostaną w głowie jak pojawienie się Zielonego Rycerza, przejście przez zamglone góry pełne gigantów, przeprawa przez rzeczkę w zalanym żółcią krajobrazem czy ostateczne spotkanie w kaplicy. Jest jeszcze trafiający do mnie finał, gdzie mamy wizję niczym z „Ostatniego kuszenia Chrystusa”.

Ale dla mnie „Zielony rycerz” był zbyt mętny i niejasny, przez co „wyłączałem się” podczas seansu. Lowery miał ambitny koncept dekonstrukcji mitu arturiańskiego, lecz – moim skromnym zdaniem – przestrzelił. Za dużo niejasności, tajemnic oraz symboliki, za czym nie przepadam.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Carmen Sandiego – seria 2

Szukając czegoś lżejszego, nie wymagającego myślenia, trafiłem na animowaną „Carmen Sandiego”, będącą hybrydą heist movie, kina szpiegowskiego oraz tajemnicy. Innymi słowy, całość skupiała się na walce tytułowej bohaterki z organizacją przestępczą V.I.L.E., zajmującą się głównie kradzieżami. Pomagała jej grupa przyjaciół oraz haker o ksywie Gracz, komunikujący się z nią przez Internet. Po wydarzeniach z pierwszej serii, do zespołu dołącza Shadowsan – mistrz skradania się i członek Rady V.I.L.E., zdradzając swoich szefów. Jakby było mało problemów, w ślad za Carmen rusza A.C.M.E., czyli tajne służby przekonane, iż nasza bohaterka dalej działa dla V.I.L.E.. Zwłaszcza po porwaniu i pozbawieniu przytomności agenta Devineoux.

Innymi słowy, fabuła zaczyna się zagęszczać, mieszając wątki oraz dodając kolejne komplikacje. Choć w zasadzie założenia są identyczne. Czyli powstrzymać/zniszczyć V.I.L.E. oraz próby ustalenia przeszłości Carmen. Nadal jest to sensacyjno-szpiegowska intryga z akcją dziejącą się w różnych częściach świata: od Japonii przez Nową Zelandię i Dubaj po Sztokholm. Przy okazji serwując informacje dotyczące danego kraju, pełniąc rolę edukacyjną (jak materiał źródłowy). Ale nigdy nie wydaje się to wrzucone na siłę. Jeszcze bardziej interesujące są wątki, gdzie poznajemy parę ciekawych szczegółów. Zarówno przeszłość Shadowsana związana z parą mieczy samurajskich, pierwsze spotkanie Carmen z rodzeństwem czy odkrycie tajemnicy ojca Carmen dodają głębi każdemu z bohaterów drugoplanowych. I to daje sporo emocjonalnego ciężaru do całości. Pojawiają się też nowe postacie, co wynika z poszukiwania nowego członka Rady V.I.L.E. – od bardzo śliskiego Grzegorza Węgorza przez złodziejski duet Łasica/Łosiek po brytyjskiego podwójnego agenta Roundabouta. Jestem pewny, że kilka z nich jeszcze powróci.

Sama animacja może się ciągle wydawać oszczędna i uproszczona w pokazaniu tła oraz detali, ale ma to swój urok. Akcja też prezentuje się bardzo dynamicznie, miejscami efekciarsko (kradzież superauta sportowego zakończona niczym w serii „Szybcy i wściekli” czy włam do elektrowni z dziwacznym systemem), nadal jednak pozostaje czytelna i kreatywna. Z masą bijatyk i ucieczek z masą przeciwników. A w tle gra bardzo elegancka, lekko jazzowa muza, dodająca klimatu klasycznych heist movie z lat 60. Dubbing też wypada świetnie i trudno się do czegokolwiek przyczepi, więc polecam słuchać w oryginale.

Jestem bardzo zaskoczony sporym skokiem w historii Carmen Sandiego. O wiele bardziej wciągająca historia, kolejne przewrotki i tajemnice do odkrycia oraz miejsca do zwiedzenia. Dzieje się sporo, zaś finał sugeruje następne komplikacje. Już się powoli będę szykował do serii trzeciej.

8/10

Radosław Ostrowski

Luca

Ile można mówić o tym Pixarze? Że to nie rysownicy i animatorzy, tylko czarodzieje kreujący niezwykłe światy, że jakość ich animacji jest na najwyższym poziomie? I nigdy nie zrobili filmu złego. Parę rozczarowujących – tak, bo sami sobie bardzo wysoko podnieśli poprzeczkę. Tym bardziej mnie zaskoczył brak dużego szumu wokół ich ostatniego dzieła, czyli „Luca”. Czy to wynika z faktu, iż jest to debiut reżyserski? Enrico Casarosa nie ma jednak czego się wstydzić, bo ten film naprawdę mu wyszedł. Ale może po kolei.

Jesteśmy we Włoszech lat 50., a dokładnie w nadmorskim miasteczku Portorosso. Pod wodami tej okolicy mieszkają wodne monstra, które po wejściu na powierzchnię przybierają ludzką twarz. Taki jest właśnie Luca, który mieszka z rodziną i pilnuje rybich… owiec. No i nie może wyjść na powierzchnię, bo jest niebezpiecznie – ludzie, statki oraz takie inne groźne rzeczy. Chłopiec, jak na każde dziecko przystało, jest zbyt ciekawe świata i poznaje niejakiego Alberto. Chłopak mieszka w wieży i o wiele lepiej sobie radzi na zewnątrz, czyli na wyspie poza miasteczkiem. W samy Portorosso odbywa się coroczny triatlon, który od lat wygrywa miejscowy rozrabiaka, Ercole Visconti. Pokonanie go da szansę chłopakom na spełnienie marzenia, czyli kupna skutera Vespa. Jednak bez pomocy nie dadzą sobie rady i tu pojawia się zdeterminowana Giulia.

Jak widzicie, sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale nie oznacza to, iż „Luca” jest filmem nudnym. Bo wątków jest tutaj sporo, choć najbardziej liczą się dwa. Pierwsza to przyjaźń między dwoma chłopakami, która – ze względu na miejsce akcji –  skojarzyła mi się z… „Tamte dni, tamte noce”. Luca i Alberto niby są z tego samego świata, ale jakby nie do końca. Alberto wydaje się być tym odważniejszym, nie bojącym się ryzyka oraz swoich marzeń, zaś Luca jest zafascynowany nowym otoczeniem, napędzany przez ciekawość. Kiedy jednak do duetu dołącza Giulia, wszystko się komplikuje i pojawia się zazdrość. Ale jest jeszcze ważna kwestia, czyli lęk przed obcym z obydwu stron. Ludzie i morskie potwory boją się nawzajem, a strach mieszkańców jest pokazany w samym wyglądzie Portorosso, gdzie przewijają się elementy związane z morzem, harpunami i innymi narzędziami zmniejszania populacji wodnych organizmów. Strach jednak wynika z poczucia obcości wobec tego, co inne, nieznane, nie mniej jest szansa na przełamanie tego irracjonalnego lęku.

Osadzenie akcji we Włoszech lat 50. buduje troszkę nostalgiczną otoczkę, odtworzona ze sporymi detalami (włącznie z pokazanym w telewizji fragmentem filmu Federico Felliniego) oraz włoskimi piosenkami z epoki. Animacja może nie powala szczegółowością jak inne produkcje Pixara, ale ta stylizacja działa na plus. Jeśli miałbym wymienić ulubione sceny, to momenty materializacji marzeń tytułowego bohatera, które oszałamiają wizualną kreatywnością i skręcają ku surrealizmowi. Ale sceny podwodne także prezentują się bardzo dobrze, więc trudno technicznie się do czegoś przyczepić. O humorze nie zapomniano, tak jak o sympatii wobec postaci (poza Ercole) oraz emocjonalnym zaangażowaniu. A bez tego ostatniego, „Luca” byłby tylko średniakiem, zaś sceny treningu przed triatlonem jak i same zawody zainscenizowane są fantastycznie.

Polecam obejrzeć ten film z oryginalną ścieżką dźwiękową, gdzie słychać fantastycznie dobrane trio: Jacob Trambley/Jack Dylan Glazer/Emma Berman w głównych rolach. Cudownie słyszy się te głosy z wplecionymi włoskimi słówkami, zaś aktorzy (między innymi Maya Rudolph czy zaskakujący Sacha Baron Cohen) czarują i nie czuć zgrzytu. Ale jestem pewny, że polski dubbing też da radę (bo zawsze daje, zwłaszcza kiedy reżyserem jest Wojciech Paszkowski).

Niewiele oczekiwałem po „Luce”, ale dostał bardzo sympatyczny, pełen uroku i magii film. Może i jest on bardziej skierowany do młodego widza niż dorosłego, ale to absolutnie nie przeszkadza w czerpaniu wielkiej przyjemności z oglądania. Tą sztukę potrafią osiągnąć najlepsi. A że piszę te słowa podczas bardzo intensywnego deszczu, to przeniesienie się w słoneczną Italię jest bardzo miłą odskocznią od widoku z okna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Raya i ostatni smok

Kiedy ostatni raz mnie zachwyciła animacja Disneya? To była pierwsza „Kraina lodu” (Pixara nie biorę pod uwagę, bo Disney tylko go dystrybuuje) i wydawało się, że w rywalizacji między fabryką Myszki Miki a kreatywnymi szaleńcami z Pixara zwycięzcą musi być ten drugi. I choćby nie wiadomo co wymyślali, czarowali, panowie od Disneya nie mają takiej mocy. Jednak od czasu do czasu nawet oni potrafią zaskoczyć. Jak w przypadku „Rai i ostatniego smoka”.

Jak sam tytuł wskazuje, główną bohaterką jest Raya, a akcja osadzona jest w świecie z chińskiej mitologii. Dawno temu (jakieś 500 lat) był jeden zjednoczony kraj nad rzeką oraz masa smoków, dbających o to, by ludziom żyło się lepiej. Pojawiły się jednak na świecie paskudne Drummy, co zamieniały wszystko w kamień. Smokom jednak udało się uratować ludzkość po stworzeniu Smoczego Kamienia, jednak wszystkie smoki zamieniono w kamień. A ludzie – no cóż – pozostali ludźmi, podzielili się i chcą przejąć przedmiot dla siebie. To doprowadza do zniszczenia kamienia, który pilnował lud Serca oraz zamienienia ludzkości w kamień. Prawie całej ludzkości, więc nasza Raya wyrusza do wszystkich krain, by połączyć artefakt i uratować świat. Oraz odnaleźć ostatniego smoka, który – według opowieść – przeżył.

Brzmi znajomo? „Raya” to sklejka znajomych elementów kina fantasy i przygodowego zmieszanego z kulturowymi elementami Wschodu. I już słyszę głosy, że film został celowo zrobiony, by podbić chiński rynek. Ale mimo korzystania ze znajomych szablonów oraz schematów jest to zaskakująco poważny film Disneya, gdzie humor nie jest wrzucony na siłę (wynika z sytuacji), zaś postaci będącej comic reliefem zwyczajnie brak. Zaskoczeni? Bo ja bardzo. Klimatem miejscami troszkę to przypomina „Indianę Jonesa” (przynajmniej na początku), tylko ze smokami oraz w świecie Wschodu. Głównie z jednym smokiem, który wygląda zjawiskowo oraz dołączającymi do tej pary resztą drużyny. I to dość wariackiego składu: od młodego chłopca-kucharza przez samotnego wojownika po niemowlaka-złodzieja z gangiem małpek. Choć te postacie nie są dokładnie opisane, to jednak wiemy na tyle dużo, że ich los mnie obchodził.

Jeszcze bardziej ciekawy był fakt, że nie ma tutaj postaci jednoznacznie moralnej, czyli chodzącego dobra lub zła. A także skupienie na relacjach między osobami i zmienna dynamika w chwilach wyciszenia oraz spokoju. Najbardziej interesujący był zarówno interakcja między nieufną Rayą a bardziej otwartą, niemal przypominającą dziecko smoczycą oraz zaznaczona w retrospekcji więź między dziewczynką a Namaari. W tym drugim przypadku wydawało się, że spoiwem będzie fascynacja smokami, jednak doszło do zdrady oraz nienawiści. Czy jest z tego wyjście? Tak, ale wymaga sporo wysiłku oraz przełamania uprzedzeń, co pokazuje finał.

Tak mówię o wątkach fabularnych oraz bardzo mądrym przesłaniu, ale jak to wygląda? Disney w niczym nie ustępuje konkurencji i sama animacja jest zachwycająca, pełna kolorów oraz imponujących detali. Zaś kiedy dochodzi do scen akcji, jest to coś, co najbardziej przyciągnie uwagę dorosłych. Choreografia walk w niczym nie ustępuje współczesnym filmom akcji i jest pokazana bardzo czytelnie. Nie ważne, czy do gry wchodzi broń biała czy pięści, prezentuje się to świetnie, przez co dorośli nie będą się nudzić. A jak jeszcze zagra muzyka Jamesa Newtona Howarda, odlot będzie gwarantowany i nie wyjdzie wam to z uszu.

Naprawdę jestem zaskoczony, że jeszcze Disney potrafi przypomnieć sobie, iż – cytując jeden z ich filmów – „ma tę moc”. „Raya” jak żadna inna animacja z tego roku obudziła we mnie wewnętrzne dziecko, poszukujące po prostu zabawy oraz wielkiej przygody. Bardzo przyjemna niespodzianka z mądrym morałem, nie rzucanym prosto w twarz.

8/10

Radosław Ostrowski

Miłość i potwory

Ile już było filmów o tematyce postapokaliptycznej? Wiele i wiele jeszcze będzie, ale co można nowego wymyślić w tym temacie? Reżyser Michael Matthews poszedł w lżejszy ton, dając odrobinę świeżości i to działa. Ale po kolei.

Akcja toczy się siedem lat po zagładzie. Wtedy na Ziemię zbliżyła się asteroida Agatha, więc ludzkość podjęła jedną, słuszną decyzję: napieprzyć w nią całym arsenałem. Problem w tym, że rakiety zawierały jakiejś paskudne chemikalia, które wróciły na naszą planetę i doszło do rozpierdolu. Innymi słowy: wszelkie gady, płazy, owady zmutowały w bestie, wojsko dostało łomot, reszta ludzkości zaś ukrywa się w podziemiach. Jakbyśmy oglądali live-action wersję „Fallouta”. W jednym z bunkrów mieszka niejaki Joel – młody chłopak, ogarniający kuchnię oraz radiostację. Przed całą anihilacją miał dziewczynę, która obecnie jest w innym schronie. Po przerwanej komunikacji chłopak się ruszyć do niej. Ale są dwa problemy: po pierwsze, do pokonania jest około 100 mil, po drugie Joel jest totalnym miękkiszonem. Na widok potwora dostaje paraliżu, nigdy nie wychodził na zewnątrz, więc szansę na przetrwanie są równie duże jak wygrana naszych piłkarzy na mistrzostwach.

love & monsters1

Już sam tytuł sugeruje, że to nie będzie jakaś poważna rozkmina na temat życia w zjebanym świecie po zagładzie. Są potwory, jest miłość napędzająca głównego bohatera oraz klimat znany z masy produkcji o tematyce postapokaliptycznej. Towarzyszący bohaterowi pies? Jest i ma imię Chłopiec – właścicielem chyba była córka Kratosa 😉. Poznany po drodze mentor, udzielający porad w kwestii przetrwania? Jest, ma strój prawie jak Indiana Jones i twarz Michaela Rookera, co jest fantastyczną kombinacją. Zmutowane i powiększone monstra? Są, a mimo skromnego budżetu – 30 milionów dolców na SF to jest żart – prezentują się bardzo dobrze.

love & monsters2

Więc w czym jest problem? Tempo jest dość nierówne, przejście z poważnego w lżejszy ton potrafi troszkę zgrzytnąć, zaś trzeci akt idzie w bardziej mroczne rewiry, serwując sporo akcji. Taka sklejka różnych pomysłów i znajomych klisz, co może wywołać pewien niekontrolowany chaos. Muszę przyznać, że w tym szaleństwie jest metoda i jest wiele zalet. Przepięknie sfilmowana natura oraz opustoszała okolica trochę kojarzyła mi się z „Anihilacją”, bardzo dobrze się sprawdza muzyka. Równie cudowny jest design potworów, choć nie ma ich tu zbyt wiele – wiadomo, skromny budżet. Świat intryguje, zakończenie daje szansę na sequel.

love & monsters3

Obsada ma swoje momenty i potrafi oczarować. Nie miałem wcześniej styczności z Dylanem O’Brianem, ale jako pierdołowaty Josh wypada naprawdę bardzo dobrze. Przekonująco pokazuje przemianę z nieporadnego, zagubionego chłopaka w pełnego sprytu twardziela. Nie jest to przemiana skokowa, ale konsekwentnie poprowadzona. Ale tak naprawdę film kradnie Michael Rooker z Arianą Greenblatt, czyli duet doświadczonych mistrzów przetrwania. Są na tyle wyraziści, że zasługują na osobny film, a ich wspólne sceny z O’Brienem to najlepsze momenty tego filmu.

Jest wiele niedoskonałości i bałaganu, jednak nie mogę odmówić tego, że „Miłość i potwory” jest filmem zrobionym z serca oraz pasji. Jeśli kupicie tą konwencję, będziecie się dobrze bawić. Lekka, po prostu fajna zabawa i nic więcej. Ja to kupuję.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Willow

Zanim Peter Jackson dokonał niemożliwego i przeniósł na ekran „Władcę Pierścieni”, w latach 80. był dosłowny boom na kino fantasy. Pojawiły się takie produkcje jak „Excalibur”, „Conan Barbarzyńca”, „Legenda” czy „Zaklęta w sokoła”. Jedną z ostatnich wartych uwagi produkcji z tego okresu był pochodzący z 1988 roku „Wiilow”. Produkcja, za którą odpowiadał reżyser Ron Howard oraz producent George Lucas, poniosła w kinach klęskę. Po latach jednak zaczęła zyskiwać miano kultowego.

willow1

Sama historia jest prosta, w zasadzie można powiedzieć, że to „Gwiezdne wojny” w wydaniu fantasy. I nie ma w tym przesady. Jest przepowiednia, która musi się spełnić (inaczej nie byłaby przepowiednią) o narodzonym dziecku, co ma obalić tyranię królowej Bavmordy. Z takim imieniem musi być ZŁA. Jest młody karzeł Willow, który chce zostać czarodziejem i to właśnie do niego trafia dziewczynka. Decyzją rady wioski mężczyzna musi oddać dziecko ludziom, którzy mają się nią zająć. Po drodze poznaje zamkniętego w klatce wojownika Madmartigana oraz dwójkę leśnych elfów.

willow2

Howard bardzo sprawnie opowiada historię tak archetypiczną jak tylko jest to możliwe. Magia, rycerze, przepowiednie i monstra pojawiają się obowiązkowo. Może nie ma tutaj zaskoczeń, ale jednak reżyserowi udaje się zanurzyć w ten świat. „Willow” jest zaskakująco mroczny i brutalny, mimo umowności przemocy. I tego bardziej poważnego tonu nie burzy ani humor (głównie slapstikowy w wykonaniu dwóch elfów), ani zachwycające plenery. Akcja też jest zrobiona bardzo porządnie, choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się spokojna i bardziej kameralna (w porównaniu do trylogii Jacksona). Niemniej jednak czuć rozmach w scenach przemarszu wojsk (z masą statystów) czy potyczkę w zamku Tir Aiseen – tam dołącza jeszcze dwugłowy monstrum.

willow3

Realizacyjnie wygląda to więcej i porządnie – nie brakuje pięknych plenerów oraz scenografii, same walki dynamicznie sfilmowane. A wszystko to podbija absolutnie rewelacyjna muzyka Jamesa Hornera, nadająca epickiego charakteru. Plus absolutnie rewelacyjnie zagrany duet Warwick Davies/Val Kilmer. Pierwszy to bardzo sympatyczny Willow, muszący wziąć na siebie spory ciężar oraz dojść do roli czarnoksiężnika, zaś drugi to zawadiacki wojownik z błyskiem w oku, choć czasami bywa pierdołowaty. Równie wyraziści są antagoniści (lekko przerysowana Jane March oraz budzący grozę prezencją Pat Roach), co podnosi całość na wyższy poziom.

„Willow” brzmi jak klasyczne fantasy, ale ma w sobie masę czaru oraz uroku. Mimo lat nadal bronią się efekty specjalne (choć mocno widać blue screen), zachwyca wizualnie i ma wyraziste postacie, których los obchodzi. Więcej w zasadzie do szczęścia nie trzeba fanowi gatunku.

8/10

Radosław Ostrowski

Lot nawigatora

Są takie filmy, wokół których tworzy się kult przez osoby mające z danym tytułem pierwszy kontakt, jak byli dziećmi. Ale obejrzane już przez osobę dorosłą nie robią takiego wrażenia. Tak właśnie miałem ze zrealizowanym dla Disneya „Lotem Nawigatora”. Dzieło Randala Kleisera (twórca „Grease” oraz „Kochanie, zwiększyłem dzieciaki”) jest tak prostym filmem familijnym jak tylko się da. I chyba dlatego nie zrobiła na mnie takiego wrażenie.

lot nawigatora1

Akcja skupia się na chłopcu o imieniu David, który żyje w 1978 roku. Wracając do domu po swojego brata, potyka się i spada do skarpy. Kiedy się budzi, wraca do domu. Tylko jest jedno ale: w domu mieszkają jacyś obcy ludzie, dzwonią po policję. Chłopiec trafia do swoich rodziców, lecz okazuje się, że zaginął przez… osiem lat. W tym samym czasie na Ziemi ląduje tajemniczy statek kosmiczny i staje się obiektem badań NASA. Jak się okazuje, mózg chłopca jest w stanie komunikować się ze statkiem kosmicznym. I to się musi zakończyć jednym: wspólnym lotem, gdzie chłopiec pełni rolę Nawigatora.

lot nawigatora2

Jeśli spodziewacie się tutaj jakichś momentów zaskoczenia czy przewrotek, reżyser ich nie zaserwuje. Historia idzie o sznurku, nie ma żadnych pobocznych wątków, w zasadzie mieszając dwie historie ze sobą. Pierwsza dotyczy Davida (bardzo dobry Joey Cramer) i jego zagubieniu się w bardziej współczesnym świecie. Naukowcy próbują mu pomóc w odzyskaniu brakujących luk. Druga dotyczy statku kosmicznego, próbującego wrócić do domu. By tego dokonać, potrzebuje wiedzy zachowanej u chłopaka. Duo zaczyna się lepiej poznawać i podróżować, by wrócić do domu. W sumie tyle.

lot nawigatora3

Czy coś zapada w pamięć? Porządne efekty specjalne, sam wygląd statku (kierowany głosem Paula Reubensa) oraz elektroniczna muzyka Alana Silvestriego, która daje prawdziwego kopa. Także chłopak grający główną rolę wypada bardzo solidnie. Jest jeszcze parę znanych twarzy na drugim planie jak Veronica Cartwright i Sarah Jessica Parker na początku swojej kariery. To jednak jest troszkę za mało, by nazwać film w pełni udanym. Jeśli oglądaliście go za młodu, może z sentymentu się spodobać. Ale jeśli – tak jak ja – macie pierwszy kontakt, szału nie będzie. Obejrzycie, zapomnicie i będzie po wszystkim.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Sonic: Szybki jak błyskawica

Adaptacje gier komputerowych to temat-rzeka, który zazwyczaj graczy doprowadza do czerwoności, zaś widzów do rozczarowania. Dlaczego tak jest? Bo filmy nie mają ani tyle immersji, ani czasu do głębszego poznania świata oraz bohaterów, za to posiadają sztampowe i pozbawione zaskoczeń fabuły. Dlatego jeszcze nie powstała w pełni udana egranizacja, choć parę razy było blisko (pierwszy “Mortal Kombat” czy “Warcraft: Początek”). Czy do tego grona dołączy pędzący z prędkością światła niebieski jeż od Segi?

Problem z Soniciem wydaje mi się taki, że nie da się napisać ciekawej fabuły wobec Sonica. To jest bardzo szybki jeż, co zbiera pierścienie i idzie przed siebie. Co tu jeszcze można zrobić? Reżyser ze scenarzystami postanowili zrobić z tego kino familijne oraz wysłać jeża na Ziemię. A dokładniej do jakiegoś małego Wygwizdowa, gdzie ukrywa się przed ludźmi. Problem w tym, że samotność dla naszego bohatera jest nie do wytrzymania i frustruje go. Chciałby mieć kumpla, tylko skąd takiego znaleźć? Sprawy zmierzają w dobrym kierunku, kiedy Sonic wywołuje silne wyładowanie elektryczne, które zmusza rząd do zbadania sprawy. Tak nasz bohater trafia na niespodziewanego sojusznika, czyli szeryfa z małego miasteczka, jak i swojego wroga w postaci doktora Robotnika.

Prostszej fabuły już nie da się wymyślić, a film celuje w młodą widownię poniżej 10 lat, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony to klasyczne kino drogi, niepozbawione humoru (scena bójki w knajpie) oraz dynamicznych scen akcji. Problem jednak w tym, że ja dla siebie nie znalazłem zbyt wiele, a schematy były widoczne jak na dłoni. Brakowało jakiegoś zaskoczenia, przełamania i czułem bardzo silne poczucie déjà vu. Od początkowej narracji z offu niczym w “Deadpoolu” po użycie mocy szybkości Sonica niczym u Quicksilvera z ostatnich części “X-men”. Poza tym wiele rzeczy dzieje się zbyt szybko albo zostają zignorowane przez resztę otoczenia (nasz szeryf jest oskarżony o działalność terrorystyczną, ale swobodnie przemieszcza się po San Francisco). Mózgownica mnie bolała i brakowało mi jakiegoś dreszczyku emocji.

Nawet aktorsko nie ma za bardzo kogo pochwalić. Sonic z głosem Bena Schwarza bywa czasami irytujący, James Marsdem jako lokalny szeryf po prostu jest, a Jim Carrey gra Jima Carreya z lat 90. O dziwo, to właśnie ten ostatni błyszczy najlepiej z całej obsady, dostarczając odrobiny frajdy, kreśląc portret szalonego, narcystycznego naukowca z bardzo plastyczną twarzą. Warto też wspomnieć drobny epizodzie Adama Pally’ego jako bardzo ciapowatego policjanta Wade’a. Aż żałuję, że to nie on pomaga Sonicowi, bo byłaby większa chemia.

“Sonic: Szybki jak błyskawica” to przerażająco bezpieczny film skierowany dla najmłodszego widza. Czyli takiego, który nigdy w Sonica nie grał i nie zna tej postaci, co nie przeszkodziło w zebraniu dużego zarobku oraz planach kontynuacji. Oby nabrała większego charakteru niż ten średniak, bo odpuszczę.

5/10

Radosław Ostrowski

Togo

Pewnie nie słyszeliście o Togo. Nic dziwnego, bo niewielu o nim pamięta. Wielu zapewne słyszało o poważnym wyścigu po szczepionkę do miasteczka Nome. W 1925 roku wybuchła epidemia błoniaka, zarażając niemal wszystkie dzieci. Lek znajduje się w Nenanie, ale problemem jest dotarcie do miejscowości. Wszystko z powodu burzy śnieżnej, która nie pozwala na użycie samolotu. Jedyną możliwą drogą transportu pozostaje psi zaprzęg. Zadania tego podejmuje się norweski maszer (treser i trener psów zaprzęgowych) Leonard Seppala razem ze swoim 12-letnim psem Togo, będący liderem stada.

togo1

Disney+ jakimś cudem nadal nie chce trafić do naszego kraju. Niemniej, dzięki pewnym sposobom (nie mówię tu o piraceniu), można sprawdzić ich dość skromną – na razie – bibliotekę z nowym kontentem. „Togo” od Ericsona Core’a wydaje się być na straconej pozycji, zaś porównania do nowej wersji „Zewu krwi” wydają się nieuniknione. Znowu Alaska, znowu psy i obietnica przygody. Ale wiecie co? Tańszy i skromniejszy „Togo” zjada produkcję Foxa (ostatnią przed przejęciem przez Disneya). I nie chodzi tylko o to, że cały świat nie został stworzony komputerowo (podobnie jak zwierzęta). Co samo w sobie jest naprawdę dużym plusem i pokazuje, że da się pokazać to wiarygodnie bez nadużywania efektów specjalnych. Może i historia wydaje się prosta, ale angażuje i wręcz łapie za gardło.

togo2

Sama narracja jest prowadzona dwutorowo, co też jest zaletą. Z jednej strony mamy ten wyścig Seppali z czasem, by zdobyć szczepionkę i wrócić. Trzyma to w napięciu jak rasowy thriller, zaś kilka momentów (druga przeprawa przez zamarznięte jezioro i pękającą krą) wygląda świetnie. Mimo tego, że większość scen jest kręcona w nocy, ale zachwycające, surowe krajobrazy wyglądają imponująco.

togo3

Ale druga historia dotyczy samego Togo oraz jego początków u surowego niczym skandynawska zima maszera. Jakim cudem ten pies, który w młodości był nieujarzmionym rozrabiaką, stał się chlubą całej paczki i psem prowadzącym? Ten fragment nie jest pozbawiony humoru, ale też pokazuje budującą się więź między twardym psem a jeszcze twardszym panem. Ten drugi zaczyna pokazywać troszkę inną twarz, co jest pokazane wiarygodnie. Do tego „Togo” ma świetnie zmontowane sceny gonitw czy scen z psimi zaprzęgami, podnosząc adrenalinę i kibicując naszym bohaterom.

togo4

I jest to bardzo dobrze zagrane, choć – poza psami – całość napędza dwójka aktorów. Surowego Sappalę gra Willem Dafoe, który nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Ten bohater zna się na swoim fachu, jest pragmatyczny, szorstki i – jak na Wikinga przystało – wyrażanie emocji nie jest jego najmocniejszą stroną. Jednak budowanie więzi z Togo, miłość do psów (świetny moment, kiedy Sapp motywuje swoje zwierzęta podczas przechodzenia przez lód – złoto) oraz determinacja tworzą świetną mieszankę, dając spore pole do popisu. Panią Sappalę z kolei gra równie cudowna Julianne Nicholson, tworząc piękny duet. Pozornie wydaje się osobą wspierającą, kochającą swojego męża, ale także jest charakterna, co pokazuje już w pierwszej scenie. Chciałbym spędzić z tą postacią więcej czasu, ale to, co dostajemy zostaje wykorzystane w pełni.

„Togo” to jedno z większych niespodzianek, która pojawiła się pod koniec zeszłego roku. nie jestem w stanie zrozumieć, czemu wokół niej takiego rozgłosu na jaki potrzebuje. Świetne, zaskakująco mocno trzymające się faktów, kino przygodowe w starym stylu. Nie wiedziałem – do tego seansu – jak bardzo tego mi brakowało.

8/10

Radosław Ostrowski

O Yeti!

Yeti – mityczne zwierzęta mieszkające na szczycie Himalajów. Podobno, bo nikt ich na oczy nie widział. Czemu o tym mówię? Bo cała historia zaczyna się od ucieczki takiego stwora. Jednak nie z macierzystych gór, lecz z pewnej podziemnej kryjówki pewnego podróżnika oraz poszukiwacza egzotycznych zwierząt. Stworek trafia na dach w jednym z chińskich miast, gdzie przebywa niejaka Yi. Młoda dziewczyna ciągle jest zapracowana i niepogodzona ze śmiercią ojca. To właśnie ona przypadkowo trafia na yeti, który zostaje nazwany Everest. W końcu decyduje się zaprowadzić zwierzę do domu, w czym pomaga chłopak pragnący zostać koszykarzem i jego kuzyn.

o yeti1

„O Yeti” to najnowsze dzieło od studia DreamWorks, które jest jednym z silniejszych konkurentów Pixara. Ale o dziwo, po premierze filmu szum wokół niego gwałtownie ucichł. Czemu się tak stało? Mam pewne podejrzenia, lecz nie rozpędzajmy się. Sama historia jest bardzo prościutka i w ma wszystko, co klasyczne kino drogi. Trójka bohaterów oraz nasz yeti o mentalności dziecka wyruszają w podróż, która zmusza ich do weryfikacji swoich przekonań. Oddalająca się od rodziny Yi po mistrzowsko grająca skrzypcami i niepogodzona ze śmiercią ojca, Peng jest uzależniony od telefonu, social mediów, a także stanu posiadania, zaś Jin bardzo chce być koszykarzem, lecz nie ma znajomych. Co się wydarzy po drodze, jesteście w stanie łatwo przewidzieć. Dla mnie jednak największym problemem jest brak stawki oraz poczucia zagrożenia. Ponieważ nasz yeti, choć ciągle ma mentalność dzieciaka, działa tutaj na zasadzie deus ex machina. Kiedy wydaje się, że bohaterowie są w potrzasku, nasz Everest posiada moce. I wychodzą niemal ze wszystkiego bez szwanku. Nawet pod koniec drogi, gdzie dochodzi do działań prawdziwych antagonistów.

o yeti2

Choć film jest po angielsku, to osadzenie całości w Chinach wydaje się tutaj bezczelnym skokiem na kasę. „O Yeti” jest celowane w azjatycki rynek, ale – co mnie najbardziej zadziwiło – tego chińskiego kolorytu nie czuć tak bardzo. Może poza sceną fajerwerków czy przepięknie wyglądającymi krajobrazami. W ogóle animacja jest tutaj cudowna, pełna szczegółów (futerko yeti) oraz wręcz zapiera dech w piersiach. Również postacie są bardzo wyraziste, poruszają się bardzo płynnie, a w tle gra cudna muzyka (solówki na skrzypcach – poezja).

o yeti3

DreamWorks to studio, którego produkcje są nierówne. „O Yeti!” nie jest koszmarnie złe, ale to ich najlepszych dokonań ostatnich lat pokroju „Strażników marzeń” czy serii „Jak wytresować smoka” sporo brakuje. Schematyczność oraz skrótowa forma narracji działa na niekorzyść, choć potrafi wyglądać przepięknie. Propozycja zdecydowanie dla młodszego widza.

6/10

Radosław Ostrowski