Ciemna strona księżyca

Prawnicy to jeden z najbardziej znienawidzonych zawodów świata, ale bez nich wielu poważnych interesów nie da się załatwić. Jednym z takich jest Urs Blank – specjalista od spraw finansowych. Ma piękną żonę (właścicielkę galerię sztuki), od groma forsy, wypasiony dom i wszystko wydaje się ok. Ale wszystko zmienia się, gdy jeden z klientów popełnia samobójstwo na jego oczach. I wtedy pojawiają się dwie istotne postacie – nowy klient (Pius Ott), chcący doprowadzić do dużej fuzji z firmą farmaceutyczną oraz nieznajoma Lucille. Cale spokojne życie zostaje wywrócone do góry nogami, a podczas jednego spotkania z kochanką, dostaje niewinnie wyglądający grzybek.

ciemna_strona_ksiezyca1

Pozornie film Stephana Ricka wydaje się zwykłym dramatem psychologicznym, ale im dalej w las (dosłownie), zaczyna się robić coraz mroczniej, niepokojąco. Niby dostajemy zwykłą historię człowieka, który poznaje ciemną stronę samego siebie. Ale czy to grzybek halucynogenny jest odpowiedzialny za ten burdel w głowie? Czy też był tylko zapalnikiem zmian, dochodzących wcześniej? Znużenia swoją pracą, kryzysem wieku średniego? Na to jasnej odpowiedzi nie znajdziecie. Dalej jednak mamy do czynienia z rasowym thrillerem, zaś intryga przebiega nie tylko wobec ciemnej strony Blanka, ale też sprawy fuzji. Niepokojąca tajemnica z nowym lekiem, a jednocześnie mamy leśne wyprawy Blanka po grzybka oraz coraz bardziej przerażające zmiany: wypadek, morderstwo, krew.

ciemna_strona_ksiezyca2

Sam film wygląda naprawdę dobrze, gdzie najlepiej prezentują się sceny w lesie. Nie tylko ze względu na surowy wygląd, lecz też niemal wszechobecną mgłę, budującą poczucie zagrożenia. I to właśnie w lesie dochodzi do ostatecznej konfrontacji, trzymającej w napięciu aż do otwartego finału. Ale wielu może zniechęcić bardzo powolne tempo oraz dość niejasne zakończenie.

ciemna_strona_ksiezyca3

Za to mamy bardzo mocną rolę Moritza Bleibtreu jako Ursa. Aktor fantastycznie buduje portret człowieka powoli odkrywającego swoją bardziej niepokojącą stronę swojej osobowości. Człowieka, odkrywającego przemoc, zabijanie, dla którego psychodeliczny grzybek staje się wręcz obsesją. I ta przemiana budzi przerażenie oraz stawia pytanie: czy w każdym z nas siedzi bestia? Równie intrygujący jest dawno nie widziany Jurgen Prochnow w roli śliskiego przedsiębiorcy Otta oraz pociągająca Nora von Waldstetten (Lucille).

Jaka jest „Ciemna strona księżyca”? Tajemniczym, miejscami bardzo niepokojącym thrillerem psychologicznym, przypominającym o dwóch twarzach każdego człowieka. Pozornie spokojny i powolny, ale prowokujący do myślenia.

7/10

Radosław Ostrowski

Topór na miodowy miesiąc

John Harrington jest szefem domu mody, w którym modelki noszą tylko stroje ślubne. Ale kiedy poznajemy go po raz pierwszy, zabija w pociągu parę nowożeńców. Za pomocą tasaka. Zresztą sam bohater określa siebie jako paranoika, żyje z niekochaną żoną i jest świadomy swoich zbrodni. Jednocześnie zabija, by rozwiązać pewną tajemnicę z przeszłości.

topor_na_miesiac1

Mario Bava na początku lat 70. flirtował z różnymi gatunkami, by wrócić do gatunku, w jakim sprawdzał się najlepiej – krwawego horroru z wątkiem kryminalnym. Tylko, że reżyser zaczyna wywracać tą konwencję do góry nogami. Od początku wiemy kto zabija, policja zna podejrzanego, lecz nie mogą tego udowodnić. Kolejne zbrodnie, coraz bardziej pogłębiający się obłęd, zaś Bava miesza pewne pozornie nie pasujące do siebie elementy: psychologiczny thriller, zagadka z przeszłości, a nawet pojawiają się elementy nadprzyrodzone czy tajemnicza kobieta. Czy mimo wszystko potrafi zaangażować? Przez pewien czas tak. Sceny retrospekcji dają twórcy pole do eksperymentów, gdzie mamy zniekształcony obraz i krótkie przebitki, serwując kolejne elementy układanki. Nie brakuje odniesień do innych filmów, ze szczególnym wskazaniem na „Blood and Black Lace” czy „Psychozy”. Chociaż pewien problem wywołuje wątek związany z duchem jednej z ofiar. Z jednej strony daje to pewne pole do pokazania pogłębienia obłędu, ale z drugiej sprawia wrażenie ciała obcego. Co ciekawe, nie przeszkadza to w zaskakiwaniu.

topor_na_miesiac3

Bava potrafi utrzymać w napięciu przez 2/3 całości, serwując czasem odrobinę czarnego humoru. Nie można nic zarzucić malarskim kadrom, dotyczącym głównie rezydencji Johna, przypominającą gotycki pałac. Intryga pokazuje bardzo skomplikowany psychologiczny dreszczowiec, gdzie bohater (świetny Stephen Forsyth) z jednej strony sprawia wrażenie opanowanego, chłodnego gościa, z drugiej jest coraz bardziej rozedrgany, bardzo niespokojny. Równie schizofreniczna jest muzyka, mieszająca typowe dźwięki syntezatorowe pod underscore z bardziej lirycznymi fragmentami. Uderza też dość niewielka ilość krwi oraz golizny, mimo wielu pięknych pań przed kamerą.

topor_na_miesiac2

Troszkę dziwaczny to film: niby kryminał, ale bardziej psychologiczny thriller, niby ładny, chociaż pod tym względem bardziej oszczędny, z niezłymi dialogami, zabawą montażem oraz ujęciami. Świeże, zaskakujące, choć nie wszystkim ten miks przypadnie do gustu. Mimo lat, nadal ten tasak jest ostry.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Hazardzista

Dan Mahoney wydaje się na pierwszy rzut oka szarym człowiekiem, nie wyróżniającym się z grona innych szarych ludzi na świecie. Pracę też ma szarą – jest bankierem w Kanadzie. Niedawno awansował na stanowisko młodszego wspólnika i zajmuje się poważnym rachunkiem. Ale – jak każdy człowiek – ma też swoje sekretne życie. A tam dominuje jedna rzecz, czyli hazard. Od kiedy gra w kasynie, obstawia wyścigi i przegrywa kolejne pieniądze. Hazard plus dostęp do kont daje bardzo niebezpieczną mieszankę.

hazardzista1

Dla reżysera Richarda Kwietniowskiego, historia Mahoneya mogła być pretekstem do różnych konwencji. Mógł to być dramat sensacyjny, pokazujące finansowe przekręty bankiera, policyjnego śledztwa, ale tak naprawdę kryminalny wątek jest tak naprawdę tylko pretekstem. Reżyser bardziej skupia się na psychologicznym stanie bankiera, który już dawno przekroczył linię oddzielającej jego nałóg od życia. Kiedy nałóg przejął nad jego życiem kontrolę – tego nie wiemy, ale Mahoney wydaje się być tego świadomy. Doszedł do tego stopnia, ze hazard jest nierozerwalną częścią, wręcz sensem życia. Sama historia jest oparta na pewnej rutynie: praca, kontakty z bukmacherem (Frank Perlin), wyjazd do Atlantic City, powrót (już spłukany). I tak w kółko, w kółko aż do gry wkracza policja oraz szef kasyna, Victor Foss. Mimo tego spokoju, wręcz rutynowego rytmu, „Hazardzista” potrafi wciągnąć swoim klimatem, coraz większym poczuciem paranoi i pytaniem: czy tym razem się uda wyjść z wygraną? A może nie ma już wyjścia i Mahoney skończy bardzo brutalnie?

hazardzista2

Film ma w sobie pewien hipnotyzujący, w czym pomaga bardzo pulsująca muzyka (elektroniczno-jazzowy sznyt) oraz zgrabny montaż. Kwietniowski bardzo sugestywnie pokazuje coraz bardziej nakręcające się stadium uzależnienia, gdzie nasz bohater kompletnie nie dostrzega problemu i rani kolejne osoby, próbujące mu pomóc. Co takiego jest w tym stole, ze nasz bohater u psychiatry przyznaje, ze najbardziej ekscytujące przeżycie – poza hazardem w skali 1-100 dostaje 20, a hazard maksa?

hazardzista3

Ale film ma jeden mocny atut, którego nie waha się użyć – Philipa Seymoura Hoffmana. W jego wykonaniu Mahoney może i sprawia wrażenie niepozornego grubaska w okularach. Ale kiedy zacznie grać, staje się zupełnie kimś innym – te drobne ticki, rozpędzone i galopujące oczy oraz chłodna twarz tworzą bardzo niebezpieczną mieszankę. Aktor kradnie każdy ekran, tworząc bardzo skomplikowany portret nałogowca, znajdującego się w sytuacji już bez wyjścia. Poza nim trzeba docenić łasicowatego Johna Hurta (szef kasyna Victor Foss) oraz bardzo ciepłą Minnie Driver (Belinda).

„Hazardzista” wydaje się pozornym, skromnym filmem, ale ma w sobie coś tak intrygującego, wręcz uzależniającego. Bardzo sugestywne, mroczne stadium, chociaż pozornie zakończone happy endem, który nie jest dany raz na zawsze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Anioł w szafie

Jan jest dźwiękowcem. Gdy go poznajemy pracuje na planie filmu, gdzieś na warszawskiej kamienicy. Ale podczas pracy zaczyna słyszeć szumy i trzeba scenę powtórzyć. Poza tym Jan ma żonę, córkę mieszkającą w Szwecji. Jednocześnie coraz bardziej widać, że coraz bardziej coś go męczy, pewna tajemnica z przeszłości.

aniol_w_szafie1

Dla wielu kinomanów Stanisław Różewicz pozostaje młodszym bratem poety i dramaturga – Tadeusza Różewicza. Nakręcony w 1987 roku „Anioł w szafie” to jeden z ostatnich filmów reżysera, który w konwencji dramatu psychologicznego, próbuje opowiedzieć o walce człowieka z tłumionymi wspomnieniami. Wszystko jest tutaj opowiadane w sposób bardzo chłodny, wręcz zdystansowany i hermetyczny, co dla wielu będzie bardzo dużą barierą. Nie pomaga też fakt bardzo szczątkowej fabuły, gdzie najważniejszy jest Jan oraz jego interakcje z otoczeniem. Dodatkowo jeszcze (niejako bez ładu i składu) są porozrzucane retrospekcje utrzymane w sepiowej kolorystyce, pozbawione w sporej części dźwięku. To wywołuje jeszcze większą dezorientację, a jednocześnie tworzy aurę tajemnicy, zagadki. Reżysera bardzo interesuje pokazanie stanu wewnętrznych przeżyć bohatera, przez co może odrzucić swoją bardzo luźną konstrukcją, momentami symbolicznymi (rozmowa z emigrantem z USA na żydowskim cmentarzu czy tajemniczy finał), jednak emocjonalny chłód oraz dystans Różewicza nie pozwala mocniej i bardziej zanurzyć się w tej poruszającej historii.

aniol_w_szafie2

Trudno mi się przyczepić do realizacji, zwłaszcza do kwestii dźwięków, bez których ten film nie byłby taki wyrazisty w swoich momentach. Tak samo jak fantastyczna kreacja Jerzego Treli, czyli bardzo wycofanego mężczyzny dręczonego przez demony przeszłości. Trudna i wymagająca kreacja, pełna skupienia, gdzie wszelkie emocje można odczuć jedynie drobnymi spojrzeniami oraz ledwo widocznymi gestami. Cała reszta postaci jest ograniczona do drugiego planu, z którego wybija się mocna Grażyna Barszczewska (żona Jana) oraz Edward Żentera (reżyser).

aniol_w_szafie3

„Anioł w szafie” to jeden z bardziej wymagających polskich filmów, jednak nie sprawia wrażenia bełkotu czy bałaganu realizacyjnego. Bardzo trudne, wymagające skupienia kino psychologiczne, miejscami potrafiące magnetyzować.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Amnestia

Okres tuż po 1945 roku był dla wielu ludzi bardzo ciężki. Także dla naszego bohatera. Rysiek to młody chłopak, pracujący w milicji we Wrocławiu. Ale ten chłopak ma pewien problem – wcześniej należał do podziemia i nie ujawnił się. Z jednej strony próbuje się odnaleźć w tym nowym porządku, z drugiej chce pójść do lasu, dołączyć do oddziału.

amnestia1

Takich niby wojennych, ale bardziej dramatów z wojną w tle powstało w naszym kraju sporo. Co nowego do tego gatunku wnosi „Amnestia” z 1981 roku? Chyba największą niespodzianką jest jej reżyser, czyli Stanisław Jędryka – twórca specjalizujący się w głównie w filmach i serialach o tematyce dziecięcej. Już samo to połączenie wydawało się intrygujące, ale wyszedł z tego klasyczny snuj. Czyli mamy bohatera miotającego się między obecnym życiem, dawną przeszłością oraz trzema kobietami (prawie jak w „Przedwiośniu”). Wszystko to układa się w ciąg nie zawsze powiązanych scenek oraz masy wątków, które nie zostają do końca rozwinięte. Zarówno kwestie miłosne, praca w milicji, potem w fabryce jako kierowca dyrektora i rozterki związane z przeszłością (postać dawnego kumpla z lasu, Teodora) to wszystko jest strasznie skrótowe, potraktowane po łebkach, nie wygrane oraz nie angażujące za bardzo. Wyjątkiem od tego są spotkania i schadzki Ryśka z Bianką – młodą, ale poharataną przez wojnę dziewczynę (śliczna Monika Stefanowicz) oraz z doświadczoną Karoliną (zaskakująca Emilia Krakowska), skrywająca pewną tajemnicę.

amnestia2

Ale to wszystko reżyser marnuje, nie ma pomysłu na narrację ani na postacie, które – poza Ryśkiem (niezły Michał Juszczakiewicz) – pojawiają się i znikają niczym w kalejdoskopie. Pojawiają się, coś mówią, ale niewiele z tego wynika. Jeśli to miało pokazać chaos oraz zagubienie naszego bohatera, to nie zagrało to za bardzo. Doceniam fakt, że nie jest to propagandowa agitka, a wszystko wydaje się bardziej przyziemne. Jednak to troszkę za mało, by mówić o godnym uwagi dziele.

amnestia3

„Amnestia” zwyczajnie przynudza, nie angażuje. Doceniam próbę odnalezienia się w zupełnie nowym dla siebie środowisku, jednak efekt mocno rozczarowuje. Bardzo archaiczne kino w złym znaczeniu tego słowa, gdzie nuda nudzi.

5/10

Radosław Ostrowski

Zwolnieni z życia

Wigilia roku 1989. Marek Wysocki wydaje się zwykłym, szarym elektrykiem. W ten dzień pewna kobieta prosi go o pomoc w naprawie światła. Ale prośba okazuje się być zasadzką dokonaną przez oficera UB. Pobity mężczyzna trafia na śmietnik, a sprawcy są przekonani o zgonie. Ale Marek zostaje ocalony przez tajemniczą kobietę zwaną „Francuzką” i trafia do szpitala z amnezją. Zarówno brat Marka – opozycjonista, jak i sprawcy próbują go odnaleźć.

zwolnieni_z_zycia1

Lata 90. w polskim kinie to był czas pewnego dziwnego zawieszenia, próbując odnaleźć się w ten kompletnie nieznanej, nowej i teoretycznie wspaniałej rzeczywistości. Jednak wszystko okazało się jeszcze groźniejsze, bardziej niebezpieczne. I to ten stan przełomu próbuje pokazać Waldemar Krzystek. „Zwolnieni z życia” to dziwna mieszanka, nawet jak na tamte czasy. Z jednej strony jest wątek kryminalny związany z nową władzą i weryfikacją dawnych ubeków, mających zostać zastąpieni przez nową formację. Ci próbują zniszczyć kompromitujące ich materiały i zastraszyć świadków swoich zbrodni, a opozycja próbuje swoimi „zbyt miękkimi” sposobami wyrównać rachunki. Jednak dla reżysera najważniejszy jest Marek, który znajduje się na marginesie społeczeństwa oraz tajemnicza Francuzka, biorąca go do swojego domu. I ta relacja oraz powolne dojście bohatera do swojej pamięci stanowi prawdziwe clou. Dla wielu osób ta przeplatanka może wywołać dezorientację, bo nie do końca wiadomo na czym się skupić, lecz w tym wariactwie oraz chaosie jest metoda.

zwolnieni_z_zycia2

Reżyser całkiem nieźle buduje napięcie, w czym pomaga mu zgrabny montaż (przebitki z przeszłości, spowodowane usłyszanymi słowami czy przedmiotami) oraz bardzo gwałtowna muzyka Zbigniewa Preisnera. Troszkę wrażenie psuje lekko telewizyjna praca kamery, która jest mocno skupiona na twarzach i bardzo statyczna, ale za to wszystko jest porządnie udźwiękowione (!!!). I do tego miejscami gorzki humor jak w scenie na komisariacie, gdzie padają słowa o zwycięstwie. To nadal mocna scena, nie tracąca swojej aktualności.

zwolnieni_z_zycia3

Krzystek za to ma bardzo dobrą rękę do aktorów. Świetnie wypada Jan Frycz, którego przemiana od zagubionego, nieufnego, mamroczącego faceta aż do powoli łączącego fakty mężczyzny budzi uznanie. Trudno kwestionować jego stan psychiczny, a wszystkie emocje są czytelne. Jednak film kradnie bardzo wycofana Krystyna Janda, która ekspresyjność zastępuje słowotokiem. „Francuzka” z jednej strony wydaje się jedyną normalną w tym postrzelonym świecie, ale skrywa pewną tajemnicę, a jej opowieści tylko wywołują mętlik w głowie. Niemniej trudno od Jandy oderwać oczy. Drugi i trzeci plan jest pełen rozpoznawalnych twarzy, z których największe wrażenie robi śliski Mariusz Benoit (kapitan UB) oraz Gabriela Kownacka (żona kapitana), tworząc dość mroczny duet.

Troszkę zapomniany i ku mojemu zdumieniu intrygujący film Krzystka potrafi zaskoczyć oraz kilka razy podnosi stawkę, a jednocześnie stanowi próbę spojrzenia na nowy świat, gdzie panują stare porządki. Nie jest to tak drapieżne jak „Psy”, niemniej potrafi zaangażować, a to już coś.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziecko w czasie

Stephen Lewis jest autorem książek dla dzieci, mieszka z żoną oraz córką Kate. Ale pewnego dnia podczas zakupów, dziewczynka znika bez śladu. Trzy lata później już nie mieszkają ze sobą z powodu nadmiaru smutku. On pracuje w rządkowej komisji ds. dzieci, ona przeniosła się do małego miasteczka i próbują jakoś żyć dalej.

dziecko_w_czasie1

Ta produkcja telewizyjna to adaptacja powieści Ian McEwana i jest to całkiem przyzwoita historia. Reżyser Julian Farino nie próbuje skupiać się na próbie odnalezienia dziecka, ale pokazuje jak takie wydarzenie wywraca psychikę do góry nogami oraz życie. Stąd takie troszkę niespieszne tempo, ale wątek naszego bohatera nie jest jedynym. Po drodze mamy przyjaciela-wydawcę, który odcina się od świata i zaczyna zachowywać się jak duże dziecko, próba odnowienia więzi z żoną, spotkanie z rodzicami, komisja rządowa. Jest nawet moment, gdy naszemu autorowi wydaje się, że widzi swoją córkę. To wszystko jest bardzo mocno pomieszane, chaotyczne niczym umysł człowieka po traumie, co może wywołać dezorientację. ale to bardzo płynnie jest sfilmowane oraz zmontowane. Ale jednocześnie twórcy dają pewną nadzieję, że mimo tak dramatycznych zdarzeń wszystko jeszcze może się ułożyć, co sugeruje finał. Tylko, że oglądając film gubiłem się w chronologii, bo retrospekcje oraz teraźniejszość są bardziej pomieszane niż w „Manchester by the Sea”. I to nie pomaga wejść w ten klimat, wprawiając w stan zakłopotania.

dziecko_w_czasie2

Jeśli coś wybija ten film od średniej półki, to jest fantastyczne aktorstwo. Klasę potwierdza kolejny raz Benedict Cumberbatch, który jest znacznie bardziej wycofany niż zazwyczaj w swoim emploi. Ból, cierpienie wręcz malują się na jego twarzy, ale widać też pewną nadzieję, podlaną odrobiną ironii. Wszystko to wygrane, bez żadnej fałszywej sceny. Równie przekonująca jest Kelly Macdonald, czyli Julie, która bardziej stoi na ziemi oraz lepiej sobie radzi. I co najważniejsze jest silna chemia między tą parą, intrygując aż do końca. Drugi plan za to dominuje Stephen Campbell Moore, czyli Charles. Z jednej strony oczytany i inteligentny, ale powoli znudzony swoją pracą oraz życiem, dlatego odchodzi na wieś. Jego zachowanie może się wydawać dziwaczne, ale ma swoje uzasadnione.

dziecko_w_czasie3

Dziwne to kino, w którym trzeba sobie samemu poukładać wszystkie elementy układanki. Może znużyć, zmęczyć, ale jednocześnie potrafi zaintrygować. Wymaga to jednak większego wysiłku, co może doprowadzić do odbicia się od ściany.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Memoir of a Murderer

Byeung-su jest weterynarzem, mieszkającym ze swoją córką. Od paru miesięcy męczy go Parkinson, a wspomnienia coraz bardziej mieszają w głowie. Jest w czym mieszać, bo nasz bohater zabijał ludzi. Nie dlatego, że był gangsterem czy członkiem Yakuzy, ale tak wyszło. Tylko, że okolica nie jest zbyt bezpieczna, bo znowu ktoś zaczyna zabijać. A stawką w rozgrywce jest życie córki Byeung-su.

memoir_of_a_murderer1

Kolejne spotkanie z koreańskim kinem, który jest bardzo dziwnym miksem thriller psychologicznego a’la „Memento” z dramatem. Film Shin-yeon Wona robi ze mną to, co choroba z mózgiem naszego bohatera – miesza, mąci, prowokuje i kilkakrotnie wywraca naszą wiedzę do góry nogami. Całość bardzo wciąga, intryguje, stawiając wiele pytań o wspomnienia, zawodność ludzkiej pamięci, a jednocześnie rozwiązujemy kilka tajemnic. Dlaczego zaczął zabijać, kim była jego ostatnia ofiara, jak jedno zdarzenie zmieniło jego percepcję. Reżyser za pomocą montażu wielokrotnie wywraca karty, powoli wyczuwamy jak obydwaj wrogowie „obwąchują” się nawzajem, z czego ten nowy zawodnik jest młodszy, sprytniejszy i potrafi wykorzystać problem Byeung-su na swoją korzyść. I ciągle było stawiane pytanie: kto kogo oszuka i zabije? Cały czas czuć wysoką stawkę, napięcie konsekwentnie jest budowane, trzymając wręcz na krawędzi. Jest krwawo, ostro, a jednocześnie to wszystko zaczyna powoli układać się w jedną całość. Więcej wam nie powiem, bo układanka jest naprawdę piorunująca.

memoir_of_a_murderer2

Wielu może znudzić dość powolne tempo w środkowej części filmu, ale i tak z napięciem czekasz aż do końca. Chociaż początkowo też trudno polubić naszego bohatera (fantastyczny Kyung-go Sol), który jest bardzo wycofany, zagubiony i miewa stany zawieszenia, skasowania pamięci. Poza nim jest wyrazisty Nam-gil Kim (detektyw Tae-ju), będący bardziej spokojnym, opanowanym mordercą, działającym bardzo powściągliwie. Jest jeszcze córka Eun-hee (Seol-Hyum Kim), która miota się między obydwoma facetami.

memoir_of_a_murderer3

„Memoir of a Murderer” to kolejny przykład specyficznej potrawy azjatyckiej, która potrafi zaskoczyć, zdemolować, namieszać. Próba odkupienia win, mierzenie się z przeszłością oraz walka na śmierć i życie – smakowity miks, dający wiele satysfakcji.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Rysopis

Lata 60., czyli czas małej stabilizacji. To w tym okresie przyszło żyć niejakiemu Andrzejowi Leszczycowi – studenta ichtiologii, który został wyrzucony ze szkoły. Ma żonę, mieszkają razem, ale żyją tak naprawdę obok siebie. Mężczyzna dostaje wezwanie do komisji wojskowej i zostaje powołanie na pociąg do Kołobrzegu na 15.10, niczym do Yumy. Nasz bohater podejmuje ostatnie decyzje przed odjazdem.

rysopis1

Taki debiut zdarza się raz na dekadę. Kiedy w 1964 roku pojawił się Jerzy Skolimowski ze swoim „Rysopisem”, polskie kino nagle wskoczyło na nowe tory. Cała historia to bardziej ciąg scenek, które łączy postać Leszczyca – bohatera innego niż przewidziało do tej pory kino. Jest to bohater bierny, pozbawiony charakteru, motywacji, sensu swojego istnienia, chociaż próbuje go znaleźć. Boi się wziąć odpowiedzialności za swój los czy może jest zagubionym młodzieńcem? Reżyser nie daje odpowiedzi, także los bohatera pozostaje znakiem zapytania. Czy wojsko uczyni z niego mężczyznę? Sprawi, ze będzie dojrzałym człowiekiem? Te pytania zostają, a kilkugodzinna odyseja Leszczyca staje się pretekstem do przedstawienia portretu epoki lat 60. Ten zbiór sklejonych szkolnych etiud tworzy bardzo spójną opowieść, która formalnie nadal robi wrażenie.

rysopis2

Czuć tutaj mocno ducha francuskiej nowej fali – reżyser uwielbia długie kadry oraz zabawę nietypowymi ujęciami. Nieważne, czy mówimy o scenach „z oczu” bohatera (ta przed komisją wojskową czy gdy wychodzi z domu) albo o odbiciu twarzy w barze. To wszystko wygląda imponująco nawet teraz. Dodatkowo wplecione gdzieś w tle dialogi (rozmowa dwóch pań na dachu), odgłosy radia czy rzadko obecna muzyka doprowadzają do dezorientacji, bo brzmią równocześnie z rozmowami Leszczyca wobec kumpli, żony, przypadkowo poznanej dziewczyny. To intryguje, prowokuje, a pewne repetycje słów nie są tutaj dziełem przypadku. Film może być pełen symboli, repetycji, postaci dających inne spojrzenie na pewne wydarzenia (wątek „kombatanta” zbierającego butelki) oraz zmuszają Leszczyca do pewnych działań, nawet wydawałoby się pozbawionych konsekwencji (zapisanie się na kurs hiszpańskiego). Z drugiej strony „Rysopis” może być zbyt hermetyczny, a symbole (10 razy dzwoniący telefon, zapałka, tekst z naklejonego plakatu) nieczytelne.

rysopis3

Niezmienne jest natomiast fantastyczne aktorstwo. Leszczyca gra sam Skolimowski i wyszedł absolutnie fantastycznie. Młody, zagubiony, nieokreślony człowiek, szukający swojego miejsca oraz sensu w świecie. To jest wygrywane bardzo wyraziście, a kilka scen w jego wykonaniu (udział w sondzie ulicznej czy rozmowa przed komisją) to prawdziwe perełki. Równie wyborna jest Elżbieta Czyżewska i to w trzech wcieleniach: jako żona, poznana w uczelni Basia oraz dekująca się u „Janczewskiej” Teresa. Zawsze inna, zawsze charakterna i wyrazista.

rysopis4

„Rysopis” to początek historii naszego outsidera oraz jego wędrówki po sens życia. Niepozbawiona humoru, groteski i pewnej poetyckości opowieść wydaje się zaskakująco aktualna. To jest wyzwanie, które warto podjąć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pasażerka

Dziwny to film i niełatwy do opowiedzenia. Bo jak opowiedzieć o historii, która jest urwana? Na statku pasażerskim płynie Lisa razem z mężem. Niby spokojny rejs, jednak wtedy pojawia się pewna kobieta. Niby nikt taki, jednak przypomina ona pewną osobę z przeszłości. Przeszłości, o której chciałaby zapomnieć, naznaczona Auschwitz.

pasazerka1

Film Andrzeja Munka to urwany fragment całości, który nigdy nie zostanie dokończony. Reżyser zginął w wypadku samochodowym podczas pracy nad tym filmem, przez co znamy tylko część materiału, a resztę (krótkie fotosy) przeplatają się ze scenami retrospekcji. Tam poznajemy jej losy jako szefowej komanda zajmującego się dobrami więźniów. Wtedy pojawia się nowa pomocnica, Marta. Ta dziwna relacja oparta na próbie złamania kobiety przez surową, pozbawioną wręcz emocji Lisę. Zaczynamy odkrywać tajemnicę oraz tą skomplikowaną relację z Martą. Upokorzenie, szacunek za pomocą uległości, próba złamania charakteru, a jednocześnie w tle przewija się piekło obozu. Sceny biegu kobieta oraz łapania przez hak, co doprowadza panie do „zamkniętego” kobiecego koła, czytanie grepsu na apelu czy wrzucanie Cyklonu B robi piorunujące wrażenie.

pasazerka2

Cała ta opowieść miała potencjał na moment zderzenia z przeszłością oraz konsekwencjami swoich decyzji. Surowa realizacja może trafić, a wpleciona narracja z kadru wyjaśnia dlaczego film wygląda jak wygląda. Nikt nie chciał kontynuować dzieła Munka, zaś jego najbliższy współpracownik zdecydował się skleić fragmenty w spójną całość. A najmocniejszym punktem jest mocna Aleksandra Śląska – chłodna, do bólu opanowana i bezwzględna, zapada w pamięć. To, co mówi i to, co widzimy pokazuje mechanizm działania kata oraz działania ludzkiej pamięci. Kontrastem dla niej jest Anna Ciepielewska w roli Marty, która jest bardzo wycofana, choć kilka scen zapada w pamięć.

pasazerka3

Szkoda, że nie poznajemy części współczesnej, bo można było z tego wycisnąć więcej. Rozumiem decyzję o tej wersji filmu jaka jest, ale chciałbym poznać dalszy ciąg. Mimo to warto zapoznać się z „Pasażerką”.

6/10

Radosław Ostrowski