Tomb Raider

Ile było już prób przeniesienia na ekran gier komputerowych? Filmowcy są jednak na tyle uparci i próbują sięgać po takie znane marki jak „Warcraft” czy „Assassin’s Creed”, bo można w łatwy sposób ściągnąć kasę od fanów. „Tomb Raider”, czyli seria gier przygodowych o Larze Croft już miała dwa podejścia (ale już nic nie pamiętam), więc nie była to marka kompletnie obca. Czy sprawdza się stare porzekadło, że do trzech razy sztuka?

Tutaj Lara jest bardzo młodą dziewczyną, której ojciec zaginął wiele lat temu. Nie może korzystać z jego majątku (niepodpisane pewne dokumenty) i dlatego pracuje jako kurierka, trenuje boks i tego typu sprawy. Przygotowując się do przejęcia majątku znajduje pewną łamigłówkę. Razem z nią klucz, łamigłówkę i (ostatecznie) bardzo dużo materiałów związanych z ostatniej wyprawy (poszukiwanie grobowca japońskiej królowej) oraz film od ojca. Na nim prosi, by zniszczyć wszelkie materiały na ten temat, czego oczywiście nie robi, za to wyrusza na jego poszukiwania.

tomb_raider1

Najnowszy „Tomb Raider” to origin story, czyli widzimy tutaj drogę Lary to tej poszukiwaczki przygód jaką znają gracze choćby z pierwszych części serii. Początek może wywoływać konsternacje, bo toczy się w mieście, gdzie nie brakuje kilku pomysłowych scen akcji („polowanie na lisa” w wersji rowerowej) i ta ekspozycja miejscami działała dość usypiająco – nawet retrospekcje nie pomagały (później pojawiają się za często). Ale kiedy nasza bohaterka trafia na wyspę, coś się zaczyna dziać, a klimatem przypomina troszkę staroszkolne kino przygodowe z elementami survivalu. Czyli to, z czego znana jest obecnie Lara z gier. Problem z tym, że twórcy serwują klisze jakie w kinie przygodowym (grobowiec pełen pułapek, poświecenie się jednej z postaci znamy nie od dziś oraz wiele dialogów, od których bolą zęby. Choć same sceny akcji zaskakują tym, ze nie ma tutaj zbyt wiele efektów komputerowych, co jest pewną zaletą i dodaje jako takiego realizmu. Poza tym przemiana naszej Lary w twardą wojowniczkę, co z łuku kasuje wrogów niczym John Rambo, przebiega zbyt szybko i z czasem historia traci swój impet, kompletnie nie angażuje, a postacie wydają się być pozbawione charakterów.

tomb_raider2

Sama realizacja jest poprawna, sama wyspa potrafi zachwycić, muzyka jakaś tam gra, ale nie odwraca uwagi. Jest parę ciekawych scen akcji oraz popisów kaskaderskich (akcja w rozbitym samolocie czy wspinanie się po ścianach), jednak to wszystko ogląda się bez emocji. Wygląda to nieźle (choć ostateczna konfrontacja jest zbyt efekciarska i wali komputer po oczach) i ogląda się to bez wielkiego bólu, ale do zachwytów jest bardzo daleko.

tomb_raider3

Nawet sytuacji nie są w stanie uratować aktorzy – bardzo uzdolnieni i nawet mający momenty przebłysku. Jak sobie radzi Alicia Vikander? To jest rola bardziej fizyczna, wymagających więcej wysiłku niż umiejętności w budowaniu postaci, ale jest w niej coś zadziornego, co ma w sobie pewien urok. Zgrabnie bawi się swoją rolą Walton Goggins jako główny villain, nie do końca traktując się poważnie. To troszkę dodaje luzu. Za to kompletnie nie rozumiem zmarnowania talentu Kristin Scott Thomas i Dereka Jacobi do drobnych epizodów – chociaż finał sugeruje, że Thomas może odegrać istotniejszą rolę w następnych częściach (o ile powstaną).

Ci, co liczyli na to, że „Tomb Raider” odmieni sytuację ekranizacji gier komputerowych, muszą jeszcze wiele poczekać. Fakt, że jest wiele odniesień do nowej serii jest bardzo dużym plusem, jednak sama historia jest schematyczna, przewidywalna oraz strasznie nudna. Chciałbym jednak, by powstał sequel.

5/10

Radosław Ostrowski

Pomiędzy nami góry

Historia pozornie prościutka niczym konstrukcja cepa. Oboje muszą pilnie polecieć, lecz burza śnieżna spowodowała, iż ich loty zostały odwołane. Ona jest fotografem pracującym dla gazety i spieszy się na… swój ślub. On jest lekarzem, wracającym z konferencji i musi wracać do swojego szpitala. Kobieta wpada na prosty pomysł, by prywatną awionetką wyruszyć. Co może pójść nie tak? Jeśli pilot dostaje udaru, samolot rozbija się w górach, to wszystko.

pomiedzy_nami_gory1

Wydaje się, że zrobienie kina z gatunku survival a’la Bear Grylls nie może być jakoś super skomplikowanym zadaniem. Rozbity samolot, duże góry, a jak góry, to od groma śniegu, brak zasięgu, brak ludzi, brak cywilizacji. Dodajmy jeszcze bardzo skromne zasoby żywności, drobne urazy (chyba, że mówimy o złamaniu nogi) oraz kompletnym – przynajmniej na początku – braku zaufania tej pary. Czy udaje się reżyserowi zbudować klimat zagrożenia oraz walki o przetrwanie? Na początku tak i już sama scena zderzenia zrobiona w jednym ujęciu z perspektywy pasażerów robi mocne wrażenie. Dwie różne postawy, które doprowadzają do spięć, wreszcie przyroda wyglądają wręcz monumentalnie (ale piękne te góry, las też bardzo ładny, a śnieg to w ogóle jest bielszy niż zęby z reklam). Problem w tym, że im dalej w las, tym poczucie zagrożenia staje się coraz słabsze. Jasne, wynika to z faktu coraz lepszego radzenia sobie z tym wszystkim, ale upływającego czasu od katastrofy zwyczajnie nie czuć (jedynie pada to w dialogach). I troszkę bohaterowie mają sporo szczęścia.

pomiedzy_nami_gory2

Z jakiegoś nie do końca zrozumiałego powodu, reżyser doszedł do wniosku, że będzie świetnie poprowadzić bohaterów ku romansowi. Bo jak wiadomo, przeciwieństwa przyciągają i nic tak nie łączy ludzi, jak wspólna walka o przetrwanie. Tylko, że ten romans nie jest w żaden sposób przekonujący, działając troszkę na zasadzie wciśnięcia guziczka i bach – już się zakochują (dzięki czemu przetrwają – to już naprawdę bolą uszy) i ta przemiana jest pozbawiona podstaw. Być może takie okoliczności mogłyby doprowadzić do takiej głębszej relacji, zaś ostatnie 20 minut – ciężko się to ogląda i niszczy kompletnie całość.

Sytuację próbują ratować Idris Elba oraz Kate Winslet, którzy może nie wznoszą się na wyżyny swoich możliwości, ale wypadają naprawdę przyzwoicie. Szczególnie Elba, tworząc postać naznaczoną pewną tajemnicą, determinacją oraz bardziej opanowanego. Problem w tym, że między tą parą nie czuć kompletnie chemii, co kompletnie zgrzyta. Ale nawet oni nie są w stanie wznieść tego filmu powyżej stanu średniego, który ogląda się bezboleśnie, lecz nie angażuje za bardzo. Z taką obsadą powinno wręcz iskrzyć.

5/10

Radosław Ostrowski

Han Solo: Gwiezdne wojny – historie

Moc w serii „Gwiezdne wojny” zawsze była obecna, choć nie zawsze było to intensywne doświadczenie.  Dla mnie klasyczna trylogia była jednym z pierwszych filmów jaki pamiętam i zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, przez co – pośrednio – wsiąkłem w kino. Prequele mnie zawiodły, zaś nowa trylogia jest dla mnie troszkę nierówna (epizod 9 pozostaje zagadką). Co w takim razie ze spin-offami z cyklu „Gwiezdne wojny – historie”? Czy dobrze się sprawdzają jako poboczne opowieści, czy to już jest bardzo bezczelny skok na kasę? „Łotr jeden”, ku mojemu zaskoczeniu był świetny, uzupełniając fabułę miedzy 3 a 4 epizodem sagi. Jednak następny film miał opowiadać o młodym Hanie Solo i… pojawiły się w głowie poważne wątpliwości. Nie tylko z powodu sięgnięcia po ikoniczną postać tego uniwersum (choć jej geneza mogła być interesująca), ale też zamieszania z realizacji tego tytułu. Zmiana reżyserów (duet Lord/Miller został zastąpiony przez Rona Howarda), spięcia ze scenarzystą Lawrencem Kasdanem oraz ostateczny wybór odtwórcy głównej roli – Aldena Elrenreicha budził wątpliwości. Bo każdy aktor w roli Hana Solo byłby świetny, pod warunkiem, że jest to Harrison Ford ;). Co z tego wyszło?

han_solo1

Kiedy poznajemy Hana jest drobnym cwaniakiem, wychowywanym przez ulicę jako złodziejaszek, wykorzystywany przez lady Proximę. Trzymają go przy życiu dwie sprawy: Qi’ra, którą bardzo kocha oraz marzenie o zostaniu pilotem. W końcu decyduje się zrobić jedną szaloną rzecz, czyli uciec stamtąd z Qi’rą, co udaje mu się połowicznie, bo on zwiał, ale ją złapali. Szkoli się w Akademii Imperium, lecz nie wychodzi na tym najlepiej. A w ogniu bitwy poznaje kudłatego stwora oraz grupkę złodziejaszków pod wodzą Bekcetta, z którym decyduje się zrealizować duży skok: kradzież hyperpaliwa.

Więcej nie zdradzę, bo inaczej musiałbym wejść na spojlerową minę, ale Ron Howard stara się skupić uwagę widzów. Początek jest szybki, pełen akcji, by rzucić nas wręcz w prawdziwe pole bitwy niczym z „Szeregowca Ryana”, a dalej mamy wręcz klasyczny heist movie z kryminalno-gangsterskim półświatkiem w tle. I to tło robi dużą różnicę, chociaż nie do końca zostaje wykorzystane. Mafijne porachunki, drobni gangsterzy, przemytnicy działający gdzieś z tyłu Imperium, dodając trochę brudu oraz szarości w świecie z odległej galaktyki. Fabuła skupia się na akcji, wyglądającej bardzo pomysłowo (napad na transport paliwa przypomina niemal westernowy napad na pociąg), z dynamiczną praca kamery, montażem, podkręcając napięcie wręcz do granic możliwości (kulminacyjny skok, gdzie zadyma jest ostra, lecz wszystko pozostaje czytelne). Nie brakuje znajomych postaci i elementów: Chewbacca, Sokół Millennium, Lando, wspominane jest Tatooine oraz pewne zaskakujące cameo, co pozwala osadzić w konkretnych czasach. Nawet muzyka Johna Powella zachowuje ducha franczyzy.

han_solo2

Ale problemy mam dwa z tym tytułem. Po pierwsze przekombinowany finał, gdzie jest masa zaskoczeń, wolt, zmian układów sił, co wywołuje spory zamęt. Do tego film mógł zakończyć się o wiele szybciej, co zadziałałoby na duży plus. Drugim problemem są dla mnie dwie postacie, które nie do końca są wygrane, o czym jeszcze opowiem później.

han_solo3

Jak sobie radzą aktorzy? Alden Eldenreich daje sobie radę jako młody Solo, który jeszcze nie jest aż tak cyniczny, zdystansowany i samotny – to młody chłopak z dobrym sercem, próbujący wygrywać za pomocą mieszanki sprytu, blefu i brawury. I ma w sobie wiele łobuzerskiego uroku, dodając wiarygodności tej postaci, zwłaszcza w relacji z Chewbaccą. Fantastyczny jest Woody Harrelson w roli Becketta, którego można uznać za mentora. Ta postać jest już troszkę zmęczona swoim fachem, jednak ma mnóstwo charyzmy, szelmowskiego sprytu oraz twardego stąpania po ziemi. I kiedy wydawało się, że nic tego nie przebije wchodzi Donald Glover jako młody Lando. To jest castingowy strzał w dziesiątkę – pewny siebie, wyluzowany, elegancki cwaniak i narcyz w jednym, ale czarujący jak nikt. Żeby jednak nie było tak słodko, są dwie wpadki. Po pierwsze, główny złol w wykonaniu Paula Bettany’ego, który jest zwyczajnie nijaki. Pozbawiony charyzmy, demoniczności, jest tylko pionkiem skupionym na realizacji celu. Po drugie Emilia Clarke jako obiekt uczuć Hana – nie czułem tej chemii między nią a Eldenreichem, a sama postać wydaje się jedynie zbiorem istotnych informacji, pomocnych dla przebiegu fabuły.

Ron Howard jest na tyle dobrym rzemieślnikiem, by opanować wszelkie gatunki. „Han Solo” jest porządnym rollercoasterem, pełnym akcji filmem w duchu awanturniczo-przygodowym niczym klasyczna trylogia. Pod koniec zaczyna się potykać, jednak Moc i klimat jest bardzo mocno obecne. Czy chciałbym kolejną część tej historii? Tak, bo jeszcze nasz heros się jeszcze nie ukształtował, ale ponieważ nie zarobił dużo kasy, sprawa stoi pod znakiem zapytania.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Seria niefortunnych zdarzeń – seria 2

Pamiętacie sieroty Baudelaire, które straciły rodziców w niejasnym pożarze? Kiedy je ostatnio widzieliśmy, trafiły do szkoły im. Prufrocka, gdzie obok nich siedziało dwoje dzieci, też posiadające pewną nietypowa lunetę. Jak się okazało Izadora i Duncan Bagienni, też stracili rodziców w pożarze, a ich rodzice oraz rodzice Baudelaire’ów się znali. Jednak ich przyjaźń nie trwa zbyt długo, bo okolicę nawiedza hrabia Olaf i nawet komputerowa ochrona nie jest w stanie go powstrzymać. Cel ma jednak dalej ten sam: przejąć majątek dzieci.

seria_niefortunnych_zdarzen21

Kolejne spotkanie ze Snicketem i jego relacją o losach Baudelaire’ów, pełnej mroku oraz smolistego humoru. Niby wszystko jest oparte na schemacie znanym z poprzedniej serii: wchodzi Olaf, sieje spustoszenie, rodzeństwu udaje się go zdemaskować, Olaf ucieka i niczym wrzód na dupie znowu knuje. Jednak im dalej w las, tym bardziej rodzeństwo zaczyna się pakować w ogromne tarapaty i to z powodu bezwzględnie manipulacyjnego hrabiego: morderstwo, spalenie archiwum. A jeśli dodamy artykuły w prasie, sytuacje wydaje się naprawdę dramatyczna, zaś szansa na szczęśliwe zakończenie wydaje się coraz mniejsze. Mieszanka czarnego humoru, surrealizmu, groteski nadal się sprawdza, a coraz bardziej dziwaczne zachowania w poszczególnych miejscach (biblioteka w szkole czynna tylko 10 minut, ślepy pęd za trendami, chęć sprawienia rozrywki za wszelką cenę, nawet jeśli jest nią pożarcie przez lwy, szpital pełen biurokracji oraz archiwów czy miasteczko pełne praw) z jednej strony jest zabawne, ale śmiech ten tkwi przez gardło i trafnie twórcy pokazują ten współczesny świat. Jednocześnie intryga zaczyna być powoli rozjaśniana, choć najważniejsze elementy są rzucane bardzo szczątkowo (pewna cukiernica, skrót WSZ). I kiedy wydaje się, że poznamy coś więcej, zostaje to gwałtownie przerwane czy to pojawieniem się Olafa, czy przez montaż.

seria_niefortunnych_zdarzen22

Twórcom serialu nadal udaje się zachować klimat poprzedniej serii, zaś kilka scen pokazuje pewną zabawę formą (choćby piosenka radosnych wolontariuszy w formie karaoke, policzenie wypowiedzianego zwrotu czy wyjaśnienie zwrotu „mieć motyle w brzuchu”), co dodaje specyfiki. Tak sam jak bardzo pokręcony, miejscami surrealistyczny humor. Także sama realizacja utrzymuje poziom. Każda lokalizacja (szkoła, miasto, miasteczko „wychowujące” dzieci) wygląda inaczej, dając też pole dla scenografów oraz muzyki (miasteczko ma oprawę niemal „westernową”, karnawał Karnagiego bardziej „cyrkową”). Wygląda to po prostu pięknie, zachowując styl poprzednich serii.

seria_niefortunnych_zdarzen23

Aktorsko nadal udaje się zachować poziom, a powracający bohaterowie nadal trzymają poziom. Nadal Neil Patrick Harris jest rewelacyjny, balansując między groteską a grozą, rodzeństwo (Malisa Weissman i Louis Hymes) nadal budzi sympatię, chociaż ostatnie ich decyzje są dość niejednoznaczne moralnie, zaś Lemony Snicket (Patrick Warburton) bywa nadal dość zgorzkniały i złośliwy, miejscami rozładowując napięcie żartem. Także charakterystyczna ekipa pomagierów dostaje troszkę więcej czasu.

Jeśli chodzi o nowych bohaterów najbardziej liczy się troje bohaterów. Po pierwsze, Esmeralda Szpetna (wspaniała Lucy Punch). Początkowo wydaje się elegancką damą, ale tak naprawdę okazuje się dawną uczennicą hrabiego Olafa, dołączając do jego szajki. Iskrzenie między nią a Harrisem jest wręcz zabójcze i nie pozwala o sobie zapomnieć, a kolejne pomysły oraz determinacja w realizacji celu jest niebezpieczna. Drugim kluczowym bohaterem jest Jacques Snicket (świetny Nathan Fillion) – taksówkarz z wyglądem awanturnika, którego prawość jest nie do złamania. Mieszanka inteligencji, odwagi, uporu oraz uroku. Ale nie działa on sam, bo zwerbował bibliotekarkę Olivię Caliban (cudna Sarah Rue), bo jak wiemy – bibliotekarki są osobami dzielnymi, niegodzącymi się na niesprawiedliwość tego świata, czyniąc je zdolnymi do wielu poświęceń (finał serii). Jest jeszcze masa drobnych rólek, dodających klimatu lekko zwariowanego świata (wicedyrektor szkoły, pozbawiony talentu muzycznego; archiwista szpitala z obsesją sortowania dokumentów czy galeria osobliwości, decydująca się na wszystko, byleby być zaakceptowanym), który jest tak znajomy.

seria_niefortunnych_zdarzen24

Druga seria zachowała wysoki poziom, a jednocześnie zaczynała wnosić wiele świeżości do schematu poprzednika. Nadal balansuje między mrokiem, groteską a kinem familijnym (bardzo specyficznym), ma świetne dialogi, fantastyczną realizację. Tylko jeszcze twórcy na koniec rzucają takiego cliffhangera, że można się wściec. A czekać na trzecią, finałową serię do wiosny będzie ciężko.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ostrza zemsty

Wracamy do czasów nordyckich, pełnych okrucieństwa, przemocy i krwi. W tym świecie ukrywa się kobieta z dzieckiem. Oboje pochodzą z królewskiego rodu, prześladowani przez demonicznego Hagena. Mężczyzna chce zmusić kobietę do ślubu, by objąć tron. I wtedy na jej drodze pojawia się – niczym z klasycznego westernu – przybysz znikąd, sprawnie posługujący się nożem.

Tym razem Mario Bava wraca do historycznego fantasy, okraszonego przygodowym duchem. Sam początek z przepowiednią na plaży, robi mocne wrażenie. Jednak im dalej w las, tym akcji jest coraz mniej, za to pojawia się więcej scen, gdzie nasz tajemniczy przybysz staje się figurą ojca dla młodego chłopca. Wspólne polowanie, nauka posługiwania się bronią – wszystko idzie to dość szybko, chociaż sam bohater skrywa pewną mroczną tajemnicę. Niby są to spowalniacze, ale dzięki nim troszkę bliżej poznajemy naszych bohaterów, ich motywacje, losy. Wszystko to prowadzone jest bardzo spokojnie, a realizacja broni się przyzwoicie.

ostrza_zemsty1

Podobać się może scenografia oraz kostiumy, nie przypominająca żadnej taniochy, bliżej nieokreślonych realiów fantasy. Także całkiem nieźle sprawdzają się sceny akcji, mimo teatralności scen śmierci. Sposób realizacji kilku scen (konfrontacja w tawernie) przypomina nawet western. Zbliżenia na twarze, ujęcia z kąta na broń, nerwowe budowanie napięcia – ta scena potrafi wessać i zaangażować. Ale klasycznego Bavę czuć dopiero w finałowej potyczce w jaskini. Tu mamy tą grę światłocieniem, wyraziste kolory, choć sama lokalizacja troszkę przypomina Hades z wcześniejszego filmu o Herkulesie.

ostrza_zemsty2

Zagrane jest to naprawdę porządnie, choć pozornie materiału nie było zbyt wielkiego. Cameron Mitchell bardzo płynnie przechodzi od tajemniczego „przybysza znikąd”, z dobrym sercem po żądnego zemsty mściciela z celnością godną prawdziwych twardzieli. Równie wyrazisty jest Fausto Tozzi w roli czarnego charakteru – demonicznego, sprytnego, lecz nie przerysowanego, szarżującego. A między panami jest ładna, długowłosa Elissa Plichelli (Karin), próbująca być niezależną, silną kobietą.

„Ostrza zemsty” to całkiem zgrabne przejście Bavy do nordyckiego peplum. Solidnie poprowadzone i zagrane, z paroma scenami trzymającymi w napięciu oraz klasycznym motywem zemsty. Może dałoby się troszkę wydłużyć i pogłębić niektóre postacie, jednak jako czysto rozrywkowy film dostarcza. Przyjemne, lekkie kino.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Bitwa pod Maratonem

Wszyscy z historii słyszeli (przynajmniej ja) o starożytnej bitwie pod Maratonem między wojskami Aten i Sparty z Persami w 480 r. p.n.e. Wspomina się o niej także z powodu wysiłku jednego z wojowników, Filipiadesa, który po zwycięstwie ruszył (biegiem) do Aten pokonując ok 40 km, po czym zmarł z wyczerpania. To zdarzenie, zostało też inspiracją do stworzenia filmu z końca lat 50. zrealizowanego przez Jacquesa Tourneura oraz Mario Bavę, który odpowiadał także za zdjęcia.

Sama historia nie jest tutaj zbyt skomplikowana, jednak wiele rzeczy przeinacza. Ok, to nie jest rekonstrukcja i byłbym w stanie to przełknąć, gdyby to angażowało. Bohaterem jest wspomniany Filipiades, który wygrywa ostatnie igrzyska olimpijskie. Wracając do kraju, zostaje wybrany dowódcą świętej straży, pilnującej świątyni Ateny. W samym mieście zawiązuje się spisek kierowany przez Teokratesa oraz Kreusa, który przyrzekł temu drugiemu swoją córkę, Andromedę. I wtedy pojawiają się wieści o przybyciu Persów na pole Maratonu.

maraton1

Innymi słowy jest tutaj miszmasz, jakiego reżyserzy nie byli w stanie do końca opanować. Z jednej strony polityczne knowania, z drugiej wątek miłosny, z trzeciej zaś walka oraz próba zdobycia pomocy od Spartan. Problem w tym, że tutaj wszystkie problemy są rozwiązywane w sposób bardzo prosty, zbyt prosty. Niby są po drodze komplikacje, jednak kompletnie nie czuć wagi zagrożenia, ani napięcia. Nawet kilka drobnych tricków operatorskich (morska potyczka) nie są w stanie wciągnąć. Także sceny batalistyczne wypadają dość teatralnie, nie czuć żadnych uderzeń mieczy, ciosów. Nawet statyści sprawiają wrażenie niezaangażowanych, a to już jest poważny błąd. Scenografia i kostiumy są ok, także podniosła muzyka nie wywołuje irytacji.

maraton2

Chciałbym pochwalić kogoś z obsady, jednak wszyscy grają postacie tak papierowe, że choćby nie wiem, jakby się starali, nie są w stanie dać im życia, uczynić ich przekonującymi. Do tego miejscami rzucają podniosłe, patetyczne dialogi, sprawiając miejscami duży ból. Oko można zawiesić na Mylene Demongeot (Andromeda), która wygląda apetycznie.

„Bitwa pod Maratonem” jest reliktem swoich czasów, czyli – z dzisiejszej perspektywy – tanich, bardzo skromnych filmów historycznych, próbujących wyglądać imponująco, dynamicznie i efektownie. Czas jednak był wobec niej bardzo okrutny, nie zostawiając absolutnie nic zapadającego w pamięci, co nie świadczy zbyt dobrze.

4/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Hercules

Disney przez bardzo długie lata był potęgą nie do zniszczenia, a każdy film spotykał się z bardzo dobrym odbiorem u wszystkich, realizując czasami dość karkołomne przedsięwzięcia jak „Dzwonnik z Notre Dame”. Ale w 1997 roku zdecydowali się zmierzyć z grecką mitologią, a dokładniej z losami niejakiego Herculesa, będącego wariacjami na ten temat. A wszystko tak naprawdę zaczyna się, gdy w dzień narodzin naszego herosa przybywa Hades – bóg zaświatów, który z Zeusem ma na pieńku i planuje przejęcie władzy nad Olimpem. Ale żeby zrealizować plan musi usunąć (w sposób ostateczny i nieodwołalny) Herculesa, tylko najpierw trzeba pozbawić go nieśmiertelności. Jednak wskutek zbiegu okoliczności bobas trafia do rodziny śmiertelników, nie znając swojego prawdziwego pochodzenia. A kiedy je odkrywa, by wrócić na Olimp musi stać się bohaterem.

herkules1

Reszta jest klasyczna, czyli jest śpiewanie (tutaj jednak głównie robią to opowiadające historię Muzy, sztuk 5 w bardzo popularnym w starożytności stylu soulowo-gospelowym), sporo akcji, komplikacji oraz humoru. Twórcy wykorzystują mit do sięgnięcia po bardziej ponadczasowe motywy: poszukiwanie swojego miejsca na ziemi, swojego ja oraz odkrywania świata niczym dziecko. Jest też próba radzenia sobie ze sławą, co jest dość ciekawym i przyjemnym detalem. Ale tak naprawdę to stary schemat w nowych fatałaszkach. Zaskoczeniem jest „uwspółcześniona” wizja świata. I nie chodzi tylko w wplecenie billboardów, miejskiej komunikacji, ale sposobu marketingu (sklep z gadżetami), uwieczniania portretów (nasz heros ze skórą lwa, wyglądającego jak… Skaza), dodając lekko postmodernistycznego zacięcia.

herkules2

Sama animacja wygląda bardzo ładnie i jest to jeszcze ręcznie wykonana kreska (aczkolwiek Hydra jest troszkę trójwymiarowa), imitująca malunki z greckim waz oraz malunków. Ale jednocześnie twórcy potrafią zaszaleć z wizerunkami bogów (Hermes wyglądający niczym podchmielony gwiazdor w okularach, Hades z „płonącą” głową) czy mitycznymi bestiami. A historia potrafi wciągnąć i zaangażować (bardzo dramatyczny finał w zaświatach), dostarczając także mnóstwo zabawy, mimo wykorzystania znajomych szablonów.

herkules3

A całość na wyższy pułap wznosi polska wersja językowa, nie tylko dzięki bardzo zgrabnemu tłumaczeniu (nawet potoczny język ładnie został wpleciony), świetnie wykonanym piosenkom oraz fantastycznej obsadzie. Herkiem przemawia najpierw Paweł Iwanicki oraz Jacek Kopczyński, którzy trzymają fason (chociaż ten drugi wypada lepiej), tworząc przekonująco rolę młodego herosa. Jednak całość kradną rewelacyjni Witold Pyrkosz oraz Paweł Szczesny. Pierwszy to lekko nabuzowany satyr, będący dla naszego protagonistę mentorem, z kolei drugi jest mściwym bogiem, bywającym bardzo, BARDZO impulsywnym czarnym charakterem. Inteligentny, przebiegły, rozgadany, ale mający dość kiepskich pomagierów, przez co staje się komediową petardą.

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, „Hercules” bardzo dobrze się broni i nawet te piosenki nie doprowadzają do bólu uszu. Animacja nadal wygląda ładnie, postacie są bardzo wyraziste, dowcip ciągle bawi, doprowadzając do łez… ze śmiechu.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Łowcy potworów

Wszyscy pamiętamy bolesną wpadkę pt. „Mumia” z zeszłego roku, która miała być wstępem do nowego – uwaga, niebezpiecznie popularne słowo – uniwersum Universala, wskrzeszającego klasyczne monster movie oraz stworów takich jak Dracula, Potwór z Bagien czy Wilkołaka. Tylko, że film z tymi kreaturami występującymi razem już powstał ponad 30 lat temu, a w Stanach ma status dzieła kultowego.

lowcy_potworow1

Bo co by się stało, gdyby Dracula po stu latach pojawił się wśród żywych i zamierzał przejąć władzę nad światem? Razem z Wilkołakiem, stworem Frankensteina, Mumią oraz Potworem z Bagien muszą odnaleźć pradawny amulet, który może ich powstrzymać i zniszczyć go. Powstrzymać go próbują młode dzieciaki tworzące „Klub Potworów”. Sean, Patrick, Horace, Rudy i Phoebee to pasjonaci horrorów oraz filmów z potworami, czyli tacy współcześni geecy. Tylko, że wiedzę mają tylko teoretyczną, ale to się zmienia z pomocą dziennika samego Abrahama Van Helsinga.

lowcy_potworow2

Reżyser Fred Dekker do spółki z Shanem Blackiem postanowili pobawić się konwencją horroru, sklejając go z Kinem Nowej Przygody w stylu „Goonies”. Czuć tutaj klimat lat 80. z lekko taneczną muzyką oraz kolorystyką z klasycznymi chwytami kina grozy, polewając całość humorem. Wychodzi z tego pozornie dziwny, ale bardzo przyjemny w smaku koktajl. Sama historia toczy się dość szybko, niepokojący klimat budowany jest zarówno odpowiednim nastrojem, wziętym niemal z klasycznych filmów grozy sprzed lat. Podniszczone domostwo, bagna, akcja w sporej części toczy się nocą, a nasi antagoniści potrafią się odnaleźć w dzisiejszych czasach („Give me this amulet, bitch!” – tego słownictwa po Draculi raczej się nie spodziewaliście). Do tego jeszcze świetnie dopasowana muzyka Bruce’a Broughtona oraz kilka udanych dowcipów (akcja z poszukiwaniem dziewicy czy ojciec „usuwający” potwory z pokoju dziecka) i dialogów. I to nadal działa, zaś finałowa konfrontacja na ulicy nadal potrafi trzymać w napięciu.

lowcy_potworow3

Także aktorsko jest bardzo solidnie. Młode dzieciaki dają sobie radę, mimo ogrywania szablonów (nieustraszony lider, wystraszony grubasek, cool wyglądający nastolatek czy dość rezolutna dziewczyna), są bardzo przekonujący i czuć chemię między bohaterami. Także monstra sprawdzają się bez zarzutu, z czego wybija się demoniczny Dracula (Duncan Regehr) oraz budzący sympatię Frankenstein (Tom Noonan). Poza nimi warto wspomnieć zarówno w zdeterminowanym ojcu Seana (Stephen Macht), jak i tajemniczym starszym panu z Niemiec (Leonard Cimino), wiedzącym dość sporo na temat potworów, choć innych niż mogliby się spodziewać protagoniści.

lowcy_potworow4

Owszem, nie brakuje tutaj klisz i szablonów, ale mimo lat to ciągle daje sporo zabawy. Dekker bierze konwencję w nawias, tworząc wręcz klasyczną postmodernistyczną grę w starym stylu. Ubranie tego w komediowy strój dodaje uroku i żywotności tego dzieła.

7/10

Radosław Ostrowski

Seria niefortunnych zdarzeń – seria 1

Poznajcie rodzinę Baudelaire’ów – to bardzo zdolna familia, z której członków najbardziej poznajemy dzieci. Najstarsza, 14-letnia Wioletka ma duże zdolności manualne godne samego McGuyvera, 12-letni Klaus to klasyczny mol książkowy, z których czerpie ogromną wiedzę, a najmłodsze Słoneczko posiada bardzo twarde zęby, mogące rozerwać wszystko. Ich spokojne życie zmienia się, gdy ich dom spłonąć, a rodzice zginęli. A sierotki obdarzone ogromnym majątkiem trafiają do tajemniczego krewnego, hrabiego Olafa. Ten jednak zamierza przejąć kontrolę nad majątkiem Baudelaire’ów, bez względu na wszystko.

seria_niefortunnych_zdarzen11

Serial Netflixa powstał w oparciu o cykl powieści niejakiego Lemony’ego Snicketa, który… jest także narratorem całej opowieści. Obecność narratora w filmie zawsze traktowana jest jak wada, jednak Snicket nie jest kimś, kto pełni rolę łopaty dopowiadającej coś, czego nie widzieliśmy lub wskazujący, że tak powinniśmy myśleć czy czuć. O nie, to byłoby za proste. Jedynie przypomina, że to nie będzie radosny i pogodny serial, tylko pełen smutku oraz tragedii, co częściowo jest prawdą. Bo ekipa pod wodzą Barry’ego Sonnenfelda („Rodzina Addamsów”, „Faceci w czerni”) oraz Daniel Handlera dokonuje na widzu czegoś w rodzaju syndromu sztokholmskiego, bo mimo dramatycznych wydarzeń CHCIAŁEM (i zapewne inni widzowie też się w to wpakują) oglądać dalej. Dlaczego? Serial ma wiele tajemnic, które nie są zbyt szybko rozwiązywane, lecz stawiają kolejne pytania (chyba, że ktoś przeczytał cały 13 tomowy cykl), będące haczykami dla takich ludzi jak ja. A każdy tom rozbity jest na dwa odcinki, przez co nie ma sztucznego wydłużenia.

seria_niefortunnych_zdarzen13

Wizualnie jest wręcz oszałamiająco, na granicy mroku znanego z dzieł Tima Burtona oraz silnej kolorystyki i symetryczności kadrów a’la Wes Anderson. Mrok pojawia się zarówno w paskudnym domostwie hrabiego Olafa, wyglądającym jak kompletnie zagracone, podniszczone i nieużywane czy okolica nad Jeziorem Łzawym przed huraganem. Nie znaczy to jednak, że jest szaroburo, co pokazuje chociażby dom dr Montgomery’ego, pełen kolorów oraz gadów. Nawet muzyka ma w sobie coś z klimatów Burtona, co nie jest wadą, a pojawiający się gdzieniegdzie czarny humor, dodaje smaku. Tak samo jak wiele zagadek związanych z lunetą, tatuażem na nodze Olafa czy przeszłości rodziców, która dla dzieci pozostaje kompletną niewiadomą.

seria_niefortunnych_zdarzen12

„Seria…” bardzo mocno pokazuje jedną rzecz, przez co wywraca troszkę konwencję kina familijnego do góry nogami. Bo tutaj dorośli są przedstawieni w sposób może nie negatywny, lecz zamiast być wsparciem dla naszych bohaterów albo są bezradnymi marionetkami Olafa (sędzina marząca o karierze aktorskiej) albo cynicznymi draniami wykorzystującymi ich (Sir, właściciel tartaku) albo kompletnymi idiotami (pan Poe, dla którego praca w banku i przyszły awans są najważniejsze, a naiwny jest jak diabli). Dlatego hrabia Olaf, choć nie posiada talentu aktorskiego, tak łatwo podpuszcza i osiąga sukces. Także z powodu, że dorośli nie wierzą dziecku, bo jak ono mówi prawdę, to zmyśla (bo przekonanie, że Olaf przebiera się, by osiągnąć swój plan jest niemożliwe, prawda?) albo kłamie. Nawet sami Baudelaire’owie zaczynają się zastanawiać, czy warto dorosłym zaufać czy pogodzić się z tym, że jest się zdanym tylko na siebie. To nie jest częsty zabieg w tego typu produkcji.

seria_niefortunnych_zdarzen15

Wspaniałe wrażenie robi obsada. Neil Patrick Harris w roli hrabiego Olafa jest wręcz znakomity, ciągle balansując na granicy groteski i przerysowania, wcielając się w kolejne postacie (włoski asystent, recepcjonistka czy stary marynarz), odpowiednio modulując głos, zmieniając swoje ruchy oraz mowę ciała. Coś nieprawdopodobnego, mimo że sama postać Olafa jest beztalenciem w swoim fachu. Tak samo świetni są odtwórcy ról Baudelaire’ów, czyli Malina Weissman (zaradna i sprytna Wioletka), Louis Hynes (oczytany Klaus) oraz Presley Smith (Słoneczko z głosem Tary Strong), tworząc świetnie uzupełniający się duet. Tak samo wyrazisty jest drugi plan, gdzie błyszczą tacy aktorzy jak Don Johnson (Sir), Aasif Mandvi (dr Montgomery, jedyny dobry opiekun), Joan Cusack (poczciwa sędzia Strauss) czy K. Todd Freeman (mocno kaszlący pan Poe). No i jest jeszcze jedna istotna postać, czyli Lemony Snicket. Patrick Warburton dodaje temu bohaterowi wiele melancholii, zaś jego życiorys pozostaje na razie tajemnicą. Wiemy, że próbę ustalenia losów rodziny uznaje za swój obowiązek, chociaż mam wrażenie, że nie mówi nam wszystkiego (Kim jest Beatrycze, którą tak kocha i dedykuje jej każdą część historii? Czy znał wcześniej rodzinę? Dlaczego się ukrywa – ostatni odcinek to mocno sugeruje – i przed kim?), ale to z czasem zostanie rozwiązane. I nie jest to w żadnym wypadku postać zbędna dla historii.

Nie wiem jak wy, ale zamierzam poznać dalszy ciąg młodych Baudelaire’ów, mimo pewnej schematyczności (dzieciaki trafiają do opiekuna, wkrótce zjawia się Olaf, próbuje bruździć, by na końcu zostać zdemaskowanym i ucieka). Ale to tylko intryguje, a kolejne pytania czekają na odpowiedzi, które mogą Wam się nie spodobać.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Nie sugerujcie się tym utworem:

Tarapaty

Poznajcie Julkę – młodą dziewczynkę, której rodzice mieszkają w Kanadzie i ma wkrótce do nich pojechać na wakacje. Niestety, rodzice to dość zapominalscy ludzie, więc dziewczynka spędza więcej czasu z ciotką, specjalistką od dzieł sztuki. Zapalnikiem wydarzeń jest kradzież cennych planów z domu ciotki, w czym Julka – pośrednio – miała wpływ (zostawiła otwarte okno). I wtedy na jej drodze pojawia się Olek – chłopiec prowadzący na własną rękę śledztwo w sprawie częstych kradzieży.

tarapaty1

Wydawałoby się, że w Polsce już kina dla młodych widzów się nie robi, chociaż ostatnio powoli coś się zmienia. Do tego trendu próbuje się wpisać debiut Marty Karczewskiej, przypominający troszkę klimaty książek Adama Bahdaja oraz Edmunda Niziurskiego, przeszczepiony do dzisiejszych realiów. Widać, że to produkcja skierowana do bardzo młodego widza, zaczynającego swoją przygodę z X Muzą. Jest to klasyczne kino, pełne zagadek, mylenia tropów oraz poszukiwania skarbu, który jest bardzo ciekawy (rysunek warszawskiej Syrenki od Pablo Picassa). Sama historia niezbyt mnie wciągnęła i jest pełna ogranych klisz (antypatyczny duet niań Pulchna i Chuda, oschła ciotka, troszkę nieporadni dorośli), które starszym odbiorcom będą zwyczajnie przeszkadzać. Całość idzie bardzo po sznurku, czasami jest dużo zbiegów okoliczności, a miejscami jest wręcz mrocznie jak w tunelu i zaskakująco poważnie jak na film familijny. Tutaj najważniejsza jest kwestia zaufania do innych, która jest wystawiana na próbę oraz przyjaźń Julki z Olkiem, o czym ciągle opowiada sama bohaterka z offu.

tarapaty2

Trudno się przyczepić do realizacji, bo jest bardzo porządnie wykonana. Ładne są zdjęcia z wykorzystywanym motywem z perspektywy otwieranych drzwi czy niszczonej ściany. Nawet dialogi są całkiem niezłe. Ale brakuje jakiegoś błysku czy czegoś, co wybijałoby ze stanu średniego, chociaż doceniam wyjście poza budynki.

tarapaty3

Aktorsko nie ma tu zbyt wiele do popisu, zaś dzieciaki (Hania Hryniewiecka oraz Jakub Janota-Bzowski) miejscami brzmią sztucznie, przyprawiając parę razy o ból uszu. Ok, to są debiutanci i nie należy wiele wymagać, jednak można było nad tym popracować. Troszkę luzu wniósł Piotr Głowacki (tajemniczy „Szef”) oraz przerysowany duet Maria Maj/Jadwiga Jankowska-Cieślak. Poważniejsza jest Joanna Szczepkowska (ciotka) i pojawiający się na dość krótko Krzysztof Stroiński (muzealnik).

Jeśli chcecie zobaczyć film dla młodego odbiorcy, to lepiej sięgnąć po „Za niebieskimi drzwiami” czy nawet „Klub włóczykijów”. Debiut Karwowskiej jest pewną nadzieją dla kina dziecięcego, chociaż dla mnie troszkę działał ziewogennie. Niemniej chciałbym więcej tego rodzaju kina w Polsce.

5/10

Radosław Ostrowski