Sting & Shaggy – 44/876

1524139360_sting-shaggy-44-876

Tego duetu nie spodziewał się nikt. Stinga przedstawiać nie trzeba, a Shaggy swoje najlepsze lata wydaje się mieć za sobą. Więc kooperacja ta wydawała się być ratowaniem kariery ziomka z Jamajki, ale czy może wyszłoby z tego coś więcej? Byłem bardzo sceptyczny do “44/876”, wyprodukowanym przez Martina Kierszenbauma (producent Stinga, były współpracownik Shaggy’ego), dodatkowo nie jestem fanem reggae. Ale może tym razem miało być inaczej?

Sam początek to utwór tytułowy, gdzie panów wsparli Aidonia z Morganem Heritagem i brzmi to… nieźle. Bardziej reggae’owate jest “Morning is Coming” z bujającymi dęciakami oraz “ciachającą” gitarą. Ale gdy wchodzi saksofon robi się jeszcze bardziej chilloutowo. Jednak dla mniej najciekawsze są element spoza tego gatunku (pianistyczny początek “Waiting for the Break of Day”, mocniejsza perkusja w niemal soulowym “Gotta Get Back My Baby”), chociaż czysto jamajskie klimaty brzmią przyjemnie (niezłe “Don’t Make Me Wait” czy oparte na dęciakach “Just One Lifetime”). Wymienianie poszczególnych utworów wydaje się troszkę na siłę, choć złego słowa nie powiem ani o gitarowym “22nd Street” czy przypominającym nagrania The Police “Dreaming in the U.S.A.”, które najbardziej się wybijają.

Dla obydwu panów brzmienia z Jamajki są znane nie od dziś i obaj panowie tworzą bardzo zgrabny duet. Lekko szorstki głos Stinga połączony z rapowaniem Shaggy’ego pasują do tej muzyki tak, że już bardziej się nie da. Dodajmy do tego teksty o miłości, pozytywnej energii oraz nostalgii i mamy murowany hit stacji radiowych, przypominającym o zbliżających się wakacjach. To co, bujamy się?

7/10 

Radosław Ostrowski

Maleo Reggae Rockers – Wake Up!

0004U1IBJ1HFMWQW-C122

Rzadko słucham muzyki reggae. Nie dlatego, ze mi się nie podoba, ale wszyscy wykonawcy zlewają mi się w jedno. Niemal wszystko brzmi tak samo, jeśli chodzi o instrumentarium, jak też o tempo. Ale są tacy, którzy próbują iść swoją ścieżką, wykorzystując element tego brzmienia po swojemu. Tak próbuje działać Darek Majelonek z formacją Maleo Reggae Rockers na swojej ostatniej płycie z 2015 roku “Wake Up!”. Czyżby miało nastąpić przebudzenie?

Początek jest spokojny, by nie rzec klasyczny w konwencji, czyli przyjemnie bujający “Oh Wicked Man”. A dalej jest jak Pan Bóg przykazał czy raczej Haile Selasje. Spokojne tempo perkusji, “ciachająca” gitarka, czasem ubarwione perkusjonaliami (“Więcej światła” czy oszczędne “Niech ogień płonie”), smyczkami (“Muszę iść”), Hammondem (klasycznie “Nie tak”), solówką trąbki (“Niech ogień płonie”) czy troszkę pędzącą gitarą (“Dziewczyna ze stali”). Bardziej w tym gatunku liczy się pozytywny przekaz, refleksyjne teksty oraz wokalna charyzma. O sile miłości, korzystaniu z życia, zgniłym świecie, karmie itp.

Sam Majelonek śpiewa tak, jakby urodził się na Jamajce i jest to zaleta. Mimo, że “Wake Up!” nie wymyśla prochu od nowa, to jednak słuchanie “Wake Up” dało sporo frajdy oraz energetycznego kopa. Czasami to wystarczy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Power of Trinity – Loccomotiv

8_4558_MJM5230

Trójmiejska grupa Power of Trinity znana była z łączenia melodyjnych piosenek z dynamiczną energią oraz niegłupimi tekstami. Przekonałem się o tym przesłuchując ostatni album grupy „LegoRock” z 2014 roku. Tym razem postanowił cofnąć się i zapoznać z albumem wydanym w 2011 roku, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tej kapeli.

„Loccomotiv” potwierdza to, co napisałem w poprzednim akapicie, dodatkowo jednak muzycy mieszają rocka z reggae (typowa dla tej muzyki „ciachająca” gitarka), wtapiając w to wszystko odrobinę elektroniki. I to działa, co już wyczuwamy w otwierającym całość „Ding Dong”, gdzie klawisze grające niczym alarm wspierają mocną gitarę w refrenie, by dostać reggae’owy mostek. Dodatkowo jest tutaj zbitka piosenek śpiewanych zarówno po polsku, jak i po angielsku, co na pewno urozmaica. I po takim openerze dostajemy singlowe „Chodź ze mną”, które jest niejako destylatem stylu zespołu – ponura elektronika, szybka sekcja rytmiczna (zwłaszcza w refrenie) oraz ostra gitara. Odzywa się czasami metaliczny bas („Fenix”), gitara niby spokojniejsza tworzy mroczniejszy klimat („Babilon”), nawet w spokojniejszych momentach („Jad”).

Power of Trinity w swoich tekstach nie unika krytycznego spojrzenia na świat zwanego w tym gatunku Babilonem, opowiada zarówno o miłości (czasami dowcipnie jak w „Wagonowej Love”), samotności i potrzebie bliskości. Nie ma jednak tutaj jazdy po banałach czy naiwnych metafor, a słucha się tego z niemałą frajdą, w czym pomaga wokal Kuby Koźby. Jedyne, co mnie nie do końca pasowało do całości była dubstepowa wersja „Whatta Love”, który dla mnie brzmiał po prostu dziwnie.

Na szczęście to jedyna poważniejsza skaza tej cholernie dobrej płyty. Takiego reggae’owego ognia nie czułem od dawna, unikając ogranych do bólu dźwięków. I to się chwali, bo takiego kolażu rocka z reggae nie spodziewałem się nigdy. Jest świeżo, energetycznie i niegłupio – trudno tego nie docenić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Habakuk i Kalokagathos – Regrowth

Regrowth

W Polsce jest reggae na nowo stało się popularne, co w sporej części było zasługą niejakiego Kamila Bednarka. Jednak przed nim też ta muzyka była grana, choćby przez zespół Habakuk. Grupa tym razem wsparta przez grający etno zespół Kalokagathos (siedem dziewczyn, akordeon i perkusja)stworzyli nietypową płytę.

Już singlowe „Siadaj nie gadaj”, które otwiera całość daje nam przykład, czego się należy spodziewać – uwspółcześnionych pieśni folkloru z całego świata. Gitary elektryczne, reggae’owe pianino zmieszane z pięknymi głosami dziewczyn tworzą prawdziwą petardę. Mieszanka okazuje się świetna, energetyczna i przebojowa. Szybka „Tumala”, spokojniejsza i chwytająca za gardło „Zoriuszka”, reggae’owa „Baba w piekle” czy „Oj Devojko Duso Moja” – w zasadzie mógłbym wymienić każdy z utworów znajdujących się na płycie, a efekt byłby taki sam. Każdy z utworów robi ogromne wrażenie pokazując, że muzyką ludową można się pobawić. Nawet elektronika wydaje się naturalnym instrumentem (taneczna „Jakhana Jakhana”), aczkolwiek kończące całość 4 remixy w wersji dubstep mogą wywołać irytacje.

Habakuk z Kalokagathosem nie odkrywa niczego nowego, ale widać ogromną frajdę i przyjemność ze słuchania. Takie miksy zawsze sprawiają dobre wrażenie i wyciągają zakurzoną muzykę z muzeów oraz skansenów.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Akurat – Prowincja

Prowincja

Zespół Akurat to raczej grupa, której nie trzeba przedstawiać. Od lat mieszająca rocka, reggae i ska grupa przykuła uwagę słuchaczy swoim drugim albumem – „Prowincja”. Czy mimo 11 lat na karku ten album trzyma się dobrze?

Wtedy z wokalem Tomka Kłapocza (obecnie Buldog) trzyma się mieszanki gitar elektrycznych z dęciakami. I efekt jest taki, że to bardzo chwytliwa i melodyjna muzyka. Jednak poza reggae i ska (dynamiczny „Balet” i „Ślepe losy” czy „Roman i Julia”), nie brakuje tez odrobiny brudniejszych dźwięków jak w „Piekarniku”, dynamiki w „Oni mówią mi” czy delikatnego skrętu w jazz (początek „Bajki o Księżycu”). Siła napędową był singiel „Do prostego człowieka” miejscami mocno pachnący garażem, choć melodia jest bardzo spokojna. Pewnym testem dla fanów może być 11-minutowy „Kapitał”, który zawiera ukryty utwór.

Mocny i energiczny wokal Kłapocza świetnie współgra z tekstami niepozbawionymi humoru (polityczna „Wiej-ska” czy „Bajka o Księżycu”), abstrakcji i przywiązania do codzienności („Piekarnik”) czy ostrego politycznego manifestu („Do prostego człowieka” Tuwima).

„Prowincja” jest energetycznym, niepozbawionym refleksji albumem nie tylko dla fanów reggae’owych dźwięków. Naprawdę interesująca propozycja, dzielnie znosząca próbę czasu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Łydka Grubasa – Perpetuum Debile

Perpetuum_Debile

Dawno nie słyszałem muzyki z okolic mojego region (czyli Warmii i Mazur). Ta kapela jest znana z humorystycznych tekstów, mieszania rocka ze ska, cięższymi brzmieniami oraz hip-hopem. Pochodzą z Olsztyna, grają ponad dziesięć i właśnie wydali swój drugi album. A zwą się Łydka Grubasa.

Pięciu wariatów z Olsztyna na „Perpetuum Debile” robi to, co zawsze, zaś ten album nagrano w Enej Studio. I po prostu robią swoje, mieszając wszystko co się da (nawet w jednym utworze), serwując naprawdę potężne granie. Nie brakuje tutaj reggae’owych skrętów („Dub czy tam dancehall”), „azjatycko” brzmiącą elektronikę („Chiny”), mocniejszego uderzenia gitary oraz sekcji rytmicznej („Nie lubię to”). Oczywiście nie brakuje tutaj chwytliwych melodii z punkową energią  („Lato” z wręcz metalową końcówką), hip-hopowej nawijki („Moja fujara” okraszona bardzo rockowym podkładem), nawet country (początek „MTV”) i każdy utwór to kompletna jazda po bandzie, pełna czystego szaleństwa i zgrywy.

Zaś teksty to już w ogóle wyższy poziom, gdzie z dużym przymrużeniem oka opowiadają m.in. o wadach wakacji, krytycznie patrzą na współczesną telewizje („MTV” z zabójczym refrenem: „Jestem podobny do gówna, jestem podobny do gówna/Do ostatniej kropli krwi, będę słuchać MTV”), podają też sposób na pokonanie Chińczyków i próbują ustalić gdzie jest krzyż. Mało wam? To jeszcze jest parę słów na temat Facebooka, o wygrywaniu różnych imprez muzycznych w Polsce, a nawet odniesienie do afery Polańskiego („Romańsky”). Ale ostrzegam: poczucie humoru bywa tutaj prostackie, ale nie przekracza granicy dobrego smaku.

To najbardziej popieprzona płyta jaką kiedykolwiek słuchałem. I to dowodzi, że Łydka Grubasa ze swoim szaleństwem na pewno jeszcze nie raz zaskoczy. Nie wiem jak wy, ale ja czekam na następną płytę. Jakakolwiek ona będzie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Indios Bravos – Jatata

Jatata

Reggae w Polsce od dłuższego czasu stało się muzyka popularną. Zaś jedną ze znanych kapel grających tą muzykę jest Indios Bravos kierowane przez gitarzystę i kompozytora Piotra Banacha oraz wokalistę Piotra „Gutka” Gutkowskiego. Po ostrzejszym „Indios Bravos” postanowili pójść w lżejsze klimaty. Ponieważ wokalista został ojcem i o tym mówi album „Jatata”.

Już tą delikatność słychać w otwierającym „Ja twój cień” z cymbałkami w tle. I nawet obecność gitary elektrycznej oraz elektroniki nie jest w stanie tej atmosfery zmienić. Lekko punkowe „Lubię to” zostało wybrane na singla, co mnie nie dziwi – energetyczny kawałek z szybką gitarą oraz saksofonem czy typowo reggae’owy utwór tytułowy. Ale jest tutaj przede wszystkim melodyjnie, z klawiszami i gitarą na pierwszym planie, co słychać w „Łatwo/Nie łatwo” czy w „Unikaj mnie”, gdzie pojawia się też akordeon. Czasem odezwie się elektronika („Nie pytaj” czy śpiewany po angielsku „Until”), ale jedno nie ulega wątpliwości – muzyka jest różnorodna i nie ma tutaj zbyt wiele momentów na wynudzenie się. Ale za to pozwala się wyluzować i wyciszyć na chwilkę.

Także głos Gutka mocno mi odpowiada i słucha się go naprawdę nieźle. Z kolei tekstowo jest bardziej osobiście – od przekazania mądrości swojemu nowemu potomkowi po miłość i nieprzychylność świata.

„Jatata” może niczym nie zaskakuje, ale brzmi zaskakująco świeżo jak na taki skostniały gatunek. Serio, serio.

7/10

Radosław Ostrowski

Mesajah – Brudna prawda

Brudna_prawda

Reggae to muzyka, która nawołuje do pokoju, a jednocześnie najmniej ewoluująca muzyka, która ma wielu sympatyków. Także w Polsce jest wielu artystów tworzących tą muzykę. Jednym z nich jest Manuel Rengifo Diaz, bardziej znany u nas jako Mesajah. Najpierw działał w Natural Dread Killaz, ale od wielu lat działa solo. Właśnie ukazała się jego trzecia solowa płyta.

Na „Brudnej prawdzie” nie zabrakło typowego instrumentarium i brzmień charakterystycznych dla reggae – fortepian, „ciachająca” gitara, perkusja, dęciaki i żeńskie chórki. Powinno być nudno? Ale nie jest. Udaje się stworzyć chwytliwe melodie („Brudny styl”), czasem eksperymentuje się z elektroniką („Babilon” czy „Sensi”z dyskotekową perkusją) czy z rapem („Ludzie roboty” i „Nie zabije nas czas”) albo z tempem („Wszystko co mam”). Tutaj niema niczego zaskakująco, jednak całość wypada całkiem przyzwoicie i słucha się tego z pewną frajdą.

Wokal też jest typowy dla reggae, nie brakuje też przyśpieszeń („Ten kraj”) i odpowiedniego wyakcentowania fraz. Tekstowo też nie ma zaskoczeń, bo jest o zniewoleniu, Babilonie, miłości. Wokalista zaprosił też paru gości, m.in. Abradaba, paXona i Yanasa, którzy nie zawiedli, ubarwiając tą płytę.

Mesajah trzyma poziom, ale coraz mniej zaskakuje, a każda płyta jest coraz słabsza. Trochę szkoda.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Vavamuffin – Solresol

Solresol

W Polsce muzyka jest nadal pozostaje popularna, zaś mieszanie wszelkich odmian jest zawsze modne. Tak jak to robi siedmiosobowy warszawski skład Vavamuffin na swojej piątej płycie.

Także tutaj nie zabrakło mieszaniny reggae, dubu, dancehallu i rapu. Nie brakuje tutaj typowych dźwięków reggae (spowolnione tempo, perkusja, gitara, pianino i dęciaki), choć też nie brakuje pewnych urozmaiceń jak gitara w „Radical Rootsman”, bazujący na etnicznych bębnach Skit czy szeroko wykorzystanej elektroniki („Nie pękaj!”, „Ruff & Tuff”) czy dyskotekowa perkusja w „Za Tobą i za mną”. Panowie jak zawsze eksperymentują z dźwiękami, tworząc naprawdę świeżą muzykę, co w przypadku tego gatunku jest naprawdę rzadkością (punkowe „Pędź precz!”, „Pa na tego typa” z zapożyczonym podkładem z „Let’s Stay Together” czy „Time To Wake Up!” z marszową perkusją i dyskotekowym refrenem w stylistyce lat 80-tych) plus jeszcze 4 skity, a każdy z kim innym (Cheeba, Original Ferrero, Diego i Junior Stress), zaś słowa wypowiadane w języku angielskim brzmią bardzo naturalnie. Pomysłowe, ciekawe i nietypowe brzmienia są perłami tej płyty. A największym zaskoczeniem jest 8-minutowy „Że warto” z ukrytym kawałkiem (ostatnie 2 minuty).

Nawijka stosowana przez frontanów (Pablopavo, Reggaenerator i Gorg) jest bardzo ciekawa i zróżnicowana. Głosy się świetnie uzupełniają, każdy z nich się wyróżnia i są siła napędową tego przedsięwzięcia. Z gości poza skitami pojawia się tu Macka.B (jedna z ważniejszych wokalistów reggae w Brytanii), który jest w dobrej dyspozycji. Także teksty, w których panowie mówią o Warszawie, reggae, polityce czy byciu twardym i wiernym sobie. Porównania i metafory są naprawdę ciekawe, dopełniając warstwę muzyczną.

Warszawska ekipa nadal trzyma fason i nadal słucha się ich z przyjemnością. Miała to być w założeniu płyta nagrana z miłości do reggae i raggamuffin. I to jest słyszalne. Brawo, panowie.

7,5/10

Ras Luta – Uratuj siebie

uratuj_siebie

To nie zbrodnia, że od życia chcesz więcej,
Nie bój się wyciągnąć rąk do gwiazd,
Więcej szczęścia, miłości i pieniędzy,
Każdy z nas tak mało tego ma

W Polsce reggae nadal jest popularną muzyką, która ma silną scenę m.in. Maleo Reggae Rockers, Natural Dread Killaz czy ostatnio Kamil Bednarek. Jednym z takich twórców jest Ras Luta, czyli Adam Tersa z Kartuz. Teraz wyszła jego trzecia solowa płyta.

„Uratuj siebie” wydane przez Karrot Kommando, zawiera 16 kawałków pachnących reggae, czyli charakterystyczny rytm, pianinko, perkusja, chórki, dęciaki i bas. Czyli bez rewolucji i zmian? Niekoniecznie, bo w tym gatunku muzyka nie jest i nie musi być w żadnym wypadku rewolucyjna czy przełomowa, bardziej liczy się tu przekaz. To trochę tak jakby w heavy metalu zabrakło gitarowych riffów i długich solówek. Co do muzyki, to są pewne małe zaskoczenia jak mocna solówka gitary elektrycznej w „To nie zbrodnia” czy „Samotna” albo etniczna perkusja w „Ratuj nas”, ale nawet z tak typowego instrumentarium udaje się stworzyć przyjemne melodie.

Wokal też jest typowy dla tej muzyki, co nie jest w żadnym wypadku wadą. Także tematyka nie jest zbyt zaskakująca, bo jest zarówno Babilon jaki i Heile Selassie oraz serwowany jest pozytywny przekaz i energia – miłość, Bóg, bycie dobrym mimo wszystko. Słowa są zgrabnie wplecione w melodię i kupuje się to w całości.

Reggae może nie jest gatunkiem przechodzącym ewolucję czy rewolucję, ale czy zawsze musi tak być. To jest tak jakby oskarżać Leonarda Cohena, że smęci i że powinien zagrać rock’n’rolla. Albo się to kupuje albo nie. Mnie się to podoba, bo wprawia w lekki nastrój. Czasem to wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski