Sonic: Szybki jak błyskawica 2

Pierwsza część “Sonica” okazała się zaskakującym kasowym hitem, choć filmem był takim sobie. Porządna, lecz bardzo schematyczna produkcja familijna z niezapomnianym jeżem, co szybki i wściekły jest. Bardziej niż Vin Diesel i jego ferajna oraz równie szalonym doktorem Robotnikiem, którego trzeba powstrzymać. Co mu się udaje. Ale jak wiadomo – zło jak bumerang musi wracać. Tak jak sequel.

Co robi nasz Jeżu? Nadal trzyma się z rodziną Wachowskich (nie, nie tych od Matrixa), którzy traktują go jak syna. Młody chce używać swoich mocy, by być superherosem i walczyć ze złem, co trochę mu nie wychodzi. Stara się jednak, choć ego potrafi mu uderzyć. Jego “rodzice” wyruszają na wesele kumpeli w Hawaje, więc Sonic imprezuje na maksa. Ale wtedy powraca z Planety Grzybów dr Robotnik. Teraz ma łysą pałę i zarąbiste wąsy, godne szlachty. Problem w tym, iż naszemu złolowi towarzyszy czerwony, przekokszony Knuckles. Chce dorwać naszego Jeża oraz znaleźć pewien potężny artefakt. Sonic na szczęście nie jest sam i pomaga mu lisek zwany Tails.

Więc w zasadzie “dwójka” bardziej przypomina grę komputerową z gatunku action/adventure w stylu… Indiany Jonesa. Przed wyruszeniem w drogę drużynę, wyrusz do punktu A, znajdź artefakt Mocy (nazwa przypadkowa), dotrzyj do punktu B, pokonaj bossa, game over. I w sumie taka konstrukcja jest użyta, ale jednocześnie nowy Sonic adresowany jest do młodego widza. Fabuła jest przewidywalna niczym kolejność dni tygodnia, postacie ludzkie (poza Robitnikiem) robią za tło, akcja miejscami pędzi na złamanie karku, jest sporo humoru. Nudę wyrzucono za okno i nie ma czasu na myślenie. Wrażenie robi porządna scenografia, w tle gra fajna muzyka, ale też jest kilka świetnych żartów (poza odniesieniami Sonica do popkultury) jak taneczny pojedynek w syberyjskim domku. Czy każde wejście Robotnika, gdzie Jim Carrey szaleje ze swoją ekspresją jak za swoich najlepszych czasów. Potrzebowałem takiej ułańskiej szarży z dodatkiem sucharków i to właśnie dostałem.

Z kolei nasze trio komputerowych postaci wypada bardzo porządnie: Sonic (głos Bena Schwartza) to nadal uroczy łobuz, który ma dobre serducho i nie odpuszcza. Wspierająca go Tails (Colleen O’Shaughnessey) korzysta z gadżetów, pierwszy raz działając w terenie, z kolei Knuckles (Idris Elba) to szorstki osiłek, brzmiący jakby z innej epoki oraz skupiony na zemście. Bardzo ostry i trudny zawodnik do pokonania. Czy aby jednak przeciwnik? Reszta aktorów (poza Carreyem) robi tu za tło i po prostu jest, ale mogłoby ich nie być. Dla mnie żadna różnica.

Drugi “Sonic” jest zbliżony poziomem do części pierwszej, ale jest dla mnie odrobinkę lepszy. W sensie, że dał mi więcej frajdy, więcej energii oraz więcej zabawy. Kino idealnie skrojone dla dzieci, a dorośli też coś dla siebie znajdą.

6/10

Radosław Ostrowski

Łasuch – seria 1

Było już wiele – na dużym i małym ekranie – produkcji opisujących świat po zagładzie ludzkości. Czy jest jeszcze szansa na stworzenie czegoś co najmniej ciekawego na tym polu? Z tym pytanie zmierzył się Netflix, który rok temu wrzucił swój nowy serial. Oparty na komiksie DC Vertigo autorstwa Jeffa Lamaire’a „Łasuch” bardziej przypomina baśń niż stricte SF.

Akcja toczy się po Wielkiej Zapaści, czyli epidemii wirusa (H5G9) dziesiątkującego ludzkość nieznaną chorobą nazwaną Przypadłością. Skąd się wziął? Nie wiadomo. Jednocześnie na świecie zaczęły pojawiać się (i rodzić) hybrydy – dzieci, będące krzyżówką człowieka i zwierzęcia. Nie wiadomo było, co z nimi zrobić, a niektórzy podejrzewali, że jest związek między tymi wydarzeniami. Dlatego pełniący funkcję władzy wojsko z generałem Abbottem na czele, postanowiło przeprowadzać na hybrydach eksperymenty, by znaleźć lekarstwo na chorobę. Ewentualnie, żeby te mutanty zabić.

łasuch1-2

Bohaterem tej opowieści jest Gus – hybryda człowieka i jelenia, którą wychowuje ojciec z dala od cywilizacji. A dokładnie na terenie parku Yellowstone, by go chronić przed tym okrutnym światem z zewnątrz. Przez niemal 10 lat mu się to udaje, choć świat ciągle szuka sposobu na dotarcie. Ojciec nie mówi chłopcu wszystko na temat zewnętrznego świata, jednak przekazuje część informacji. O Przypadłości, upadku świata oraz matce dziecka zwanej Ptaszyną. Dochodzi do najgorszego i Pubba (tak nazywa go Gus) zostaje zabity, zaś młody ledwo uchodzi z życiem. To ostatnie jest zasługą potężnego czarnoskórego mężczyzny, co zna życie lepiej od Gusa. Chłopiec decyduje się dołączyć do Wielkoluda i razem wyruszyć w poszukiwaniu matki Gusa do Kolorado.

łasuch1-3

Dziwna to mieszanka jest. Niby mamy tu znajome elementy post-apo: wyniszczona ludzkość, władza wojskowa, psychoza strachu, mutanci (bo tak można przecież nazwać hybrydy), wola przetrwania za wszelką cenę, brak Internetu, Ostatni Ludzie (paramilitarna bojówka, co poluje na hybrydy). Zaś ludzie potrafią się różnie zachować – od strachu i nienawiści po wsparcie i współczucie. A w tym całym tyglu znajduje się Gus (naprawdę dobry Christian Conwery) – naiwne, niewinne, pełne optymizmu dziecko. Jak go nie lubić i sympatyzować z tym uroczym (choć czasami irytującym) chłopcem, całe życie trzymanym pod kloszem?

łasuch1-5

Sama narracja jest prowadzona dwutorowo, co początkowo może wywoływać dezorientację. Pierwszy to dotyczy Gusa, Wielkoluda oraz ich podróży, drugi dotyczy lekarza Adityi Singha oraz chorującej na wirusa żony, którą chroni za pomocą coraz bardziej ograniczonej ilości leków. Doktor w końcu dostaje zadanie znalezienia szczepionki na wirusa, jednak notatki pozostawione przez jego koleżankę, budzą wstręt. Obydwa te wątki wyróżniają się zarówno względem tonu, jak i wizualnie. Pierwszy w większości toczy się w otwartej przestrzeni, pełnej imponujących krajobrazów, wyjętych miejscami niczym z pocztówki. Nie oznacza to jednak, że jest to świat bezpieczny i niepozbawiony różnych pułapek. Drugi to kompletny kontrast, pełen szarzyzny, mroku oraz ciągłego niepokoju. Tutaj ludzie pokazują się z najgorszej strony, gdzie każdy z objawami Przypadłości zostaje spalony razem z całym domem. Bezwzględność i okrucieństwo dominuje, choć pojawiają się okruszki dobra (Aimee oraz prowadzony przez nią azyl dla hybryd na terenie dawnego zoo).

łasuch1-4

Obie te historie są bardzo dobrze poprowadzone, chociaż bardziej czekałem na kolejne przeprawy Gusa i jego drogi do matki. Nie tylko ze względu na samego bohatera oraz jego towarzysza (absolutnie rewelacyjny Nonzo Anonsie), ale też kolejne zaskakujące wydarzenia i elementy tego świata. Dziecięca armia, która próbuje ratować hybrydy schwytane przez Ostatnich Ludzi, dowodzona przez Niedźwiedzia, przeprawa przez wiszący most nad kwiatami (zakończona mocno psychodelicznym odlotem), wplecione retrospekcje dotyczących jego towarzyszy. W końcu najbardziej szokujący moment, czyli poznanie „narodzin” Gusa – to mnie uderzyło jak grom z jasnego nieba. Przy tych zdarzeniach wątek doktora wydaje się mniej porywający, co nie znaczy, że nie angażuje.

łasuch1-6

Obsada w większości gra poprawnie, choć najbardziej wybija się kilka postaci: Gus z rozbrajającym urokiem i nadzieją tak potrzebną w mrocznych czasach; mocno doświadczony przez życie Jeppard, stający się dla bohatera mentorem; nieufna wobec dorosłych Niedźwiedź (Stefania LaVie Owen) i żona doktora (Aliza Vellani), wspierająca swojego męża w chwilach zwątpienia. Reszta prezentuje się solidnie (włącznie z narratorem Jamesem Brolinem), ale nie są tacy wyraziści jak w/w.

łasuch1-1

Choć finał zapowiada kolejne wydarzenia i czyni pierwszy sezon wstępem do większej opowieści „Łasuch” okazuje się bardzo satysfakcjonującym doświadczeniem oraz odrobiną świeżości do znajomej konwencji post-apo. Niepozbawiona mroku baśń z przesympatycznym bohaterem i jego interakcją z nowym światem po jego końcu. Czekam na dalszy ciąg tej historii.

8/10

Radosław Ostrowski

Wiking

Nic tak nie napędza mężczyzny jak zemsta, zwłaszcza w czasach propagujących takie wartości jak „honor, więzy krwi, bogowie, przeznaczenie”. Taka jest era Wikingów przełomu IX i X wieku, którą postanowił odtworzyć Robert Eggers. Już w poprzednich, niezależnych filmach grozy pokazał jak przekonująco rekonstruuje mentalność oraz światy przeszłości ludzi. W „Wikingu”, gdzie scenariusz współtworzył z islandzkim poetą Sjonem.

Historia dotyka młodego księcia Amletha (brzmi jak Omlet albo jak się przestawi literkę, wychodzi imię pewnego duńskiego księcia ze sztuki pewnego Słynnego Anglika) – syna króla Aurvandila (Ethan Hawke). Król jak to król wraca z wyprawy, przynosząc ze sobą łupy, niewolników oraz zostawiając za sobą śmierć i zgliszcza. Po odbyciu rytuału, który ma zmienić chłopca w mężczyznę, król zostaje zamordowany przez swojego brata Fjolnira, zaś chłopcu udaje się uciec. Wiele lat później już jako dorosły mężczyzna jest berserkerem, zabijając i plądrując wszystko. Ale dla niego liczy się tylko jedno: Pomszczę cię, ojcze! Uwolnię cię, matko! Zabiję cię, Fjolnirze! Tylko jak się do wuja-królobójcy się dostać?

Ale jeśli spodziewacie się, że cały film to będzie krew, zabijanie, jeszcze więcej krwi, flaki, latające kończyny, KREEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEW – Eggers nie idzie w tak prostym kierunku. Owszem, czuć tutaj inspirację zarówno skandynawskimi sagami czy „Conanem Barbarzyńcą”, ale też unosi się duch „Zielonego Rycerza”. Czyli mamy magię, wiedźmy, wizje, rytuały mające albo zyskać przychylność bogom, albo pomóc w realizacji ich celu. Albowiem los ludzi i bogów przypieczętowany jest od dawna, przędzony nicią życia. Wszystko z brudem, surowością oraz bez upiększania, mimo większego budżetu (ponad 70 milionów). Czuć tutaj imponujące przywiązanie do detali, zaś wszelkie rytuały oraz zwyczaje są pokazane z całą bezwzględnością i odrobiną psychodelii. Im dalej jednak w las, tym cała ta zemsta Amletha przestaje mieć sens. Nie tylko dlatego, że jego „wróg” (Claes Bang) został wygnany na Islandię, gdzie ma tylko jedną farmę z grupką niewolników, to okazuje się, iż nie wiedział pewnych rzeczy. Pojawia się nurtujące pytanie: czy dalej iść tą ścieżką? A może się z niej wycofać i zacząć nowe życie? Jednak w czasach, gdy mężczyzna-wojownik ma przeznaczenie zginąć w walce, by potem wejść do Valhalli albo żyć w hańbie do późnej starości – wybór mógł być tylko jeden. Aczkolwiek jest nadzieja w postaci Olgi (Anya Taylor-Joy), czyli schwytanej w Rusi wiedźmie, która staje się jego wspólniczką w zbrodni. Potem się sprawy komplikują.

Eggers bardzo mocno buduje napięcie, by eksplodować w bardzo brutalnej przemocy, która też wygląda niesamowicie. Zachwycające są zdjęcia Jarina Blaschkego, gdzie bezwzględnie piękna przyroda (wszystko kręcone w naturalnym oświetleniu, z drobnym wsparciem świec i pochodni) pasuje do bezwzględnego, surowego świata. Przemoc jest pokazywana bez kompromisów oraz czasem w długich ujęciach, przypominając jak głęboko w każdym z nas siedzi dzikie zwierzę. A to najbardziej pokazuje Amleth, idealnie zagrany przez Alexandra Skarsgarda. Takiej chodzącej furii jak podczas ataku na wioskę nie widziałem nigdy, chociaż ma momenty pokazujące jego skonfliktowanie wobec odkrywanych informacji. Zresztą cała obsada błyszczy: od zjawiskowej (jak zawsze) Anji Taylor-Joy przez mrocznego i niejednoznacznego Claesa Banga (Fjolnir) po zaskakującą Nicole Kidman (Gudrun) oraz mocnego Ethana Hawke’a (choć nie spędza zbyt wiele czasu na ekranie jako król Aurvandil). Plus parę drobnych epizodów, zapadających mocno w pamięć.

Powiedzieć mogę, że „Wiking” to najbardziej przystępny film w dorobku Eggersa, który nie stępił swojego autorskiego sznytu. Produkcja historyczna w pełni odtwarzająca nie tylko rekwizyty oraz dekorację, lecz mentalność tego okresu. Brutalnego, bezwzględnego, szorstkiego i surowego.

8/10

Radosław Ostrowski

Nasze magiczne Encanto

60-ta animacja Disneya – kurde, kiedy to się stało? Po wielu wzlotach i upadkach studio nadal dzielnie się trzyma, nie ustępując konkurencji krajowej (Pixar, DreamWorks, Sony). Ciągle potrafi czarować, pieścić oczy i trzyma poziom, bez poczucia zmęczenia. Nieprawdopodobne osiągnięcie, co pokazała zeszłoroczna „Raya i ostatni smok”, a także ich najnowsze dzieło.

Tak jak we wspomnianej „Rai”, „Encanto” eksploruje kolejną mniejszość etniczną, tym razem osadzając w niby-współczesnej, ale quasi-baśniowej opowieści rodzinnej. Nie jest to zwykła familia, lecz rodzina Madrigal, której członkowie posiadają Dar – nadludzką moc (inną dla każdej osoby). Wszystko zaczęło się, gdy nestorka rodu uciekła razem z rodziną (mąż + 3 dzieci) w góry. Niestety, podczas ucieczki zginął jej mąż i wskutek działania świecy powstaje domostwo Castila, zaś w okolicy zbudowane zostaje miasteczko. Od tej pory każdy członek rodziny otrzymuje moce, pomagające służyć społeczności. Wszystko widzimy oczami Mirabel, która jako jedyna żadnego daru nie posiada, przez co troszkę jest widziana jako odrzutek. Tak samo jak widzący przyszłość Bruno, o którym się nie mówi.

Wydaje się, że magia oraz wszelki dobrobyt są w najlepszym porządku. Jednak dziewczyna podczas uroczystości otrzymania Daru przez młodego Antonio ma wizję niszczącego się domu oraz wyparowującej magii. Czyżby wszystkim groziła katastrofa? I dlaczego nikt jej nie wierzy? Mirabel musi wyjaśnić całą sprawę, ale bez wsparcia najbliższych będzie to bardzo trudno.

„Encanto” idzie w stronę realizmu magicznego, zmieszanego z historią obyczajową oraz – a jakże by inaczej – wstawkami muzycznymi. Wszystko to by opowiedzieć o konflikcie między służeniu innym w ramach posiadanego daru (filozofia babci) i wsparciu rodziny a byciu sobą. Bo w którymś momencie ta presja zadowolenia najbliższych staje się sporym balastem, co zaczyna zauważać Mirabel (nie jest to jednak powiedziane wprost, lecz za pomocą… piosenek – fantastycznych). A wszystko skryte jest aurą tajemnicy, związaną z wizją tego, o którym się nie mówi. Odkrywane jest to powoli, lecz bardzo konsekwentnie, pozwalając bliżej poznać każdego członka rodziny (nawet jeśli nie daje mu się zbyt wiele czasu) – głównie skupiając się na babci, Mirabel, jej siostrach oraz ukrywającym się Bruno.

I twórcy zgrabnie balansują między poważnym dramatem a ciepłą, niemal baśniową komedią. Wygląda to przepięknie, ze świetnie wykonanymi scenami muzycznymi (przedstawienie członków rodziny przez Mirabel, dylematy siłaczki Luisy), gdzie nie brakuje popisy kreatywnej wyobraźni. Humor troszkę grany jest dzięki slapstickowym gagom (w czym mocno pomaga sam dom), jednak jest tylko dodatkiem. Bo tak naprawdę chodzi tu o zderzenie tradycji, która tak naprawdę staje się formą opresji oraz dążenia do perfekcji w celu ochrony Daru (postawa babci – dawno nie widziałem na ekranie tak toksycznej matrony) a nie posiadającą go – przez co gorszą – Mirabel. Ta odkrywa kolejne sekrety, dostrzega „pęknięcia” w rodzinie, czy to jednak doprowadzi do scalenia rodziny i przewartościowania pewnych rzeczy?

Niby film podąża znajomymi ścieżkami oraz tropami, ale potrafi zaangażować, oczarować wizualnie, a także czuć w tym serce. Brzmi również świetnie, co jest zasługą muzyki oraz dubbingu. Magia w studiu Myszki Miki nadal istnieje, co dla nas jest tylko korzyścią.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zielony Rycerz

Kino fantasy kojarzy się – dzięki „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona – z wystawnym, wysokobudżetowym widowiskiem, pełnym magii w postaci efektów specjalnych, epickich scen batalistycznych oraz walki dobra ze złem. Ale nie zawsze takie produkcje, czasem inspirowane mitami i legendami takie były. Do takiej wręcz minimalistycznej koncepcji sięgnął amerykański reżyser David Lowery, inspirując się rycerskim eposem.

„Zielony Rycerz” skupia się na młodym chłopaku o imieniu Gawain. Jest synem wiedźmy oraz siostrzeńcem samego króla Artura. Zamiast dokonywać czynów godnych opowiadania, ugania się za dziewuchą w burdelu, lubi wypić wino oraz bardziej imprezować. Podczas uczty na zamku w Wigilię, zasiada na miejscu obok króla. Wtedy pojawia się tajemniczy Zielony Rycerz, wyglądający niczym ruchowy drzewiec, z toporem w dłoni. I stawia on wyzwanie rycerzom, które jest dość nietypowe: chodzi o zadanie mu ciosu. Nic skomplikowanego, prawda? Jest jeden myk: za rok wojownik ma pojawić się w Zielonej Kaplicy, by otrzymać ten sam cios od rycerza. Trudno liczyć na to, że pojawi się jakiś śmiałek, bo a) musiałby być skończonym idiotą, b) nie znającym konsekwencji dzieciakiem. Gawain staje się tym drugi i ścina Rycerzowi głowę.

Lowery wybiera konwencję kina drogi, by opowiedzieć poniekąd wiele razy słyszaną historię człowieka walczącego ze swoim przeznaczeniem. Ale „Zielony Rycerz” wygląda i operuje zupełnie innym językiem niż obecnie nam znane produkcje fantasy. Akcja jako taka toczy się bardzo powoli, pełna jest elementów magii oraz symboliki, wszystko pozbawione jest wielkiego przepychu. Poniekąd całość to próby jakimi wystawiony jest młodzieniec w konfrontacji do obcego świata. Świata znanego z legend i innych opowieści – łatwo nie będzie. Gdzie wiele może się zdarzyć, a nasz heros ciągle będzie poddawany różnym próbom i wiele wydarzeń nie zawsze będzie miało swój sens. Czasami dwie postacie mają tą samą twarz, czas wydaje się naginać i zmieniać (chwila po związaniu bohatera przez bandytów).

To bardzo wolne, miejscami kontemplacyjne tempo może dla wielu okazać się barierą nie do przebicia. Nawet pomimo zachwycających swoją kompozycją oraz plastycznością zdjęć, a także klimatycznej, mieszającej średniowieczny styl z odrobiną elektroniki muzyką. Jednocześnie przez swoją symbolikę jest otwarty na wiele możliwych ścieżek interpretacji, co dla fanów rozgryzania da spore pole do popisu. Jest wiele niezapomnianych momentów, które zostaną w głowie jak pojawienie się Zielonego Rycerza, przejście przez zamglone góry pełne gigantów, przeprawa przez rzeczkę w zalanym żółcią krajobrazem czy ostateczne spotkanie w kaplicy. Jest jeszcze trafiający do mnie finał, gdzie mamy wizję niczym z „Ostatniego kuszenia Chrystusa”.

Ale dla mnie „Zielony rycerz” był zbyt mętny i niejasny, przez co „wyłączałem się” podczas seansu. Lowery miał ambitny koncept dekonstrukcji mitu arturiańskiego, lecz – moim skromnym zdaniem – przestrzelił. Za dużo niejasności, tajemnic oraz symboliki, za czym nie przepadam.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Carmen Sandiego – seria 2

Szukając czegoś lżejszego, nie wymagającego myślenia, trafiłem na animowaną „Carmen Sandiego”, będącą hybrydą heist movie, kina szpiegowskiego oraz tajemnicy. Innymi słowy, całość skupiała się na walce tytułowej bohaterki z organizacją przestępczą V.I.L.E., zajmującą się głównie kradzieżami. Pomagała jej grupa przyjaciół oraz haker o ksywie Gracz, komunikujący się z nią przez Internet. Po wydarzeniach z pierwszej serii, do zespołu dołącza Shadowsan – mistrz skradania się i członek Rady V.I.L.E., zdradzając swoich szefów. Jakby było mało problemów, w ślad za Carmen rusza A.C.M.E., czyli tajne służby przekonane, iż nasza bohaterka dalej działa dla V.I.L.E.. Zwłaszcza po porwaniu i pozbawieniu przytomności agenta Devineoux.

Innymi słowy, fabuła zaczyna się zagęszczać, mieszając wątki oraz dodając kolejne komplikacje. Choć w zasadzie założenia są identyczne. Czyli powstrzymać/zniszczyć V.I.L.E. oraz próby ustalenia przeszłości Carmen. Nadal jest to sensacyjno-szpiegowska intryga z akcją dziejącą się w różnych częściach świata: od Japonii przez Nową Zelandię i Dubaj po Sztokholm. Przy okazji serwując informacje dotyczące danego kraju, pełniąc rolę edukacyjną (jak materiał źródłowy). Ale nigdy nie wydaje się to wrzucone na siłę. Jeszcze bardziej interesujące są wątki, gdzie poznajemy parę ciekawych szczegółów. Zarówno przeszłość Shadowsana związana z parą mieczy samurajskich, pierwsze spotkanie Carmen z rodzeństwem czy odkrycie tajemnicy ojca Carmen dodają głębi każdemu z bohaterów drugoplanowych. I to daje sporo emocjonalnego ciężaru do całości. Pojawiają się też nowe postacie, co wynika z poszukiwania nowego członka Rady V.I.L.E. – od bardzo śliskiego Grzegorza Węgorza przez złodziejski duet Łasica/Łosiek po brytyjskiego podwójnego agenta Roundabouta. Jestem pewny, że kilka z nich jeszcze powróci.

Sama animacja może się ciągle wydawać oszczędna i uproszczona w pokazaniu tła oraz detali, ale ma to swój urok. Akcja też prezentuje się bardzo dynamicznie, miejscami efekciarsko (kradzież superauta sportowego zakończona niczym w serii „Szybcy i wściekli” czy włam do elektrowni z dziwacznym systemem), nadal jednak pozostaje czytelna i kreatywna. Z masą bijatyk i ucieczek z masą przeciwników. A w tle gra bardzo elegancka, lekko jazzowa muza, dodająca klimatu klasycznych heist movie z lat 60. Dubbing też wypada świetnie i trudno się do czegokolwiek przyczepi, więc polecam słuchać w oryginale.

Jestem bardzo zaskoczony sporym skokiem w historii Carmen Sandiego. O wiele bardziej wciągająca historia, kolejne przewrotki i tajemnice do odkrycia oraz miejsca do zwiedzenia. Dzieje się sporo, zaś finał sugeruje następne komplikacje. Już się powoli będę szykował do serii trzeciej.

8/10

Radosław Ostrowski

Luca

Ile można mówić o tym Pixarze? Że to nie rysownicy i animatorzy, tylko czarodzieje kreujący niezwykłe światy, że jakość ich animacji jest na najwyższym poziomie? I nigdy nie zrobili filmu złego. Parę rozczarowujących – tak, bo sami sobie bardzo wysoko podnieśli poprzeczkę. Tym bardziej mnie zaskoczył brak dużego szumu wokół ich ostatniego dzieła, czyli „Luca”. Czy to wynika z faktu, iż jest to debiut reżyserski? Enrico Casarosa nie ma jednak czego się wstydzić, bo ten film naprawdę mu wyszedł. Ale może po kolei.

Jesteśmy we Włoszech lat 50., a dokładnie w nadmorskim miasteczku Portorosso. Pod wodami tej okolicy mieszkają wodne monstra, które po wejściu na powierzchnię przybierają ludzką twarz. Taki jest właśnie Luca, który mieszka z rodziną i pilnuje rybich… owiec. No i nie może wyjść na powierzchnię, bo jest niebezpiecznie – ludzie, statki oraz takie inne groźne rzeczy. Chłopiec, jak na każde dziecko przystało, jest zbyt ciekawe świata i poznaje niejakiego Alberto. Chłopak mieszka w wieży i o wiele lepiej sobie radzi na zewnątrz, czyli na wyspie poza miasteczkiem. W samy Portorosso odbywa się coroczny triatlon, który od lat wygrywa miejscowy rozrabiaka, Ercole Visconti. Pokonanie go da szansę chłopakom na spełnienie marzenia, czyli kupna skutera Vespa. Jednak bez pomocy nie dadzą sobie rady i tu pojawia się zdeterminowana Giulia.

Jak widzicie, sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale nie oznacza to, iż „Luca” jest filmem nudnym. Bo wątków jest tutaj sporo, choć najbardziej liczą się dwa. Pierwsza to przyjaźń między dwoma chłopakami, która – ze względu na miejsce akcji –  skojarzyła mi się z… „Tamte dni, tamte noce”. Luca i Alberto niby są z tego samego świata, ale jakby nie do końca. Alberto wydaje się być tym odważniejszym, nie bojącym się ryzyka oraz swoich marzeń, zaś Luca jest zafascynowany nowym otoczeniem, napędzany przez ciekawość. Kiedy jednak do duetu dołącza Giulia, wszystko się komplikuje i pojawia się zazdrość. Ale jest jeszcze ważna kwestia, czyli lęk przed obcym z obydwu stron. Ludzie i morskie potwory boją się nawzajem, a strach mieszkańców jest pokazany w samym wyglądzie Portorosso, gdzie przewijają się elementy związane z morzem, harpunami i innymi narzędziami zmniejszania populacji wodnych organizmów. Strach jednak wynika z poczucia obcości wobec tego, co inne, nieznane, nie mniej jest szansa na przełamanie tego irracjonalnego lęku.

Osadzenie akcji we Włoszech lat 50. buduje troszkę nostalgiczną otoczkę, odtworzona ze sporymi detalami (włącznie z pokazanym w telewizji fragmentem filmu Federico Felliniego) oraz włoskimi piosenkami z epoki. Animacja może nie powala szczegółowością jak inne produkcje Pixara, ale ta stylizacja działa na plus. Jeśli miałbym wymienić ulubione sceny, to momenty materializacji marzeń tytułowego bohatera, które oszałamiają wizualną kreatywnością i skręcają ku surrealizmowi. Ale sceny podwodne także prezentują się bardzo dobrze, więc trudno technicznie się do czegoś przyczepić. O humorze nie zapomniano, tak jak o sympatii wobec postaci (poza Ercole) oraz emocjonalnym zaangażowaniu. A bez tego ostatniego, „Luca” byłby tylko średniakiem, zaś sceny treningu przed triatlonem jak i same zawody zainscenizowane są fantastycznie.

Polecam obejrzeć ten film z oryginalną ścieżką dźwiękową, gdzie słychać fantastycznie dobrane trio: Jacob Trambley/Jack Dylan Glazer/Emma Berman w głównych rolach. Cudownie słyszy się te głosy z wplecionymi włoskimi słówkami, zaś aktorzy (między innymi Maya Rudolph czy zaskakujący Sacha Baron Cohen) czarują i nie czuć zgrzytu. Ale jestem pewny, że polski dubbing też da radę (bo zawsze daje, zwłaszcza kiedy reżyserem jest Wojciech Paszkowski).

Niewiele oczekiwałem po „Luce”, ale dostał bardzo sympatyczny, pełen uroku i magii film. Może i jest on bardziej skierowany do młodego widza niż dorosłego, ale to absolutnie nie przeszkadza w czerpaniu wielkiej przyjemności z oglądania. Tą sztukę potrafią osiągnąć najlepsi. A że piszę te słowa podczas bardzo intensywnego deszczu, to przeniesienie się w słoneczną Italię jest bardzo miłą odskocznią od widoku z okna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Raya i ostatni smok

Kiedy ostatni raz mnie zachwyciła animacja Disneya? To była pierwsza „Kraina lodu” (Pixara nie biorę pod uwagę, bo Disney tylko go dystrybuuje) i wydawało się, że w rywalizacji między fabryką Myszki Miki a kreatywnymi szaleńcami z Pixara zwycięzcą musi być ten drugi. I choćby nie wiadomo co wymyślali, czarowali, panowie od Disneya nie mają takiej mocy. Jednak od czasu do czasu nawet oni potrafią zaskoczyć. Jak w przypadku „Rai i ostatniego smoka”.

Jak sam tytuł wskazuje, główną bohaterką jest Raya, a akcja osadzona jest w świecie z chińskiej mitologii. Dawno temu (jakieś 500 lat) był jeden zjednoczony kraj nad rzeką oraz masa smoków, dbających o to, by ludziom żyło się lepiej. Pojawiły się jednak na świecie paskudne Drummy, co zamieniały wszystko w kamień. Smokom jednak udało się uratować ludzkość po stworzeniu Smoczego Kamienia, jednak wszystkie smoki zamieniono w kamień. A ludzie – no cóż – pozostali ludźmi, podzielili się i chcą przejąć przedmiot dla siebie. To doprowadza do zniszczenia kamienia, który pilnował lud Serca oraz zamienienia ludzkości w kamień. Prawie całej ludzkości, więc nasza Raya wyrusza do wszystkich krain, by połączyć artefakt i uratować świat. Oraz odnaleźć ostatniego smoka, który – według opowieść – przeżył.

Brzmi znajomo? „Raya” to sklejka znajomych elementów kina fantasy i przygodowego zmieszanego z kulturowymi elementami Wschodu. I już słyszę głosy, że film został celowo zrobiony, by podbić chiński rynek. Ale mimo korzystania ze znajomych szablonów oraz schematów jest to zaskakująco poważny film Disneya, gdzie humor nie jest wrzucony na siłę (wynika z sytuacji), zaś postaci będącej comic reliefem zwyczajnie brak. Zaskoczeni? Bo ja bardzo. Klimatem miejscami troszkę to przypomina „Indianę Jonesa” (przynajmniej na początku), tylko ze smokami oraz w świecie Wschodu. Głównie z jednym smokiem, który wygląda zjawiskowo oraz dołączającymi do tej pary resztą drużyny. I to dość wariackiego składu: od młodego chłopca-kucharza przez samotnego wojownika po niemowlaka-złodzieja z gangiem małpek. Choć te postacie nie są dokładnie opisane, to jednak wiemy na tyle dużo, że ich los mnie obchodził.

Jeszcze bardziej ciekawy był fakt, że nie ma tutaj postaci jednoznacznie moralnej, czyli chodzącego dobra lub zła. A także skupienie na relacjach między osobami i zmienna dynamika w chwilach wyciszenia oraz spokoju. Najbardziej interesujący był zarówno interakcja między nieufną Rayą a bardziej otwartą, niemal przypominającą dziecko smoczycą oraz zaznaczona w retrospekcji więź między dziewczynką a Namaari. W tym drugim przypadku wydawało się, że spoiwem będzie fascynacja smokami, jednak doszło do zdrady oraz nienawiści. Czy jest z tego wyjście? Tak, ale wymaga sporo wysiłku oraz przełamania uprzedzeń, co pokazuje finał.

Tak mówię o wątkach fabularnych oraz bardzo mądrym przesłaniu, ale jak to wygląda? Disney w niczym nie ustępuje konkurencji i sama animacja jest zachwycająca, pełna kolorów oraz imponujących detali. Zaś kiedy dochodzi do scen akcji, jest to coś, co najbardziej przyciągnie uwagę dorosłych. Choreografia walk w niczym nie ustępuje współczesnym filmom akcji i jest pokazana bardzo czytelnie. Nie ważne, czy do gry wchodzi broń biała czy pięści, prezentuje się to świetnie, przez co dorośli nie będą się nudzić. A jak jeszcze zagra muzyka Jamesa Newtona Howarda, odlot będzie gwarantowany i nie wyjdzie wam to z uszu.

Naprawdę jestem zaskoczony, że jeszcze Disney potrafi przypomnieć sobie, iż – cytując jeden z ich filmów – „ma tę moc”. „Raya” jak żadna inna animacja z tego roku obudziła we mnie wewnętrzne dziecko, poszukujące po prostu zabawy oraz wielkiej przygody. Bardzo przyjemna niespodzianka z mądrym morałem, nie rzucanym prosto w twarz.

8/10

Radosław Ostrowski

Miłość i potwory

Ile już było filmów o tematyce postapokaliptycznej? Wiele i wiele jeszcze będzie, ale co można nowego wymyślić w tym temacie? Reżyser Michael Matthews poszedł w lżejszy ton, dając odrobinę świeżości i to działa. Ale po kolei.

Akcja toczy się siedem lat po zagładzie. Wtedy na Ziemię zbliżyła się asteroida Agatha, więc ludzkość podjęła jedną, słuszną decyzję: napieprzyć w nią całym arsenałem. Problem w tym, że rakiety zawierały jakiejś paskudne chemikalia, które wróciły na naszą planetę i doszło do rozpierdolu. Innymi słowy: wszelkie gady, płazy, owady zmutowały w bestie, wojsko dostało łomot, reszta ludzkości zaś ukrywa się w podziemiach. Jakbyśmy oglądali live-action wersję „Fallouta”. W jednym z bunkrów mieszka niejaki Joel – młody chłopak, ogarniający kuchnię oraz radiostację. Przed całą anihilacją miał dziewczynę, która obecnie jest w innym schronie. Po przerwanej komunikacji chłopak się ruszyć do niej. Ale są dwa problemy: po pierwsze, do pokonania jest około 100 mil, po drugie Joel jest totalnym miękkiszonem. Na widok potwora dostaje paraliżu, nigdy nie wychodził na zewnątrz, więc szansę na przetrwanie są równie duże jak wygrana naszych piłkarzy na mistrzostwach.

love & monsters1

Już sam tytuł sugeruje, że to nie będzie jakaś poważna rozkmina na temat życia w zjebanym świecie po zagładzie. Są potwory, jest miłość napędzająca głównego bohatera oraz klimat znany z masy produkcji o tematyce postapokaliptycznej. Towarzyszący bohaterowi pies? Jest i ma imię Chłopiec – właścicielem chyba była córka Kratosa 😉. Poznany po drodze mentor, udzielający porad w kwestii przetrwania? Jest, ma strój prawie jak Indiana Jones i twarz Michaela Rookera, co jest fantastyczną kombinacją. Zmutowane i powiększone monstra? Są, a mimo skromnego budżetu – 30 milionów dolców na SF to jest żart – prezentują się bardzo dobrze.

love & monsters2

Więc w czym jest problem? Tempo jest dość nierówne, przejście z poważnego w lżejszy ton potrafi troszkę zgrzytnąć, zaś trzeci akt idzie w bardziej mroczne rewiry, serwując sporo akcji. Taka sklejka różnych pomysłów i znajomych klisz, co może wywołać pewien niekontrolowany chaos. Muszę przyznać, że w tym szaleństwie jest metoda i jest wiele zalet. Przepięknie sfilmowana natura oraz opustoszała okolica trochę kojarzyła mi się z „Anihilacją”, bardzo dobrze się sprawdza muzyka. Równie cudowny jest design potworów, choć nie ma ich tu zbyt wiele – wiadomo, skromny budżet. Świat intryguje, zakończenie daje szansę na sequel.

love & monsters3

Obsada ma swoje momenty i potrafi oczarować. Nie miałem wcześniej styczności z Dylanem O’Brianem, ale jako pierdołowaty Josh wypada naprawdę bardzo dobrze. Przekonująco pokazuje przemianę z nieporadnego, zagubionego chłopaka w pełnego sprytu twardziela. Nie jest to przemiana skokowa, ale konsekwentnie poprowadzona. Ale tak naprawdę film kradnie Michael Rooker z Arianą Greenblatt, czyli duet doświadczonych mistrzów przetrwania. Są na tyle wyraziści, że zasługują na osobny film, a ich wspólne sceny z O’Brienem to najlepsze momenty tego filmu.

Jest wiele niedoskonałości i bałaganu, jednak nie mogę odmówić tego, że „Miłość i potwory” jest filmem zrobionym z serca oraz pasji. Jeśli kupicie tą konwencję, będziecie się dobrze bawić. Lekka, po prostu fajna zabawa i nic więcej. Ja to kupuję.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Willow

Zanim Peter Jackson dokonał niemożliwego i przeniósł na ekran „Władcę Pierścieni”, w latach 80. był dosłowny boom na kino fantasy. Pojawiły się takie produkcje jak „Excalibur”, „Conan Barbarzyńca”, „Legenda” czy „Zaklęta w sokoła”. Jedną z ostatnich wartych uwagi produkcji z tego okresu był pochodzący z 1988 roku „Wiilow”. Produkcja, za którą odpowiadał reżyser Ron Howard oraz producent George Lucas, poniosła w kinach klęskę. Po latach jednak zaczęła zyskiwać miano kultowego.

willow1

Sama historia jest prosta, w zasadzie można powiedzieć, że to „Gwiezdne wojny” w wydaniu fantasy. I nie ma w tym przesady. Jest przepowiednia, która musi się spełnić (inaczej nie byłaby przepowiednią) o narodzonym dziecku, co ma obalić tyranię królowej Bavmordy. Z takim imieniem musi być ZŁA. Jest młody karzeł Willow, który chce zostać czarodziejem i to właśnie do niego trafia dziewczynka. Decyzją rady wioski mężczyzna musi oddać dziecko ludziom, którzy mają się nią zająć. Po drodze poznaje zamkniętego w klatce wojownika Madmartigana oraz dwójkę leśnych elfów.

willow2

Howard bardzo sprawnie opowiada historię tak archetypiczną jak tylko jest to możliwe. Magia, rycerze, przepowiednie i monstra pojawiają się obowiązkowo. Może nie ma tutaj zaskoczeń, ale jednak reżyserowi udaje się zanurzyć w ten świat. „Willow” jest zaskakująco mroczny i brutalny, mimo umowności przemocy. I tego bardziej poważnego tonu nie burzy ani humor (głównie slapstikowy w wykonaniu dwóch elfów), ani zachwycające plenery. Akcja też jest zrobiona bardzo porządnie, choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się spokojna i bardziej kameralna (w porównaniu do trylogii Jacksona). Niemniej jednak czuć rozmach w scenach przemarszu wojsk (z masą statystów) czy potyczkę w zamku Tir Aiseen – tam dołącza jeszcze dwugłowy monstrum.

willow3

Realizacyjnie wygląda to więcej i porządnie – nie brakuje pięknych plenerów oraz scenografii, same walki dynamicznie sfilmowane. A wszystko to podbija absolutnie rewelacyjna muzyka Jamesa Hornera, nadająca epickiego charakteru. Plus absolutnie rewelacyjnie zagrany duet Warwick Davies/Val Kilmer. Pierwszy to bardzo sympatyczny Willow, muszący wziąć na siebie spory ciężar oraz dojść do roli czarnoksiężnika, zaś drugi to zawadiacki wojownik z błyskiem w oku, choć czasami bywa pierdołowaty. Równie wyraziści są antagoniści (lekko przerysowana Jane March oraz budzący grozę prezencją Pat Roach), co podnosi całość na wyższy poziom.

„Willow” brzmi jak klasyczne fantasy, ale ma w sobie masę czaru oraz uroku. Mimo lat nadal bronią się efekty specjalne (choć mocno widać blue screen), zachwyca wizualnie i ma wyraziste postacie, których los obchodzi. Więcej w zasadzie do szczęścia nie trzeba fanowi gatunku.

8/10

Radosław Ostrowski