Nieśmiertelny

Oglądając sobie “The Old Guard” przypomniałem sobie o pewnym klasyku z lat 80., który też opowiadał o ludziach żyjących dużo dłużej od zwykłych śmiertelników. Taki jak choćby Connor MacLeod – XVI-wieczny goral ze Szkocji, który przeżył swoją śmierć podczas walki. Mieszkańcy jego rodzinnej wioski nie wierzyli swoim oczom i podejrzewali mężczyznę o układy z Szatanem. Wygnany poznaje egipskiego nieśmiertelnego, Juan Ramirez, który staje się jego mentorem i przygotowuje do ostatecznego celu: Zgromadzenia, gdzie ma dojść do walki nieśmiertelnych, jaką wygrać może tylko jeden. Przeciwnikiem jest niejaki Krugan, próbujący powalić MacLeoda już w XVI wieku.

Russell Mulcahy opowiada pozornie prostą historię o człowieku, dla którego wieczne życie staje się niby darem, lecz tak naprawdę udręką. Narracja jest prowadzona dwutorowo, gdzie poznajemy bohatera współcześnie w Nowym Jorku, jak i w przeszłości, co bardzo mnie zaskoczyło. Przejścia między tymi liniami toczą się niemal płynnie. Ale przeszłość to nie tylko szkocka wioska oraz samotnia, ale też dwa drobne epizody: XVIII-wieczna Francja (pojedynek ze szlachcicem, gdzie nasz bohater jest pijany) oraz czas II wojny światowej, kiedy zostaje uratowana przyszła współpracownica MacLeoda. Informacje dostajemy powoli, a mimo przeskoków czasowych wszystko jest przedstawione jest klarownie. Co jeszcze bardziej mnie zadziwiło to fakt, że ta historia potrafi zaangażować i ma kilka chwytających za serce momentów jak umieranie ukochanej Connora czy pojedynek Ramireza z Kurganem.

Reżyser prowadzi swoją historię bardzo pewnie oraz – co jest dużą zaletą – wygląda to świetnie. Wiele scen jest kręconych pod specyficznymi kątami, sceny akcji są ekscytujące oraz fantastyczną choreografię. A wszystko jest widoczne oraz klarowne, bez zbędnego efekciarstwa czy szybkiego montażu. To wszystko jeszcze podkręca fenomenalna muzyka Michaela Kamena oraz piosenki grupy Queen. Plus absolutnie zapadające w pamięć role Christophera Lamberta (Connor), charyzmatycznego jak zawsze Seana Connery’ego (Ramirez) oraz znakomitego Clancy’ego Browna (demoniczny Krugan). Czego chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski

Queen – Queen Forever

Queen_Forever

Czy jest jakikolwiek sens przedstawiania zespołu Queen? Choć kapela działa (bez Freddy’ego Mercury na wokalu, co budzi wątpliwości) 0 nie wiem po co, postanowiła o sobie przypomnieć wydają kompilację ze swoimi przebojami. Ktoś zapyta po jaką cholerę? Ano po takę, że jest tu kilka nieznanych wcześniej kawałków, także z czasów, gdy grał z nimi basista John Deacon.

Zaczynają te utwory tą kompilację. „Let Me In Your Heart Again” ma prostą melodię, świetny aranż (chóralne śpiewy, delikatny fortepian, May na gitarze gra jak to on, a fortepian nadaje pewnej elegancji). Drugim numerem jest „Love Kills” wyprodukowane przez Giorgio Morodera – mistrza muzyki dyskotekowej lat 70. oraz 80., a brzmi to jak ballada a’la Queen, czyli z żywymi instrumentami (delikatna gitara akustyczna, chwytliwy bas, do którego dołącza mocniejsza perkusja oraz gitara elektryczna), choć elektronika jest delikatna. I trzeci „premierowy” utwór to „There Must Be More To Life Than This”, gdzie pojawia się obok Freddie’ego sam Michael Jackson (obydwa głosy zgrano już pośmiertnie) i brzmi to naprawdę świetnie.

Reszta to są utwory mniej lub bardziej znane (tych drugich troszkę mniej, ale są „Friends Will be Friends”, „Who Wants to Live Forever”, “I Was Born to Love You” w bardziej rockowej stylistyce czy „These Are the Days of Our Lives”). Nie brakuje tu zarówno nastrojowych ballad (“Love of My Life” z pięknym wstępem fortepianowym czy „You Take My Breathe Away”), bardziej rockowego grania („Drowse” z wokalem Rogera Taylora czy „Bijou”, będące instrumentalnym popisem Maya). Choć spora część utworów może nic nie mówić, nie są one kompozycjami słabymi czy nieudanymi, potwierdzają tylko klasę takiego zespołu jak Queen.  Absolutnie trzeba to mieć.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Michael Kamen, Queen – Highlander

Highlander_25th_Anniversary_Edition

Może być tylko jeden. – to zdanie mówi wiele każdemu kto widział historię nieśmiertelnego Connora MacLeoda. Nieśmiertelny góral grany przez Christophera Lamberta był bohaterem filmu fantasy Russella Mulcahy’ego (jedyna znana produkcja tego reżysera), w którym łączyły się dwa światy: żywych i nieśmiertelnych, którzy toczą walkę miedzy sobą o Wielką Nagrodę. Mimo upływu lat, film ogląda się z wielką przyjemnością. Drugim czynnikiem decydującym o sławie tego filmu była też warstwa muzyczna.

QueenMówiąc muzyka, wielu od razu zareaguje jednym słowem – Queen. Po części jest to prawda, bo zespół poproszono o napisanie piosenek specjalnie do filmu (zostały one zresztą wydane na płycie „A Kind of Magic”), jednak są tylko współautorami, zaś kompozycje instrumentalne to robota Michaela Kamena, opromienionego sławą dzięki „Brazil” Terry’ego Gilliama. Muzyka z „Nieśmiertelnego” nigdy nie została oficjalnie wydana aż do 2011 roku, kiedy pojawiło się kompletne wydanie (z okazji 25-lecia premiery filmu), którym się zajmuję.

Utwory są tutaj ułożone w kolejności chronologicznej – zarówno score Kamena i piosenki Queen (rock zmieszany z… rockiem) przeplatają się ze sobą, co wydaje mi się jedynym słusznym rozwiązaniem zapewniającym ciągłość. I od czego by tu zacząć? Może jednak od piosenek. Po krótkim prologu Kamena dostajemy mocno uderzenie, czyli „Prince of the Universe”. Większość piosenek zespołu jest właśnie takich – dynamiczne, rockowe energetyki ze świetnymi solówkami Briana Maya jak w „Gimme the Prize” czy surowym „Hammer the Fall”. Jednak zespół nie serwuje tylko ostrego rocka, bo i nie zabrakło tutaj spokojniejszych ballad takich jak bardzo delikatne „One Year of Love” (elegancki saksofon) czy chyba najbardziej znana piosenka stanowiąca temat miłosny – „Who Wants to Live Forever” napisany przez Kamena z pięknymi smyczkami oraz pojawiający się w napisach końcowych „A Kind of Magic”. Nie dość, że te utwory idealnie pasują do tego filmu, to jeszcze poza nim sprawdzają się rewelacyjnie. To po prostu kawał muzyki z wysokiej półki. Jednak zespół nie ograniczył się tylko do napisania piosenek, bo są też utwory instrumentalne w ich wykonaniu jak mroczny „Kurgan’s Wild Ride” ze świetną gitarą, elektroniką i rytmiczną perkusją czy „Kurgan Kidnaps Brenda”, zaś pewną ciekawostką może być „New York, New York” w aranżacji zespołu.

kamenKamen zaś postawił na symfoniczne kompozycje. Najbardziej rozpoznawalnym utworem z tego filmu jest temat głównego bohatera ukryty pod nazwą „Highlander Theme”, który będzie przewijał się parokrotnie na albumie w różnych aranżacjach („Training Montage”, „The Prize Revealed/Epiloge”). To mógł napisać tylko Kamen. Zaczyna się on bardzo spokojnie – delikatnie grające klawisze, wspierane przez chórek, trąbki i harfę zaczyna nabierać na sile, dzięki falującym smyczkom, klarnetom, fanfarom i bębnom z każdą minutą przybierając na sile. Mimo dość częstej obecności, temat ten nie wywołuje znużenia, zaś jego obecność buduje klimat przygody, budując podwaliny pod „Robin Hooda – księcia złodziei”. Równie epickie brzmi „Scotland 1536/The Clan MacLeod” z potężnymi dęciakami i kotłami oraz bardzo ładnymi smyczkami, budującymi klimat średniowiecza. Kompozytor stworzył też parę mrocznego action score’a, który sprawdza się w filmie, jednak poza nim też daje się go słuchać („Incident Under the Arena”, Forge Fight/Kurgan vs Ramirez”). Mogą irytować utwory nieprzekraczające minuty („In the Ancient Artifact Room”, „The Stab”), jednak bardzo płynie przechodzą do następnych utworów.

Jednak po „A King of Magic” album się nie kończy. Otrzymujemy zestaw tematów alternatywnych (sztuk 6) jak symfoniczna wersja „Who Wants to Live Forever” (pod nazwa „Highlander Suite”) z dęciakami, pięknymi smyczkami i chórem śpiewającym tekst refrenu czy „Postlude” z dudami i werblami. Poza tym mamy tematy Kurgana (alternatywny bazujący na „Gimme the Prize” z potężnymi riffami Maya oraz druga wersja oparta na „Prince of the Universe”), Heather (wersja alternatywna z symfonicznym „Who Wants to Live Forever” z delikatnie brzmiącą gitarą oraz druga wersja na pianinie) oraz alternatywne „Kurgan’s Wild Ride”, czyli piosenka „Don’t Lose Your Head”.

Wydanie tego albumu (ok. półtorej godziny) może wydawać się zbyt chaotyczne z powodu przeplatania się dwóch różnych stylistyk – symfonicznej Kamena oraz rockowej Queen. Jednak razem stworzono muzykę z wysokiej półki, która tworzy spójną całość, porywa i jest naprawdę bardzo przyjemna. Nie wypada nie znać tego dzieła.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski