Darling

Wszystko zaczyna się w nieznanym mieście, takim dużym. Jakich jest tysiące w USA. Ale akcja ogranicza się do bardzo starego domostwa, gdzie zostaje przydzielona młoda dziewczyna. Ma pilnować tego domu i nie otwierać drzwi na samej górze. Dom skryta bardzo mroczną tajemnicę.

darling1

Raz na jakiś czas pojawiają się takie filmy, o których mało kto słyszał. Czasami słusznie, a czasami nie. Jak jest z filmem Mickeya Keatinga? „Darling” to bardzo kameralne kino psychologiczne, które bardzo mocno inspiruje się utrzymanym w podobnym tonie filmom Romana Polańskiego. Fabuła jest tutaj bardzo szczątkowa, enigmatyczna oraz… bardzo prościutka. Jeśli oglądaliście „Wstręt”, to poczujecie się jak w domu. Reżyser bardzo próbuje wejść w zwichrowany umysł naszej bohaterki. Jednak realizacja jeszcze bardziej wywołuje spore zamieszanie. Montaż jest pełen krótkich przebitek, wywołujących wielką dezorientację. Co się dzieje naprawdę, a co jest tylko wytworem wyobraźni. Samo domostwo przypomina klasyczną produkcję z horroru: meble niemal wzięte z XIX wieku, brak śladów nowoczesnej technologii (nawet telefon jest niedzisiejszy). Tylko, że to wszystko jest zwyczajnie nudne, nieangażujące oraz kompletnie niezrozumiałe.

darling2

Niby realizacyjnie też się trudno do czegoś przyczepić, bo nawet muzyka jest tutaj podporządkowana formie. Czarno-białe zdjęcia sprawia jeszcze większe poczucie odrealnienia. Podział na rozdziały, wiele onirycznych scen (rozpędzony ruch bohaterki czy nawiedzony trup) – wywołuje to wielki mętlik w głowie. Niby intryguje, ale cały czas miałem wrażenie poczucia deja vu.

darling3

Dla osób zaczynających przygodę z psychologicznym horrorem „Darling” może być niezłym początkiem. Ale bardziej wyrobieni kinomani wyczują przeciętność, której nie jest w stanie uratować specyficzna forma.

5/10

Radosław Ostrowski

Fuga

Sam początek wywołuje dezorientację i intryguje. Widzimy plecy kobiety wychodzącej z tunelu na dworcu. Wygląda jakby chciała się zgłosić na casting do „Walking Dead”, tylko przedobrzyła z charakteryzacją. Długie blond włosy, rozmemłane, podniszczone ubranie, dużo brudu. Kobieta po wyjściu od razu staje na progu i zaczyna sikać w pozycji klęczącej. Po dwóch latach trafia do szpitala – nie ma dokumentów, nic nie pamięta (oprócz imienia Alicja) i ma siniaka na twarzy. trafia do telewizyjnego programu w stylu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, gdzie dzwoni… ojciec kobiety. Informuje, że ma ona na imię Kinga, oprócz tego jest mężatką z dzieckiem. Po tej informacji Alicja/Kinga trafia do swojego domu, zaś u kobiety zdiagnozowano fugę dysocjacyjną.

fuga1

Drugi film Agnieszki Smoczyńskiej kompletnie odcina się od wywrotowego, świadomie pstrokatego miksu musicalu z horrorem. Tutaj mamy do czynienia z psychologicznym dramatem, miejscami oglądanym jak thriller. Można odnieść wrażenie, że będzie budowana tajemnica wobec zniknięcia kobiety oraz próba jej powrotu do dawnego życia. Tylko, czy taki powrót jest w ogóle wykonalny? Co, jeśli nowa „ja” bardziej odpowiada? Jak nie chcę być matką, żoną i spełniać cudzych potrzeb, oczekiwań? Reżyserka stawia te dość prowokacyjne pytania, co dla wielu może być dość ciężką pigułką. Żeby jednak nie było tak łatwo, informacje są dawkowane bardzo oszczędnie. By jeszcze bardziej podkręcić klimat, wrzucone są kadry niemal lynchowskie w duchu (Kinga wygrzebująca się z ziemi i idąca przez tory czy wynurzająca się), co wywołuje wręcz oniryczny klimat. Tak samo jak bardzo stonowane kolorystycznie zdjęcia oraz bardzo nerwowa muzyka.

fuga2

Wielu ten film może znużyć bardzo wolnym tempem oraz brakiem jednoznacznych odpowiedzi na nurtujące pytania. Ale finał wszystko jest w stanie wynagrodzić, podobnie jak konsekwentna reżyseria oraz dość mocno trzymająca się ziemi historia. Jednocześnie bardzo wiarygodnie pokazany jest stan psychiczny bohaterki.

fuga3

Powiedzmy sobie to wprost, że jest to film Gabrieli Muskały. Aktorka nie tylko napisała scenariusz, ale stworzyła dwie postacie. Kinga/Alicja to dziwaczny konglomerat, próbujący się jakoś scalić ze sobą. Początkowo sprawia wrażenie bardzo wycofanej, niemal obcej komórki „wszczepionej” do dawnego organizmu. I początkowo nie potrafi się w tym odnaleźć, wydaje się podążać swoją drogą. Ale z czasem wydaje się, że jest szansa na powrót. Bardzo złożona, a jednocześnie stonowana kreacja, która zostaje w pamięci na długo. Fantastyczny jest także Łukasz Simlat w roli męża Alicji, który tak naprawdę ułożył sobie życie na nowo i dla niego ta sytuacja też jest skomplikowana. Czuć chemię miedzy postaciami oraz próby stworzenia więzi, a ten duet nakręca ten film.

„Fuga” wydaje się dziwacznym, lekko onirycznym dramatem psychologicznym, gdzie dopiero pod koniec pojawiają się pewne możliwe odpowiedzi. Bardzo tajemniczy, niepokojący i ciężki film, dający spore pole do interpretacji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

53 wojny

Czy można cierpieć na syndrom stresu bojowego bez stanięcia nogą na polu bitwy? Bez uczestnictwa w konflikcie zbrojnym? Odpowiedź na pytanie tylko teoretycznie wydaje się prosta. I nie brzmi ona nie. O tym właśnie opowiada debiutancki film „53 wojny”.

Cała fabuła skupia się na kobiecie o dość powszechnym imieniu Anna. Była fotografem oraz reporterem pracującym dla Gazety Wyborczej, gdzie poznała Witka. Mężczyzna jest korespondentem wojennym, który wyrusza gdzieś na kolejny konflikt. Jest rok 1992 i po jednej wojnie zaczynają pojawiać się kolejne. Po drodze rodzą się dzieci, wojny się kończą, a mężczyzna w domu pojawia się coraz rzadziej, rzadziej i rzadziej. I to zaczyna coraz bardziej oddziaływać na jej umysł, co kończy się trafieniem do oddziału psychiatrycznego. Diagnoza: syndrom stresu pourazowego.

53 wojny1

Od razu powiem to, żeby postawić sprawę jasno: to trudny, wymagający film skupiony na psychice głównej bohaterki. Trudno powiedzieć coś o fabule, bo jako takiej nie ma. Wszystko idzie niejako swoim rytmem: kolejne wyjazdy, kolejne wojny i kolejne czekanie. Na wiadomość, na śmierć, na cokolwiek. Wojna tutaj jest poznawana za pomocą opowieści męża, obrazków pokazywanych w telewizji. Jest brudna, brzydka i chropowata. Dla Witka jest narkotykiem, źródłem adrenaliny, a dla niej momentem grozy, źródłem strachu i niepewności.

53 wojny2

Reżyserka opowiada tą opowieść, próbując wejść w głowę Anki. I choć trudno się odnaleźć w fabule, pokazanie percepcji robi mocne wrażenie. Kamera niemal przyklejona jest do twarzy bohaterki, pokazując coraz bardziej narastający obłęd. Niemal ciągłe oglądanie telewizora, słyszenie różnych szumów, zniekształconych dźwięków, koszmarów, nawet majaków sennych. Ale im bardziej się to ogląda, tym bardziej film staje się męczący, trudny, wręcz depresyjny. Ciężko się to ogląda, a im bliżej końca, coraz większe są odloty (scena eksplozji).

53 wojny3

Najmocniejszym punktem całego tego filmu jest wielka kreacja Magdaleny Popławskiej. Aktorka wyciska maksimum z coraz bardziej popadającej w obłęd Anki. Jak z pełnej energii dziewczyny zmienia się w żywego trupa, pełnego nerwic, koszmarów oraz stanów nerwowych. Widać to zarówno w pustych oczach, niezadbanych włosach oraz niemal rozedrganym głosie. Bardzo łatwo było tą rolę przerysować, przeszarżować, ale na szczęście udaje się uniknąć wszelkich pułapek. Reszta obsady trzyma solidny poziom, choć stanowią tylko tło. Mamy Michała Żurawskiego (coraz bardziej nieobecny mąż), Krzysztofa Stroińskiego (operator Paweł) oraz Dorotę Kolak (matka Anki), będąc niejako wsparciem.

Bardzo trudny, wymagający, wręcz ciężki film. Poczucie coraz bardziej nasilającej się paranoi zaczyna męczyć, przez co można się mocno odbić. Ale kreacja Popławskiej jest tak magnetyzująca, że daje wiele satysfakcji.

6/10

Radosław Ostrowski

Patrick Melrose

Początek to rok 1982. Kiedy poznajemy Patricka jest między wstrzyknięciem heroiny a wciągnięciem białego proszku. Ale ten narkotyczny ciąg zostaje przerwany telefonem od wuja Nicholasa. I nie jest to zwykła pogadanka, bo zmarł jego. Ojciec, z którym nie miał zbyt dobrego kontaktu. Ma odebrać jego prochy do Nowego Jorku. To dopiero początek drogi Patricka zmierzającego ku autodestrukcji, dzięki której poznamy jego demony.

Pięciotomowy cykl Edwarda St Aubyna (pisany w latach 1992-2002) wywołała ogromny skandal na brytyjskiej scenie literackiej. Historia upadłego młodzieńca z arystokratycznej rodziny była nie tylko oskarżeniem wyższych sfer o hipokryzję oraz moralną degrengoladę (jakby nie powstało wcześniej wiele dzieł na ten temat), ale przede wszystkim była dla autora formą autoterapii. Bo wszystko, co w niej napisał wydarzył się naprawdę, zaś Patrick to było jego porte parole. Aż dziw bierze, że przez wiele lat żaden filmowiec nie sięgnął po ten materiał. W 2012 powstał film na podstawie czwartej części („Mleko matki”), ale dopiero stacja Showtime postanowiła w 2018 roku stworzyć miniserial oparty na całym cyklu. Karkołomnym zadaniem był pomysł, by jeden tom stanowił jeden odcinek. Tego przedsięwzięcia postanowili się podjąć reżyser Edward Berger (pracował m.in. przy serialu „Terror” oraz „Deutschland 83”) oraz scenarzysta i pisarz David Nicholls.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że każdy odcinek toczy się w innym okresie. Pierwszy to rok 1982, drugi pokazuje wakacje roku 1967, trzeci – 1990 (przyjęcie z udziałem księżnej Małgorzaty), czwarty – 2003 (ciężka choroba matki Patricka), zaś ostatni to rok 2005 (pogrzeb matki Patricka). Te przeskoki w czasie mogą wywoływać pewną dezorientację, bo informacje najbardziej interesujące – czyli co się działo przez ten czas z Patrickiem – są rzucane bardzo oszczędnie i zdawkowo. Dlatego serial trzeba oglądać w dużym skupieniu. Sam tytuł to mieszanka dramatu psychologicznego z czarną komedią, co ma pomóc wnieść troszkę światła do tej mrocznej opowieści.

Bo „Patrick Melrose” to opowieść o człowieku zmierzającym ku autodestrukcyjnemu pędowi, próbujący dzięki ironii jakoś przetrzymać kolejne dni przed śmiercią. Ale nawet ona nie jest w stanie wymazać z pamięci tego ciężaru, jaki go niszczy od środka. I nie chodzi o to, że miesza gorzałę z koksem, ale dlaczego to robi oraz czemu jest wściekły na ten cały świat. Kluczową rolę odgrywa tutaj montaż, gdzie pewne zdarzenia niejako nakładają się na siebie, stanowią repetycję, odbicie tego samego zdarzenia w innym czasie oraz okolicznościach (Patrick siedzący w aucie w pozycji pasażera z drgawkami). Są też krótkie przebitki, pozwalające wejść w zwichrowany umysł Patricka, który musi się zmierzyć z masą demonów: używki, mroczna przeszłość, hedonistyczny styl życia, własna rodzina.

A przy okazji jest to też portret arystokracji, będąca tutaj źródłem wszelkiego zła oraz aberracji. Bo ci ludzie pokazani są jaki wywyższające się istoty, będące niejako ponad wszelkimi normami i prawem. Żyją w złotej klatce, unieszczęśliwiając innych oraz najbliższych, lubią obgadywać za plecami. Nawet jak próbują być bardziej uczynni (matka Patricka przekazująca swoją rezydencję… new-age’owej sekcie), okazuje się być albo za późno, albo wydaje się to niepoważne, niezrozumiałe. Starzy ludzie (jak Nicholas Pratt) nie rozumiejący tego świata lub próbujący się do niego dopasować osoby z zewnątrz (młoda Bridget Watson-Scott) – wszystko to jest polane bardzo szyderczym, satyrycznym spojrzeniem.

Nie brakuje tutaj bardzo mocnych scen, chociaż osoby liczące na ostre momenty pokazujące ćpanie czy inne okrutne czyny (co robił ojciec Patricka z chłopcem, gdy byli sam na sam) mogą być rozczarowane delikatnością oraz subtelnością realizacji. Swoje robią też fantastyczne dialogi, bardzo płynna praca kamery (sceny z przyjęcia, gdzie nie brakuje mastershotów), montaż. No i scenografia – zwłaszcza w odcinku 2 i 3, jest zwyczajnie zachwycająca. Tak samo dobra jest podkreślająca ciężki klimat muzyka.

Ale powiedzmy to sobie wprost – to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie WYBITNA (nie, nie przesadzam) kreacja Benedicta Cumberbatcha. Aktor w wywiadach wspominał, że bardzo chciał zagrać Melrose’a, a po obejrzeniu serialu wiem dlaczego. To bardzo skomplikowana, pełna sprzeczności postać. Inteligentny, oczytany mistrz ironii, pełen jadu oraz nienawiści wobec swoich rodziców i tzw. high-lifu, który degeneruje kolejne pokolenia. Ale jednocześnie jest to złamany przez życie człowiek, próbujący jakoś wyjść na prostą. O ile to możliwe. Bo nigdy nie wiadomo, co ten bohater wykona. Wybuchnie gniewem, zachowa stoicki spokój, obrazi, załamie się, będzie na haju/na bani – jest bardzo nieprzewidywalny i to jest w nim fascynujące. Benedict bardzo wiarygodnie pokazuje wszelkie emocje i mu się po prostu wierzy, absolutnie nie przypominając swoich poprzednich wcieleń, zawłaszczając ekran dla siebie. Z tego grona przełamuje się kilka postaci, nawet w drobnych rólkach. Jednak najbardziej wybija się Hugo Weaving jako despotyczny, tyranizujący ojciec, samą facjatą budzący przerażenie. To straszna, wręcz przerażająca postać, pozbawiona człowieczeństwa. Podobnie antypatyczna jest matka grana przez Jennifer Jason Leigh, która pozostaje bierna wobec sytuacji domowej. I to budzi prawdziwe przerażenie.

„Patrick Melrose” może zaczyna się jak komedia o nałogowcu, ale im dalej w las, tym śmiechu jak na lekarstwo. Bardzo gorzki, brutalny, mroczny dramat człowieka wychodzącego z nałogu, wsparty przez absolutnie doskonałego Cumberbatcha. Zaś ostatnia scena wcale nie daje jasnej wskazówki, co do dalszych losów naszego bohatera. Długo się tej eskapady nie zapomni.

8/10

Radosław Ostrowski

Człowiek na torze

Rok 1950, gdzieś na Śląsku. Wszystko zaczęło się dość niewinnie, bo jedzie pociąg nocą. Jednak spokojna jazda zostaje przerwana z powodu człowieka na torze. Przejechanym mężczyzną był zwolniony wcześniej maszynista Orzechowski. Jednocześnie okazuje się, że na semaforze była zapalona tylko jedna lampa. Czyżby maszynista z zemsty dokonał sabotażu? Jeśli tak, to dlaczego stanął na torze? Specjalnie powołana komisja ma ustalić przebieg wydarzeń.

czlowiek na torze1

Andrzej Munk swoim debiutem z 1956 roku niejako rozpoczął nurt zwany polską szkołą filmową. Filmy te zaczęły dotykać tematów jakie wiele lat wcześniej były nietykalne. I nie chodzi tylko o czas wojenny (AK, Powstanie Warszawskie), ale też ówczesną rzeczywistość. „Człowiek na torze” ma tutaj formę tzw. produkcyjniaka. Czym były te produkcje? To były toczące się historie w środowisku robotniczym, skupione wokół kolektywu i realizacji jakiegoś planu. Postacie też wydają się wycięte z kartonu: młody idealista, kolektyw, wierny ideologii postępowiec, nie potrafiący się dostosować konserwatyści, sabotażyści czy wrogowie klasowi. Pierwsze minuty, kiedy komisja próbuje zebrać fakty, wydają się iść w tym kierunku. Lecz Munk jest bardziej cwany niż się wydaje i obnaża cała konwencję, pokazując jej pustkę oraz nijakość. Wszystko zaczyna nabierać więcej odcieni szarości.

czlowiek na torze2

Reżyser wykorzystuje te elementy do stworzenia kryminału. Wszystko skupia się wokół śledztwa, gdzie poznajemy relację trzech osób: członka komisji – zawiadowcę Tuszkę, mechanika Zaporę oraz dróżnika Sałatę. Każda z tych retrospekcji zaczyna rzucać nowe światło nie tylko na wydarzenia, ale i na samego Orzechowskiego. Niby kolejarz starej daty (jeszcze z czasów I wojny światowej), nie dostosowujący się do socrealistycznych norm, ale jest to profesjonalista, dla którego praca jest sensem życia. Bo gdzieś w realizacji tych wszystkich planów narzucanych przez system, człowiek wydaje się praktycznie nikim. Dla naszego maszynisty pójście na kompromisy (palenie gorszym węglem, wyrabianie się z czasem) wydaje się być niemal równoznaczne ze zdradą. Zdradą etosu pracy, etyki. Prawdę tą pokazuje tak naprawdę tylko zderzenie wszystkich relacji ze sobą, gdzie pewne rzeczy zaczynają nabierać nowego znaczenia.

czlowiek na torze3

Nadal wrażenie robi fantastyczny montaż oraz dialogi, do których ucho ma Jerzy Stefan Stawiński. Do tego najbardziej zaskakujący jest tutaj brak muzyki. Jej role pełnią tutaj dźwięki wydawane w tle przez pociągi oraz maszynerię. To nadaje rytmu całości, a nawet potrafi zbudować napięcie (scena przesłuchania dróżnika), co nadal robi wrażenie. Tak samo jak kapitalne aktorstwo, które za nic nie chce przejść do lamusa. Wielkie wrażenie robi Kazimierz Opaliński jako pozornie ostry Orzechowski oraz Zygmunt Maciejewski w roli wprowadzającego nowe porządki Tuszkę, a także Zygmunt Listkiewicz jako Zapała, powoli znoszący zachowania Orzechowskiego. Nawet drobne epizody zapadają w pamięć, co nawet dzisiaj wydaje się rzadkością.

Dla wielu problemem może być dość spokojne tempo oraz propagandowa nowomowa będąca gdzieś w tle. Ale „Człowiek na torze” trzyma w napięciu niczym rasowy dreszczowiec. Munk wymierza cios socrealizmu, burząc panujące filmowe normy, a za nim poszli kolejni reżyserzy.

8/10

Radosław Ostrowski

Bez znieczulenia

Jerzy Michałowski – reporter, dziennikarz, człowiek szanowany. Wręcz autorytet. Można powiedzieć, że żyje w luksusie, dobrobycie. Ma żonę, dwójkę dzieci (starsza studiuje w Moskwie), wpływowego przyjaciela. Żyć nie umierać. Ale całe to udane zaczyna się sypać. Najpierw był wywiad w programie telewizyjnym, wydana zostaje jego książka, a żona chce się rozwieść. To dopiero jednak początek.

bez znieczulenia1

Kiedy myśli się o Andrzeju Wajdzie, raczej nie łączy się go z kinem moralnego niepokoju. Owszem, był szefem Zespołu Filmowego X, gdzie kręcili najważniejsi twórcy tego nurtu (Feliks Falk, Agnieszka Holland, Janusz Zaorski, Radosław Piwowarski, Jerzy Domaradzki). Ale raczej nie nakręcił żadnego filmu w tym nurcie, prawda? Nie do końca. Był najpierw „Człowiek z marmuru”, a następnie w 1978 roku pojawił się ten tytuł. Scenariusz napisany wspólnie z Agnieszką Holland pokazuje powolną, ale stopniową agonię. Jak jedno zdarzenie, niczym kostki domina, doprowadza do upadku. Człowiek uważany za autorytet staje się kompletnie nikim. I niczym. Przyjaciele mają związane ręce, nagle wykłady zostają odwołane, a ważny wyjazd przemyka. Każde zdanie, każde słowo, każda decyzja może zostać wykorzystana przeciwko nam. Bo dla systemu jesteśmy bezwartościowi i do zastąpienia. Życie zawodowe i prywatne stanowi niebezpieczny zespół naczyń połączonych. Jak mówi adwokat: „Każdemu można wszystko udowodnić. A wina to pojęcie elastyczne”. Wszystko widzimy w tej mikroskali, bez podpinania do jakiegoś szerszego kontekstu, co jest dość zaskakujące. Szczególnie jak się oglądało ostatnie dokonania Mistrza.

bez znieczulenia2

Wajda nie korzysta tutaj z symboli, patosu też unika jak ognia, a wszystko ogląda się troszkę jak reportaż. Dialogi (czy nawet monologi) może wydają się troszkę rozbudowane oraz pełne intelektualnych kwestii, ale jest też bardzo przyziemnie. I nie czuć tutaj żadnych zgrzytów, a aura fatalizmu coraz bardziej zaczyna być odczuwalna. Zaś finał jest jak cios obuchem, chociaż nie jest on zaskoczeniem. Czy może jest? Kompletnie zaskakuje tutaj brak muzyki, co jeszcze bardziej kłuje i drażni uszy. Tym bardziej tutaj czuć pewien pazur, bezwzględność sytuacji.

bez znieczulenia3

Jeśli jest coś, co może przeszkadzać, to miejscami zbyt szybkie cięcia montażowe. No i jeszcze dość tajemnicza rola Krystyny Jandy, której za cholerę nie umiem rozgryźć. Studentka (chyba?), praktycznie milczy cały film – poza zakończeniem – i wprowadza się do mieszkania profesora jakby nigdy nic. Dlaczego? Jaka jest jej motywacja? Nie mam tego pojęcia, a jej obecność nie wydaje się aż tak istotna.

bez znieczulenia4

Za to strzałem w dziesiątkę było obsadzenie Zbigniewa Zapasiewicza w roli głównej. Aktor często pojawiał się w rolach intelektualistów i ta rola nie jest wyjątkiem. Ale ten bohater wydaje się troszkę bierny, jakby pozbawiony własnej woli. Każda jego próba wyjścia z sytuacji kończy się zderzeniem, klęską, porażką – tym, czego obawiał się najbardziej. Ale jednocześnie kibicowałem mu do końca. Nie tylko on błyszczy najbardziej. Równie mocny jest Andrzej Seweryn jako adwersarz naszego bohatera (Jacek), który bardzo chce się przebić i sprawia wrażenie zbuntowanego wobec establishmentu. Jednak pod tym wszystkim kryje się zakompleksiony chłopaczek. Tak samo wyrazisty epizod ma Jerzy Stuhr (adwokat żony Jerzego), będący prawdziwie śliską kanalią, grający bardzo nieczysto. No i jeszcze jest ona: Ewa Dałkowska, czyli Ewa. Żona, która ma dość męża, chce zacząć nowe życie i – ostatecznie – pociąga go na dno. Wydaje się być jedyną ważną osobą w życiu naszego bohatera, chociaż jej motywacja wydawała mi się nie jasna. Ale nie jest to postać demonizowana, że to „zła kobieta była” (scena rozprawy).

„Bez znieczulenia” to Wajda bardziej kręcący z pazurem i bez chodzenia na kompromisy pokazuje cenę za bycie sobą. Że za każdą podjętą decyzję tamten ustrój bardzo brutalnie wystawiał rachunek. Bez względu na cokolwiek. Strasznie depresyjny seans.

8/10

Radosław Ostrowski

Żywot Mateusza

Co jakiś czas pojawia się taki skromny, niepozorny film. Akcji w nim praktycznie nie ma, ale przykuwa uwagę. Tak mam z debiutem filmowym nakręconym w 1967 roku. jego bohaterem jest rodzeństwo: Mateusz i Olga. Mieszkają sobie gdzieś na poboczu wsi i prują wiązać koniec z końcem. On czuje silną więź z przyrodą i przewozi ludzi przez rzekę, ona robi swetry. Jakoś tak sobie żyją, ale wszystko się zmieniać, co natura niejako przekazuje.

zywot mateusza1

Debiutujący tym filmem Witold Leszczyński zaskoczył wszystkich. „Żywot Mateusza” klimatem przypomina kino skandynawskie – bardzo stonowane, wręcz ascetyczne w formie. Ale jednocześnie to wszystko wydaje się takie piękne, poetyckie, poruszające. Wszystko tutaj skupia się na małych rzeczach, pięknych krajobrazach oraz zwykłych, codziennych czynnościach. Ale opowieść poznajemy z perspektywy Matisa. To człowiek, który jak dziecko patrzy na świat: na drzewa, rośliny, ptaki. Jakby były dla niego częścią samego siebie. Jednak coraz bardziej docierają sygnały niszczące naturę: wielki ptak zostaje zastrzelony, drzewo zostaje rażone piorunem, nad głową lecą samoloty. Brat z siostrą coraz bardziej zaczynają się oddalać od siebie. Przestają się rozumieć, a dla Mateusza świat staje się coraz ciaśniejszy. Dla bohatera finał może być tylko jeden i to jest jedno z najbardziej poruszających zakończeń w polskim kinie.

zywot mateusza3

Jeszcze bardziej uderza tutaj forma: ascetyczna, a jednocześnie bardzo bogata kompozycja kadrów. Niby zdjęcia są czarno-białe, ale przyroda wygląda tutaj zachwycająco. Nadal jest tutaj wiele symboli (ptak, drzewo), dodających drugiego dna, lecz i bez nich film jest bardzo ciekawy. Z każdą minutą coraz bardziej poznajemy więź Mateusza z naturą, co wywołuje konflikt z siostrą. Zderzenie coraz bardziej obecnej cywilizacji z przyrodą staje się coraz bardziej bolesne. I nawet fantastyczna muzyka nie jest w stanie pozbyć wrażenia fatalizmu.

zywot mateusza2

Ten film nie działałby tak wspaniale, gdyby nie Franciszek Pieczka w roli tytułowej. Pełen entuzjazmu dziecka dorosły mężczyzna, nie potrafiący się dostosować do reguł współczesnego świata. Traktowany jako pocieszny idiota, to nadwrażliwiec z inną perspektywą na świat. Nie potrafi go zrozumieć Olga (zjawiskowa Anna Milewska), która darzy go miłością, ale bardziej stąpa po ziemi. Łatwiej się dostosowuje się do świata, choć nie jest to dla niej łatwe. Niemniej czuć harmonię w tym wszystkim.

zywot mateusza4

Zabrzmi to może dziwnie, ale debiut Leszczyńskiego to najbardziej skandynawski film produkcji polskiej. Bardziej skupione na budowaniu atmosfery i klimatu niż klasycznie rozumianej fabule, co dla wielu może być problemem. Ale nie dajcie się zwieść wiekowi produkcji ani czarno-białym zdjęciom. Zanurzcie się w tym doświadczeniu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Film jest (jeszcze) dostępny na VOD na stronie Studia Filmowego Zebra, które ma prawa do tego tytułu. Został on cyfrowo zrekonstruowany pod nadzorem autora zdjęć Andrzeja Kostenki. Link znajdziecie tutaj. Zobaczcie, póki jeszcze jest.

Mniejsze niebo

Dworzec kolejowy. Miejsce, gdzie ludzie stoją, czytają, piją, czekając na pociąg. Ale czy można na dworcu zamieszkać? I nie chodzi mi tutaj o kloszardów czy meneli, ale zwykłego szarego człowieka. Takim człowiekiem jest Artur – 45-letni mężczyzna, mikrobiolog. Zostawił pracę, żonę i dwójkę dzieci. Na dworcu praktycznie mieszka od 9 dni. Tam odnajduje go przyjaciel Filip i nie jest w stanie zrozumieć tej postawy. Decyduje się zadzwonić do doktora Barcza, by ten z nim porozmawiał.

mniejsze niebo1

To jeden z mniej znanych filmów bardzo znanego reżysera, Janusza Morgensterna. Reżyser próbuje zmierzyć się z jednym bohaterem w nietypowej sytuacji. Artur może sprawiać wrażenie wariata, zaś jego decyzja o opuszczeniu domu i pracy brzmi absurdalnie. Dodatkowo jego wyjaśnienia wydają się mętne. Troszkę jakby mu zupełnie nie zależało na akceptacji albo sam nie umiał wyjaśnić. Narracja jest tutaj dwutorowa. Z jednej strony mamy tutaj Artura na dworcu, który obserwuje życie na dworcu. Z drugiej mamy najbliższych, którzy próbują go zrozumieć. Rodzina, przyjaciel, jeszcze lekarz (dr Barcz) oraz Marek Weber – dziennikarz tv, próbujący wrócić na szczyt. Same informacje na temat bohatera są dawkowane, czasami enigmatyczne, zaś motywacja jest niejasna. Kryzys wieku średniego? Jakaś niejasna sprawa w pracy? Rodzaj buntu? Poczucie pustki? A może jest to próba życia po swojemu? Wbrew narzuconym regułom przez społeczeństwo. Te pytania pozostają bardzo głęboko po obejrzeniu, zaś częściowo odpowiedź dają fragmenty esejów Camusa.

mniejsze niebo2

Sama realizacja filmu przypomina troszkę dokument. Kolorystyka jest bardzo stonowana, zdjęcia bardzo oszczędne, bez fajerwerków. Wszystko to wydaje się przez to takie bardziej przyziemne, codzienne. A poczucie zagrożenia potęguje bardzo niepokojąca muzyka aż do dramatycznego finału. Finału, którego się nie spodziewałem, a uderzył z mocną siłą.

mniejsze niebo3

Spokojna narracja oraz delikatna ręka reżysera działa nadal, zaś najmocniejszą kartą jest znakomita rola Romana Wilhelmiego. Aktor tutaj tworzy bardzo stonowaną, wyciszoną kreację zmęczonego życiem, melancholijnego człowieka. Bardzo sugestywnie pokazuje człowieka szukającego swojego własnego azylu. Kontrastem dla niego jest wybijający się najbardziej Jan Englert jako dziennikarz-cwaniaczek. Emanuje pewnością siebie i sprytem, szukającym powrotu do sławy. Jest jeszcze trzecia wybijająca się postać, czyli doktor Barcz w zaskakującej roli Janusza Zaorskiego (i głosem Krzysztofa Kołbasiuka). Bardzo spokojny, dociekliwy, próbujący wejść i zrozumieć Artura, ale nie jest w tym nachalny. Takiej roli się nie spodziewałem.

„Mniejsze niebo” wydaje się jednym z mniej znanych filmów Morgensterna, który nie trafił w swój czas. Bardzo stonowane oraz wyciszone studium samotności w społeczeństwie, nie potrafiące zrozumieć innej postawy. Jeden ze smutniejszych polskich filmów, jakie widziałem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pod wulkanem

1 listopada 1938 roku. Wojna domowa w Hiszpanii powoli zaczyna wygasać, czuć powoli zbliżającą się wojnę. Ale w Meksyku obchodzone jest Święto Zmarłych – jest festyn, korrida, zabawa. To tutaj przybywa Geoffrey Fermin. Kiedyś był brytyjskim konsulem, ale opuścił tą pracę. Tak samo jak jego zostawiła żona, a od tej pory towarzyszy mu jedyna towarzyszka: butelka. No i jego brat Hugh, ale nic nie jest w stanie go uratować. Teraz przyjeżdża jego była już żona.

pod wulkanem1

John Huston w latach 70. przeprowadził się do Meksyku, zafascynowany kulturą tego kraju. Być może to zachęciło go do zekranizowania powieści Malcolma Lowry’ego. Opowieść o alkoholiku w ostatni dzień jego żywota. Choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, fatalistyczny klimat jest tutaj mocno odczuwalny. Już w czołówce widzimy czaszki, kościotrupy (jako marionetki) czy nawet diabły, ale to dopiero rozgrzewka. Dalej będzie picie, dużo picia. Gdzieś się pojawi się jeszcze trup, dziwki, bandyci. Cały czas coś wisi w powietrzu, choć sami jesteśmy rzuceni w sam koniec tej podróży. Nie wiemy, co się tak naprawdę stało ani kiedy zaczął się ten taniec z alkoholem. Fabuły jako takiej tu nie ma, jest tylko ciąg scenek, pokazujących ostateczny upadek konsula. Huston uwodzi nas za nos, ale kilka scen oraz monologów konsula zostaje w pamięci na długo. Może nie jest to aż tak depresyjny film jak „Zostawić Las Vegas”, ale uderza w podobne tony.

pod wulkanem2

Wizualnie „Pod wulkanem” jest wręcz ciepły, pełen słońca, wręcz upalny. To tylko podkreśla duszną atmosferę, która może zakończyć się tylko w jeden sposób. Nawet dźwięki sjesty nie przynoszą ukojenia. Odwiedzamy kolejne bary, knajpy, speluny, gdzie znajdują się barmani oraz inni ludzie, którzy zaczęli swój taniec. I próbujemy znaleźć odpowiedź na jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego konsul zaczął pić? Dlaczego odrzuca miłość swojej kobiety? I dlaczego idzie na samo dno? „Piekło… to moje naturalne siedlisko” – mówi sam zainteresowany, ale to może nie wystarczyć. Ciężko wejść jest w umysł tego bohatera, co dla wielu może być ciężką barierą.

pod wulkanem4

Sytuację częściowo wynagradza jedna kreacja, która trzyma ten film za pysk. Jest to Albert Finney w roli głównej – wypalony, próbujący nieudolnie ukrywać swoje picie. Mocne wrażenie robi scena, gdy bohater gra w klasy, monolog o Piekle, podchmielone słowa o śmierci podczas imprezy czy finałowa konfrontacja. Każde spojrzenie, wypowiadane słowo i gest ma tutaj prawdziwą siłę rażenia. Nic nie pozwala zapomnieć o tej postaci. Nawet partnerująca mu śliczna Jacqueline Bisset (żona Yvonne) oraz Anthony Andrews (Hugh) stanowią tylko tło dla Finneya.

pod wulkanem3

To najbardziej – obok „W zwierciadle złotego oka” oraz „Mądrości krwi” – wymagający film w dorobku Hustona. Bardzo chłodny, wręcz męczący i nieprzyjemny niczym najostrzejszy alkohol, ale jednocześnie intrygujący. Trudna mieszanka, która na pewno wielu kinomanów podzieli.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

W zwierciadle złotego oka

Wszystko zaczyna się w garnizonie wojskowym, gdzie – jak dostajemy na początku info – dochodzi do morderstwa. Chociaż na pierwszy rzut oka nic tego nie zapowiada. Wszystko się skupia na czterech kluczowych postaciach: majorze Pendeltonie, jego żonie Eleonorze, ich sąsiadach państwu Langdon oraz opiekującego się koniem majorowej, szeregowca Williamsa. Problem w tym, że major jest zafascynowany szeregowym, zaś między nim a żoną się nie układa, sąsiad podkochuje się w majorowej, a jego żona ma problemy psychiczne (tragiczny poród dziecka zakończony jego śmiercią). Tragedia wydaje się nieunikniona.

zwierciadlo zlotego oka1

To jest jeden z trudniejszych filmów Johna Hustona oparty na powieści Carson McCullers. Dlaczego trudny? Bo skupiony na tym, czego nie widać i nie słychać od razu, przez co wymaga większego wysiłku w trakcie seansu. Każdy z bohaterów tego dzieła jest zduszony w pewnych konwenansach oraz szablonach, do których muszą się dostosować, lecz tak naprawdę są nieszczęśliwy, przytłumieni. Każdy tutaj coś ukrywa: tragedię, demony, swoją orientację oraz lęki. Problem w tym, że nie jest to powiedziane wprost, przez co seans wydaje się dość trudny. Bo mamy nieudaną próbę samobójczą (żona porucznika), podglądactwo (szeregowy Williams), tłumiony homoseksualizm zakończony maltretowania zwierząt (major) czy brak pożądania (majorowa) i to wszystko doprowadza do pewnych wynaturzeń, degradacji. Ci wszyscy ludzie są w stanie pewnego zawieszenia, nie gotowi na podjęcie tego ostatecznego, decydującego kroku.

zwierciadlo zlotego oka2

Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas oglądania „W zwierciadle…” to zdjęcia, nałożone na kadry żółty, wręcz złoty filtr, tworzący lekko surrealistyczne doświadczenie. Tak samo jak bardzo oszczędna, niepokojąca muzyka, budująca mroczny, gęsty, fatalistyczny klimat. Gdyby to jeszcze było bardziej czytelne, seans na pewno byłby bardziej satysfakcjonujący.

zwierciadlo zlotego oka3

Aktorstwo wypada tutaj więcej niż dobrze. Fason trzyma bardzo wycofany Marlon Brando (głos prawie jak Billy Bob Thornton w „Sling Blade”) w roli tłumiącego swoją orientację majora, wyżywającego się na koniu. Zjawiskowo wygląda (jak zawsze) Elizabeth Taylor jako pani major, troszkę głupia, egoistyczna, pełna chuci. Dla mnie jednak film kradnie Julie Harris, czyli pani Langdon – naznaczoną traumą kobietę, żyjąca wręcz niczym duch, nabierająca radości dopiero w obecności służącego Anacleto (równie cudny Zorro David). I była to jedyna postać, z którą byłem w stanie nawiązać jakąś więź. Mniej do roboty miał za to debiutujący Robert Forster w roli szeregowego Williamsa, będący tylko ładnym dodatkiem.

„W zwierciadle złotego oka” to kolejna próba Hustona do wejścia w stan ludzkich lęków, emocji, tłumionych przez lata. Tak jak w „Skłóconych z życiem” czy „Nocy iguany”, lecz ten film z 1967 roku wydaje się najmniej przystępne z tego nurtu Amerykanina. Niemniej jest to intrygująca produkcja z gęstym klimatem oraz wyrazistym aktorstwem.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307