Debiutantka

Kiedy poznajemy Ewę, wysiada z pociągu w Trójmieście. Wygląda jak chłopczyca (krótka fryzura, dżinsowe spodnie), nosi duży plecak i wydaje się, że troszkę czasu tu spędzi. Została zatrudniona przez Jerzego – wielkiego mistrza architektury. Pracuje nad swoim nowym dziełem, czyli projektem muzeum morskiego. Powoli zaczyna zdobywać zaufanie Jerzego, który proponuje wprowadzenie się do jego domu. Tam przebywa jego młoda żona, a także jest asystentka, co tworzy dość dziwny układ.

debiutantka1

Barbara Sass uważana była za specjalistkę od tzw. kina kobiecego, czyli filmów z postaciami żeńskimi w rolach głównych. Nie inaczej jest w „Debiutantce”, czyli psychodramie rozpisanej na trzy kobiety oraz jednego mężczyznę, który – w pewnym sensie – ma nad nimi władzę. I ta dziwaczna, toksyczna relacja zostaje zaburzona z pojawieniem się Ewy. Młoda, ambitna, twardo dążąca do celu kobieta staje się zagrożeniem dla Marii, bardzo silnie związana z Jerzym, niemal kontrolująca jego życie, pracę. Niby jest jeszcze bardzo młoda żona, jednak jest tak naiwna, wręcz dziecinna. Nawet nie zauważa, że jej mąż ma kochankę. Ale to wszystko jest widoczne w drobnych scenkach, gestach oraz spojrzeniach, pozornie nieistotnych (scena, gdy Maria „tańczy” przy drzwiach), jednak coraz bardziej atmosfera robi się nieprzyjemna. To musi się skończyć w jeden sposób, czyli któraś z pan nie wytrzyma tego stanu rzeczy.

debiutantka2

Sama intryga sprawia wrażenie pokazanej w bardzo chłodny, wręcz zimny sposób, przez co wiele rzeczy może umykać. Sass wiele rzeczy nie pokazuje w kadrze i to dla wielu osób może być dezorientujące, niemniej warto skupić się podczas seansu. Wszystko okraszone jest krótkim tematem muzycznym, który rzadko się pojawia, ale zawsze w istotnych momentach. Reżyserka przy okazji zadaje bardzo ważne pytanie: czy warto wszystko poświęcić dla mężczyzny? Zwłaszcza, jeśli on traktuje je w sposób dość mechaniczny, egoistyczny? Wymagając od niej pełnego oddania oraz poświęcenia się? Niby to retoryczne pytanie, ale odpowiedź nie jest wcale taka prosta.

debiutantka3

I mamy tutaj prawdziwy koncert aktorski. Błyszczy bardzo powściągliwa Dorota Stalińska, chociaż w sposobie mówienia słychać pewne rozedrganie. Absolutnie porywa jako kobieta próbująca zachować niezależność, ale jest zafascynowana geniuszem mężczyzny. Równie świetna jest Elżbieta Czyżewska w roli Marii – pozornie chłodnej, ostrej w języku kobiety. Jednak to wszystko jest tak naprawdę tylko maską, skrywającą nieszczęśliwą, wręcz przyzwyczajoną do pewnego stanu rzeczy osobą. Jedyną odstającą postacią jest żona (Bożena Adamek), ale to wynikało z faktu, że nie byłem w stanie polubić tej postaci. No i wisienka na torcie w postaci niezawodnego Andrzeja Łapickiego w roli Jerzego – człowieka otoczonego wielkim kultem, ale tak naprawdę działającego bardzo destrukcyjnie na wszystkich dookoła. Obojętny, nie idący na układy, sprawiający wrażenie troszkę nieporadnego, w rzeczywistości wymaga najbardziej oddania oraz posłuszeństwa.

„Debiutantka” może być dobrym tytułem, od którego zaczęłaby się przygoda z Barbarą Sass. Niby czasy się zmieniły, ale jak widać pewne pracownicze praktyki oraz skomplikowane relacje damsko-męskie pozostają ponadczasowe, co podkreśla słodko-gorzki finał. I to nadal potrafi uderzyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Kobieta w kapeluszu

Poznajcie Ewę – to bardzo młoda dziewczyna, pracująca jako aktorka w teatrze w dużym mieście. Choć ma talent oraz spore predyspozycje, to jednak nie zdarzyła się jakaś poważniejsza, duża rola, dająca jej szansę na przebicie. Ale pojawia się szansa, związana z reżyserem Lewickim, które chce wystawić samego „Króla Leara” i chciałby obsadzić Ewę jako Kordelię.

kobieta_w_kapeluszu1

Kolejne spotkanie ze Stanisławem Różewiczem, czyli mamy psychologiczny dramat, będący także obserwacją środowiska artystycznego. Czyli świata teatru, które już reżyser obserwował w filmu „Drzwi w murze”. Ale zamiast dramaturga, mamy niespełnioną aktorkę, która chce się przebić. Problem jednak w tym, że sam talent nie wystarcza – potrzebne są znajomości (najlepiej z dyrektorem), przyjaźnie oraz wszelkiego rodzaju układy. Ewentualnie trzeba zwyczajnie czekać, aż los da szansę. O ile w ogóle zamierza to zrobić, bo może zdarzyć się wszystko. Różewicz przygląda się teatrowi jako miejscu nie tyle skostniałemu, co nierentownemu, przegrywającego rywalizację z telewizją czy filmem. Jednocześnie jest pewna tajemnica związana z przeszłością naszej bohaterki, a konkretnie jej ojcem, ale tego nie zamierzam wam zdradzić. Konstrukcją bardzo przypomina „Anioła z szafy”, czyli mamy zbiór scenek związanych z pracą Ewy, odwiedzanymi postaciami (starszą panią, którą się opiekuje, rozmów z koleżanką Magdą, siostrą czy swoją nauczycielką) ewentualnie w domu, gdzie jest sama.

kobieta_w_kapeluszu2

Reżyser w tej swojej obserwacji zadaje jedno, bardzo ważne pytanie o sens pracy, gdzie nie ma się szansy na rozwinięcie skrzydeł, gdzie dostajesz najwyżej epizody (tytułowa kobieta w kapeluszu), choć pragniesz sięgnąć gwiazd. I ta rutyna, zawierzenie losowi zaczyna naprawdę uwierać. I co zrobić? Dostosować się do panujących reguł, lekko niszcząc swoją wrażliwość? Wpychać się łokciami? A może zwyczajnie zrezygnować i poszukać innej pracy? Pytania zostają bez odpowiedzi, ale samo zadanie może skłonić do zastanowienia. Jest tu kilka magicznych scen (powtarzany „taniec marionetek” w połączeniu z dość pokręconą muzyką Jerzego Satanowskiego działa wręcz piorunująco czy finał na plaży), które zostaną na długo, choć wielu może się strasznie wynudzić. Ale realizacyjnie trudno się do czegokolwiek przyczepić, bo dobrze to wygląda, wyraźnie wszystko słychać, choć nie ma tutaj zabawy formą.

kobieta_w_kapeluszu3

Do tego jeszcze naprawdę świetne aktorstwo, gdzie mamy bardzo rozpoznawalne twarze takich osób jak Henryk Machalica (aktor Jan), Paweł Wawrzecki (Zbyszek) czy Krzysztof Gosztyła (fotograf). Ale drugi plan dominuje w drobnej rólce Marek Kondrat w roli reżysera, który nie potrafi się odnaleźć w sztuce ani nie posiada jakiejś konkretnej wizji. Jednak wszystko trzyma na swoich barkach Hanna Mikuć. Pozornie nie rzucająca się w oczy, ale nie można oderwać od niej oczu – mieszanka wrażliwości, lęku, pasji oraz tajemnicy. Potrafi zaskoczyć lekkością („wywiad” z Magdą), by wejść w poważniejsze tony, co jest nieprawdopodobne. Piorunująca mieszanka.

„Kobietę w kapeluszu” można potraktować jako film, który mógłby spokojnie wejść do kina moralnego niepokoju, ale Różewicz bardziej skupia się na portrecie psychologicznym niż dylematach moralnych. Mimo dość epizodycznej konstrukcji, potrafi zaintrygować, wciągnąć i wydaje się uniwersalny, mimo realiów PRL-u.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Drzwi w murze

Wiktor Zawadzki przyjeżdża do Gdańska, gdzie jest wystawiana jego sztuka. Choć zarezerwował pokój w hotelu, nie może się wprowadzić, gdyż… przyjechał za wcześnie i nie może teraz wejść, ale w zamian zostaje zaproponowana prywatna kwatera. Tak poznaje Krystynę oraz jej matkę, którą się zajmuje. Mężczyzna stara się raczej nie wchodzić w życie kobiety, ale zaczyna dostrzegać pewne dziwne rzeczy.

Kolejna podróż ze Stanisławem Różewiczem, który tym razem przygląda się współczesności. Cała fabuła toczy się na dwóch wątkach, które się przeplatają ze sobą. Pierwszy dotyczy pracy nad sztuką, której ani reżyser, ani aktorzy nie do końca potrafią ją ugryźć. Bo to sztuka bardzo awangardowa, pozbawiona jakiejkolwiek treści, gdzie postacie są marionetkami, a reżyser próbuje znaleźć sens w tym wszystkim. Tylko, że próby wychodzą dość słabo, aktorzy (zwłaszcza grającą główną rolę) nie potrafią jej zrozumieć, proponują kolejne poprawki, co wywraca kompletnie sens dzieła. I tutaj zaczynają się pojawiać pytania o sztukę, przystępność, przy okazji pokazując pewne rozgoryczenie autora, twórcy zderzonego z artystami, którzy okazują się być ludźmi.

drzwi_w_murze1

Ale o wiele ciekawszy był dla mnie wątek obyczajowy, czyli bardzo toksyczna relacja matki z córką, której mężczyzna staje się obserwatorem mimo woli. Przez dłuższy czas reżyser podpuszcza i pokazuje najpierw kilka zdarzeń (matka z przywiązaną do stołu nogą, dziejącą się poza kadrem kłótnię z oskarżeniami o trucie), by coraz bardziej utwierdzić w przekonaniu, że coś z tą postacią jest nie tak. Coraz bardziej postępująca choroba psychiczna czynią tą postać coraz bardziej przerażającą, chociaż wiele jej zachowań ma na celu niemal całkowitą kontrolę nad życiem swojej córki (celowo wyrzuca talerz z zupą, udając swoją niezdarność czy zalanie wanny do pełna), stając się coraz większym ciężarem.

drzwi_w_murze2

Różewicz nadal nie bawi się w szybkie prowadzenie fabuły, bardziej interesując się psychologicznym portretem Zawadzkiego (świetny Zbigniew Zapasiewicz) – autora, który wydaje się być bardziej przyziemnym człowiekiem. Ale bardzo mocno uderza bierność, wręcz wycofanie wobec wydarzeń. Jakby było mu wszystko jedno, jakby nie chciał marnować czasu oraz energii na jałowe dyskusje i nie dopuszczając nikogo do siebie. To dość zagadkowa postać, co podkreśla jeszcze scena snu. Jednak film kradnie absolutnie niesamowita Ryszarda Hanin, swoją obecnością serwując prawdziwą huśtawkę emocji: od współczucia po przerażenie, niemal dominując ekran. Przy tej parze pewnym tłem wydaje się kreacja Wandy Neumann (Krystyna), ale nie jest to poznać nijaka. Coraz bardziej przytłumiona, wycofana, w postaci nowego gospodarza zaczyna dostrzegać pewną szansę na wyrwanie się (a może to moja nadinterpretacja?), lecz ten klincz wydaje się bardzo silny, by się od niego uwolnić.

drzwi_w_murze3

„Drzwi w murze” jest zaskakująco aktualnym studium zarówno choroby psychicznej, jak i pewnej emocjonalnej pustki otaczającej naszego autora. Na ile jednak jest to jego prawdziwe ja, a na ile jest to pewnego rodzaju kreacja – na to trzeba sobie samemu odpowiedzieć, bo kropki nad i tutaj nie znajdziecie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Prawdziwa historia

Pisarka Delphine właśnie promuje swoją świeżo wydaną powieść. Próbuje pracować nad swoim nowym dziełem, tylko nie jest w stanie niczego napisać. Brak weny, brak pomysłów, ciągłe zmęczenie – jak tu coś stworzyć? Wtedy w jej życiu pojawia się pewna tajemnicza kobieta o imieniu Elle. Początkowo sprawia wrażenie fanki i pierwsze spotkania są takie na przyjacielskiej stopie, ale okazuje się być ghostwriterem z pewnymi problemami. Z czasem ta więź staje się coraz silniejsza do tego stopnia, że Elle wprowadza się do domu Delphine.

prawdziwa_historia1

Żaden polski reżyser nie jest tak rozpoznawalny na świecie jak Roman Polański. Ten reżyser bardzo rzadko schodzi poniżej swojego poziomu, głównie skupiony na psychodramach w bardzo ograniczonej przestrzeni. „Prawdziwa historia” przypomina poprzednie filmy reżysera, co samo w sobie nie musi być wadą. Problem w tym, że ta cała opowieść kompletnie nie angażuje. Dlaczego? Po pierwsze, postacie, które są kompletnie nieprzekonujące. Niby ważna jest ta więź, tylko że ona przebiega za szybko i jest parę momentów, w których ta relacja powinna zostać dawno zerwana (zniszczenie miksera – kompletny brak reakcji ze strony Delphine), zaś coraz większa kontrola nowej przyjaciółki odbywa się aż za prosto. Poza tym Polański zaczyna używać narzędzia, którego nigdy nie używał – łopaty. Niby nie narzuca jednoznacznie interpretacji co do tego, kim są dwie panie, ale jest kilka sugestywnych chwil (nachalna, demoniczna muzyka, podobny strój, buty, ten sam kolor włosów) narzuca jeden, bardzo oczywisty trop. Nawet momenty mające budować napięcie (zatrucie, karmienie, senne majaki) wywołują jedynie znużenie albo śmiech. Zbyt wiele razy to widziałem, żeby kompletnie się zaangażować. Czuć tu inspirację „Misery” (złamanie nogi i pobyt w opuszczonym domku) czy „Autorem widmo”, które są tutaj bardzo mechanicznie narzucone. Fabuła ma wiele dziur i jest kompletnie niewiarygodna aż do samego „przewrotnego” finału.

prawdziwa_historia2

Owszem, film wygląda miejscami bardzo elegancko, z kilkoma niezłymi sztuczkami (początek filmu czy finał), jednak to za mało, by został w pamięci na dłużej. Grające główne role Emmanuelle Seigner (Delphine) i Eva Green (Elle) starają się jak mogą, by zbudować postacie, jednak Polański kompletnie nie daje im szans na rozwinięcie skrzydeł. Między tą parą nie czuć kompletnie żadnego napięcia, żadnej chemii, a ich zachowanie wydaje się miejscami nielogiczne. Drugi plan tutaj praktycznie nie istnieje, bo i te postacie nie są zbyt istotne.

Jak coś takiego mógł zrobić Polański? „Prawdziwa historia” nie ma w sobie niczego prawdziwego, a seans przypomina odwiedzanie skansenu, gdzie znajdujemy znajome obrazy, oparte na ogranych schematach, pozbawionych czegoś świeżego, żywotnego. Nie pamiętam, żeby jakikolwiek film Polaka wywołał takie rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski

Jak narkotyk

Jest rok 1980. Dla Anki to czas końca nauki w liceum, prób stworzenia własnych wierszy, czyli powolny czas wchodzenia w dorosłość. Jest jednak jeszcze jedna rzecz: coraz bardziej osłabione serce, które coraz bardziej daje o sobie znać. Lekarze dają jej góra 2 lata życia, chyba że dojdzie do operacji. Ale w kraju nikt się tego nie może podjąć. Poza tym pojawia się mężczyzna – artysta Jacek, w którym się zakochuje.

jak_narkotyk1

Sam film Barbary Sass to dziwny dramat psychologiczny, próbujący pokazać życie młodej kobiety z góry wyznaczonym wyrokiem. Jednak „Jak narkotyk” ogląda się dość ciężko, nie z powodu dwóch godzin trwania, tylko sama historia wydaje się być bardzo hermetyczna. Reżyserka próbuje skupić się na samej bohaterce, przez co przeskakujemy z jednego zdarzenia do drugiego bez bezpośredniego ciągu przyczynowo-skutkowego, wywołując kompletne zagubienie. Kolejne postacie, kolejni mężczyźni, drobne sceny zabarwione onirycznym klimatem (głównie w zielonych filtrach czy sceny, gdzie są recytowane wiersze), alkohol, seks, wiersze – miesza się tutaj wiele, a przeskoki w czasie są dość spore, przez co nie byłem w stanie się zawsze zorientować, w którym momencie życia obserwujemy bohaterkę. Ile dokładnie trwa pobyt w Londynie? Kiedy Anka zostaje wykładowcą akademickim? Kim jest tajemnicza dziewczynka, która się pojawia i znika? Wszystkiego trzeba się domyślać, co samo w sobie nie musi być złe, ale nadmiar znaków zapytania potrafi szkodzić.

jak_narkotyk2

Z jednej strony coś, co można na siłę nazwać czerpaniem z życia garściami, bo czasu jest malutko. Z drugiej strony to wszystko przypomina pęd ku autodestrukcji, jakby wszystko nie było istotne. I to wywołuje jeszcze większy chaos, zaś zachowanie Anki miejscami wydaje się niezrozumiałe, wręcz okrutne (spotkanie z Jackiem w mieszkaniu oraz rozmowy telefoniczne z nim). I nie potrafiłem tego zrozumieć, co było dla mnie przeszkodą nie do przeskoczenia. Miejscami też montaż serwuje krótkie repetycje niektórych scen tuż po sobie, sprawiając wrażenie niechlujstwa, tak jak rzadkie ujęcia z ręki, przez które niewiele widać.

jak_narkotyk3

Sytuację próbuje ratować grająca główna role Magdalena Cielecka i ta rola robi bardzo mocne wrażenie. Mieszanka radości, cynizmu, skłonności autodestrukcyjnych z delikatnością, (nad)wrażliwości jest tutaj pokazania wiarygodnie, bez cienia fałszu, tylko że trudno wejść do końca w psychikę bohaterki, co jest winą scenariusza. Z dalszego planu najbardziej wyróżnia się świetny Krzysztof Pieczyński w roli niewidomego Jacka, przykuwając uwagę samą tylko obecnością oraz obsadzony w podwójnej roli Bartosz Opania (neurotyczny Piotr oraz pewny siebie Jurek).

„Jak narkotyk” pozostaje reliktem swoich czasów, czyli lat 90., próbując się odnaleźć w nowych realiach. Próbuje coś powiedzieć w sposób bardziej ambitny, jednak fabuła po pewnym czasie zaczyna się rozmywać, przez co skupienie się jest bardzo ciężkie. Jeśli warto to tylko dla Cieleckiej, grającej wbrew późniejszemu emploi, co bardzo cieszy.

6/10

Radosław Ostrowski

Pierwszy reformowany

Pierwszy Kościół reformowany znajduje się gdzieś w stanie Nowy Jork, chociaż bardziej pełni on rolę muzeum czy sklepu z pamiątkami, zaś msze odbywają się bardzo rzadko. I to tutaj trafia wielebny Ernst Toller – duchowny z dość mroczną przeszłością. Duchowny postanawia w ciągu roku pisać dziennik, w którym szczerze opisze swój dzień, przemyślenia oraz dylematy. Ale zapalnikiem do zmian staje się poznane małżeństwo Mary i Michaela – ona jest w ciąży, on jest zaangażowanym ekologiem z radykalnymi poglądami. Duchowny próbuje mu pomóc, jednak wszystko kończy się samobójstwem mężczyzny.

first_reformed1

Paul Schrader jako reżyser nie odniósł może takich sukcesów jak scenarzysta, niemniej próbuje wrócić na dobre tory. Jego nowe dzieło to troszkę taka współczesna wariacja najsłynniejszego skryptu – „Taksówkarza”, tylko że Travis nosi sutannę. Sama historia toczy się bardzo powolnym, dla wielu wręcz sennym tempem, gdzie widzimy Tollera, który albo się dzieli swoimi przemyśleniami (spisując je, modląc się albo będąc w swoim pokoju), albo wchodzi w interakcje z innymi ludźmi. To wszystko buduje bardzo specyficzny klimat, podkręcony monochromatycznymi barwami oraz obrazem w formacie 4:3 (bardzo wąskie kadry, wręcz ciasne). A jednocześnie próbujemy rozgryźć naszego duchownego. Z jednej strony jest to osoba z bardzo bolesną przeszłością (śmierć syna, rozpad małżeństwa, choroba, alkoholizm), nie pozbawiony jednak empatii oraz wrażliwości, z drugiej jednak strony to cierpienie chyba sprawia mu frajdę i zaczyna się coraz bardziej oddalać od innych. Jego poglądy zaczynają ewoluować w kierunku, jaki miała ofiara, czyli sprzeciwu wobec niszczenia Ziemi, a klincz staje się cięższy, gdy wielebny odkrywa, że sponsor 250-lecia kościoła jest powiązany z rynkiem antyekologicznym.

first_reformed2

Reżyser wykorzystuje kilka wątków (wątek ekologiczny, kwestia poświęcenia dla swoich wartości, romans oraz wątpliwości duchownego), by z jednej strony skupić się na pewnych problemach współczesnego duchowieństwa, z drugiej znowu się przygląda ciemnej stronie człowieka. W którym momencie zaczyna się fanatyzm, jaki jest sens ludzkiego cierpienia. W pewnym momencie zacząłem dostrzegać, że wielebny zwyczajnie oszukuje. Nawet pisząc dziennik (który i tak po napisaniu ma być zniszczony), nie jest ze sobą szczery, bo narracja z offu, niekoniecznie się pokrywa z tym, co widać (o wstaniu trzeźwym, gdy widzimy jak w nocy popija łyskacza). Im bliżej finału, tym bardziej Schrader pozwala sobie na oniryczne momenty, choć mogą one wprawić w konsternację (intymniejszy kontakt duchownego z Mary, gdzie para „odlatuje” poza pokój i lata… nad górami). Zaś zakończenie przypomina dość brutalną prawdę, że nawet ksiądz jest tylko człowiekiem.

first_reformed3

Sprzeczności duchownego bardzo dobrze wygrywa Ethan Hawke, który jednym spojrzeniem mówi więcej niż słowami, a postać Tollera przez cały film pozostaje enigmą. Równie zaskakujący jest Cedrik the Entertainer w roli pastora, który stara się pomagać Tollerowi i wesprzeć go w trudnych chwilach. Troszkę słabiej wypada Amanda Seyfried (Mary), w której romans było mi bardzo trudno uwierzyć. Być może wynika to z faktu, że ten wątek był nie najlepiej napisany, przez co aktorzy mieli związane ręce.

„First Reformed” nie jest wielkim powrotem Schradera do wielkiej formy, ale to silna próba rehabilitacji po ostatnich filmach. Reżyser nadal prowokuje, niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu, jednak nie przekracza jej. Bardzo wymagający, ciężki film, który na pewno zostaje w pamięci.

7/10

Radosław Ostrowski

Ciemna strona księżyca

Prawnicy to jeden z najbardziej znienawidzonych zawodów świata, ale bez nich wielu poważnych interesów nie da się załatwić. Jednym z takich jest Urs Blank – specjalista od spraw finansowych. Ma piękną żonę (właścicielkę galerię sztuki), od groma forsy, wypasiony dom i wszystko wydaje się ok. Ale wszystko zmienia się, gdy jeden z klientów popełnia samobójstwo na jego oczach. I wtedy pojawiają się dwie istotne postacie – nowy klient (Pius Ott), chcący doprowadzić do dużej fuzji z firmą farmaceutyczną oraz nieznajoma Lucille. Cale spokojne życie zostaje wywrócone do góry nogami, a podczas jednego spotkania z kochanką, dostaje niewinnie wyglądający grzybek.

ciemna_strona_ksiezyca1

Pozornie film Stephana Ricka wydaje się zwykłym dramatem psychologicznym, ale im dalej w las (dosłownie), zaczyna się robić coraz mroczniej, niepokojąco. Niby dostajemy zwykłą historię człowieka, który poznaje ciemną stronę samego siebie. Ale czy to grzybek halucynogenny jest odpowiedzialny za ten burdel w głowie? Czy też był tylko zapalnikiem zmian, dochodzących wcześniej? Znużenia swoją pracą, kryzysem wieku średniego? Na to jasnej odpowiedzi nie znajdziecie. Dalej jednak mamy do czynienia z rasowym thrillerem, zaś intryga przebiega nie tylko wobec ciemnej strony Blanka, ale też sprawy fuzji. Niepokojąca tajemnica z nowym lekiem, a jednocześnie mamy leśne wyprawy Blanka po grzybka oraz coraz bardziej przerażające zmiany: wypadek, morderstwo, krew.

ciemna_strona_ksiezyca2

Sam film wygląda naprawdę dobrze, gdzie najlepiej prezentują się sceny w lesie. Nie tylko ze względu na surowy wygląd, lecz też niemal wszechobecną mgłę, budującą poczucie zagrożenia. I to właśnie w lesie dochodzi do ostatecznej konfrontacji, trzymającej w napięciu aż do otwartego finału. Ale wielu może zniechęcić bardzo powolne tempo oraz dość niejasne zakończenie.

ciemna_strona_ksiezyca3

Za to mamy bardzo mocną rolę Moritza Bleibtreu jako Ursa. Aktor fantastycznie buduje portret człowieka powoli odkrywającego swoją bardziej niepokojącą stronę swojej osobowości. Człowieka, odkrywającego przemoc, zabijanie, dla którego psychodeliczny grzybek staje się wręcz obsesją. I ta przemiana budzi przerażenie oraz stawia pytanie: czy w każdym z nas siedzi bestia? Równie intrygujący jest dawno nie widziany Jurgen Prochnow w roli śliskiego przedsiębiorcy Otta oraz pociągająca Nora von Waldstetten (Lucille).

Jaka jest „Ciemna strona księżyca”? Tajemniczym, miejscami bardzo niepokojącym thrillerem psychologicznym, przypominającym o dwóch twarzach każdego człowieka. Pozornie spokojny i powolny, ale prowokujący do myślenia.

7/10

Radosław Ostrowski

Topór na miodowy miesiąc

John Harrington jest szefem domu mody, w którym modelki noszą tylko stroje ślubne. Ale kiedy poznajemy go po raz pierwszy, zabija w pociągu parę nowożeńców. Za pomocą tasaka. Zresztą sam bohater określa siebie jako paranoika, żyje z niekochaną żoną i jest świadomy swoich zbrodni. Jednocześnie zabija, by rozwiązać pewną tajemnicę z przeszłości.

topor_na_miesiac1

Mario Bava na początku lat 70. flirtował z różnymi gatunkami, by wrócić do gatunku, w jakim sprawdzał się najlepiej – krwawego horroru z wątkiem kryminalnym. Tylko, że reżyser zaczyna wywracać tą konwencję do góry nogami. Od początku wiemy kto zabija, policja zna podejrzanego, lecz nie mogą tego udowodnić. Kolejne zbrodnie, coraz bardziej pogłębiający się obłęd, zaś Bava miesza pewne pozornie nie pasujące do siebie elementy: psychologiczny thriller, zagadka z przeszłości, a nawet pojawiają się elementy nadprzyrodzone czy tajemnicza kobieta. Czy mimo wszystko potrafi zaangażować? Przez pewien czas tak. Sceny retrospekcji dają twórcy pole do eksperymentów, gdzie mamy zniekształcony obraz i krótkie przebitki, serwując kolejne elementy układanki. Nie brakuje odniesień do innych filmów, ze szczególnym wskazaniem na „Blood and Black Lace” czy „Psychozy”. Chociaż pewien problem wywołuje wątek związany z duchem jednej z ofiar. Z jednej strony daje to pewne pole do pokazania pogłębienia obłędu, ale z drugiej sprawia wrażenie ciała obcego. Co ciekawe, nie przeszkadza to w zaskakiwaniu.

topor_na_miesiac3

Bava potrafi utrzymać w napięciu przez 2/3 całości, serwując czasem odrobinę czarnego humoru. Nie można nic zarzucić malarskim kadrom, dotyczącym głównie rezydencji Johna, przypominającą gotycki pałac. Intryga pokazuje bardzo skomplikowany psychologiczny dreszczowiec, gdzie bohater (świetny Stephen Forsyth) z jednej strony sprawia wrażenie opanowanego, chłodnego gościa, z drugiej jest coraz bardziej rozedrgany, bardzo niespokojny. Równie schizofreniczna jest muzyka, mieszająca typowe dźwięki syntezatorowe pod underscore z bardziej lirycznymi fragmentami. Uderza też dość niewielka ilość krwi oraz golizny, mimo wielu pięknych pań przed kamerą.

topor_na_miesiac2

Troszkę dziwaczny to film: niby kryminał, ale bardziej psychologiczny thriller, niby ładny, chociaż pod tym względem bardziej oszczędny, z niezłymi dialogami, zabawą montażem oraz ujęciami. Świeże, zaskakujące, choć nie wszystkim ten miks przypadnie do gustu. Mimo lat, nadal ten tasak jest ostry.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Hazardzista

Dan Mahoney wydaje się na pierwszy rzut oka szarym człowiekiem, nie wyróżniającym się z grona innych szarych ludzi na świecie. Pracę też ma szarą – jest bankierem w Kanadzie. Niedawno awansował na stanowisko młodszego wspólnika i zajmuje się poważnym rachunkiem. Ale – jak każdy człowiek – ma też swoje sekretne życie. A tam dominuje jedna rzecz, czyli hazard. Od kiedy gra w kasynie, obstawia wyścigi i przegrywa kolejne pieniądze. Hazard plus dostęp do kont daje bardzo niebezpieczną mieszankę.

hazardzista1

Dla reżysera Richarda Kwietniowskiego, historia Mahoneya mogła być pretekstem do różnych konwencji. Mógł to być dramat sensacyjny, pokazujące finansowe przekręty bankiera, policyjnego śledztwa, ale tak naprawdę kryminalny wątek jest tak naprawdę tylko pretekstem. Reżyser bardziej skupia się na psychologicznym stanie bankiera, który już dawno przekroczył linię oddzielającej jego nałóg od życia. Kiedy nałóg przejął nad jego życiem kontrolę – tego nie wiemy, ale Mahoney wydaje się być tego świadomy. Doszedł do tego stopnia, ze hazard jest nierozerwalną częścią, wręcz sensem życia. Sama historia jest oparta na pewnej rutynie: praca, kontakty z bukmacherem (Frank Perlin), wyjazd do Atlantic City, powrót (już spłukany). I tak w kółko, w kółko aż do gry wkracza policja oraz szef kasyna, Victor Foss. Mimo tego spokoju, wręcz rutynowego rytmu, „Hazardzista” potrafi wciągnąć swoim klimatem, coraz większym poczuciem paranoi i pytaniem: czy tym razem się uda wyjść z wygraną? A może nie ma już wyjścia i Mahoney skończy bardzo brutalnie?

hazardzista2

Film ma w sobie pewien hipnotyzujący, w czym pomaga bardzo pulsująca muzyka (elektroniczno-jazzowy sznyt) oraz zgrabny montaż. Kwietniowski bardzo sugestywnie pokazuje coraz bardziej nakręcające się stadium uzależnienia, gdzie nasz bohater kompletnie nie dostrzega problemu i rani kolejne osoby, próbujące mu pomóc. Co takiego jest w tym stole, ze nasz bohater u psychiatry przyznaje, ze najbardziej ekscytujące przeżycie – poza hazardem w skali 1-100 dostaje 20, a hazard maksa?

hazardzista3

Ale film ma jeden mocny atut, którego nie waha się użyć – Philipa Seymoura Hoffmana. W jego wykonaniu Mahoney może i sprawia wrażenie niepozornego grubaska w okularach. Ale kiedy zacznie grać, staje się zupełnie kimś innym – te drobne ticki, rozpędzone i galopujące oczy oraz chłodna twarz tworzą bardzo niebezpieczną mieszankę. Aktor kradnie każdy ekran, tworząc bardzo skomplikowany portret nałogowca, znajdującego się w sytuacji już bez wyjścia. Poza nim trzeba docenić łasicowatego Johna Hurta (szef kasyna Victor Foss) oraz bardzo ciepłą Minnie Driver (Belinda).

„Hazardzista” wydaje się pozornym, skromnym filmem, ale ma w sobie coś tak intrygującego, wręcz uzależniającego. Bardzo sugestywne, mroczne stadium, chociaż pozornie zakończone happy endem, który nie jest dany raz na zawsze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Anioł w szafie

Jan jest dźwiękowcem. Gdy go poznajemy pracuje na planie filmu, gdzieś na warszawskiej kamienicy. Ale podczas pracy zaczyna słyszeć szumy i trzeba scenę powtórzyć. Poza tym Jan ma żonę, córkę mieszkającą w Szwecji. Jednocześnie coraz bardziej widać, że coraz bardziej coś go męczy, pewna tajemnica z przeszłości.

aniol_w_szafie1

Dla wielu kinomanów Stanisław Różewicz pozostaje młodszym bratem poety i dramaturga – Tadeusza Różewicza. Nakręcony w 1987 roku „Anioł w szafie” to jeden z ostatnich filmów reżysera, który w konwencji dramatu psychologicznego, próbuje opowiedzieć o walce człowieka z tłumionymi wspomnieniami. Wszystko jest tutaj opowiadane w sposób bardzo chłodny, wręcz zdystansowany i hermetyczny, co dla wielu będzie bardzo dużą barierą. Nie pomaga też fakt bardzo szczątkowej fabuły, gdzie najważniejszy jest Jan oraz jego interakcje z otoczeniem. Dodatkowo jeszcze (niejako bez ładu i składu) są porozrzucane retrospekcje utrzymane w sepiowej kolorystyce, pozbawione w sporej części dźwięku. To wywołuje jeszcze większą dezorientację, a jednocześnie tworzy aurę tajemnicy, zagadki. Reżysera bardzo interesuje pokazanie stanu wewnętrznych przeżyć bohatera, przez co może odrzucić swoją bardzo luźną konstrukcją, momentami symbolicznymi (rozmowa z emigrantem z USA na żydowskim cmentarzu czy tajemniczy finał), jednak emocjonalny chłód oraz dystans Różewicza nie pozwala mocniej i bardziej zanurzyć się w tej poruszającej historii.

aniol_w_szafie2

Trudno mi się przyczepić do realizacji, zwłaszcza do kwestii dźwięków, bez których ten film nie byłby taki wyrazisty w swoich momentach. Tak samo jak fantastyczna kreacja Jerzego Treli, czyli bardzo wycofanego mężczyzny dręczonego przez demony przeszłości. Trudna i wymagająca kreacja, pełna skupienia, gdzie wszelkie emocje można odczuć jedynie drobnymi spojrzeniami oraz ledwo widocznymi gestami. Cała reszta postaci jest ograniczona do drugiego planu, z którego wybija się mocna Grażyna Barszczewska (żona Jana) oraz Edward Żentera (reżyser).

aniol_w_szafie3

„Anioł w szafie” to jeden z bardziej wymagających polskich filmów, jednak nie sprawia wrażenia bełkotu czy bałaganu realizacyjnego. Bardzo trudne, wymagające skupienia kino psychologiczne, miejscami potrafiące magnetyzować.

6,5/10

Radosław Ostrowski