Urodzeni mordercy

To, że Oliver Stone jest bardzo wyrazistym i kontrowersyjnym reżyserem wiedzą wszyscy. Potrafi uderzyć mocnymi obrazami oraz niewygodnymi tematami jak w „Plutonie” czy „JFK”. Ale nawet to nie było w stanie mnie przygotować na to, co też twórca zrobił w 1994 roku. A wszystko w oparciu o (mocno przerobiony) scenariusz Quentina Tarantino.

A wszystko skupia się wokół dwójki bohaterów – młodych, zakochanych na zabój ludziach. Podobno to przeznaczenie ich do siebie przyciągnęło. Oboje mieli na imię M – Mickey (Woody Harrelson) oraz Mallory (Juliette Lewis), a miłość to była od pierwszego wejrzenia. Poznali się przed drzwiami w domu jej ojca (Rodney Daggerfield), gdy on przywiózł mięso. I oboje uciekli, a potem połączyło ich jeszcze coś, co zawsze cementuje taką miłość – morderstwo jej rodziców. A to tak naprawdę był początek krwawej trasy, rozpoczętej na drodze 666 (sataniści mieliby tu coś do powiedzenia) i zakończonej w aptece. Oboje trafiają do więzienia, gdzie – jak się wydaje – nastąpi koniec.

Ja widziałem wiele pokręconych, dziwnych i zwariowanych rzeczy, ale nawet to mnie nie przygotowało na „Urodzonych morderców”. Już sam początek to totalna psychodelia, która robi w głowie sieczkę. No bo masa dziwnych kątów (dutch angles), kolor przechodzi w czerń i biel, wiele zbliżeń na detale oraz frapująca ścieżka dźwiękowa. Zwykła wizyta w barze kończy się brutalną, ale bardzo przerysowaną i przejaskrawioną – nawet kreskówkowo. Dziwnie? To co powiecie na historię rodzinę Mallory, gdzie ojciec jest przemocowy i jeszcze swoją córkę po pijaku przeleciał. Wskutek czego przyszedł na świat syn. I to wszystko zrobione w konwencji… sitcomu, co wywołuje dezorientację.

Mało wam? Stone jeszcze do tego wrzuci fragment programu telewizyjnego „Amerykańscy Maniacy” niejakiego Wayne’a Gale’a (Robert Downey Jr. w najbardziej diabolicznym wcieleniu), w którym mamy zarówno co pikantniejsze opisy zbrodni, jak i rekonstrukcję wydarzeń. A jakby tego było mało parę razy obraz zmienia się jakbyśmy oglądali nie film, tylko… telewizję. Reżyser pokazuje masowe ogłupienie wywoływane przez telewizję za pomocą jej języka. Stąd taki bardzo szybki, wręcz teledyskowy montaż, nakładane kolorowe filtry oraz bardzo krótko obecne przebitki. We mnie wywoływało to poczucie przeładowania bodźcami. Do tego jeszcze wiele scen (głównie jazdy samochodem) celowo wygląda sztucznie. Widać, że tło jest na projektorze pokazywane, pojawiające się tornado w tle to jest jakiś żart, a za oknem mamy… obraz z telewizji. Ta pokręcona mieszanka Stone’a, Tarantino i… Lyncha (pod wpływem ostrych narkotyków) poza efektem szoku oraz niedowierzania zwyczajnie NIE pozwala o sobie.

Wszystko wymierzone w telewizję i popkulturę, która gloryfikuje przemoc oraz z takich osób jak Mickey i Mallory czyni idoli. To jest tak prosto w twarz, ze chyba się już bardziej nie da. Wypowiedzi młodych ludzi, dla których ci zwyrodnialcy oraz psychopaci są wzorcem do naśladowania wywołało we mnie śmiech oraz niepokój. Zresztą nasza parka to nie jedyni szaleńcy w tym zdegenerowanym świecie. No bo jest nasz żądny sławy, blasku kamer dziennikarz Gale, ścigający naszą parkę gliniarz-celebryta z fetyszem duszenia oraz upokarzania kobiet (Tom Sizemore) czy mocno prawicowy i trzymający twardą ręką więzienie naczelnik Dwight McClusky (demoniczny Tommy Lee Jones).

Ten film mimo 30 lat na karku pozostaje totalnie szalonym, dzikim, psychodelicznym i zrobionym po bandzie. Wymykający się jakiejkolwiek szufladce, brutalny, szokujący, postmodernistyczny zjazd jakiego nie widziałem nigdy. Brawurowo wyreżyserowany, genialnie zmontowany, kapitalnie zagrany oraz napisany. Jednak nie jest to przyjemna eskapada, więc uważajcie.

10/10+ znak jakości

Radosław Ostrowski

Oppenheimer

Jestem śmiercią. Niszczycielem światów. – te słowa powiedział amerykański fizyk Robert Oppenheimer w 1949 roku. Naukowiec i przede wszystkim teoretyk przeszedł do historii jako szef Projektu Manhattan, gdzie skonstruowano bombę atomową. I to właśnie o nim zdecydował się opowiedzieć w swoim najnowszym filmie Christopher Nolan, tworząc swoją pierwszy film biograficzny. Ale to też pierwszy od dawna film, gdzie nie pojawia się (ani fizycznie, ani głosowo) Michael Caine.

Brytyjski reżyser nie byłby jednak sobą, gdyby historię tego naukowca opowiedział chronologicznie. To byłoby za łatwe i zbyt banalne, więc skupiamy się na trzech wydarzeniach: młodości Oppenheimera z czasów studenckich, prowadzenie Projektu Manhattan i wyścig z nazistami o budowę bomby atomowej oraz reperkusje tych wydarzeń. Klamrą filmu jest przesłuchanie przez senacką komisję Lewisa Straussa (Robert Downey Jr.) na stanowisko sekretarza handlu w 1959 roku, gdzie padają pytania dotyczące trudnej relacji polityka (wówczas szefa Amerykańskiej Komisji Atomowej) z Oppenheimerem oraz – by jeszcze bardziej zamotać obraz – przesłuchania naukowca w sprawie jego sympatyzowania z komunistami. To ostatnie ma doprowadzić do zdyskredytowania fizyka, który coraz bardziej jest przeciw użyciu broni jądrowej i nuklearnej.

Nolan jak zwykle tworzy misterną układankę, gdzie już na początku miesza ze sobą linie czasowe i od samego początku wymaga skupienia oraz – co najistotniejsze – wiedzy o historii XX wieku, ze wskazaniem na osiągnięcia fizyki kwantowej. Inaczej od razu można odbić się w gąszczu nazwisk oraz postaci jak Niels Bohr, Werner Heisenberg, Albert Einstein czy Enrico Fermi. Ale im dalej w las, wszystko zaczyna się coraz bardziej krystalizować, by pokazać portret bardzo skomplikowanego człowieka. Outsidera żyjącego niejako we własnym świecie, skupionego na teorii (jako laborant był nie aż tak dobry jak myśliciel) oraz bardzo pewnego siebie.

Dla mnie najlepszymi momentami w „Oppenheimerze” są prace przy Projekcie Manhattan, gdzie Amerykanin zostaje zwerbowany przez pułkownika Grovesa (Matt Damon). Werbunek naukowców, zbudowanie miasteczka w Los Alamos, by uniknąć przecieku – to wszystko oglądałem z dużą fascynacją. Mimo że – tak jak cały film – skupiony jest na dialogach, rozmowach i dyskusjach, co tworzy bardzo kameralną atmosferę. A jednocześnie Nolan cały czas buduje napięcie związanie z tworzeniem „gadżetu”, gdzie dochodzi do pęknięć oraz sporów między naukowcami. Tutaj pojawiają się także poważne pytania o odpowiedzialność naukowców za swoje dzieło, etykę i konsekwencję stworzenia tak niebezpiecznej broni. Czy naukowcy mogą odpowiadać za użycie takiej rzeczy przez wojsko, polityków? Czy ich roli tylko ogranicza się do wykonania zadania jak w wojsku? Te pytania frapują i pozostają niebezpiecznie aktualne nawet teraz. A cały ten segment wieńczą dwie wręcz monumentalne sceny – próbne odpalenie (Trinity) oraz przemówienie Oppenheimera po zrzuceniu bomby na Hiroszimę. Te obrazy zostaną w mojej głowie na długo i pokazują techniczną maestrię Brytyjczyka.

Jednak mam pewne ALE. Nolan ma pewien problem z selekcją materiału, jaki miał do dyspozycji i pewne rzeczy wydają się tutaj zbędne, niepogłębione oraz pozbawione emocjonalnej reakcji. Dotyczy to głównie życia prywatnego Oppenheimera, ledwo liźnięte i dotknięte. Dotyczy to głównie jego relacji z bratem Frankiem oraz kochanki, Jean Tatlock (zmarnowana Florence Pugh). I nawet nie mam problemu z tym, że w większości scen pojawia się ona nago, ale one niczego do tej historii nie wnoszą. Jakby tego było mało, parę razy reżyser stosuje podstawowe narzędzie reżysera – łopatę, powtarzając pewne kwestie oraz sceny. Dla mnie to nie było aż tak potrzebne, co troszkę osłabia trzeci akt.

Mocno się broni strona techniczna, ale w przypadku Nolana to standard. Zdjęcia Van Hoytemy (także te czarno-białe) wyglądają niesamowicie, atmosferę buduje bardzo eklektyczna muzyka Ludwiga Goranssona, która miesza minimalizm, awangardę, orkiestrę oraz retro elektronikę; jednak najmocniej uderza operowanie dźwiękiem i praktyczne efekty specjalne. Te ostatnie pokazują mikroświat atomów w krótkich przebitkach, ale także nasilające się wizje zagłady świata.

Jednak najmocniejszą kartą w talii Brytyjczyka jest imponująca obsada. Wszystko na swoich barkach trzyma absolutnie wspaniały Cillian Murphy. Jego Oppenheimer to pokręcona mieszanka pewności siebie, wręcz arogancji ze społecznym wycofaniem i pozornym spokojem. Nawet jak nie mówi słowem, to na jego twarzy oraz oczach widać bardzo dużo. Jak choćby z czasem zostaje przytłoczony ciężarem swojego dzieła oraz poczuciem winy. Za to niespodziankę zrobił Robert Downey Jr. w roli Lewisa Straussa. Bardzo wycofany, mówiący ciepłym i wolnym głosem sprawia wrażenie budzącego sympatię, ale pod tą fasadą skrywa się mściwy, śliski manipulator oraz polityk. Kradnie on każdą scenę, tworząc bardzo magnetyzującą postać. A na drugim planie mamy masę rozpoznawalnych twarzy, którzy potrafią pojawić się na kilka minut. Jeśli miałby wyróżnić kogoś, ewidentnie wskazałbym Matta Damona (generał Groves), Benny’ego Safdiego (Edward Teller), Josha Hartnetta (Ernest Lawrence) oraz Emily Blunt (Kitty Oppenheimer). Jednak odkrywanie kolejnych nazwisk było dla mnie pewną dodatkową atrakcją.

Czy „Oppenheimer” to jak wskazuje spore grono recenzentów opus magnum Christophera Nolana? To zdecydowanie najambitniejszy film w dorobku Brytyjczyka pokazujący człowieka zderzonego z brutalnymi konsekwencjami swoich działań, z polityką oraz opinią publiczną. Imponujący technicznie, wciągający emocjonalnie (poza finałową 1/3 filmu), z masą mocnych scen i gorzkim finałem. Niezapomniane doświadczenie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kiss Kiss Bang Bang

Shane Black to jest gość – scenarzysta z bardzo charakterystycznym stylem, który udoskonalił do perfekcji konwencję buddy movie. Dwóch niedopasowanych bohaterów, wspólna sprawa kryminalna, noirowy klimat, świąteczna atmosfera oraz ironiczny, cięty humor. Te elementy pojawiały się w jego scenariuszach, co wie każdy fan „Zabójczej broni”, „Ostatniego skauta” czy „Długiego pocałunku na dobranoc”. Po napisaniu tego ostatniego filmu w 1996 roku Black zniknął i powrócił niecałe 10 lat później jako reżyser. Jak myślicie, jaki film nakręcił? Dokładnie taki, jakiego należało się spodziewać.

Jesteśmy w Los Angeles w czasie zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Tutaj trafił nasz bohater i narrator – Harry Lockhart. To drobny złodziejaszek ma pecha i szczęście jednocześnie, bo uciekając przed nieudaną kradzieżą trafił na… casting do filmu. Jako konsultant zostaje do dorzucony prywatny detektyw Perry van Shrike aka Gay Perry. Twardy facet, bezwzględny, inteligentny i… gej, a cierpliwości wobec Harry’ego ma bardzo niewiele. I w zasadzie nic specjalnego by się nie wydarzyło, gdyby nie kobieta o jakże cudnym imieniu Harmony – dawna dziewczyna Harry’ego. Najpierw tajemnicza kobieta zleca Perry’emu śledzenie osoby, co kończy się morderstwem. Do tego jeszcze poznana Harmony zostaje znaleziona martwa, a policja uznaje to za samobójstwo.

Jak sami widzicie intryga przypomina klasyczny kryminał spod znaku Raymonda Chandlera, tylko uwspółcześniony. Fabuła się gmatwa, zawierając klasyczne motywy: wielkie miasto, spora kasa, wpływowi ludzie, oszustwo, zderzenie naiwności z brutalną rzeczywistością. No i wiele zbiegów okoliczności na granicy prawdopodobieństwa. A wszystko w trakcie świąt Bożego Narodzenia, co wydaje się jeszcze bardziej ironicznym żartem. Tak jak cały film, który jest zgrywą z konwencji stworzonej w latach 80. i 90. przez Blacka – nie mamy postaci z krwi i kości oraz własnymi problemami (może poza Harrym, który dostaje szansę na nowy start), a wszelkie klisze gatunkowe są podkręcone do absurdu (włącznie z potencjalnie przegiętym happy endem). I nie ma tutaj miejsca na popisy pirotechniczno-kaskaderskie.

Prowadzący nas po tym świecie Harry (wracający do pierwszej ligi Robert Downey Jr.) jako narrator jest równie nieporadny, co uroczy. Potrafi strzelić ciętymi tekstami, zdarza mu się też – opowiadając historię – zaciąć się i nagle sobie o czymś przypomnieć, z czasem nabierałem coraz więcej sympatii do tego faceta. Stara się być tym dobrym i ma serce tam, gdzie być powinno, tylko że los okazał się dziwką, a Harry miał pusty portfel. W zderzeniu z Perrym (kradnący szoł Val Kilmer) wydaje się po prostu pierdołą, która ma pecha być w złym miejscu i czasie. Ale kiedy pojawia się Harmony (cudowna Michelle Monaghan), wszystko staje się proste jak ustawa sejmowa. Wtedy reżyser podkręca tempo, dorzucając wiele świetnych, zabawnych dialogów, stylową formę kina neo-noir z obowiązkową jazzową muzyką w tle. Jednocześnie Black pozwala sobie na zaskakująco gorzką satyrę na środowisko hollywoodzkie, które karmi młodych ludzi z LA (oraz spoza niego) obietnicą sławy i sukcesu. Ale tak naprawdę na obietnicy się kończy, przełykając i wypluwając niczym gumę do żucia. I jak w tym wszystkim odnaleźć się? Na to odpowiedź otrzymujemy w bardzo satysfakcjonującym finale, śmiejąc się czasem do rozpuku.

Choć film nie okazał się kasowym hitem, Black pokazał się, że jako reżyser jest równie sprawny i wyrazisty, co pisane przez niego scenariusze. Świetnie zrobiony pastisz czarnego kryminału, z prawdziwie wystrzałowym duetem Downey-Kilmer. Black-reżyser dopiero się rozkręcał, ale warto ten debiut oraz powrót z zaświatów przypomnieć. Szybkie strzały, piękne kobiety oraz smolisty, czasem ironiczny humor z kryminalną intrygą w tle. Czego chcieć więcej?

7/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Koniec gry

MCU – obecnie najpopularniejszy serial, jaki nawiedza nasze kina już od roku 2008 i nie wygląda na to, że miałaby się ta maszyna zatrzymać. Choć nie wszystkie odcinki tego cyklu były w pełni satysfakcjonujące, to coraz bardziej zaczynałem zżywać się z tymi postaciami. I nieważne, czy mówimy o Bogu Piorunów, mistrzu łuku czy symbolu wszelkich cnót oraz zalet. Jednak ostatnio nasza grupka superherosów poniosła klęskę, a Thanos swoim pstryknięciem zmiótł połowę populacji Ziemi. Smutek, depresja, beznadzieja i rozpad. Po pięciu latach jednak dochodzi do dziwnej sytuacji – z wymiaru kwantowego wraca (uwięziony tam) Scott Lang aka Ant-Man. I sugeruje pomysł na podróż w czasie, by zdobyć Kamienie Nieskończoności, potem stworzyć rękawicę oraz cofnąć działania Thanosa.

avengers koniec gry1

Ci, których powalił finał „Wojny bez granic”, tym razem mieli dostać szansę odwetu, wyrównania rachunków. Mimo dość długiego metrażu, całość podzielić niejako na trzy etapy. Pierwszy etap to okres żałoby oraz wizja świata po wszystkim – niemal pusty, gdzie nie można się odnaleźć ani pogodzić z tym wszystkim. Tutaj dominuje lekko melancholijny klimat, mimo jednej krótkiej rozpierduchy. Jednak emocje zaczynają coraz bardziej, kiedy dochodzi do podróży w czasie, czyli etapu drugiego. Plan jest bardzo trudny, wręcz karkołomny, a przeskoki dotyczą znajomych miejsc (przebitki z pierwszych „Avergers”, „Strażników Galaktyki” czy drugiego „Thora”), jak i troszkę bardziej dalekiej przeszłości. Odniesienia i odwołania są tutaj bardzo obecne, ale jednocześnie nie są one żadnym obciążeniem czy balastem (czego troszkę się obawiałem). Ale ten etap kończy się pozornym happy endem, bo dochodzi do trzeciego aktu, będący… drugim starciem naszych bohaterów z armią Thanosa.

avengers koniec gry3

Logika nie szwankuje tutaj aż tak bardzo, czego się można spodziewać w przypadku historii z podróżami w czasie. Więcej jest tutaj postawiono na relacje między postaciami, ich dylematy oraz rozterki (tutaj najbardziej wybija się Thor, Stark oraz Hawkeye). Zaś ostateczna rozwałka tutaj rozmachem przypomina starcie z „Wojny bez granic”, ale przeciwnik wydaje się mieć jeszcze większą przewagę liczebną. I co najważniejsze, chłonąłem to wszystko jak gąbka, doprowadzając do zmian oraz pozytywnych zaskoczeń („Avengers Assemble”). Z kolei zakończenie ostatecznie zamyka pewien etap w historii, doprowadzając do drobnej zmiany warty. Nawet nie zauważyłem, kiedy się to wszystko skończyło.

avengers koniec gry2

Nawet jeśli były jakieś wady, nie byłem w stanie ich dostrzec. „Koniec gry” to tak naprawdę koniec jednego rozdziału oraz początek nowego rozdania. Niepozbawiona humoru, akcji oraz interakcji, stanowiąc – dla fanów – wielkie doświadczenie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Avengers: Wojna bez granic

Na ten film wszyscy fani komiksów oraz Kinowego Uniwersum Marvela. Nie powiem, że ja też na ten film czekałem. Bardzo polubiłem te postacie przez te 10 lat – to od groma czasu, który naprawdę wystarczy. No i wszyscy Avengersi musieli się zmierzyć z największym zagrożenie w historii, czyli Thanosa. Problem w tym, że grupa Obrońców rozpadła się: Stark i Rogers mocno się posprzeczali (trzecia część „Kapitana Ameryki”), Ant-Man i Hawkeye są w areszcie domowym, a reszta herosów jest rozproszona. Czy w ogóle nasi herosi mają szansę na zwycięstwo?

avengers_33

Bracia Russo już od samego początku zapowiadają, że będzie to zupełnie inne kino. Najpierw mamy radiowy komunikat, wołanie o pomoc oraz dosłownie masę trupów dookoła. To statek Thora, a Thanosa nie jest w stanie pokonać nawet Hulk (tak mocno oberwał, że nie pojawia się potem w ogóle). Powoli jednak nasi bohaterowie, czyli wszyscy uczestnicy filmów Marvela, otrzymują info o nim i próbują w każdy możliwy sposób powstrzymać to, co wydaje się nieuniknione. Oczywiście, ze wszystko polane jest szeroko pojęta rozpierduchą oraz kolejnymi próbami zdobycia kolejnych Kamieni Nieskończoności. Jednocześnie twórcy próbują (z powodzeniem) zbudować przeszłość związaną z Thanosem, a akcja przeskakuje z miejsca na miejsce. Mimo pozornego chaosu, cała historia wydaje się bardzo klarowna i jasno przedstawiona. Kilka postaci także zostaje pogłębionych jak Thor, który już nie ma niczego do stracenia czy Star-Lord, który musi dokonać bardzo dramatycznego wyboru. Rozbicie grupy na niejako mniejsze drużyny daje zaskakujące połączenia. Świetnie wypada relacja Thora z Rocketem oraz Starka z Parkerem, a także spięcia między tym pierwszym a dr Stange’m (natężenie ego przekracza dopuszczalne normy).

avengers_31

Realizacyjnie film wygląda olśniewająco (kręcony kamerami IMAX), bo jesteśmy w różnych częściach kosmosu. Wracamy też na stare rewiry, czyli Wakanda, siedziba Starka, nowojorskie Sanktuarium czy Knowhere (siedziba Kolekcjonera), ale są też równie interesujące miejscówki jak choćby kosmiczna kuźnia czy opustoszała, wyniszczona planeta Titan. To wszystko wygląda naprawdę okazale i nie miałem kompletnie poczucia sztuczności. Nie brakuje odrobinki humoru (na szczęście, nie zmienia całego filmu w komedię), zaś stawka gry czuć aż do finału. Także efekty specjalne trzymają swój wysoki poziom, wprawiając w zachwyt.

avengers_32

Aktorsko poziom został utrzymany, zaś sprawdzeni aktorzy już tak się zżyli ze swoimi postaciami, iż trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek innego. Najbardziej z tego grona wybija się Chris Hemsworth, którego Thor staje się zdesperowanym mścicielem, nie mającego już absolutnie nic do stracenia. Podobnie wyróżnia się Benedict Cumberbatch oraz Tom Holland, dodający odrobinę lekkości w historii. Z nowych znajomych nie można zapomnieć o Peterze Dinklage’u jako kowalu Eitrim (jakoś większy się zrobił). No i jeszcze jest Thanos, czyli Josh „Cable” Brolin. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo dużym osiłkiem, który mógłby samymi pięściami rozwalić cały Wszechświat i wierzy w słuszność swoich działań. Zaś motywacja stojąca za jego czynami z jednej strony budzi przerażenie, ale z drugiej jego pobudki oraz przeszłość bohatera potrafią budzić współczucie.

„Wojna bez granic” zamyka trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela z poważnym hukiem. Zamiast zwycięstwa mamy gorycz oraz strasznie brutalne żniwo i jedno pytanie: jak to wszystko odkręcić? A po napisach końcowych cisza i niedowierzanie pozostają na długo. Przynajmniej u mnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów

Pamiętacie akcję Avengersów w Sokowii? Jak się okazało zgon wielu, zbyt wielu ludzi nie przeszedł obojętnie wobec całego świata, który nie czuje się bardziej bezpieczny. Dlatego ONZ chce sprowadzić nadzór nad superherosami w ramach specjalnej komisji. Ale zarówno Stark, jak i Rogers mają kompletnie inne zdanie na ten temat. A żeby jeszcze było mało wewnętrznych konfliktów, dochodzi do zamachu na siedzibę ONZ, zaś sprawcą jest… Bucky, czyli Zimowy Żołnierz.

kapitan_ameryka31

Trzecia część przygód Kapitana Ameryki bardziej łączy się z MCU, a jednocześnie pokazuje reperkusje wydarzeń z całego uniwersum. Bracia Russo trzymają się stylu poprzedniej części, czyli kina akcji, polanego bardzo pogmatwaną intrygą oraz próbą stworzenia wręcz dramatu. Plus dodanie dwóch nowych postaci do całego uniwersum, dodając kolejnych filmów, mające za zadanie generować miliardy dolców zysku. Długo nie byłem w stanie rozgryźć na czym ma polegać cała intryga (ekspozycja z 1991 roku), bo jest wiele początków (także domknięcie z „Zimowego Żołnierza”), ale jest to do przełknięcia. Konflikt jest wyraźnie zarysowany między bohaterami, racje wydają się sensowne, a szansy na znalezienie jakiegoś kompromisu wydają się równie prawdopodobne jak wygrana w totolotka. A gdy do gry wchodzą emocje, wszystko zaczyna się chrzanić na potęgę.

kapitan_ameryka32

Reżyserzy potrafią przez długi czas utrzymać tempo, a wszelkie pościgi, bijatyki oraz mordobicia wyglądają nadal imponująco, mimo montażowej stylistyki a’la Jason Bourne. I mimo tego, wszystko pozostaje czytelne, wiadomo kto, kogo, czym i jak, co nie zawsze jest takie proste. Dodatkowo sama choreografia robi imponujące wrażenie – nie tylko konfrontacja na lotnisku czy finał w tajnej bazie na Syberii, ale choćby sam początek w Lagos. Do tego parę razy twórcy pozwalają sobie na wiele scen gadanych, by nie tylko wyciszyć tempo, ale także podbudować cały spór. Choć dochodzi do dość dramatycznego finału, ostatnia scena daje pewną nadzieję.

kapitan_ameryka34

Ale sporym problemem był plan głównego złego, czyli skłócenie Avengersów. Z jednej strony jest sama koncepcja jest bardzo trafna, tylko że miejscami jest to bardzo na granicy prawdopodobieństwa. I albo jest takim świetnym manipulatorem, albo wiele wydarzeń zdaje się być pobożnym życzeniem scenarzystów (choćby finał – skąd wiedział, że Stark podąży za Kapitanem do bazy?), co dało więcej wątpliwości. Za to plusem są zarówno nowi bohaterowie (zwłaszcza bardzo nakręcony Spider-Man oraz Czarna Pantera), jak i pojawienie się starych znajomych z kradnącym na kilka chwil Ant-Manem, wnosząc masę humoru do ciężkiego dramatu.

kapitan_ameryka33

Trudno się też przyczepić do filmu na poziomie aktorskim, chociaż na pierwszy plan zdecydowanie wybija się Iron Man oraz jego moralne dylematy, bo wiele perturbacji było spowodowanych przez jego działania. I Robert Downey Jr kolejny raz sprawdza się w tej postaci. Tak samo jak Chris Evans jako Kapitan Ameryka, będący harcerzykiem z zasadami nie do złamania, ale jest on troszkę nudny i przewidywalny. Nie znaczy to, że losy tego faceta mnie nie obchodziły, zwłaszcza gdy pojawiał się Bucky z często pranym mózgiem (świetny Sebastian Stan), dodając troszkę kolorytu. Ta chemia między tym duetem, daje troszkę kopa. Za to nie do końca przekonuje mnie główny zły, czyli Zemo grany przez Daniela Bruhla. Motywacja długo pozostaje tajemnicą, a rozwiązanie jego planu troszkę zawodzi. Szkoda.

„Wojna bohaterów” próbuje utrzymać poziom poprzednich części i w wielu momentach się to sprawdza, ale zarówno główny zły oraz miejscami nierówne tempo potrafią odstraszyć. Marvel utrzymuje poziom, jednak troszkę liczyłem na więcej. Bardzo solidne rzemiosło z paroma imponującymi popisami akcji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Homecoming

Każdy kojarzy lub słyszał o Spider-Manie, czyli najmłodszym superbohaterze w historii Marvela. Młody, nieśmiały nastolatek, samotnie wychowywany przez ciotkę May. Pierwszy raz w MCU pojawił się w małym epizodzie w „Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów”. Chłopak jest podopiecznym Tony’ego Starka i już się rwie, by się wykazać. Bardzo chce być Avengersem, choć jest dopiero małoletnim smarkaczem. Zamiast tego zajmuje się drobnymi zbrodniami na osiedlu, chociaż rwie go do czegoś większego. Wreszcie trafia na bardzo duża sprawę związaną z niebezpieczną, wręcz kosmiczną bronią. Niby zwykła kradzież bankomatu, ale to początek grubszej sprawy.

spiderman_20171

„Homecoming” to próba nowego spojrzenia na Pajączka, chociaż wszystko to już znamy. Problemy typowe dla nastolatków, czyli przyjaźń, dojrzewanie do odpowiedzialności oraz kontakty z zupełnie innym gatunkiem zwanym dziewczynami. Ten mariaż kina młodzieżowego z superbohaterskim stylem Marvela daje wiele świeżości oraz frajdy dla małolatów. I muszę przyznać, że bawiłem się świetnie. Powoli nakręca się konfrontacja między Parkerem a tajemniczym Vulturem. Zaskoczeniem dla mnie była motywacja głównego łotra, która jest bardzo przyziemna, jak zresztą cały ten film.Nie ma tutaj mocnego przeładowania efektami specjalnymi, skupieniu na robieniu rozpierduchy, która świetnie wygląda (ratowanie uczniów przy pomniku Waszyngtona czy akcja na okręcie), ma swoje tempo oraz adrenalinę, do jakiej Marvel zwyczajnie nas przyzwyczaił. A kiedy dodamy jeszcze teksty Spajdka podczas swojej roboty, to mamy bardzo fajną komedię. Wygrywana jest zarówno przyjaźń z nerdowskim Nedem (straszny gaduła z niego), pierwsze próby podrywu z Liz oraz mentorskie podejście Tony’ego Starka do Petera. Niby nic nowego w świecie Marvela, jednak nie wywołuje to znudzenia.

spiderman_20172

I jeszcze jak to jest zagrane. Tom Holland wydaje się idealny do nowej interpretacji Parkera. Owszem, nadal jest nieśmiały wobec dziewczyn, ale poza tym jest zajarany i nakręcony na wszelkie akcje, niczym dziecko na każdą nową zabawkę. W końcu powoli zaczyna dojrzewać do działania, widząc konsekwencje swoich czynów. Nie zawodzi Robert Downey Jr., kradnąc każdą scenę i wnoszą sporo ironii. Ale najlepszy jest czarny charakter – nie tylko dlatego, że gra go Michael Keaton, ale ponieważ ma prostą motywację. Żadnego podbijania świata, zniszczenia ludzkości, lecz zapewnienie bytu swojej rodzinie. I to działa, a poprowadzone jest bez przerysowania i fałszu, nawet było mi żal tej postaci (czuję, że wróci). Troszkę nie do końca wykorzystano ciotkę May (niesamowicie pociągająca Marisa Tomei), a dziewczyny są gdzieś na dalszym planie (chociaż Liz Harrier, jak i Zendaya mocno się wybijają), a uwagę skupia kostium Spajdka z głosem Jennifer Connelly.

spiderman_20173

Muszę przyznać, że Spider-Man powrócił do domu Marvela w bardzo ładnym stylu oraz z hukiem. Mimo pracy wielu scenarzystów powstało spójne, lekkie (dla wielu zbyt lekkie) oraz nowe podejście do tej postaci. Czekam na kolejne spotkanie z tym najmłodszym herosem komiksu.

8/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Czas Ultrona

Jak pamiętamy z poprzedniej części, Avengers to grupa superherosów, którzy pilnują porządku na Ziemi i walczą o pokój. Kapitan Ameryka, Iron Man, Hulk, Thor, Czarna Wdowa i Sokole Oko nie mają jednak chwili odpoczynku, gdyż walczą z odwiecznym wrogiem TARCZY – Hydrą, odbijając laskę Lokiego. Stark bada urządzenie i wykorzystuje do stworzenia Ultrona – sztucznej inteligencji, która pomagałby im. Że nie będzie to dobry pomysł, Avengersi przekonują się dość szybko.

avengers21

Na ten film fani Marvela czekali ogromnie, bo zebranie w jednym filmie wszystkich superherosów zawsze jest świetne. Poza tym, kto nie lubi rozpierduchy? Joss Whedon, który pokazał pierwszą część „Avengersów” dba o to, żebyśmy się nie nudzili. Wszystkiego jest więcej – więcej rozpierduchy, ironicznych i zabawnych dialogów, większe scalenie ze światem Marvela (masa bohaterów pobocznych z poprzednich filmów). Jednak Whedon poza tym próbuje zaserwować ważkie i poważne pytania dotyczące odpowiedzialności oraz tego, jak w imię dobra dokonuje się zła. Głos ten należy do nowych łotrów do pokonania, a mianowicie Ultrona – sztucznej inteligencji, która rozwinęła się do tego stopnia, że uznaje Avengersów za zło i jedyną nadzieją dla ludzkości jest jej… śmierć. W realizacji (nieświadomie) pomagają bliźniacy Maximoff, a wplecenie tych bohaterów oraz taka refleksja w – bądź co bądź – rozrywkowym filmie zaskakuje. Jednak mimo widowiskowości (starcia nadal mają pomysłową choreografię, a między bohaterami jest silna chemia), miałem wrażenie przesytu oraz znużenia całością. Wszystko już w zasadzie było, chociaż poziom realizacji nadal jest wysoki, a finał w Sokowii potrafi trzymać za gardło (ratowanie cywili jest kluczowym fragmentem).

avengers23

Nadal jest to świetna rozrywka także pod względem aktorskim – ekipa w składzie Downey Jr./Hemsworth/Evans/Ruffalo robią szoł, kradnąc sceny reszcie. Plusem jest to, ze więcej czasu dostali, troszkę pominięci w poprzedniej części Scarlett Johansson (Czarna Wdowa) i Jeremy Renner (Sokole Oko). O ile łucznik jest spoko facetem, któremu w krytycznym momencie udaje się scalić ekipę posiadających megamoce kompanów, przy których sprawia wrażenie przypadkowego wojaka, o tyle w przypadku Wdowy twórcy zachowali się bardzo nie fair. Twardą laskę zmiękczyli (chociaż dzięki temu dowiadujemy się troszkę więcej o przeszłości) i na silę próbują rzucić ją w ramiona Hulka. To kiepski pomysł jest i mam nadzieję, że zostanie porzucony w następnych częściach. Za to nowi antagoniści to duży plus.

avengers22

O Ultronie już mówiłem, a głos Jamesa Spadera idealnie pasuje do dobrze napisanego bohatera. Także bliźniacy Romanoff są wyrazistymi mścicielami, posiadającymi swoje moce wskutek eksperymentów genetycznych – Pietro „Quicksilver” (niezły Aaron Taylor-Johnson, chociaż wolę łobuzerskiego Evana Petersa z najnowszych „X-Menów”) zasuwający z prędkością światła oraz Wanda „Szkarłatna Wiedźma” (świetna Elisabeth Olsen) manipulująca umysłami. Dawno nie było w tym uniwersum tak wyrazistych czarnych charakterów.

avengers24

 

Powiem tak: po obejrzeniu najnowszego „Mad Maxa” każdy blockbuster będzie wyglądał cienko. Druga część „Avengerów” nie jest w stanie mu dorównać, tak jak pierwszej części. Niemniej jest to nadal dobre kino rozrywkowe, które jest w stanie zagwarantować frajdę osobom w wieku od lat 5 do 105.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Lucky You – Pokerowy blef

Huck to młody, ale bardzo ambitny pokerzysta. Problem w tym, że jak każdemu młodemu pokerzyście pieniądze nie kleją się do niego na długo – to pewnie dlatego ma sporo długów. Mimo to postanawia zawalczyć w Mistrzostwach Świata w zawodowym pokerze. Tam stanie do walki ze swoim ojcem, z którym nigdy nie wygrał. Jeszcze pojawia się w jego życiu Billie – marząca o karierze piosenkarki dziewczyna.

lucky_you1

Wszyscy kinomani znają Curtisa Hansona jako twórcę znakomitych „Tajemnic Los Angeles”, jednak tym razem postanowił nakręcić coś lżejszego. Sama historia bazuje na znanych kliszach, bo jest tu i wątek miłosny, trudna relacja ojciec-syn napędzająca dynamikę całości (stare, niezagojone blizny) oraz poker – karty, dużo kart i duża kasa do wygrania. Jako studium gracz-hazardzisty ten film nie do końca się sprawdza, bo posługuje się ogranymi kliszami, podobnie jest z wątkiem miłosnym (strasznie przewidywalny i w zbyt hollywoodzkim stylu). Więc pozostaje sama pokerowa rozgrywka i tutaj pojawia się napięcie, zarówno w samym zbieraniu forsy na grę, jak i w samym finale – nie do końca oczywistym. Jest tu kilka świetnych scen (zakład, że w 3 godziny zaliczy wszystkie dołki w golfie – rewelacja) oraz klimat Las Vegas – mekki hazardzistów i zawodowych graczy, w dodatku ładnie sfotografowana. Tylko całość nie porywa do końca, co jest niewybaczalnym błędem.

lucky_you2

Ten film już zostałby wymazany z pamięci, gdyby nie dobre aktorstwo Erica Bany i Roberta Duvalla. Pierwszy jest wnikliwym i uważnym graczem, który jednak bywa bardzo ryzykownie, niemal nerwowo. Drugi to spokojny, rozważny i opanowany zawodnik – prawdziwy profesjonalista. Obserwowanie tego duetu w akcji jest czystą przyjemnością. Nie do końca pasowała tu Drew Barrymore jako troszkę naiwna dziewczyna Billie (trzeba jednak przyznać, że ładnie śpiewa). Obecność zawodowych pokerzystów tez daje kolorytu całości, podobnie jak epizody Roberta Downeya Jra. (terapeuta Jack Telefon) i Michaela Shannona (gracz Ray Zumbro).

lucky_you3

„Pokerowy blef” to całkiem przyzwoity, choć dla mnie troszkę za lekki dramat. Za mało w tym pazura, a w przeciwieństwie do bohaterów Hanson gra zbyt zachowawczo i bezpiecznie. Czasami jednak trzeba ostro zaryzykować, by zdobyć większą stawkę.

lucky_you4

6/10

Radosław Ostrowski

Sędzia

Henry Palmer jest piekielnie zdolnym i skutecznym adwokatem w Waszyngtonie. Jednak jego życie prywatne nie układa się – rozstaje się z żoną, z córką ma dość dobre układy. I wtedy dostaje wiadomość, że jego matka zmarła. Przyjeżdża do rodzinnego miasteczka na pogrzeb i chce jak najszybciej wyjechać z powodu niezbyt dobrych relacji z ojcem – miejscowym sędzią o nieposzlakowanej reputacji. Jednak w nocy sędzia wraca z uszkodzonym autem, a następnego dnia zostaje oskarżony o morderstwo. Henry chcąc nie chcąc zostaje jego obrońcą.

sedzia1

Dramat sądowy to gatunek niemal na wyginięciu – rozprawy przed sądem obecnie jakoś mało chętnie są kręcone w ostatnich latach, jednak to nie zraziło Davida Dobkina, dotychczas reżysera komedii, by się zmierzyć z tym gatunkiem. Ale tak naprawdę jest to dramat obyczajowy, gdzie proces służy rozwiązaniu relacji Hanka (Henry’ego) ze swoim ojcem. W dodatku twórcy sięgają po wszelkie możliwe klisze – dawno niewidziane miasteczko, spotkanie z dawną dziewczyną, braćmi mającymi problemy (jeden był obiecującym sportowcem, drugi jest upośledzony umysłowo), zaś wynik rozprawy jest łatwy do przewidzenia. Jednak mimo tej schematyczności i przewidywalności jest w stanie mnie przekonać do siebie. I to na wiele sposobów – humorem (bójka z redneckami), odrobiną sentymentalizmu (muzyka Thomasa Newmana), ale też szczerymi dialogami oraz naprawdę porządnym aktorstwem. Rozprawy ogląda się wnikliwie, a próba zabliźnienia starych ran, pretensji i rozczarowań przebiega uczciwie.

sedzia2

Jak mówiłem, aktorzy robią swoje. Robert Downey Jr. początkowo może wydawać się kopią Ajron Mena (to samo poczucie humoru, elegancki gajerek – brakuje tylko zbroi), ale radzi sobie dobrze o roli faceta, starającego się zyskać aprobatę swojego ojca. Jednak tak naprawdę szoł ukradł mu Robert Duvall w roli tatusia. Udaje się mu pokazać jego twardy charakter, przyzwoitość i szorstkość, a jednocześnie jak ważne są dla niego respekt, autorytet i reputacja. Jest to bardziej złożona postać niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Także drugi plan jest tutaj porządny (Vera Farmiga jako dawna dziewczyna, Vincent D’Onofrio i Jeremy Strong – bracia), może tylko Billy Bob Thornton jest zaledwie solidny w roli prokuratora (wydawałoby się, że powinien być bardziej upierdliwy i złowrogi). Ale i tak udaje się tym postaciom nadać życia, choć wydaja się dość schematyczne.

sedzia3

Dobkin wydaje się być typowym rzemieślnikiem, ale efekt okazał się zaskakująco solidny. Niby takich opowieści było tysiące, jednak duet dwóch Robertów (i nie tylko oni) uwiarygodniają całą fabułę, a reżyser pilnuje, by nic się nie zepsuło. Dla mnie niespodzianka.

7/10

Radosław Ostrowski