Strategia pająka

Athos Magnani przyjeżdża do małego miasteczka Tara, gdzie spoczywa jego ojciec, Athos. Zresztą jest do niego bardzo podobny. Jego ojciec – znany antyfaszysta – został zamordowany w 1936 roku podczas wystawienia opery w miejscowym teatrze. Sprawcy nie udało się schwytać, a miejscowa kochanka mężczyzny – Dalida wierzy, że zabił go ktoś stąd. Początkowo Athos jr. nie jest zainteresowany tym, jednak po wieczornych zajściach (zostaje zamknięty w stodole i potem rano pobity), próbuje na własną rękę ustalić prawdziwych sprawców zbrodni.

strategia_pajaka1

Bernardo Bertolucci próbuje bawić się w kino gatunkowe, by opowiedzieć o małej miejscowości pełnej mrocznych tajemnic. Zagadka wydaje się być trudna – wiele osób nie chce odpowiedzieć, choć wokoło sami przyjaciele. Przynajmniej tak twierdzą. Zmowę milczenia i nieufności powoli udaje się przebić, dzięki rozmowom z czterema najbliższymi przyjaciółmi – Dalidą, Gaibazzim, Rasori i Costą. Nie wszyscy jednak mówią pełną prawdę, a dojście do niej nie przyniesie nikomu satysfakcji. Tara jest przepięknie sfotografowana przez Vittorio Storaro, nadając kadrom malarskiej estetyki. Łąka, nocny spacer, wizyta w operze – to robi wielkie wrażenie, zwłaszcza w połączeniu z muzyką Verdiego. Chociaż rozwiązanie zagadki okaże się raczej spodziewane, to nie poczułem się rozczarowany.

strategia_pajaka2

Także złego słowa nie powiem ani o aktorach, ani o dialogach, bo są co najmniej przyzwoite. Dobrze sobie poradził Giulio Brogi, grający zarówno Athosa sr jak i juniora – obydwaj spokojni, wyciszeni i uważnie obserwujący swoje otoczenie. Pozostali aktorzy, też odnaleźli się w swoich bardziej złożonych postaciach, pełnych tajemnic.

„Strategia pająka” to ostatni film Bertolucciego, przed najgłośniejszymi tytułami. Przewijają się tu elementy nowego stylu, zwłaszcza w warstwie wizualnej, znika estetyka nowofalowa, ale to była dopiero rozgrzewka.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Krzyk

Dziwaczne to kino, ale może po kolei. Dawno temu, żyło sobie małżeństwo – Anthony i Rachel Fielding. On jest kompozytorem, grającym też na organach w lokalnym kościele, ona zajmuje się domem. Do ich ustabilizowanego życia wkracza tajemniczy mężczyzna, niejaki Charles Crossley. Opowiada o tym, jak spędził czas wśród Aborygenów, gdzie nauczył się zabijania za pomocą… krzyku.

krzyk1

Całą ta historię opowiada sam Crossley podczas gry w krykieta w szpitalu psychiatrycznego. Ta szkatułkowa konstrukcja pozwala Jerzemu Skolimowskiemu na stworzenie intrygującej oraz intrygującej opowieści grozy. Jednak nie spodziewajcie się ogranych do bólu sztuczek w rodzaju szybkiego montażu, hektolitrów krwi (jej tu praktycznie nie ma) czy nerwowych smyczków jako podkładu muzycznego. Reżyser sięga po niemal archetypowy konflikt umysłu i racjonalności z magią oraz zjawiskami niewytłumaczalnymi, by opowiedzieć niby klasyczną historię trójkąta, gdzie ten trzeci jest dominującym w tym układzie. Prowadzone są też filozoficzno-religijne dysputy o duszy oraz magii, symbolizowanej przez cywilizację Aborygenów i ich szamanów (bardzo interesujące i nie pozbawione krwawych szczegółów). Zderzenie tych dwóch światów przyniesie katastrofalne skutki dla całej trójki.

krzyk2

Reżyser powoli buduje atmosferę niepokoju, w czym pomagają mu przepiękne plenery brytyjskiej prowincji, pełne wrzosowisk, otoczonej morzem oraz piaskowych wydm, gdzie dochodzi do pierwszego krzyku (niesamowity dźwięk, którego słowa naprawdę nie są w stanie opisać). Aurę niesamowitości podkręca też elektroniczna muzyka (jej autorami są Tony Banks i Michael Rutherford z zespołu Genesis oraz Rupert Hine) oraz tajemnicze – czyli nie do końca dla mnie zrozumiałe – symbole kamienia oraz kości, które przewijają się przez dłuższy czas. I muszę to przyznać, że oglądałem „Krzyk” niemal oczarowany i zahipnotyzowany, ale potem próbowałem rozgryźć sens i miałem problem. Stąd ocena taka niska, chociaż nieadekwatna do tego, co odczuwałem.

krzyk3

Wszystkiego dopełnia wyborne aktorstwo. Najmocniej wyróżnia się genialny Alan Bates (Crossley). Nieogolony, ubrany na czarno mężczyzna z jednej strony intryguje swoją filozofią oraz mocą, z drugiej odpycha swoimi opowieściami i zachowaniem. Partnerujący mu Susannah York (Rachel – spokojna i cicha gosposia, tłumiąca swoje pożądanie) oraz John Hurt (racjonalista i kompozytor Anthony) dorównują kroku, portretując subtelnie skrywane emocje – pożądanie, gniew, poczucie zagrożenia.

krzyk4

„Krzyk” będzie seansem pełnym niejednoznaczności, tajemnicy oraz czegoś, co nie pozwoli zapomnieć. Ocena nieadekwatna, jednak jestem pewny, że jeszcze do tego wrócę. Ta tajemnica Crossleya nie daje mi spokoju.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Cake

Grupy wsparcia w szpitalach służą, by pomagać innym ludziom wyjść z traumy na wskutek dramatycznych zdarzeń. Dla Claire Simmons czymś takim był wypadek, w którym straciła syna i sama mocno oberwała (chroniczny ból kręgosłupa). Od tej pory jej życie wydaje się puste i pozbawione jakiegokolwiek sensu. Wrażenie to potęguje samobójstwo jednej z członkiń grupy wsparcia – młoda Nina, która pozostawiła w żałobie męża oraz syna.

cake1

Dramat psychologiczny niejakiego Daniela Barnza pozornie może wydawać się jedną z tysiąca opowieści, gdzie mamy bohatera „trawiącego” własną traumę. I poniekąd tak jest – to zbiór scenek z życia Claire, która otoczyła się wewnętrznym murem, zamykając się od reszty świata. Unika kontaktu z byłym mężem, coraz bardziej pogrąża się w zgorzknieniu, odnosi się do innych z ironią oraz sarkazmem, świadomie zmierzając ku samozagładzie. Alkohol, leki, przypadkowy seks nie pozwalają stłumić tego bólu i odnaleźć sensu życia. Próby wyrwania się z tego letargu spełzają na niczym, jakby kompletnie na niczym nie zależało. I ten dramat ogląda się całkiem nieźle, choć taka luźna konstrukcja scenariusza zawsze mnie odpychała.

cake2

Sama słodko-gorzka tonacja byłaby dobrym kluczem, gdyby troszkę głębiej udało się „wejść” w umysł i psychikę Claire. Niby jest tam widoczny ból, gorycz i depresja, ale po pewnym czasie oglądanie kolejnych irracjonalnych zachowań bohaterki wywołuje znużenie. Chybiony jest też pomysł „nawiedzania”  przez ducha zmarłej Niny, co niepotrzebnie spłyca całość. Twórcy miotają się jak główna bohaterka, nie do końca wiedząc w jakim kierunku pójść i na której relacji się skupić – czy na byłym mężu, na wdowcu oraz jej synu czy na ciężko znoszącej ją gosposi Meksykanki. Dostajemy wszystkiego po trochu, a zakończenie (tylko pozornie) wydaje się szczęśliwe.

cake3

„Cake” trzyma się tak dobrze, co jest zasługą aktorki, po której nie spodziewałem się takiej kreacji. Jennifer Aniston w tym filmie to największa niespodzianka i skarb tego filmu, zawłaszczając każdą scenę, sytuację i zachowanie – od leżenia w samochodzie na cofniętym siedzeniu po kupno leków w Meksyku czy próbę samobójstwa na torach. Pozostali aktorzy, choć znani i doświadczeni (Felicity Huffman, Anna Kendrick czy William H. Macy) są tylko tłem dla jej popisu Aniston. Szkoda, że ekipa nie dorównała do jej poziomu, bo mógł być to dobry, a nawet świetny film.

6/10

Radosław Ostrowski

Frankie i Alice

Rok 1973. Frankie jest młodą i atrakcyjna striptizerką, która robi to, co potrafi najlepiej. Jednak zaczynają ją prześladować dziwne rzeczy – nie pamięta, ze kupiła sobie drogą sukienkę, podczas stosunku z facetem zaczęła go bić. Po ostatniej akcji została zwolniona z pracy i aresztowana przez policję, która kieruje ją do szpitala psychiatrycznego. Tam zajmuje się nią dr Oswald, który dostrzega u niej objawy wielorakiej osobowości.

frankie_i_alice1

Brytyjski filmowiec Geoffrey Sax mierzy się z prawdziwą historią Frankie Murduch – kobiety posiadającą w sobie jeszcze dwie osobowości – pewną siebie i mającą mentalność białej Alice oraz skrytej i niedowidzącej Genius. To między innymi przez to, wyniki badań psychologicznych są tak sprzeczne (raz jest inteligentna, raz głupia, innym razem pisze lewą ręką, a kiedy indziej prawą), że lekarz decyduje się nią zająć. I jak w każdej tego typu opowieści, informacje z przeszłości Frankie odkrywane są bardzo stopniowo, żeby nie wszystko odkrywać od początku. Najciekawsze są tutaj sceny, gdy nasza bohaterka dostaje ataków oraz terapia, co jest kwestią świetnego montażu, gdy nakładają się przeszłość z teraźniejszością (m.in. w gabinecie zaczyna padać deszcz). Rozwiązanie wydaje się dość proste, ale jest logiczne oraz potrafi poruszyć.

frankie_i_alice3

Twórcom udaje się przekonująco odtworzyć realia lat 70. i to nie tylko w warstwie muzycznej (soul i funk), ale też w warstwie wizualnej. Stylowe zdjęcia Newtona Thomasa Siegla budują klimat (zwłaszcza ujęcia nocne) i pozwalają wejść w skomplikowaną psychikę kobiety.

frankie_i_alice4

„Frankie i Alice” to tak naprawdę popis dwójki aktorów – Halle Berry i Stellana Skarsgarda. Aktorka podjęła się zadania wcielenia się w trzy postaci – pełną seksapilu Frankie, szorstką i inteligentną Alice oraz niewinną Genius. Trudno odmówić ambicji, a efekt jest naprawdę dobry, co dostrzegli też krytycy, przyznając jej nominację do Złotego Globu. Każda z tych osobowości jest wyraźnie nakreślona i udaje się uniknąć przerysowania i przeszarżowania. Z kolei Szwed wciela się w empatycznego psychiatrę, który może i jest opanowany, ale bardziej przypominał rasowego detektywa, próbującego rozgryźć łamigłówkę. A i metody są (jak na tamte czasy) dość niekonwencjonalne – żadnego faszerowania lekami, nagranie sesji na wideo, co tylko czyni tą postać interesującą.

frankie_i_alice2

„Frankie i Alice” to kino, które ma grać na emocjach, ale unika emocjonalnego szantażu i sztucznego wyciskania łez. Nie jest nic nowego w kwestii skomplikowanych osobowości psychologicznych, ale wciąga i dobrze się ogląda. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, to przyjemne kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Element zbrodni

Były gliniarz Fisher przybywa do Kairu, by skorzystać z usług hipnotyzera. By wyleczyć się ze swoich bólów, za pomocą hipnozy cofa się do wydarzeń sprzed dwóch miesięcy, kiedy Fisher prowadził w Europie śledztwo w sprawie morderstw dziewczynek z losami. Próbuje wyjaśnić zagadkę stosując metodę swojego mentora Osborne’a, którą opisał w „Elemencie zbrodni”. Sprawa jednak nie jest taka łatwa.

element_zbrodni1

Kryminał i to debiut reżyserski Larsa von Triera? Znając późniejsze dokonania, może wydawać się to zagadkowe oraz bezsensowne. Ale to nie jest stricte kryminał. Fisher niby prowadzi śledztwo, szuka tropów i próbuje wejść w skórę mordercy – problem w tym, ze zaczyna gubić się w tej układance. Konstrukcja przypomina surrealistyczny sen, gdzie wszystko się plącze ze sobą, a cała intryga przestaje mieć znaczenie. Dla reżysera najważniejsza jest warstwa wizualna oraz klimat, a ten jest tutaj bez zarzutu. Europa przypomina tutaj bliżej nieokreślony, postapokaliptyczne miejsce pełne piasku, deszczu i niemal w całości utopione w wodzie oraz mroku. Wariactwo jest tutaj potęgowane przez zdjęcia utrzymane w sepii, gdzie dominuje czerwień i czerń, co tylko wprowadza w ten surrealistyczny klimat. Problem w tym, że poczułem się jak Fisher – nie byłem w stanie ogarnąć i rozgryźć tego koszmaru. Uda się schwytać mordercę? A może to sam Fisher morduje?

element_zbrodni2

Całość mieszają dziwaczne obrazy – spadający koń z jabłkami do wody, wyciąganie zwłok przez użycie sznurków czy wizyta w kostnicy, gdzie asystent patologa śpi na… stole z narzędziami. Chaos wprowadzają jeszcze cytowane wyliczanki oraz nie jasne zachowanie naszych bohaterów. Tutaj najbardziej zapada w pamięć szef policji Kramer – demoniczny łysol z megafonem w ręku, który bredzi od rzeczy, zarzuca Fisherowi niekompetencję i sprowadza wszystkich do parteru.

element_zbrodni3

Jeśli lubicie popaprane kino w stylu Davida Lyncha, to „Element zbrodni” was zachwyci. Mnie troszkę zmęczył i pogubiłem się w tej układance nieczytelnych symboli, irracjonalnego dochodzenia i mrocznej atmosferze. Zdecydowanie nie moja bajka, chociaż ma ten film ma w sobie coś, co nie pozwoli zapomnieć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Onirica – Psie Pole

Bohaterem jest młody mężczyzna, który pracuje w supermarkecie jako kasjer, choć ma szramę na twarzy. Ale wcześniej był naukowcem, badającym literaturę symboliczną. Ale wszystko się zmieniło na skutek wypadku, gdzie zginęli jego dziewczyna oraz przyjaciel.  Od tej pory bohater śni i woli spać niż żyć, co wzbudza niepokój jego ciotki.

onirica

Mamy do czynienia z kinem artystycznym przeznaczonym dla wąskiego (bardzo wąskiego) grona odbiorców. Nazwisko Lech J. Majewski jest bardzo znane za granicą, jednak nie jest to kino dla wszystkich. Jest ono pełne symboliki, kulturowych znaczeń („Boska komedia” Dantego, którą bohater odsłuchuje na swoim telefonie) oraz onirycznych snów (dziwaczna scena w lesie). Półtoragodzinny ciąg scen, gdzie dialogów pada nie wiele, a wydarzenia stają się coraz dziwniejsze, nabierając niemal symbolicznych znaczeń. W tle tego wszystkiego mamy ciąg wydarzeń – powodzie, tragedie, wreszcie katastrofa smoleńska, a wszechobecne media działają ogłupiająco (quizy z łatwą kasa do zdobycia). Plus jeszcze poważne dialogi o sprawach niemal ostatecznych (najlepsza rozmowa z księdzem w konfesjonale). Oddzielne mogłaby z tego wyjść ciekawa refleksja albo studium osoby wycofującej się z życia, marząca tylko o śnie. Ale efektem jest bełkot, nieczytelność scen (zalanie kościoła) i brak jako takiej fabuły. Do tego jeszcze apatyczny główny bohater, na którego nie chcemy zwracać uwagi.

To film bardziej dla studentów kulturo- lub filmoznawstwa, który powinien być pokazywany na festiwalach, uczelniach. Innymi słowy, elitarne kino nie dla tzw. przeciętnego widza. Nie zachęcam i nie zniechęcam – każdy niech sam spróbuje się z tym zmierzyć.

Radosław Ostrowski

Dolores Claiborne

Tytułowa bohaterka pracuje jako gospodyni u starszej i zniedołężniałej kobiety – Very Donovan, która niezbyt przepadała za swoją służbą. Starsza pani zostaje zamordowana, a Dolores – z wałkiem gotowym do uderzenia nad kobietą – zostaje oskarżona o jej zabicie. Wtedy do miasteczka trafia jej córka, dziennikarka Selena, która nie utrzymuje z matką zbyt dobrych relacji. Powoli jednak zaczyna dochodzić do prawdy.

dolores1

O tym, że książki Stephena Kinga są dobrym materiałem na film, wiadomo nie od dzisiaj. Adaptacji kolejnej jego powieści podjął się wszechstronny Taylor Hackford, którego kinomani znają głównie dzięki „Adwokatowi diabła” oraz „Ray”. Jednak film – tak jak powieść – nie jest stricte horrorem, tylko thrillerem psychologicznym, z bardzo ponurą atmosferą. Sama intryga dotyczy przeszłości głównej bohaterki, która nie jest usłana różami – mąż gardzący nią, pracodawczyni wymagająca i nieprzyjemna, praca od rana do wieczora i jeszcze detektyw, który jest wyjątkowo nieznośny. A w tle morderstwo (niejedno) i bardzo mroczna tajemnica, która rzutuje na przeszłość kobiety i być może uda się poprawić z samotną córka, skupionej na swojej karierze. Reżyser bardzo zgrabnie przeplata teraźniejszość z przeszłością, wykorzystując do tego prostą sztuczkę kolorystyczną. Rzeczywistość jest ponura, utrzymana w błękitnej tonacji, a przeszłość w jaśniejszych kolorach czerwieni, tworząc pozornie sielankowy charakter. A co najważniejsze, jest to opowiedziane pewną ręką, z dobrymi dialogami oraz bardzo ponurą muzyką Danny’ego Elfmana.

dolores2

Jednak cała ta intryga, nie miałaby tej siły ognia, gdyby nie wyborne aktorstwo. O tym, że Kathy Bates potrafi zagrać złożone postacie, pokazała choćby w „Misery”. Dolores sprawia tutaj wrażenie wyciszonej, trochę pyskatej kobiety, która ma niewyparzony język. Ale pod tą maską kryje się kobieta mocno skrzywdzona przez los, ale nie narzekająca, znosząca wszystko z godnością. Jednak i ona ma swoją cierpliwość. I widać to wszystko w każdym spojrzeniu, geście, każdym niewypowiedzianym słowie. Równie złożoną i ciekawą postać stworzyła Jennifer Jason Leigh jako Selena. Karierowiczka, zapatrzona w siebie i niezbyt dobrze pamiętająca swoje młode lata. Powoli jednak zaczyna przebijać się do prawdy, wyciągając przysłowiowego trupa w szafie i staje w obronie matki. Swoje też robią tutaj dwaj panowie, będący w swojej mocnej formie – czyli David Strathairn i Christopher Plummer. Ten pierwszy jest prymitywnym pijusem oraz damskim bokserem, który znęcał się nad żoną i oszukiwał ją, córkę też. Ten drugi to nieustępliwy śledczy, żywcem pałający nienawiścią do Dolores, próbując za wszelką cenę ją dopaść – wyjątkowo antypatyczny facet.

Hackford zrobił jeden ze swoich najlepszych filmów, gdzie wolno budowana atmosfera i wiarygodne postacie tworzą mocną mieszankę. Bardzo mroczne i nieprzyjemne kino, które ogląda się z pełnym zaangażowaniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Zabić prezydenta

Jest rok 1974. Druga kadencja prezydenta Richarda Nixona odbywa się w cieniu afery Watergate. W tym nieprzyjaznym dla Ameryki czasie, żyje niejaki Sam Bicke – sprzedawca mebli w średnim wieku. Ten facet dopiero ma pecha. Nienawidzi swojej pracy, bo musi klientom wciskać kit, z żoną jest w separacji, próbuje stworzyć własną firmę, ale nie może dostać kredytu, gdyż jego wspólnik jest czarny. Zdesperowany facet postanawia wziąć sprawy w swoje i zrealizować szalony plan: porwać samolot i uderzyć nim w Biały Dom, by zabić prezydenta Nixona.

zabic_prezydenta1

Trudno w to uwierzyć, ale kiedy reżyser Niels Muehler opowiadał tą historię, był przekonany, że jest ona tylko wytworem jego wyobraźni. W trakcie realizacji okazało się, że to wydarzyło się naprawdę. I to od samego początku wiadomo, jak to się skończy. Jeśli widzimy facet idącego na lotnisko, ze spluwą w ręku, to raczej nie robi tego dla zabawy. Krok po kroku przyglądamy się upokarzającym sytuacjom Bicke’a, u którego coraz bardziej pogłębia się pewna psychoza oraz wiara w „uczciwość”, zaś sama próba zamachu to tylko ostatnie pół godziny. Całość w dodatku oparta jest na stonowanych zdjęciach (podkreślają stan emocjonalny), oszczędnej muzyce i świetnym montażu, gdzie używa się repety i zapętlenia (oczekiwanie na pocztę czy kończenie pracy).

zabic_prezydenta2

Ale to wszystko nie miałoby takiej siły ognia, gdyby nie fantastyczny Sean Penn, który zawłaszcza sobie każdą scenę. Sam Bicke (to chyba nie jest przypadkowe skojarzenie z Travisem Bickle, pewnym nowojorskim taksówkarzem) to facet, który sprawia wrażenie nieudacznika. Ale im dalej go oglądamy, tym większe wywołuje on przerażenie (jego taśmy do Leonarda Bernsteina, gdzie przedstawia swoje poglądy wywołują grozę), że zaczynamy podejrzewać chorobę psychiczną. A może jest to po prostu szukanie osoby odpowiedzialnej za swoje nieszczęścia? Na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale Penn magnetyzuje. Poza nim jeszcze warto wspomnieć świetnych Dona Cheadle’a (Bonny, mechanik) i Naomi Watts (była żona).

Mocne kino psychologiczne z magnetyzującym Pennem. Przerażająca wizja.

7,5/10

Radosław Ostrowski

W imieniu diabła

Gdzieś na polskiej prowincji jest żeński klasztor prowadzony przez dość surową matkę przełożoną. Wśród zakonnic jest młoda siostra Anna, naznaczona tragiczną przeszłością. Wszystko w klasztorze ulega zmianie, gdy matka przełożona rezygnuje ze spowiednika (miejscowy ksiądz Stefan) i nie podporządkowuje się decyzji kurii o przeniesieniu się. Wtedy matka przełożona razem z nowym spowiednikiem, ojcem Franciszkiem decydują się odizolować się od świata i wprowadzić nową „wiosnę Kościoła”.

diabel1

Wiele lat temu w Polsce głośno było o siostrach betankach w Kazimierzu, które odizolowały się od reszty świata i zerwały z Kościołem. Historia była na tyle interesująca, że prędzej czy później musiało upomnieć się o nią kino. Próbę opowiedzenia tej historii podjęła się wracająca po długiej przerwie do kina Barbara Sass. I wychodzi jej naprawdę przyzwoite kino. Nie znajdziemy jednak odpowiedzi na pytanie o przyczyny całego szaleństwa, które nawiedza klasztor. Ale widzimy powoli, jak do klasztoru wchodzi zło, a przyczyną tego staje się fanatyzm oraz ślepe posłuszeństwo, jakie wymagane jest od duchowych przewodników. Miejsce pełne Boga i modlitwy (ale też i lżejsze zabawy w przerwie między obowiązkami) staje się siedliskiem sekty, nawiedzonych ekstaz i dziwacznych zachowań. Po części można to usprawiedliwiać fascynacją nowym spowiednikiem, ale coraz bardziej zacząłem dostrzegać, że coś tu jest nie tak.

diabel2

Świetne zdjęcia Wiesława Zdorta (zwłaszcza nocne) potęgują tylko atmosferę grozy i alienacji, jednak brakuje tutaj mocniej zarysowanego konfliktu między młodą i trochę naiwną Anną (bardzo dobra Katarzyna Zawadzka) a matką przełożoną (demoniczna Anna Radwan) i ojcem Franciszkiem (jeszcze bardziej demoniczny Mariusz Bonaszewski), którzy nie są jednak przerysowani, ale mocno wierzą w słuszność obranej przez nich drogi. W dodatku są świetnymi manipulatorami, którzy wiedzą jak kierować ludźmi (post, umartwianie się czy wspólne nazwijmy to „modły”).

diabel3

To „opętanie” jest przeciwstawione przez postać księdza Stefana (dobry Marian Dziędziel) – prostego i zarazem bardzo uczciwego duchownego, który jest bardziej przy Ziemi, jednak nie jest ono w pełni rozegrane do końca. Zaś wnioski jakie wysuwa reżyserka są dość oczywiste i mocno przeszkadzają (łatwiej jest się zbuntować niż być wiernym), a kwestia utraty wiary przez główną bohaterkę jest ledwie rozrysowana pod koniec, a jej los pozostaje otwarty. Jednak te wady nie są w stanie mi zasłonić emocjonalnej siły tego filmu. Naprawdę wyszła z tego mocna rzecz, która powinna skłonić do refleksji.

7/10

Radosław Ostrowski

Trzy kolory: Czerwony

Valentine pracuje jako modelka. Pewnego wieczora potrąca psa, który błąkał się po mieście. Na obroży psa znajduje adres właściciela, którym okazuje się emerytowany sędzia. Kobieta przypadkowo odkrywa, że mężczyzna podsłuchuje sąsiadów. Początkowo jest ona oburzona zachowaniem starszego pana, ale później zaczyna z nim spędzać coraz więcej czasu.

czerwony1

Krzysztof Kieślowski tym filmem pożegnał się z kinem i zamknął trylogię o „Trzech kolorach”, tutaj mamy czerwień, czyli symbol braterstwa. A czym ono jest? No właśnie. Pozornie mamy do czynienia z obyczajową historią z elementami metafizycznymi, czyli to, czym się zajmował Kieślowski pod koniec swojego życia. Żeby być bardziej precyzyjnym, mamy tutaj młodą i trochę naiwna modelkę oraz emerytowanego sędziego, zgorzkniałego, samotnego, która pozornie sprawia wrażenie Boga, który wie wszystko. Ale czy ta wiedza mu coś daje? No właśnie i tak tych dwoje zostaje przyjaciółmi, choć dzieli ich wszystko. Los, przypadek czy Bóg jest w stanie napisać kompletnie pokręcone scenariusze. Ten potrafi poruszyć, gdyż mamy tu postacie z krwi i kości, dialogi oszczędne, zdjęcia mocno nasycone czerwienią, co jest normą w przypadku poprzednich części. A jednocześnie jest ona bardziej pogodny, dodając odrobinę humoru. I pokazuje, że czasem wystarczy uśmiech, by zmienić życie niejednego człowieka. Kieślowski bardzo delikatnie i umiejętnie potrafi o tym opowiedzieć.

czerwony2

Dodatkowo ma tutaj świetnie dobranych aktorów w rolach głównych rolach. Irene Jacob bardzo dobrze wciela się w empatyczną Valentine, która mieszka sama (chłopak gdzieś daleko i kontaktuje się przez telefon) i czuje się odpowiedzialna za to co robi. Jednak bardziej przykuwa uwagę Jean-Louis Trintignant. Sędzia, który podsłuchuje innych sprawia wrażenie wszechwiedzącego i potężnego faceta, ale tak naprawdę jest zgorzkniały i zna człowieka ze złej strony. Potem powoli zmienia się, staje się odrobinę życzliwszy. Ta dwójka rozkręca ten film i czyni go bardzo ciekawym.

Kieślowski tym filmem pożegnał się z kinem, w charakterystycznym dla siebie stylu – pełnym skupień na drobiazgach, symbolach i przede wszystkim na ludziach. Głęboko humanistyczny i bardzo poruszający film.

8/10

Radosław Ostrowski