Una

Kim jest tytułowa Una? Gdy ją poznajemy jest w klubie i uprawia seks z przypadkowym facetem. Potem wraca do domu, gdzie mieszka razem z matką na przedmieściach. Ale pewne jedno zdjęcie budzi wspomnienia. Jest na nim jej pierwszy mężczyzna w jej życiu, którego decyduje się odnaleźć. Tylko, że ona miała wtedy 13 lat, a on był dorosły. Znajduje go w pracy, pod nowym nazwiskiem, odciął się kompletnie od przeszłości. Tylko do czego doprowadzi konfrontacja Raya (obecnie już Petera) z dawną dziewczyną?

una1

„Una” jest adaptacją sztuki teatralnej oraz reżyserskim debiutem Benedicta Andrewsa (do tej pory twórcy teatralnego), pokazującym bardzo mroczną stronę uczucia. Ale jakiego? Czy to była miłość, pożądanie, seks czy może jednak pedofilia? Twórcy w żaden sposób nie zamierzają dać na jakiejkolwiek odpowiedzi – wszystko trzeba samemu wyczytać między słowami, rozedrganymi spojrzeniami oraz wplecionymi w całość retrospekcjami. A jak było naprawdę? Każde z nich pamięta zupełnie inaczej pewne wydarzenia, zaś twórcom nie zależy na szokowaniu czy robieniu skandalu. Nie ma tutaj epatowania seksem (chociaż jest to bardzo sugestywnie opowiedziane), jednak nie mogłem wejść w tą specyficzną opowieść. Może wynikać z faktu, że dwójkę naszych bohaterów bardzo trudno rozgryźć, przez co wiele osób odbije się jak od ściany. Ale widać, że oboje – w jakiś sposób – zostali naznaczeni wydarzeniami z przeszłości.

una2

Całość niemal ograniczona do jednej przestrzeni (pomieszczeń biurowych), które kamera próbuje ogrywać dynamiczną pracą oraz zabawą oświetleniem. Także bardzo pulsująca muzyka oparta na elektronice buduje niemal oniryczną aurę. A wszystko kończy się wielkim znakiem zapytania, zawieszając losy bohaterów.

una3

„Una” nie miałaby siły przyciągania, gdyby nie intrygujące aktorstwo. Trudno oderwać było mi oczy od Rooney Mary, pozornie grającą w ten sposób – wycofaną, bardzo skrytą kobietę. Nie jest ona w stanie uwolnić się od przeszłości, ale czy ona tego naprawdę chce? Skrzywdzona ofiara czy konsekwentnie próbująca osiągnąć (nawet nierealny) cel? Te sprzeczne charaktery są bardzo delikatnie odmalowane (plus świetna Ruby Stokes jako jej młodsze wcielenie), a ja próbowałem zrozumieć tą postać. Równie zagadkowy jest Ben Mendelsson, czyli Ray. Człowiek, który chce zapomnieć o przeszłości, ale jednocześnie ofiara swojej własnej obsesji. Pedofil, uwodziciel czy ofiara „Lolity”?

Debiut Andrewsa to zaledwie niezłe kino, oparte na bardzo niejednoznacznych postaciach oraz ich przeżyciach. Jednak dla świetnego aktorstwa warto zmierzyć się z „Uną”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bikini Blue

Manchester, rok 1953. To właśnie tutaj mieszka małżeństwo polsko-brytyjskie: Eryk i Dora Szumscy. Ona jest pielęgniarką w szpitalu, on – no cóż, jest pacjentem szpitala psychiatrycznego dla Polaków, walczył na wojnie. Pewnego dnia, kobieta odwiedza swojego męża, mając ze sobą listy z Czerwonego Krzyża, jednak lekarz zabrania jej informowania o tym. Mężczyzna po wizycie postanawia uciec z ośrodka i postanawia spędzić czas z kobietą.

bikini_blue2

Jarek Marszewski po 16 latach postanowił o sobie przypomnieć idąc w stronę psychologicznego dramatu. Trzeba przyznać, że to mało znane tło dla tej historii dawało spore pole do działania, a reżyser postanowił skupić się na tajemnicy związanej z Erykiem. Bardzo powoli zaczynamy odkrywać elementy układanki, skupiając się na informacjach z dialogów oraz (głównie w przypadku męża) dziwacznych zachowań, pozornie normalnych jak w momencie nafaszerowania kobiety podczas postoju (dosypanie do alkoholu środków i przyjazd na plażę) czy ucieczki. Cała historia się strasznie wlecze, składając się z paru scenek nie koniecznie ze sobą powiązanymi (scena w barze, wizyta w kinie, gdzie widzimy parodię „Godzilli”) czy finał zakończony wyjaśnieniem tajemnicy, doprowadzając mnie do… śmiechu oraz ciosem łopaty.

bikini_blue1

Z jednej strony nie jestem w stanie odmówić niczego warstwie wizualnie, tej stylizacji na lata 50., gdzie film uderza swoimi filtrami oraz pięknymi kolorami. Do tego jeszcze słyszymy bardzo gitarową muzykę Bartka Chajdeckiego, która nie gryzie się z resztą. Nawet naleciałości etniczne (flety) dodają tylko smaczku. Aktorzy robią, co mogą, by wycisnąć ze swoich postaci jakieś emocje (Tomasz Kot i Lianne Harvey), co udaje się wtedy, gdy są osobno. Jak pojawiają się razem, kompletnie odpychają się, a ja nie byłem w stanie uwierzyć im.

bikini_blue3

Na „Bikini Blue” mimo krótkiego czasu trwania (niecałe półtorej godziny) działało bardzo przysypiająco, nieangażująco oraz bardzo nudno. Pseudopsychologiczny dramat pełen (pozornej) tajemnicy oraz kompletnie nieprzekonujących bohaterów, do tego jeszcze z lektorem (bo film po angielsku). Ładne obrazki to za malutko.

3/10

Radosław Ostrowski

Las, 4 rano

Cała historia skupia się na pewnym mężczyźnie. Gdy go poznajemy, jest on człowiekiem biznesu, czerpiącym garściami z życia. Bogaty, jeżdżący na motorze, bierze dragi i wyrywa kobiety. Parę minut filmu później ten sam mężczyzna mieszka w leśnej ziemiance, oddalony od całego świata, żywiąc się tym, co natura oferuje. Skąd ta nagła zmiana otoczenia? Wtedy w jego życiu pojawia się 13-letnia Madzia.

las_4_rano1

Jan Jakub Kolski to reżyser coraz bardziej nieobliczalny, który dawno opuścił swój baśniowy świat. Ostatnio przygląda się rzeczywistości tak, jak wygląda – burej, bardzo szarej, z postaciami skrywającymi mroczną tajemnicę. Tak w było w przypadku „Zabić bobra”, nie inaczej jest tutaj. Reżyser (i jednocześnie autor zdjęć) tworzy kino bardzo hermetyczne, oparte na szczątkowej fabule, małej ilości dialogów oraz tajemnicy. Wszystko jest skupione na postaci granej przez Krzysztofa Majchrzaka (powrót po 10 latach!), który dominuje na ekranie. Jaka trauma skrywa się pod tym wielkoludem o ciele niedźwiedzia? Ten odludek odcięty od cywilizacji, żywiący się tym, co znajdzie i upoluje, coraz bardziej zaczyna odlatywać (wykopanie dołu, w którym śpi), a jego relacja najpierw z prostytutką Natą (dobra Olga Bołądź) oraz pojawiającą się Madzią (niezła Maria Blandzi) pozostają równie zagadkowe. Skoro pierwsza mogłaby być jego kochanką (ale nie korzysta), a druga córką, czemu trzyma je na dystans, unika bliskości?

las_4_rano3

Pojawia się wiele pytań, lecz nie należy się spodziewać jakichkolwiek odpowiedzi (nawet cytaty z Księgi Hioba wydają się słabą poszlaką). Pewne sceny potrafią poruszyć jak nauka zastawiania pułapek czy bardzo smutny finał, jednak Kolski stawia na niedopowiedzenie, nie oferując zbyt wiele w zamian. Może poza niejednoznacznym finałem.

las_4_rano4

Wydaje się, że „Las, 4 rano” to historia o radzeniu (właściwie) nie radzeniu sobie z traumą, tylko że forma wybrana przez Kolskiego działa odpychająco i odbiłem się od niego. Rwany, szybki montaż, powolne kadry, dialogi jakby improwizowane. Tylko, że niewiele z tego wynika, a akcji jako takiej tu nie ma, przez co ogląda się to ciężko. Sama mocna rola Majchrzaka to za mało, by przebić się przez tą sferę.

4/10

Radosław Ostrowski

W spirali

Są czasami takie filmy, po których obejrzeniu bywa zdumiony i zaskoczony. Nie jest to jednak zaskoczenie pozytywne, ale drapanie się w głowie oraz poczucie konsternacji, niezrozumienia, dziwnej zagadki oraz jednego „ale o co chodzi”. Tak miałem przy „Hardkor Disko”, a teraz to odczucie wróciło przy filmie „W spirali”.

w_spirali1

Produkcja Konrada Aksinowicza opowiada o dwójce bohaterów: Krzysztofie i Agnieszce. On jest aktorem, któremu zdarzało się robić skok w bok, ona jest producentką filmową. Ich związek zaczyna się mocno sypać i by posklejać pęknięte kawałki, decydują się wyruszyć do domu w lesie gdzieś na obrzeżach miasta. Ale po drodze pojawia się tajemniczy Tamir, który chce pomóc bohaterom. Jak? Poza rozmową, ma pewne zioła, mogące pomóc wejść do wnętrza siebie.

w_spirali2

Brzmi ciekawie? Otóż takie nie jest, bo sama historia pełna jest dialogów, nie będących rozmowami, lecz fragmentami czegoś szerszego. Można odnieść wrażenie, że nasza para zna się na tyle dobrze, iż nie potrzebują mówić wiele. Tylko, że ten dramat bohaterów pozornie rozedrganych, w połowie filmu zaczyna się rozsypywać i niespecjalnie obchodzi. Owszem, film budzi skojarzenia z „Nożem w wodzie” (para + ten trzeci) czy „Piknikiem pod Wiszącą Skałą” (pięknie sfotografowana Kotlina Kłodzka), jednak to nie wystarcza. Kiedy nasi bohaterowie są na haju, wtedy montażysta zaczyna szaleć i robi się ciekawie: przeskoki i szybkie cięcia, zniekształcony dźwięk, bełkotliwe słowa. Nawet retrospekcje, pokazujące przyczyny tego stanu i repetycja pewnych scen, okazują się tylko pustą wydmuszką, a mistyczna otoczka jest tak bełkotliwa i niestrawna, ze nawet aparycja Tamira (jedyna intrygująca postać) nie jest w stanie tego uratować. No i jeszcze to zakończenie, które niby daje otwartą furtkę, lecz rozwiązanie tego konfliktu wydało mi się śmieszne.

w_spirali3

Aktorsko jest tak sobie. Nie czuć mocno chemii między Kasią Warnkę i Piotrem Stramowskim, brakuje im charakteru, charyzmy, a ich konflikt wydaje się kompletnie nieangażujący. Tajemniczy Tamir Halperin jako bohater posiadający połączenie z przyrodą jest w stanie skupić uwagę. Jest w nim coś, co intryguje.

w_spirali4

„W spirali” jest dla mnie terapeutycznym bełkotem, mającym na celu… no właśnie, nie wiem po co. Ładnie to wygląda, zmontowane są bardzo ciekawie, jednak to troszkę za mało, by zawrócić sobie głowę. Wpadnięcie w spiralę nudy gwarantowane.

4/10

Radosław Ostrowski

Amok

O sprawie Krystiana Bali każdy słyszał bardziej lub mniej. Pisarz, który został oskarżony o morderstwo, a materiałem dowodowym była tylko i wyłącznie jego powieść „Amok”. Mężczyzna został skazany na 25 lat i przyniosła autorowi upragniony rozgłos. W końcu musieli zainteresować się nią filmowcy, co stało się zadaniem dla Kasi Adamik.

amok1

Samo śledztwo nie jest tutaj najważniejsze, choć wszystko zaczyna się od znalezienia ciała. Pierwsze minuty mówią o Bali więcej niż się, a reżyserka ciągle podpuszcza. Krwawa scena morderstwa (na widok odcinanych nożem piersi odwróciłem wzrok) okazuje się tylko wytworem wyobraźni. Takich onirycznych fragmentów będzie coraz całość, budując coraz bardziej mroczny klimat. Podobnie robi to świdrująca uszy muzyka elektroniczna, niemal żywcem wzięta z ostatnich filmów Davida Finchera oraz bardzo stonowane, wręcz bazująca na oświetleniu zdjęcia, niemal wyprane z kolorów. Dla twórców kluczem jest psychologiczna rozgrywka między Krystianem Balą a prowadzącym śledztwo inspektorem Sokolskim. Praktycznie do samego końca nie wiemy, czy Bala naprawdę jest mordercą czy tylko facetem mającym obsesję na punkcie przemocy. Wiadomo, na czym mu naprawdę zależy: rozgłos, sława, pieniądze, uznanie. Śledczy próbuje pisarza złamać w bardziej subtelny sposób, prosząc go o pomoc w sprawie (troszkę przypominało to telewizyjnego „Hanibala”, gdzie też główni antagoniści „obwąchiwali się”) i rodzi się pytanie, kto kogo pierwszy oszuka, rozgryzie i wyprowadzi w pole.

amok2

Jednocześnie Adamik pokazuje coś w rodzaju degeneracji człowieka, który swoimi grafomańskimi tekstami zdobywa rozgłos i sławę (mocno pokazują sceny, gdy Bala jako gwiazda odwiedza media, ma spotkania z czytelnikami). Silnie widać pewną fascynację złem, zepsuciem, zbrodnią – zawsze tak było, ale tutaj ma to w sobie dużą siłę. Autorka próbuję pogłębić psychologiczne portrety przeciwników, chociaż początkowo można odnieść wrażenie stosowania klisz. Ale to zupełnie nie przeszkadza. Problemem dla mnie były sceny z byłą żoną Bali, które niby miały pokazać jak dokonania męża oddziałują na nią, ale to tylko wybijało mnie z rytmu.

amok3

Adamik, poza kilkoma wstawkami z surrealistyczną otoczką, mocno trzyma się faktów i świetnie aktorów. Pozytywnie zaskakuje Mateusz Kościukiewicz, który ostatnimi laty marnował swój potencjał. Wycofanie bohatera, troszkę nerwowe spojrzenia i czasami bełkotliwe wypowiedzi tworzą dziwaczną mieszankę, budzącą fascynację. Ale jeszcze lepszy jest Łukasz Simlat w roli zmęczonego życiem inspektora, prześladowanego przez swoje demony. Obydwu panów zaczyna łączyć obsesja na punkcie morderstwa, tylko motywy działań są kompletnie różne. Na drugim planie wspiera duet Mirosław Haniszewski (policjant Marek), a źródłem irytacji staje się Zofia Wichłacz jako Zofia Bala (samym sposobem mówienia potrafiła zdenerwować).

amok4

„Amok” trafnie opisuje głównego bohatera, co chciałby być kimś wielkim, a okazuje się pustym postmodernistycznym zbiorem cytatów, czerpiących z tego i owego twórcy. Jest mroczne, ambitnie i z dużą dawką tajemnicy, jednocześnie świadome konwencji noir. Bardziej czuć obecność Lyncha, ale potrafi to wszystko wciągnąć.

7/10

Radosław Ostrowski

Ja, Olga Hepnarova

Kim była Olga Hepnarova? Kobieta, o której Czesi chcieliby jak najszybciej zapomnieć, gdyż jest bardzo ciemną kartą z historii tego kraju. W 1973 roku wjechała w tłum ludzi stojących na przystanku. Zostawiła po sobie list, w którym przyznała się do tego i wyjawiła swoje motywy – zemstę na społeczeństwie za swoją krzywdę.

olga_hepnarova1

Jej historię postanowili opowiedzieć panowie Petr Kazda i Tomas Weinreb w swoim debiucie opartym na reportażu Romana Ciieka. Władze komunistyczne zrobiły wszystko, by tą kobietę wymazać z pamięci i dlatego zostało po niej niewiele śladów. I to być może wyjaśnia konstrukcję tego filmu – to ciąg scenek w chropowatej, czarno-białej kolorystyce, przypominające fotografie. Pozornie mogą one wydawać się niepowiązane ze sobą w żaden sposób nitką fabularną, stanowiąc bardziej impresję na temat Olgi. Gdy ją poznajemy, próbuje odebrać sobie życie, przedawkowując leki. Potem widzimy ją w pracy, w swojej samotni, w jakieś spelunie, spędzając czas z koleżanką, podczas jazdy ciężarówką. To wszystko jest powycinane, sprawia wrażenie sklejki fotek (świetne zdjęcia Adama Sikory). Jeśli ktoś czuje podobieństwo do „Idy”, to na poziomie wizualnym jest bardzo silne. Uderza za to kompletny brak muzyki, co tylko potęguje poczucie beznadziei Olgi. Wiem, że dla wielu takie wolne i samodzielne układanie psychologiczny puzzli może być trudne, wręcz męczące, ale spróbujcie.

olga_hepnarova2

Sama dziewczyna pojawia się ona niemal w każdym ujęciu, a jej spojrzenie wydaje się kompletnie puste, jakby zamiast oczu były kawałki szkła. Niby ona jest, ale jakby nieobecna duchem Niby jest mizantropem, unikającym ludzi jak ognia, z drugiej zaś potrafi nawiązać więź z partnerkami. Pytanie, czy ta Hepnarova ma taką nadwrażliwą psychikę, a może to wszystko jest jakąś kreacją, wymówką przed wzięciem odpowiedzialności, wysiłkiem za swoje życie. Na te pytania nie znajdziecie odpowiedzi (przynajmniej wprost), a wcielająca się w nią Michalina Olszańska magnetyzuje, do samego końca skupiając swoją uwagę, także mową ciała – męski, twardy chód oraz twarz bardzo nisko, unikając wzrokowego kontaktu. Bardzo wymagająca, trudna rola, z której aktorka wychodzi z obronną ręką. Cała reszta obsady jest tylko tłem dla Olszańskiej.

olga_hepnarova3

Rzadko się zdarza na naszych ekranach poważny, czeski film, który zrywa z obrazem Czechów, pijących piwo, prowadzących bardzo swobodne rozmowy o życiu oraz miłości. Dla wielu ta surowa realizacja może stać się barierą nie do przekroczenia, ale „Ja, Olga Hepnarova” dziwnie wydaje się aktualna w czasach, gdy ludzie wsiadają do aut i wjeżdżają na innych ludzi. Z czego to wynika i dlaczego to robią? Oto jest pytanie. Odpowiedzi tu nie znajdziecie, ale parę pytań zostanie.

olga_hepnarova4

7/10

Radosław Ostrowski

Marnie. Przyjaciółka ze snów

Anna jest młodą, ale bardzo skrytą dziewczyną z astmą, która ma problemy z akceptacją siebie oraz otoczenia. Ma swoje humory, potrafi bez powodu się wkurzyć i trudno jest nawiązać relacje z kimkolwiek. Jej opiekunowie (rodzice nie żyją) decydują się zaprowadzić dziewczynę do wujostwa na wieś, by się polepszyło. Pewnego dnia trafia na opuszczone domostwo, które ja intryguje i zaczyna je rysować. Wieczorem trafia na młodą, blondwłosą dziewczynkę o imieniu Marnie. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że mieszka w opuszczonym domku. Anna zaczyna się z nią przyjaźnić, ale zaczyna mieć wątpliwości, czy nowo poznana koleżanka istnieje naprawdę.

marnie_11

Rzadko zdarza mi się odwiedzać kino azjatyckie, jednak animację to skośnoocy potrafią zrobić. W końcu to owiane legendą studio Ghibli, z którym nie miałem zbyt wiele do czynienia. I pierwsza, co rzuca się w oczy to piękna, ręcznie rysowana animacja z zachwycającymi krajobrazami. Dom na mokradłach, których woda podnosi się i opada wygląda prześlicznie, twórcy skupiają uwagę na pełnej szczegółach scenografii, wprowadzając na w pociągający i tajemniczy świat. Do tego bardzo delikatna, liryczna muzyka, wpadająca mocno w ucho, tworząca niezwykły klimat całości.

marnie_13

A cała historia skupia się wokół tajemniczej Marnie – twórcy długo wodzą za nos, co do jej tożsamości. Jej obecność w życiu zahukanej i strachliwej Anny działa bardzo pozytywnie. Dziewczyna bardzo stopniowo zaczyna się zmieniać, dostrzegać inaczej świat i mierzyć się z własnymi demonami. Kluczowa wydaje się wspólna wyprawa do podniszczonego silosu podczas burzy – wtedy robi się naprawdę mroczniej i to Anna (ta wyciszona) staje się wsparciem dla wystraszonej Marnie. Stopniowo odkrywamy kolejne elementy układanki, tworząc bardzo spójną, logiczną oraz poruszającą historię z wieloma ślicznymi fragmentami (wspólny taniec dziewczynek, retrospekcje z życia Anny), które dają wiele do myślenia, a także pokazują zagubienie oraz lęk bohaterki przed otworzeniem się.

marnie_14

Przyznam się wam do czegoś: po raz pierwszy odkąd pamiętam, rozkleiłem się w trakcie oglądania filmu, co nie zdarzyło mi się nigdy. Końcówka to prawdziwy emocjonalny rollercoaster, który doprowadzi do łez nawet największego twardziela i poznajemy prawdziwą historię Marnie. To bardzo mocne emocjonalnie, choć bardzo klasycznie zrealizowane kino.

marnie_12

Tym większa szkoda, że ta nominowana do Oscara produkcja nie trafiła do kin, tylko od razu na DVD. I chyba skuszę się, by posmakować japońszczyzny, bo jest bardzo dobra. Takie filmy powinno się pokazywać dzieciom, a następnie porozmawiać z nimi o pewnych sprawach. To już wiecie, co macie robić, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Wśród nocnej ciszy

Przedwojenne miasteczko nadmorskie. To tutaj dochodzi do coraz gwałtowniejszych ataków seryjnego mordercy dzieci. Przy ich ciałach zostawia zabawkę z namalowanym kotkiem. Są już dwie ofiary, a prowadzący śledztwo komisarz Teofil Herman może tylko czekać na błąd zabójcy. Co i tak nie poprawia jego napiętych relacji z synem, Wiktorem. Śledztwo zaczyna się wymykać, aż w końcu pojawia się podejrzany.

wrd_nocnej_ciszy1

W Polsce kryminał (i w ogóle kino gatunkowe) uważany jest za coś gorszego i niepoważnego. Ale to nie zrażało naszych filmowców do mierzenia się z kinem gatunkowym. Tak też w 1978 roku zrobił Tadeusz Chmielewski – uznawany za specjalistę od komedii, postanowił się zmierzyć z powieścią Ladislava Fuksa i zrealizował dziwaczną mieszankę kryminału z dramatem psychologicznym. Bo tak naprawdę liczą się dwa wątki, których spoiwem jest komisarz Teofil Herman. Samo śledztwo poprowadzone jest w klasyczny sposób: analiza dowodów i ciągłe rozmowy ze świadkami, czasami nie da się uniknąć szantażu (mocna rozmowa z żoną podejrzanego), a poszlaki są bardzo wątłe. Za to imponuje wręcz szczegółowość w pokazywaniu paru technik jak tworzenie portretu rysownika czy – największa niespodzianka – rozmowa z głuchoniemym wywiadowcą. Powoli zaczyna być budowany klimat grozy i niepokoju, a zimowa aura tylko potęguje atmosferę psychozy strachu (próba linczu na gazowniku). Nie ma tutaj popisywania się dynamiczną akcją, a fatalizm losu wydaje się być gwoździem do trumny dla naszego bohatera.

wrd_nocnej_ciszy2

Drugi wątek (kto wie, czy nie ważniejszy) to relacja ojca z synem – młodym, nadwrażliwym chłopcem, pragnącym wyrwać się z miasteczka. Wiktor dla ojca jest wspomnieniem po zmarłej żonie, a bardzo surowe wychowanie w pruskim stylu (dyscyplina, ślepe posłuszeństwo, oschłość i kary) coraz bardziej zaczyna ich od siebie oddalać. Chłopiec chce akceptacji i miłości ojca, ale jednocześnie czuje do niego nienawiść, doprowadzając do całkowitej zmiany dochodzenia. Więcej wam nie zdradzę, ale zakończenie wywraca wszystko do góry nogami.

wrd_nocnej_ciszy3

Reżyser mocno odtwarza realia przedwojennej Polski i nie mam na myśli tylko umundurowania policjantów. Imponuje przede wszystkim praca scenografów (nie da się zapomnieć mieszkania preparatora zwłok, które budzi prawdziwe przerażenie) oraz skupienie na drobnych detalach w postaci pudełek zabawek dla dzieci czy dawnych aparatów fotograficznych. Wszystko to oddano z pietyzmem, skupieniem na szczegół, budując bardzo wiarygodny świat. A jednocześnie twórcy unikają pokazywania makabrycznych szczegółów (samych morderstw nie widzimy).

wrd_nocnej_ciszy4

Do tego całość jest znakomicie zagrana. Wybija się przede wszystkim Tomasz Zaliwski w roli zdeterminowanego komisarza Hermana. Surowy i bezwzględny wobec wszystkich, ceni sobie przede wszystkim lojalność i posłuszeństwo, stawiając prawo na pierwszym miejscu. Syna zaś wychowuje w starym, pruskim modelu, przez co staje się oschłym, pozbawionym wrażliwości człowiekiem. Po drugiej stronie jest Piotr Łysak (Wiktor) – młody, nadwrażliwy chłopak, pragnący zostać marynarzem i pragnący akceptacji rodzica. Ten duet dynamizuje ten film, przez co nawet te spokojniejsze fragmenty mają podskórne napięcie. Trudno też nie docenić niezawodnego Henryka Bistę (śledczy Stefan Waniek), Bolesława Smelę (preparator zwłok Rastor) oraz Jerzego Bończaka (morderca Stopek), którzy wnoszą do filmu tajemnicę i autentyczność.

Gdyby ktoś mi powiedział, że Chmielewski zrobi kiedyś świetny kryminał, wyśmiałbym go w twarz. Jednak „Wśród nocnej ciszy” nie tylko zaskakuje swoim precyzyjnym wykonaniem, ale także bardzo mroczną atmosferą i skupioną na detalach intrygą. Wielu może zniechęcić tempo, ale warto dać szansę temu zapomnianemu i niedocenionemu dziełu Chmielewskiego.

8/10

Radosław Ostrowski

Amerykańska sielanka

Każdy z nas chyba wie, czym jest „amerykański sen”. Spełnienie i zdobycie wszystko, co najlepsze – piękna żona, idealny dom na przedmieściu, wreszcie dzieci odnoszące sukcesy. Sielanka? Dla Seymoura „Szweda” Levova to było spełnienie marzeń. Przystojny, atletyczny mężczyzna, zakochany w pięknej kobiecie, Dawn (co z tego, że gojka), była miss stanu. Do tego pojawia się ona, córeczka Meredith. Brzmi to jak spełnienie marzeń? Do pewnego czasu tak jest, bo dziewczyna się jąka, zaczyna się wycofywać (i pod wpływem otoczenia) skręca w stronę radykałów spod znaku kontrkultury. Aż pewnego dnia dochodzi do ataku terrorystycznego, w którym ginie właściciel sklepu, a dziewczyna znika bez śladu.

amerykanska_sielanka1

Kolejne spotkanie kina z Philipem Rothem, który nigdy nie był łatwy do sfilmowania. Tym razem jednak realizacji kinowej wersji pierwszej części trylogii amerykańskiej podjął się Ewan McGregor – bardzo popularny i ceniony aktor szkocki. Ale, jak to w przypadku debiutanta, wziął na siebie zadanie ponad swój ciężar. Klamrą dla opowieści o śnie, który zmienił się w koszmar jest zjazd absolwentów, na który przebywa ceniony pisarz Nathan Zuckerberg (w tej roli David Strathairn). Dzięki poznanemu na zjeździe bratu Szweda, poznaje on jego historię. McGregor miał szansę, by wykorzystać losy rodziny Levov do zderzenia się z okresem lat 60., gdy Ameryka prowadziła najtrudniejszą ze wszystkich wojen – wojnę domową. Częściowo się to nawet udaje, gdyż początek obiecuje wiele: jest świetnie wykonana robota scenografów i kostiumologów, zgrabnie wplecione materiały archiwalne. Jednak cały czas stawiane jest pytanie: dlaczego dziewczyna z dobrego domu staje się terrorystką i morderczynią? Tak jak ojciec cały czas próbujemy to rozgryźć i odnaleźć przyczynę.

amerykanska_sielanka2

Pojawiają się pewne drobne sygnały (widok podpalonego mnicha, jąkanie się, jej prośba, by Szwed pocałował ją jak mamę), które coraz bardziej zaczyna się radykalizować. Dziewczyna zaczyna niszczyć to, w co wierzy jej ojciec, czyli pracowitość i wierność tradycji. Bunt przeradza się w gniew, sympatyzowanie z kontrkulturą – jest wiele poszlak, ale brakuje tutaj kropki nad i. Tylko, że powieść Rotha miała bardziej rozbudowaną psychologię, wspartą bardzo nielinearną konstrukcją (masa retrospekcji), łącząc wszystko w spójną całość. Tutaj zabrakło spoiwa, bo wiele scen sprawia wrażenie niepowiązanych ze sobą. To, że żona zaczyna oskarżać męża, iż pojawił się w jej życiu (i że mogła mieć zupełnie inne życie), pojawienie się tajemniczej Rity Cohen (intrygująca Valerie Curry), mogącej znać miejsce pobytu Merry. Wiem, o co chodziło twórcom: pokazanie jak jedno wydarzenie wywraca i niszczy życie zwykłej rodziny. Problem w tym, że to wszystko sprawia wrażenie bardzo sztucznego tworu.

amerykanska_sielanka3

Nawet aktorstwo (przyznaje, że bardzo solidne) jest bardzo teatralne i miejscami aż nadekspresyjne (dotyczy to mocno samego McGregora). Intrygują panie – Jennifer Connelly oraz Dakota Fanning – jednak nawet ich próby stworzenia psychologicznych portretów mogą budzić poważne wątpliwości pod względem wiarygodności. Dlatego, jeśli chcecie bliżej poznać tragedię rodziny Levov, zdecydowanie sięgnijcie po literacki pierwowzór, lecz nie spodziewajcie się łatwej i przyjemnej lektury.

amerykanska_sielanka4

5/10

Radosław Ostrowski

Pod osłoną nieba

Lata 50. Do północnej Afryki przyjeżdża młode małżeństwo – Kit i Port Moresby oraz towarzyszący im niejaki Tunner. Małżonkowie po 10 latach chcą na nowo rozbudzić dawno zgaszone uczucie, co tylko teoretycznie wydaje się takie proste. Bohaterowie przenoszą się z miejsca na miejsce, nie zostając zbyt długo w jednej lokalizacji.

Bernardo Bertolucci opowiada w swoim filmie o poszukiwaniu straconego czasu oraz szansie na odzyskanie dawnego uczucia, które jeszcze się tak tliło. Wielu parom wydaje się, że taką okazją może być zmiana klimatu – tutaj afrykańska pustynia, z dala od cywilizacji. Jednak dla filmowców pustynia jest stosowana jako symbol pustki, samotności. Poza tym szansę na naprawę tego związku zostają zmarnowane już pierwszego dnia pobytu, gdy małżonkowie dopuszczają się niewierności. Dodatkowo jeszcze przenoszą się z miasto do miasta, zostają przy nim najwyżej dzień, więc jaka może być szansa na naprawę? Być może na jakiś dramatyczny moment, który ich zbliży. Jednak klimat nie sprzyja, podobnie jak seans tego filmu.

oslona_nieba2

Reżyser nie ułatwia nam pokazania relacji między tą dwójką – wiadomo, jest to dramat psychologiczny, ale bardzo pomogłoby wejście w umysł naszych bohaterów. A im dalej oglądamy, tym trudniej wytrwać do samego końca, próbując rozgryźć, co znaczą gesty oraz co tak naprawdę chcieli sobie powiedzieć Kit i Port.

oslona_nieba1

Na pewno największym plusem tego filmu są genialne zdjęcia Vittorio Storaro. Wizualna przestrzeń robi tu monumentalne wrażenie, przepięknie plastycznie (noc nad miastem, próba zbliżenia na pustyni) i czułem się jakbym tam dosłownie trafił. Melancholijny nastrój potęguje muzyka niezawodnego Ryuichi Sakamoto. Jednak nawet one nie są w stanie przełamać hermetyczności tego dzieła.

oslona_nieba3

Swoje próbują zrobić aktorzy, ale nie mają łatwego zadania. Mimo to John Malkovich i Debra Winger trzymają fason, pokazując dość skomplikowaną relację małżonków, którzy niby chcą być ze sobą, ale nie potrafią. Poza tą dwójką moja uwagę zwrócił Timothy Spall w roli śliskiego Erica, przebywającego pod kuratelą mamuśki oraz Campbell Scott jako towarzyszący pan Tanner.

Żaden film ostatnio mnie tak nie zmęczył jak „Pod osłoną nieba”. Nie jest to zła produkcja, tylko strasznie trudna w odbiorze, niemal nie dająca niczego w zamian za czas wspólnie z nią spędzony. Hermetycznego kino dla bardzo wymagającego odbiorcy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego