Amnestia

Okres tuż po 1945 roku był dla wielu ludzi bardzo ciężki. Także dla naszego bohatera. Rysiek to młody chłopak, pracujący w milicji we Wrocławiu. Ale ten chłopak ma pewien problem – wcześniej należał do podziemia i nie ujawnił się. Z jednej strony próbuje się odnaleźć w tym nowym porządku, z drugiej chce pójść do lasu, dołączyć do oddziału.

amnestia1

Takich niby wojennych, ale bardziej dramatów z wojną w tle powstało w naszym kraju sporo. Co nowego do tego gatunku wnosi „Amnestia” z 1981 roku? Chyba największą niespodzianką jest jej reżyser, czyli Stanisław Jędryka – twórca specjalizujący się w głównie w filmach i serialach o tematyce dziecięcej. Już samo to połączenie wydawało się intrygujące, ale wyszedł z tego klasyczny snuj. Czyli mamy bohatera miotającego się między obecnym życiem, dawną przeszłością oraz trzema kobietami (prawie jak w „Przedwiośniu”). Wszystko to układa się w ciąg nie zawsze powiązanych scenek oraz masy wątków, które nie zostają do końca rozwinięte. Zarówno kwestie miłosne, praca w milicji, potem w fabryce jako kierowca dyrektora i rozterki związane z przeszłością (postać dawnego kumpla z lasu, Teodora) to wszystko jest strasznie skrótowe, potraktowane po łebkach, nie wygrane oraz nie angażujące za bardzo. Wyjątkiem od tego są spotkania i schadzki Ryśka z Bianką – młodą, ale poharataną przez wojnę dziewczynę (śliczna Monika Stefanowicz) oraz z doświadczoną Karoliną (zaskakująca Emilia Krakowska), skrywająca pewną tajemnicę.

amnestia2

Ale to wszystko reżyser marnuje, nie ma pomysłu na narrację ani na postacie, które – poza Ryśkiem (niezły Michał Juszczakiewicz) – pojawiają się i znikają niczym w kalejdoskopie. Pojawiają się, coś mówią, ale niewiele z tego wynika. Jeśli to miało pokazać chaos oraz zagubienie naszego bohatera, to nie zagrało to za bardzo. Doceniam fakt, że nie jest to propagandowa agitka, a wszystko wydaje się bardziej przyziemne. Jednak to troszkę za mało, by mówić o godnym uwagi dziele.

amnestia3

„Amnestia” zwyczajnie przynudza, nie angażuje. Doceniam próbę odnalezienia się w zupełnie nowym dla siebie środowisku, jednak efekt mocno rozczarowuje. Bardzo archaiczne kino w złym znaczeniu tego słowa, gdzie nuda nudzi.

5/10

Radosław Ostrowski

Zwolnieni z życia

Wigilia roku 1989. Marek Wysocki wydaje się zwykłym, szarym elektrykiem. W ten dzień pewna kobieta prosi go o pomoc w naprawie światła. Ale prośba okazuje się być zasadzką dokonaną przez oficera UB. Pobity mężczyzna trafia na śmietnik, a sprawcy są przekonani o zgonie. Ale Marek zostaje ocalony przez tajemniczą kobietę zwaną „Francuzką” i trafia do szpitala z amnezją. Zarówno brat Marka – opozycjonista, jak i sprawcy próbują go odnaleźć.

zwolnieni_z_zycia1

Lata 90. w polskim kinie to był czas pewnego dziwnego zawieszenia, próbując odnaleźć się w ten kompletnie nieznanej, nowej i teoretycznie wspaniałej rzeczywistości. Jednak wszystko okazało się jeszcze groźniejsze, bardziej niebezpieczne. I to ten stan przełomu próbuje pokazać Waldemar Krzystek. „Zwolnieni z życia” to dziwna mieszanka, nawet jak na tamte czasy. Z jednej strony jest wątek kryminalny związany z nową władzą i weryfikacją dawnych ubeków, mających zostać zastąpieni przez nową formację. Ci próbują zniszczyć kompromitujące ich materiały i zastraszyć świadków swoich zbrodni, a opozycja próbuje swoimi „zbyt miękkimi” sposobami wyrównać rachunki. Jednak dla reżysera najważniejszy jest Marek, który znajduje się na marginesie społeczeństwa oraz tajemnicza Francuzka, biorąca go do swojego domu. I ta relacja oraz powolne dojście bohatera do swojej pamięci stanowi prawdziwe clou. Dla wielu osób ta przeplatanka może wywołać dezorientację, bo nie do końca wiadomo na czym się skupić, lecz w tym wariactwie oraz chaosie jest metoda.

zwolnieni_z_zycia2

Reżyser całkiem nieźle buduje napięcie, w czym pomaga mu zgrabny montaż (przebitki z przeszłości, spowodowane usłyszanymi słowami czy przedmiotami) oraz bardzo gwałtowna muzyka Zbigniewa Preisnera. Troszkę wrażenie psuje lekko telewizyjna praca kamery, która jest mocno skupiona na twarzach i bardzo statyczna, ale za to wszystko jest porządnie udźwiękowione (!!!). I do tego miejscami gorzki humor jak w scenie na komisariacie, gdzie padają słowa o zwycięstwie. To nadal mocna scena, nie tracąca swojej aktualności.

zwolnieni_z_zycia3

Krzystek za to ma bardzo dobrą rękę do aktorów. Świetnie wypada Jan Frycz, którego przemiana od zagubionego, nieufnego, mamroczącego faceta aż do powoli łączącego fakty mężczyzny budzi uznanie. Trudno kwestionować jego stan psychiczny, a wszystkie emocje są czytelne. Jednak film kradnie bardzo wycofana Krystyna Janda, która ekspresyjność zastępuje słowotokiem. „Francuzka” z jednej strony wydaje się jedyną normalną w tym postrzelonym świecie, ale skrywa pewną tajemnicę, a jej opowieści tylko wywołują mętlik w głowie. Niemniej trudno od Jandy oderwać oczy. Drugi i trzeci plan jest pełen rozpoznawalnych twarzy, z których największe wrażenie robi śliski Mariusz Benoit (kapitan UB) oraz Gabriela Kownacka (żona kapitana), tworząc dość mroczny duet.

Troszkę zapomniany i ku mojemu zdumieniu intrygujący film Krzystka potrafi zaskoczyć oraz kilka razy podnosi stawkę, a jednocześnie stanowi próbę spojrzenia na nowy świat, gdzie panują stare porządki. Nie jest to tak drapieżne jak „Psy”, niemniej potrafi zaangażować, a to już coś.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziecko w czasie

Stephen Lewis jest autorem książek dla dzieci, mieszka z żoną oraz córką Kate. Ale pewnego dnia podczas zakupów, dziewczynka znika bez śladu. Trzy lata później już nie mieszkają ze sobą z powodu nadmiaru smutku. On pracuje w rządkowej komisji ds. dzieci, ona przeniosła się do małego miasteczka i próbują jakoś żyć dalej.

dziecko_w_czasie1

Ta produkcja telewizyjna to adaptacja powieści Ian McEwana i jest to całkiem przyzwoita historia. Reżyser Julian Farino nie próbuje skupiać się na próbie odnalezienia dziecka, ale pokazuje jak takie wydarzenie wywraca psychikę do góry nogami oraz życie. Stąd takie troszkę niespieszne tempo, ale wątek naszego bohatera nie jest jedynym. Po drodze mamy przyjaciela-wydawcę, który odcina się od świata i zaczyna zachowywać się jak duże dziecko, próba odnowienia więzi z żoną, spotkanie z rodzicami, komisja rządowa. Jest nawet moment, gdy naszemu autorowi wydaje się, że widzi swoją córkę. To wszystko jest bardzo mocno pomieszane, chaotyczne niczym umysł człowieka po traumie, co może wywołać dezorientację. ale to bardzo płynnie jest sfilmowane oraz zmontowane. Ale jednocześnie twórcy dają pewną nadzieję, że mimo tak dramatycznych zdarzeń wszystko jeszcze może się ułożyć, co sugeruje finał. Tylko, że oglądając film gubiłem się w chronologii, bo retrospekcje oraz teraźniejszość są bardziej pomieszane niż w „Manchester by the Sea”. I to nie pomaga wejść w ten klimat, wprawiając w stan zakłopotania.

dziecko_w_czasie2

Jeśli coś wybija ten film od średniej półki, to jest fantastyczne aktorstwo. Klasę potwierdza kolejny raz Benedict Cumberbatch, który jest znacznie bardziej wycofany niż zazwyczaj w swoim emploi. Ból, cierpienie wręcz malują się na jego twarzy, ale widać też pewną nadzieję, podlaną odrobiną ironii. Wszystko to wygrane, bez żadnej fałszywej sceny. Równie przekonująca jest Kelly Macdonald, czyli Julie, która bardziej stoi na ziemi oraz lepiej sobie radzi. I co najważniejsze jest silna chemia między tą parą, intrygując aż do końca. Drugi plan za to dominuje Stephen Campbell Moore, czyli Charles. Z jednej strony oczytany i inteligentny, ale powoli znudzony swoją pracą oraz życiem, dlatego odchodzi na wieś. Jego zachowanie może się wydawać dziwaczne, ale ma swoje uzasadnione.

dziecko_w_czasie3

Dziwne to kino, w którym trzeba sobie samemu poukładać wszystkie elementy układanki. Może znużyć, zmęczyć, ale jednocześnie potrafi zaintrygować. Wymaga to jednak większego wysiłku, co może doprowadzić do odbicia się od ściany.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Memoir of a Murderer

Byeung-su jest weterynarzem, mieszkającym ze swoją córką. Od paru miesięcy męczy go Parkinson, a wspomnienia coraz bardziej mieszają w głowie. Jest w czym mieszać, bo nasz bohater zabijał ludzi. Nie dlatego, że był gangsterem czy członkiem Yakuzy, ale tak wyszło. Tylko, że okolica nie jest zbyt bezpieczna, bo znowu ktoś zaczyna zabijać. A stawką w rozgrywce jest życie córki Byeung-su.

memoir_of_a_murderer1

Kolejne spotkanie z koreańskim kinem, który jest bardzo dziwnym miksem thriller psychologicznego a’la „Memento” z dramatem. Film Shin-yeon Wona robi ze mną to, co choroba z mózgiem naszego bohatera – miesza, mąci, prowokuje i kilkakrotnie wywraca naszą wiedzę do góry nogami. Całość bardzo wciąga, intryguje, stawiając wiele pytań o wspomnienia, zawodność ludzkiej pamięci, a jednocześnie rozwiązujemy kilka tajemnic. Dlaczego zaczął zabijać, kim była jego ostatnia ofiara, jak jedno zdarzenie zmieniło jego percepcję. Reżyser za pomocą montażu wielokrotnie wywraca karty, powoli wyczuwamy jak obydwaj wrogowie „obwąchują” się nawzajem, z czego ten nowy zawodnik jest młodszy, sprytniejszy i potrafi wykorzystać problem Byeung-su na swoją korzyść. I ciągle było stawiane pytanie: kto kogo oszuka i zabije? Cały czas czuć wysoką stawkę, napięcie konsekwentnie jest budowane, trzymając wręcz na krawędzi. Jest krwawo, ostro, a jednocześnie to wszystko zaczyna powoli układać się w jedną całość. Więcej wam nie powiem, bo układanka jest naprawdę piorunująca.

memoir_of_a_murderer2

Wielu może znudzić dość powolne tempo w środkowej części filmu, ale i tak z napięciem czekasz aż do końca. Chociaż początkowo też trudno polubić naszego bohatera (fantastyczny Kyung-go Sol), który jest bardzo wycofany, zagubiony i miewa stany zawieszenia, skasowania pamięci. Poza nim jest wyrazisty Nam-gil Kim (detektyw Tae-ju), będący bardziej spokojnym, opanowanym mordercą, działającym bardzo powściągliwie. Jest jeszcze córka Eun-hee (Seol-Hyum Kim), która miota się między obydwoma facetami.

memoir_of_a_murderer3

„Memoir of a Murderer” to kolejny przykład specyficznej potrawy azjatyckiej, która potrafi zaskoczyć, zdemolować, namieszać. Próba odkupienia win, mierzenie się z przeszłością oraz walka na śmierć i życie – smakowity miks, dający wiele satysfakcji.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Rysopis

Lata 60., czyli czas małej stabilizacji. To w tym okresie przyszło żyć niejakiemu Andrzejowi Leszczycowi – studenta ichtiologii, który został wyrzucony ze szkoły. Ma żonę, mieszkają razem, ale żyją tak naprawdę obok siebie. Mężczyzna dostaje wezwanie do komisji wojskowej i zostaje powołanie na pociąg do Kołobrzegu na 15.10, niczym do Yumy. Nasz bohater podejmuje ostatnie decyzje przed odjazdem.

rysopis1

Taki debiut zdarza się raz na dekadę. Kiedy w 1964 roku pojawił się Jerzy Skolimowski ze swoim „Rysopisem”, polskie kino nagle wskoczyło na nowe tory. Cała historia to bardziej ciąg scenek, które łączy postać Leszczyca – bohatera innego niż przewidziało do tej pory kino. Jest to bohater bierny, pozbawiony charakteru, motywacji, sensu swojego istnienia, chociaż próbuje go znaleźć. Boi się wziąć odpowiedzialności za swój los czy może jest zagubionym młodzieńcem? Reżyser nie daje odpowiedzi, także los bohatera pozostaje znakiem zapytania. Czy wojsko uczyni z niego mężczyznę? Sprawi, ze będzie dojrzałym człowiekiem? Te pytania zostają, a kilkugodzinna odyseja Leszczyca staje się pretekstem do przedstawienia portretu epoki lat 60. Ten zbiór sklejonych szkolnych etiud tworzy bardzo spójną opowieść, która formalnie nadal robi wrażenie.

rysopis2

Czuć tutaj mocno ducha francuskiej nowej fali – reżyser uwielbia długie kadry oraz zabawę nietypowymi ujęciami. Nieważne, czy mówimy o scenach „z oczu” bohatera (ta przed komisją wojskową czy gdy wychodzi z domu) albo o odbiciu twarzy w barze. To wszystko wygląda imponująco nawet teraz. Dodatkowo wplecione gdzieś w tle dialogi (rozmowa dwóch pań na dachu), odgłosy radia czy rzadko obecna muzyka doprowadzają do dezorientacji, bo brzmią równocześnie z rozmowami Leszczyca wobec kumpli, żony, przypadkowo poznanej dziewczyny. To intryguje, prowokuje, a pewne repetycje słów nie są tutaj dziełem przypadku. Film może być pełen symboli, repetycji, postaci dających inne spojrzenie na pewne wydarzenia (wątek „kombatanta” zbierającego butelki) oraz zmuszają Leszczyca do pewnych działań, nawet wydawałoby się pozbawionych konsekwencji (zapisanie się na kurs hiszpańskiego). Z drugiej strony „Rysopis” może być zbyt hermetyczny, a symbole (10 razy dzwoniący telefon, zapałka, tekst z naklejonego plakatu) nieczytelne.

rysopis3

Niezmienne jest natomiast fantastyczne aktorstwo. Leszczyca gra sam Skolimowski i wyszedł absolutnie fantastycznie. Młody, zagubiony, nieokreślony człowiek, szukający swojego miejsca oraz sensu w świecie. To jest wygrywane bardzo wyraziście, a kilka scen w jego wykonaniu (udział w sondzie ulicznej czy rozmowa przed komisją) to prawdziwe perełki. Równie wyborna jest Elżbieta Czyżewska i to w trzech wcieleniach: jako żona, poznana w uczelni Basia oraz dekująca się u „Janczewskiej” Teresa. Zawsze inna, zawsze charakterna i wyrazista.

rysopis4

„Rysopis” to początek historii naszego outsidera oraz jego wędrówki po sens życia. Niepozbawiona humoru, groteski i pewnej poetyckości opowieść wydaje się zaskakująco aktualna. To jest wyzwanie, które warto podjąć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pasażerka

Dziwny to film i niełatwy do opowiedzenia. Bo jak opowiedzieć o historii, która jest urwana? Na statku pasażerskim płynie Lisa razem z mężem. Niby spokojny rejs, jednak wtedy pojawia się pewna kobieta. Niby nikt taki, jednak przypomina ona pewną osobę z przeszłości. Przeszłości, o której chciałaby zapomnieć, naznaczona Auschwitz.

pasazerka1

Film Andrzeja Munka to urwany fragment całości, który nigdy nie zostanie dokończony. Reżyser zginął w wypadku samochodowym podczas pracy nad tym filmem, przez co znamy tylko część materiału, a resztę (krótkie fotosy) przeplatają się ze scenami retrospekcji. Tam poznajemy jej losy jako szefowej komanda zajmującego się dobrami więźniów. Wtedy pojawia się nowa pomocnica, Marta. Ta dziwna relacja oparta na próbie złamania kobiety przez surową, pozbawioną wręcz emocji Lisę. Zaczynamy odkrywać tajemnicę oraz tą skomplikowaną relację z Martą. Upokorzenie, szacunek za pomocą uległości, próba złamania charakteru, a jednocześnie w tle przewija się piekło obozu. Sceny biegu kobieta oraz łapania przez hak, co doprowadza panie do „zamkniętego” kobiecego koła, czytanie grepsu na apelu czy wrzucanie Cyklonu B robi piorunujące wrażenie.

pasazerka2

Cała ta opowieść miała potencjał na moment zderzenia z przeszłością oraz konsekwencjami swoich decyzji. Surowa realizacja może trafić, a wpleciona narracja z kadru wyjaśnia dlaczego film wygląda jak wygląda. Nikt nie chciał kontynuować dzieła Munka, zaś jego najbliższy współpracownik zdecydował się skleić fragmenty w spójną całość. A najmocniejszym punktem jest mocna Aleksandra Śląska – chłodna, do bólu opanowana i bezwzględna, zapada w pamięć. To, co mówi i to, co widzimy pokazuje mechanizm działania kata oraz działania ludzkiej pamięci. Kontrastem dla niej jest Anna Ciepielewska w roli Marty, która jest bardzo wycofana, choć kilka scen zapada w pamięć.

pasazerka3

Szkoda, że nie poznajemy części współczesnej, bo można było z tego wycisnąć więcej. Rozumiem decyzję o tej wersji filmu jaka jest, ale chciałbym poznać dalszy ciąg. Mimo to warto zapoznać się z „Pasażerką”.

6/10

Radosław Ostrowski

Una

Kim jest tytułowa Una? Gdy ją poznajemy jest w klubie i uprawia seks z przypadkowym facetem. Potem wraca do domu, gdzie mieszka razem z matką na przedmieściach. Ale pewne jedno zdjęcie budzi wspomnienia. Jest na nim jej pierwszy mężczyzna w jej życiu, którego decyduje się odnaleźć. Tylko, że ona miała wtedy 13 lat, a on był dorosły. Znajduje go w pracy, pod nowym nazwiskiem, odciął się kompletnie od przeszłości. Tylko do czego doprowadzi konfrontacja Raya (obecnie już Petera) z dawną dziewczyną?

una1

„Una” jest adaptacją sztuki teatralnej oraz reżyserskim debiutem Benedicta Andrewsa (do tej pory twórcy teatralnego), pokazującym bardzo mroczną stronę uczucia. Ale jakiego? Czy to była miłość, pożądanie, seks czy może jednak pedofilia? Twórcy w żaden sposób nie zamierzają dać na jakiejkolwiek odpowiedzi – wszystko trzeba samemu wyczytać między słowami, rozedrganymi spojrzeniami oraz wplecionymi w całość retrospekcjami. A jak było naprawdę? Każde z nich pamięta zupełnie inaczej pewne wydarzenia, zaś twórcom nie zależy na szokowaniu czy robieniu skandalu. Nie ma tutaj epatowania seksem (chociaż jest to bardzo sugestywnie opowiedziane), jednak nie mogłem wejść w tą specyficzną opowieść. Może wynikać z faktu, że dwójkę naszych bohaterów bardzo trudno rozgryźć, przez co wiele osób odbije się jak od ściany. Ale widać, że oboje – w jakiś sposób – zostali naznaczeni wydarzeniami z przeszłości.

una2

Całość niemal ograniczona do jednej przestrzeni (pomieszczeń biurowych), które kamera próbuje ogrywać dynamiczną pracą oraz zabawą oświetleniem. Także bardzo pulsująca muzyka oparta na elektronice buduje niemal oniryczną aurę. A wszystko kończy się wielkim znakiem zapytania, zawieszając losy bohaterów.

una3

„Una” nie miałaby siły przyciągania, gdyby nie intrygujące aktorstwo. Trudno oderwać było mi oczy od Rooney Mary, pozornie grającą w ten sposób – wycofaną, bardzo skrytą kobietę. Nie jest ona w stanie uwolnić się od przeszłości, ale czy ona tego naprawdę chce? Skrzywdzona ofiara czy konsekwentnie próbująca osiągnąć (nawet nierealny) cel? Te sprzeczne charaktery są bardzo delikatnie odmalowane (plus świetna Ruby Stokes jako jej młodsze wcielenie), a ja próbowałem zrozumieć tą postać. Równie zagadkowy jest Ben Mendelsson, czyli Ray. Człowiek, który chce zapomnieć o przeszłości, ale jednocześnie ofiara swojej własnej obsesji. Pedofil, uwodziciel czy ofiara „Lolity”?

Debiut Andrewsa to zaledwie niezłe kino, oparte na bardzo niejednoznacznych postaciach oraz ich przeżyciach. Jednak dla świetnego aktorstwa warto zmierzyć się z „Uną”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bikini Blue

Manchester, rok 1953. To właśnie tutaj mieszka małżeństwo polsko-brytyjskie: Eryk i Dora Szumscy. Ona jest pielęgniarką w szpitalu, on – no cóż, jest pacjentem szpitala psychiatrycznego dla Polaków, walczył na wojnie. Pewnego dnia, kobieta odwiedza swojego męża, mając ze sobą listy z Czerwonego Krzyża, jednak lekarz zabrania jej informowania o tym. Mężczyzna po wizycie postanawia uciec z ośrodka i postanawia spędzić czas z kobietą.

bikini_blue2

Jarek Marszewski po 16 latach postanowił o sobie przypomnieć idąc w stronę psychologicznego dramatu. Trzeba przyznać, że to mało znane tło dla tej historii dawało spore pole do działania, a reżyser postanowił skupić się na tajemnicy związanej z Erykiem. Bardzo powoli zaczynamy odkrywać elementy układanki, skupiając się na informacjach z dialogów oraz (głównie w przypadku męża) dziwacznych zachowań, pozornie normalnych jak w momencie nafaszerowania kobiety podczas postoju (dosypanie do alkoholu środków i przyjazd na plażę) czy ucieczki. Cała historia się strasznie wlecze, składając się z paru scenek nie koniecznie ze sobą powiązanymi (scena w barze, wizyta w kinie, gdzie widzimy parodię „Godzilli”) czy finał zakończony wyjaśnieniem tajemnicy, doprowadzając mnie do… śmiechu oraz ciosem łopaty.

bikini_blue1

Z jednej strony nie jestem w stanie odmówić niczego warstwie wizualnie, tej stylizacji na lata 50., gdzie film uderza swoimi filtrami oraz pięknymi kolorami. Do tego jeszcze słyszymy bardzo gitarową muzykę Bartka Chajdeckiego, która nie gryzie się z resztą. Nawet naleciałości etniczne (flety) dodają tylko smaczku. Aktorzy robią, co mogą, by wycisnąć ze swoich postaci jakieś emocje (Tomasz Kot i Lianne Harvey), co udaje się wtedy, gdy są osobno. Jak pojawiają się razem, kompletnie odpychają się, a ja nie byłem w stanie uwierzyć im.

bikini_blue3

Na „Bikini Blue” mimo krótkiego czasu trwania (niecałe półtorej godziny) działało bardzo przysypiająco, nieangażująco oraz bardzo nudno. Pseudopsychologiczny dramat pełen (pozornej) tajemnicy oraz kompletnie nieprzekonujących bohaterów, do tego jeszcze z lektorem (bo film po angielsku). Ładne obrazki to za malutko.

3/10

Radosław Ostrowski

Las, 4 rano

Cała historia skupia się na pewnym mężczyźnie. Gdy go poznajemy, jest on człowiekiem biznesu, czerpiącym garściami z życia. Bogaty, jeżdżący na motorze, bierze dragi i wyrywa kobiety. Parę minut filmu później ten sam mężczyzna mieszka w leśnej ziemiance, oddalony od całego świata, żywiąc się tym, co natura oferuje. Skąd ta nagła zmiana otoczenia? Wtedy w jego życiu pojawia się 13-letnia Madzia.

las_4_rano1

Jan Jakub Kolski to reżyser coraz bardziej nieobliczalny, który dawno opuścił swój baśniowy świat. Ostatnio przygląda się rzeczywistości tak, jak wygląda – burej, bardzo szarej, z postaciami skrywającymi mroczną tajemnicę. Tak w było w przypadku „Zabić bobra”, nie inaczej jest tutaj. Reżyser (i jednocześnie autor zdjęć) tworzy kino bardzo hermetyczne, oparte na szczątkowej fabule, małej ilości dialogów oraz tajemnicy. Wszystko jest skupione na postaci granej przez Krzysztofa Majchrzaka (powrót po 10 latach!), który dominuje na ekranie. Jaka trauma skrywa się pod tym wielkoludem o ciele niedźwiedzia? Ten odludek odcięty od cywilizacji, żywiący się tym, co znajdzie i upoluje, coraz bardziej zaczyna odlatywać (wykopanie dołu, w którym śpi), a jego relacja najpierw z prostytutką Natą (dobra Olga Bołądź) oraz pojawiającą się Madzią (niezła Maria Blandzi) pozostają równie zagadkowe. Skoro pierwsza mogłaby być jego kochanką (ale nie korzysta), a druga córką, czemu trzyma je na dystans, unika bliskości?

las_4_rano3

Pojawia się wiele pytań, lecz nie należy się spodziewać jakichkolwiek odpowiedzi (nawet cytaty z Księgi Hioba wydają się słabą poszlaką). Pewne sceny potrafią poruszyć jak nauka zastawiania pułapek czy bardzo smutny finał, jednak Kolski stawia na niedopowiedzenie, nie oferując zbyt wiele w zamian. Może poza niejednoznacznym finałem.

las_4_rano4

Wydaje się, że „Las, 4 rano” to historia o radzeniu (właściwie) nie radzeniu sobie z traumą, tylko że forma wybrana przez Kolskiego działa odpychająco i odbiłem się od niego. Rwany, szybki montaż, powolne kadry, dialogi jakby improwizowane. Tylko, że niewiele z tego wynika, a akcji jako takiej tu nie ma, przez co ogląda się to ciężko. Sama mocna rola Majchrzaka to za mało, by przebić się przez tą sferę.

4/10

Radosław Ostrowski

W spirali

Są czasami takie filmy, po których obejrzeniu bywa zdumiony i zaskoczony. Nie jest to jednak zaskoczenie pozytywne, ale drapanie się w głowie oraz poczucie konsternacji, niezrozumienia, dziwnej zagadki oraz jednego „ale o co chodzi”. Tak miałem przy „Hardkor Disko”, a teraz to odczucie wróciło przy filmie „W spirali”.

w_spirali1

Produkcja Konrada Aksinowicza opowiada o dwójce bohaterów: Krzysztofie i Agnieszce. On jest aktorem, któremu zdarzało się robić skok w bok, ona jest producentką filmową. Ich związek zaczyna się mocno sypać i by posklejać pęknięte kawałki, decydują się wyruszyć do domu w lesie gdzieś na obrzeżach miasta. Ale po drodze pojawia się tajemniczy Tamir, który chce pomóc bohaterom. Jak? Poza rozmową, ma pewne zioła, mogące pomóc wejść do wnętrza siebie.

w_spirali2

Brzmi ciekawie? Otóż takie nie jest, bo sama historia pełna jest dialogów, nie będących rozmowami, lecz fragmentami czegoś szerszego. Można odnieść wrażenie, że nasza para zna się na tyle dobrze, iż nie potrzebują mówić wiele. Tylko, że ten dramat bohaterów pozornie rozedrganych, w połowie filmu zaczyna się rozsypywać i niespecjalnie obchodzi. Owszem, film budzi skojarzenia z „Nożem w wodzie” (para + ten trzeci) czy „Piknikiem pod Wiszącą Skałą” (pięknie sfotografowana Kotlina Kłodzka), jednak to nie wystarcza. Kiedy nasi bohaterowie są na haju, wtedy montażysta zaczyna szaleć i robi się ciekawie: przeskoki i szybkie cięcia, zniekształcony dźwięk, bełkotliwe słowa. Nawet retrospekcje, pokazujące przyczyny tego stanu i repetycja pewnych scen, okazują się tylko pustą wydmuszką, a mistyczna otoczka jest tak bełkotliwa i niestrawna, ze nawet aparycja Tamira (jedyna intrygująca postać) nie jest w stanie tego uratować. No i jeszcze to zakończenie, które niby daje otwartą furtkę, lecz rozwiązanie tego konfliktu wydało mi się śmieszne.

w_spirali3

Aktorsko jest tak sobie. Nie czuć mocno chemii między Kasią Warnkę i Piotrem Stramowskim, brakuje im charakteru, charyzmy, a ich konflikt wydaje się kompletnie nieangażujący. Tajemniczy Tamir Halperin jako bohater posiadający połączenie z przyrodą jest w stanie skupić uwagę. Jest w nim coś, co intryguje.

w_spirali4

„W spirali” jest dla mnie terapeutycznym bełkotem, mającym na celu… no właśnie, nie wiem po co. Ładnie to wygląda, zmontowane są bardzo ciekawie, jednak to troszkę za mało, by zawrócić sobie głowę. Wpadnięcie w spiralę nudy gwarantowane.

4/10

Radosław Ostrowski