Stan gry

Sam początek filmu jest dość zagadkowy: pewien młody chłopak biegnie przed siebie i zostaje zastrzelony gdzieś przy śmieciach w ciemnej uliczce nocą. Pewien mężczyzna przejeżdżał rowerem przez okolicę i… cóż, to była jego ostatnia przejażdżka. Dzień później pod pociąg metra wpada pewna młoda kobieta. Jak się okazuje, pracowała jako analityk w politycznej komisji śledczej kierowanej przez Stephena Collinsa. Mało tego, kobieta była kochanką polityka. Wtedy do gry wchodzi dziennikarz Washington Globe Cal McAffrey (także przyjaciel Collinsa) oraz młoda autorka politycznego bloga, Della Frye.

stan_gry1

Kevin Macdonald dla wielu kinomanów to przede wszystkim dokumentalista (“Czekając na Joe”, “Marley”, “Whitney”). Ale na początku swojej drogi udało mu się stworzyć dwie znakomite fabuły. “Stan gry” należy do tego grona, mimo bycia kinowym remakiem telewizyjnego serial z Wysp Brytyjskich. Reżyser bardzo powoli, ale za to precyzyjne pokazuje kolejne element układanki, pokazując niebezpieczny styk polityki z biznesem. I do czego są tak naprawdę posunąć się duże korporacje do realizacji swoich celów. Wszystko wydaje się być powiązane z prywatną firmą ochroniarską PointCorp, której działania podczas wojny w Iraku doprowadziły do rzezi niewinnych. Tylko, czy oni są powiązani z morderstwami pani analityk oraz młodego złodzieja. Akcja nie pędzi, nie ma tu pościgów czy gwałtownych strzelanin (chyba, że mówimy o scenie w parkingu), lecz historia potrafi wciągnąć. Kolejne element układanki pokazują kolejne powiązania polityki, biznesu oraz mediów, których znajdują się niejako w rozkroku.

stan_gry3

Klimatem dzieło Macdonalda przypomina thriller z lat 70., gdzie wszystko opierało się na dialogach, spotkaniach w cztery oczy, przy zachowaniu środków ostrożności (rozmowa z informatorem wewnątrz PointCorp). A jednocześnie ciągle zadaje pytania o etykę dziennikarską, skupiając się na trzech postaciach: młodej blogerce, starym wyjadaczu oraz naczelnej, która musi brać także pod uwagę kwestie dochodów, by zadowolić nowych właścicieli. Co wtedy powinno się liczyć: prawda czy zysk? Jak połączyć te dwie sprzeczne cechy, czy można się przyjaźnić z kimś, kto jest bohaterem artykułu? Takie etyczne pytania dodają odcieni szarości, a sam twórca nie daje żadnej odpowiedzi ani lekcji.

stan_gry2

Poza fantastycznym scenariuszem, reżyser też znakomicie prowadzi aktorów. Znowu błyszczy Russell Crowe, choć wygląda bardzo “misiowato” i z długimi włosami jak hipis. To dziennikarz starej daty, który najpierw sprawdza, weryfikuje informacje, a nie wrzuca wszystko, co usłyszy. Podobno tacy dziennikarze jeszcze dzisiaj istnieją, ale są w bardzo śladowych ilościach I nie czuć w tym fałszu. Partnerująca mu Rachel McAdams jest absolutnie cudowna jako młoda dziennikarka z dużym potencjałem. Tworzy dość intrygujący duet, działający na zasadzie mistrz-uczennica, wyciągające wiele wniosków z tej współpracy.  Równie pozytywnie zaskakuje Ben Affleck w roli kongresmena Collinsa. Z jednej strony to ambitny, błyskotliwy polityk (sceny przesłuchań przed komisją – petarda), ale jednocześnie – jak każdy polityk – jest człowiekiem, pełnym słabości. Ale najbardziej jednak film kradnie Helen Mirren (niemal posągowa naczelna) oraz w małym epizodzie Jason Bateman (mocno narcystyczny Dominic Foy, zrywający z dotychczasowym emploi aktora).

Mimo, że fabuła zaskakuje parę razy, to końcówka skręca w stronę wątku z psychopatycznym zabójcą, co jest drobnym zawodem. Na szczęście, jest to jedyna poważna skaza tego filmu. Kapitalnego thrillera w starym stylu, bez wybuchów i strzelanin, lecz mimo to bardzo mięsistego, inteligentne poprowadzonego, z wyrazistymi postaciami oraz nie dającymi łatwych odpowiedzi na pewne pytania. Kino rozrywkowe zrobione z głową.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Blade Runner 2049

UWAGA!
Tekst może zawierać spojlery, więc czytacie na własne ryzyko.

Pamiętacie taki film, w którym nasz bohater tropił androidy – humanoidalne maszyny, pracujące poza Ziemią, ze względu na swoją siłę fizyczną i wytrzymałość. Tak wyglądał świat AD 2019. 30 lat później ten świat nie wygląda lepiej: upadek korporacji Tyrella, zaćmienie doprowadzające do skasowania danych komputerowych, brak naturalnej żywności oraz replikanty będące całkowicie posłuszne. Jednym z nich jest K. – nowy oficer policji. Ścigając jednego ze starszych modeli androidów, trafia na pewną rzecz, która może doprowadzić do zachwiania równowagi. Otóż K. znajduje szczątki kobiety, która urodziła dziecko. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jest ona… replikantem.

blade_runner_20491

Jeśli bierzesz się za kontynuację takiego dzieła jak „Blade Runner”, to musisz być bardzo pewny siebie albo wielkim geniuszem. Kim w tej sytuacji jest Denis Villeneuve? Kontynuacja jednego z największych filmów SF była zadaniem karkołomnym, lecz reżyser ze scenarzystami coraz bardziej rozszerzają to uniwersum poza deszczono-neonowo-cyberpunkowe Los Angeles spowite mrokiem oraz światem do cna zepsutym, gdzie wszyscy ludzie dbają tylko o siebie. Sama intryga jest bardzo zagmatwana i razem z K. próbujemy ustalić kim jest to dziecko, o którego los toczy się cała stawka. Świat wygląda niczym postapokaliptyczny koszmar i powtórzone są pytania z oryginału o sens człowieczeństwa. A po drodze odwiedzimy takie miejsca jak sierociniec, gdzie dzieci zmuszane są do pracy czy skażone promieniowaniem pozostałości po Las Vegas.

blade_runner_20494

Jestem pod ogromnym wrażeniem strony wizualnej, tworzącej niesamowity świat. I nie chodzi tylko o mocne nasycenie kolorów, ale wizję świata. Od dziennej mgły przez siedzibę Wallace’a (ta odbijająca się woda), złomowisko aż do pustyni pełnej dużych pozostałości po kasynach. Wizja tego świata budzi przerażenie, a człowiek jeszcze tak blisko bycia Bogiem. Stworzenie replikanta zdolnego do spłodzenia jest bardzo intrygującym rozwiązaniem i daje furtkę do ciągu dalszego, chociaż ten wątek – oraz pewnych rebeliantów – wydaje się troszkę na siłę wciśnięty. Podobnie jak wątek związany z prawą ręką Wallace’a, czyli Luv, będąca bardziej wkurwioną wersją Terminatora, przekonaną o swojej wyjątkowości. To było zbyt efekciarskie, jak dla mnie. Podobnie jak sceny, będące repetycjami pewnych dialogów, jakby wiara w inteligencję widza była zachwiana.

blade_runner_20492

I do tego jak świetnie jest to zagrane. Najbardziej zaskakuje tutaj Ryan Gosling jako K. – posłuszny, chłodny replikant. Ale obecne śledztwo staje się dla niego wędrówką dla siebie, zmuszając go do postawienia pytania: kim jestem? Te wątpliwości i rozterki przedstawione za pomocą jedynie oczu czy mowy ciała, dając prawdziwego ognia. Drugą niespodzianką jest „dziewczyna” naszego bohatera, czyli Joi (zjawiskowa Ana de Armas), będąca… hologramem, istotą równie sztuczną jak K. i ta relacja między nimi parę razy zaskakuje. Jest nawet scena podobna z „Ona”, co zaskakuje. Jednak wszyscy tak naprawdę czekaliśmy na Harrisona Forda, czyli Ricka Deckarda. Zmęczonego, starego i niepozbawionego sprytu twardziela, pełnego energii. A co tu robi Jared Leto? Pojawia się raptem w trzech scenach, ale potrafi zbudować bardzo mroczną postać geniusza, dążącego do udoskonalenia swojego dzieła. Nawet te filozoficzne gadki nie drażniły, co jest bardzo łatwe do spieprzenia.

blade_runner_20493

Jak sobie poradził z legendą kultowego dzieła Ridleya Scotta filmowiec z Kanady? Zachwyca wizualnie, dalej prowokuje do myślenia i powtarza pytanie o bycie człowiekiem w świecie, gdzie ludzkość nie kwapi się do swojego zadania. Owszem, jest fabularnie zagmatwany i wymaga wiele skupienia, ale wysiłek jest w pełni satysfakcjonujący.

8/10

Radosław Ostrowski

Wonder Woman

DC ma ostatnio sporego pecha do adaptacji swoich dzieł, chociaż mają równie intrygujących bohaterów jak konkurencja w postaci Marvela. Po odświeżonym Supermanie oraz jego konfrontacji z Batmanem, tak naprawdę niewielu czekało na kolejne dzieła od DC. Nawet ogłoszona „Liga Sprawiedliwości” wydawała się zrobioną na szybko próbą stworzenia uniwersum bez tła postaci, więc wieści o solowym filmie „Wonder Woman” traktowałem bardzo sceptycznie. Czy słusznie?

wonder_woman1

Bohaterką jest Diana – najmłodsza z plemienia Amazonek, które mają za zadanie chronić ludzkość przed wojną, a dokładniej Aresem. Razem z resztą pań mieszkają na wyspie daleko od świata. Ale i tutaj pojawia się wojna – I wojna światowa w osobie brytyjskiego szpiega oraz grupy Niemców. Poruszona opowieścią mężczyzny o toczącej się wojnie Diana decyduje się razem z nim wyruszyć do jego świata oraz powstrzymać generała Ludendorffa przed stworzeniem nowej broni.

wonder_woman2

Za ten film odpowiada znana z filmu „Monster” Patty Jenkins i trzeba przyznać, że ze swojego zadania wywiązała się dobrze. Początek, w którym poznajemy początki Amazonek (spowolnione malowidła a’la Snyder) potrafi chwycić i poruszyć, chociaż toczy się dość szybko. Potem całość idzie bardzo spokojnie do Londynu – dzieje się sporo gadania, co jest spowodowane nieobyciem Diany we współczesnym świecie. To zderzenie daje sporo humoru oraz lekkości. Potem jednak zostajemy rzuceni w wir wojny – bury, brudny, mroczny (chociaż pozbawiony krwi) świat, pełen okrucieństwa, podłości, a jednocześnie wielkiego poświęcenia. Sceny akcji wyglądają bardzo porządnie, chociaż efekty specjalnie miejscami są na bardzo średnim poziomie.

wonder_woman3

Ale najbardziej boli finał, który jest ograniczony do starcia Diany z Aresem (jego tożsamość była dla mnie sporą niespodzianką) i ta potyczka była zwyczajnie nudna. Tak jakby tutaj Jenkins została zastąpiona przez Zacka Snydera, który niemal skopiował tutaj finał „Batmana vs Supermana”. Do tego jeszcze zbyt często wykorzystywane slow-motion, przez co starcia są zbyt efekciarskie. Jenkins czasami gubi się w tempie, ale potrafi usatysfakcjonować.

wonder_woman4

Ale sytuację ratuje za to przekonujące aktorstwo. Trudno oderwać wzrok od Gal Gadot, która jest prześliczna, chociaż może wielu zirytować naiwność bohaterki, ale ma w sobie wiele uroku. To pozwala kibicować tej bohaterce. Partneruje jej Chris Pine i ta chemia między nimi jest kołem zamachowym całości. I to czuć od pierwszej sceny. Cała reszta postaci jest jedynie ciekawym tłem, z którego najbardziej się wybija demoniczny Danny Huston (generał Ludendorff) oraz powściągliwy David Thewlis (sir Patrick).

„Wonder Woman” próbuje dogonić konkurencję w postaci Marvela i chociaż pojawia się wiele wad, to całość jest zwyczajnie dobre kino gatunkowe. Nie wiem jak wy, ale ja czekam na kolejne spotkanie z Dianą Prince w „Justice League” i mam nadzieję, że DC w końcu zrozumie jak należy robić uniwersa.

7/10

Radosław Ostrowski

Niezniszczalny

David Dunn jest zwyczajnym człowiekiem, który pracuje jako ochroniarz w Filadelfii. Ale jego życie rodzinne to bajzel – żona i syn nie utrzymują z nim kontaktu, on chce się przeprowadzić. Gdy go poznajemy, wraca pociągiem z Nowego Jorku, gdzie starał się o pracę. Ale podczas powrotu dochodzi do wykolejenia pociągu. David jako jedyny przeżył wypadek i to bez zadrapania. Przypadek? Cud? Zbieg okoliczności? Pewien właściciel galerii Elijah Price – wielki miłośnik komiksów ma swoją hipotezę. Uważa, że Dunn ma wszelkie predyspozycje, by walczyć ze Złem niczym superbohater.

niezniszczalny1

M. Night Shyamalan po realizacji „Szóstego zmysłu” zawiesił wysoko poprzeczkę wobec swojego następnego filmu, czyli zrealizowanego rok później „Niezniszczalnego”. Wszyscy znamy filmy o superbohaterach, gdzie musi nosić lateksowy strój, walić pięściami po złych, posiada różne mega moce (rentgen w oczach, nadludzka siła czy posługiwanie się bronią) oraz jest prawym rycerzem bez skazy. Oczywiście, ma swoje słabości i wady, bierze odpowiedzialność za swoje czyny, walcząc ze swoimi demonami. Ale tutaj reżyser wywraca całą konwencję do góry nogami i ubiera w konwencję dramatu psychologicznego, kompletnie rezygnując z charakterystycznych wizualne oraz ikonograficznie dla komiksowego sztafażu. Shyamalan podpuszcza i przez większość czasu nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie czy David posiada nadprzyrodzone zdolności, czy to tylko kwestia przypadku. Symboliczne są tutaj aż trzy sceny: podnoszenie ciężarów przez Davida (coraz większa waga), trzymająca w napięciu chwila, gdy Josef (syna Davida) próbuje strzelić, by udowodnić „niezniszczalność” Dunna oraz moment „intuicji”. Wtedy jeszcze możemy się zastanawiać i podejrzewać, ale suspens osiągany jest prostymi środkami: długimi ujęciami, skupieniem na twarzach, mroczne otoczenie plus kapitalna muzyka Jamesa Newtona Howarda.

niezniszczalny2

Kulminacją dla całości jest pierwsza akcja naszego bohatera, rozgrywająca się niemal pod koniec filmu, gdy stawką jest ludzkie życie. Ale nawet wtedy, Shyamalan nie popisuje się, choć jest jedna bardzo widowiskowa scena upadku widziana oczami „herosa”. Zdjęcia oraz bardzo spokojny montaż zaskakują i dają ogromną satysfakcję. Tak samo jak naturalne dialogi oraz spokojne sceny z życia rodziny, pokazujące pewną tajemnicę z życia Dunna. Także finałowa wolta prowokuje do myślenia.

niezniszczalny3

Największym zaskoczeniem za to jest bardzo powściągliwe, ale świetne aktorstwo. Bruce Willis ze swoim melancholijnym spojrzeniem skupia swoją uwagę i czuć pewne wewnętrzne napięcie w naszym bohaterze. Jakby wiedział coś więcej niż chce powiedzieć i przyznać się swoją rodziną. Nawet w scenie pierwszej akcji, zachowuje opanowanie. Podobnie stonowany jest Samuel L. Jackson jako ekscentryczny i zagadkowy Elijah, obdarzony łamliwymi kośćmi oraz wielką miłością do komiksu. Poza tą intrygującą parą trzeba koniecznie wspomnieć o Robin Wright (wtedy jeszcze Penn), czyli Audrey oraz wyglądającej niczym sobowtór Haleya Joela Osmonta – Spencer Treat Clark.

niezniszczalny4

„Niezniszczalny” to udana próba realistycznego spojrzenia na mit superherosa – człowieka pomagającego ludziom, choć niekoniecznie chwalącego się przed całym światem. Podobno Shyamalan chciał zrobić trylogię o Davidzie Dunnie, a ostatnie sukcesy spowodują, że może dostać zielone światło. Ale zobaczymy czy powstaną kolejne części najbardziej niedocenionego filmu Hindusa.

8/10 

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 4

UWAGA! Tekst zawiera spojlery
(jeśli nie oglądaliście poprzednich części, nie czytajcie)

house_of_cards_41

Frank Underwood ma spore problemy, odkąd został prezydentem. I nie chodzi tutaj o potyczki z mediami, nazywanie potocznie konferencjami prasowymi, walkę o reelekcję, ale o stratę najwierniejszego sojusznika: Claire. Kobieta odchodzi o męża i próbuje spełnić swoje ambicje polityczne, do czego Frank nie chce dopuścić. Jakby tego było mało, były dziennikarz Lucas Goodwin wychodzi z więzienia i w ramach programu ochrony świadków, dostaje nową tożsamość i pracę, jednak nie zamierza siedzieć bezczynnie i planuje zemstę na Underwoodzie.

house_of_cards_42

Wydawałoby się, że po trzeciej – lekko nudniejszej serii – twórcom „House of Cards” zaczyna brakować pomysłów na historię. A jednak dalsze losy Francisa oraz bezwzględnego politycznego spektaklu znowu zaczęły wciągać, zarówno dzięki świetnym dialogom, jak i coraz bardziej zagmatwanemu scenariuszowi. Frank mierzy się z wieloma wrogami: z samą Claire (na szczęście ta wojna nie trwa zbyt długo), z gubernatorem Willem Conwayem – swoim przeciwniku w walce o fotel prezydenta, wreszcie z ICO (odpowiednik Państwa Islamskiego). Dodatkowo przez nieostrożność wracają demony z przeszłości i dawne grzechy z poprzednich serii. A to dzięki dziennikarskiemu śledztwu prowadzonemu przez wracającego do gry dziennikarza Toma Hammerschmidta. Dalej mamy nieczyste zagrywki, szantaże, podchody i wewnętrzne zdrady. Ale nawet to nie było w stanie przygotować mnie na najmocniejsze wydarzenie tej serii – zamachu na Underwooda i jego dramatycznej walki o życie. Tutaj twórcy wpletli dość surrealistyczne majaki, gdzie odzywają się demony przeszłości. Kevin Spacey znowu potwierdza klasę wcielając się w diabolicznego i bezwzględnego polityka, którego darzymy sporą sympatią.

house_of_cards_44

Poznajemy też bardziej przeszłość Claire, która przenosi się do umierającej matki (znakomita Ellen Burstyn). Relacje między kobietami są delikatnie mówiąc chłodne i rzucają inne światło na kobietę, jej marzenia i pragnienia, potrzebę bycia niezależną. W walce – najpierw przeciw Frankowi, a następnie razem z nim – zostaje wrzucona LeAnn Harvey (wracająca do gry Neve Campbell), będąca świeżą krwią w politycznej walce. Conway (świetny Joel Kinnamann) jest sprytnym i ambitnym politykiem, umiejętnie korzystającym z nowoczesnych mediów, co daje mu ogromną przewagę, jednak brak doświadczenia staje się jego największym problemem i – zapewne – przyczyną porażki.

house_of_cards_43

Do końca (wybory) walki zostały jeszcze 3 tygodnie i Bóg wie, co się stanie w serii V, ale ja już się nie mogę doczekać. Czwarta seria to powrót serialu do formy i mimo masy lawiracji, przetasowań, wszystko zostaje jasne i klarowne do samego końca. Technicznie wszystko jest na swoim miejscu, realizacja pewna, gdzie każdy klocek jest na swoim miejscu. Czego chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 3

UWAGA!

Tekst zawiera spojlery. Jeśli nie oglądałeś poprzednich serii, nawet nie próbuj tego czytać.

Wskutek swoich intryg Frank Underwood dopina wreszcie swojego celu – zostaje prezydentem USA. Jednak rządzenie krajem nie jest takie proste, jak mogłoby się wtedy wydawać z powodu pewnych ograniczeń ze strony zarówno Kongresu jak i mediów (słowo opinia publiczna jest tutaj mocno nieadekwatne. Prawda jest taka, że Underwooda nie wspiera jego własna partia, a wyborcy go nienawidzą. Jednak nasz polityk ma plan, by wygrać reelekcję – America Works, czyli zatrudnić 10 milionów osób za 500 miliardów dolarów.

house_of_cards_3_1

Trzecia seria politycznej sagi o najbardziej charyzmatycznym i bezwzględnym polityku w historii małego ekranu to już jednak nieco inny kaliber niż dwie poprzednie serie. Tam Frank był właściwie niczym nieograniczonym fighterem, który w ciemności pociągał za sznureczki, by osiągnąć swoją zemstę za niezrealizowanie obietnicy. Tym razem jednak nasz bohater jest niejako na świeczniku i na takie sztuczki nie może sobie pozwolić. W dodatku jego żona ma własne polityczne ambicje jako ambasador przy ONZ, co niestety zaczyna się mocno odbijać na ich układzie.

house_of_cards_3_2

Sama seria oparta jest na trzech głównych wątkach. Po pierwsze, walka o reelekcję. Drugi wątek, to American Works i próba wdrożenia go w życie. Trzeci to polityka zagraniczna i tutaj trzeba pochwalić twórcą za pochwalenie zarówno w pokazaniu prób rozwiązania konfliktu na Bliskich Wschodzie oraz bardzo skomplikowanych relacji na linii Waszyngton-Moskwa. Gdyby nie sytuacja na Ukranie, to miałoby jeszcze większa silę rażenia, jednak nawet Beau Willimon (twórca serialu) i sztab scenarzystów nie byli w stanie tego przewidzieć. Jest jeszcze kilka pobocznych wątków związanych z Claire oraz… Dougiem Stamperem (tak, on przeżył) oraz jego rekonwalescencji. Ten ostatni sprawia wrażenie trochę zapychacza i rozkręca dopiero się pod koniec, gdy nasz pitbull wraca do politycznej gry. Brakuje tutaj troszkę podchodów, zwracania się bezpośrednio do kamery (wiadomo, prezydent jest strasznie zapracowany), jednak finałowy cliffhanger spowoduje, że z niecierpliwością zaczekam na powrót Franka do walki o reelekcję, mimo nierówności wszystkich wątków.

house_of_cards_3_3

Jedna rzecz pozostała niezmienna – polityka nadal pozostaje brutalną i ostrą grą o władzę. Drugą niezmiennością jest wysoki poziom realizacji (zwłaszcza scena politycznej debaty – majstersztyk), a trzecią fantastyczna gra aktorska. Ten serial nie istnieje bez charyzmatycznego i demonicznego Kevina Spacey – mimo iż Frank to, nie wstydźmy się tego słowa skurwiel, to jednak nadal kibicuję mu, bo jest mistrzem w swojej profesji, zna mechanizmy władzy i jest bezwzględnie skuteczny, pod warunkiem, że nie pozwoli sobie na słabość. Znacznie więcej do pokazania ma Robin Wright. Claire na początku serialu sprawiała wrażenie zimnej wspólniczki Franka w jego zbrodniach. Jednak jej rola jako Pierwsza Dama (czytaj: tło i wsparcie dla swojego męża) zaczyna ją dusić i ma ambicje na więcej. Dlatego zostaje ambasadorem przy ONZ, mimo braku kompetencji, ale za swoja politykę płaci wysoką cenę. Dlatego jej decyzja o odejściu od Franka nie była zaskoczeniem i daje spore pole do następnej serii. Cieszy obecność Michaela Kelly’ego (Doug Stamper), choć jego postać mocno przewijała się w tle.

house_of_cards_3_4

Najważniejsze jednak były nowe postacie w tym rozdaniu i tutaj jest trójka postaci jest najistotniejsza. Zacznę od dziennikarki Kate Bladwin (bardzo dobra Kim Dickens), która nie jest naiwna idealistką, jednak potrafiła mocno przyłożyć prezydentowi. Drugą osoba jest zatrudniony przez Underwooda pisarz Thomas Yates (znany z „Zakazanego imperium” Paul Sparks), który jednak idzie w innym kierunku niż planowano (miało być o American Works, a wyszła niemal biografia) i dlatego zostaje zwolniony. Ta dwójka to tak naprawdę płotki przy prezydencie Rosji. Wiktor Petrow poprowadzony przez znakomitego Larsa Mikkelsena jest bardzo śliskim i prawdziwym przeciwnikiem dla Underwooda. Nigdy nie wiadomo, co jest w stanie wymyślić, jest bardzo bezwzględny i nie boi się grać na emocjach (pocałowanie Claire na oczach Franka). Ciekawe na ile ta postać była inspirowana Władimirem Putinem.

house_of_cards_3_5

Cóż, trzecia seria „House of Cards” jest najsłabszą ze wszystkich, co wynika z nierównej jakości wątków oraz faktu, ze nasz bohater nie znosi bycia ograniczanym przez innych. Pytanie, czy czwarta seria będzie tą ostatnią i jak skończy się batalia Franka o władzę, pozostaje otwarte. I mimo wad, to nadal bardzo interesująca propozycja dla fanów political fiction.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bardzo poszukiwany człowiek

Hamburg – kiedyś to było przyjazne miasto, ale kiedy tutaj zaplanowano ataki 11 września, wywiad z całego świata zachodniego zaczął baczniej obserwować to miasto. Dziesięć lat później do miasta przybywa tajemniczy Czeczen Issa Karpov. Poszukuje on bankiera Tommy’ego Blue, w którego banku zdeponowano pieniądze należące do zmarłego ojca Issy. Na co pójdą te pieniądze? Próbuje to ustalić szef niemieckiej komórki antyterrorystycznej, Gunther Bachmann.

poszukiwany1

Jeśli na ekran przenoszona jest powieść Johna le Carre, to nie należy się spodziewać dynamicznej akcji, popisów kaskaderów i pirotechników czy szybkich pościgów. Twórca stawia raczej na psychologiczną grę, wnikliwą obserwację. Adaptacji tym razem podjął się Anton Corbijn i nakręcił film w bardzo swoim stylu – formalnie chłodny, pełen stonowanej zieleni i czerni, w wielu miejscach wręcz bardzo sterylnej. Sama intryga jest tak skomplikowana, że wszystko wydaje się pewnego rodzaju grą – międzywywiadowczą, gdzie nie zawsze można każdemu ufać, zwłaszcza Amerykanom, dążącym do siłowego rozwiązania, a w zależności od okoliczności zmieniają się reguły. Ale mimo dość spokojnego tempa, udaje się skupić uwagę i wciągnąć aż do przewrotnego i bardzo gorzkiego finału. A w tle ciągle padają pytania o to, jak walczyć z terroryzmem i etycznymi działaniami wywiadu, trochę przypominając mi serial „Homeland”.

poszukiwany2

Klimat budowany jest też w trafnym miejscu – Hamburg to miast pełne sprzeczności. Od wysokich wieżowców i eleganckich banków po czynszówki zamieszkiwane przez biedotę i imigrantów po techno-dyskoteki, gdzie zagrożenie może pochodzić z każdej strony. Tutaj nie ma jednoznacznych i prostych podziałów na dobrych, złych, co znacznie utrudnia poszukiwania prawdziwych zbrodniarzy.

poszukiwany3

Sama historia prowadzona dość spokojnie przez Corbijna nie miałaby takiej mocy, gdyby nie znakomity Philip Seymour Hoffmann w roli tropiącego Bachmanna. To doświadczony wyga, choć wygląda niepozornie – misiowaty blondyn z nieodłącznym papierosem w dłoni oraz bardzo wyraźnym akcentem. Mimo to przykuwa uwagę na ekranie, choć działa bardzo spokojnie i cierpliwie, niczym wędkarz. Cała reszta obsady, mimo solidności i pewnej ręki, pozostaje w tyle za nieżyjącym już Amerykaninem. Nie zawodzi ani Willem Dafoe (bankier Tommy Blue) jak i Robin Wright (Martha Sullivan z CIA, mocno naciskająca na szybkie zakończenie sprawy). Tytułowy bohater grany przez Grigorija Dobrygina radzi sobie naprawdę przyzwoicie w roli człowieka próbującego zacząć nowe życie, odcinając się od przeszłości swojego ojca. Natomiast rozczarowała Rachel McAdams jako prawniczka Annabel Richter, będąc kompletnie nieprzekonującą w roli idealistki, wywołując jedynie irytację. Na szczęście to jedyny słaby punkt tego dobrego filmu.

Corbijn jest bardzo stonowany i sterylny jak zawsze, ale trzyma w napięciu i skupia uwagę do samego końca, mimo dość ospałego tempa. Innymi słowy, jest to rozrywka dla koneserów, szukających czegoś dla swoich szarych komórek.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kongres

Robin Wright jest aktorką w średnim wieku, która swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Nikt już nie chce ją zatrudniać ze względu na nerwy oraz charakter panikary. W końcu dostaje bardzo nietypową propozycję, skomputeryzowania swojej twarzy ze wszystkimi swoimi emocjami. Dwadzieścia lat po tym wydarzeniu przybywa na kongres futurystyczny do animowanego miasteczka Abrahama, gdzie dochodzi do ataku terrorystycznego.

kongres1

Stanisław Lem nigdy nie należał do „filmowych” pisarzy, gdyż jego książki stanowiły dla filmowców materiał tak bogaty, ze trudno byłoby wybrać istotne elementy. Tym razem z „Kongresem futurologicznym” postanowił się zmierzyć izraelski reżyser Ari Folman. I stworzył mieszankę „żywego” filmu z animacją, nie do końca trzymając się literackiego pierwowzoru. Niby futurystyczny, ale bardzo dzisiejszy i opowiadający o świecie tak złudnym, że aż prawdziwym. Zaczyna się od świata, gdzie aktor jest zastąpiony przez awatara, imitującego jego ruchy, emocje, a prawdziwi aktorzy mają zakaz pojawiania się publicznie. Inaczej nie przetrwasz, ale to dopiero początek: wszelka chemizacja, gdzie możesz być każdym po zażyciu pigułki (nawet jedząc jogurt) – wszelki konsumpcjonizm i ekshibicjonizm w zamian za „wolny wybór”.

kongres2

Po 40 minutach żywych aktorów zastępuje animacja i to bardzo surrealistyczna, a wszelkie wizję wyglądają jak po zażyciu używek. A zaczynało się jak satyra na Hollywood, gdzie rządzi kult młodości, kończąc na krytyce konsumpcjonizmu i egoizmu, co bywa mocno powiedziane wprost. Moralizatorstwo zabija trochę ten film, a rzeczywistość wolna od halucynogenów wygląda znacznie gorzej. Jak wszyscy wiemy, prawda jest brzydka i Folman dosłownie to pokazuje. Kolejne dziwne halucynacje po drodze (zamach na korporację, atak halucynogenicznym gazem, odmrożenie) wywołują rozgardiasz, ale końcówka jest tak mocna, że trudno przejść obojętnie.

kongres3

Najmocniejszym punktem jest tutaj znakomita Robin Wright w roli samej siebie, podstarzałą gwiazdę „sprzedającą się” za święty spokój i możliwość spędzenia większego czasu z dziećmi. Jej naturalizm jest wielkim atutem, a wszelkie emocje (zagubienie, smutek, bezradność) wygrywa całkowicie. Wydaje się jedynym głosem sumienia ludzkiego w tym szalonym świecie. Poza nią są jeszcze niezawodny Harvey Keitel (agent Al – scena opowiadania o początkach w fachu – naprawdę mocna), wszechwładny Danny Houston (producent Jack) oraz mocny Kodi Smith-McPhee (syn Aaron).

„Kongres” to dziwna mieszanka, która jest miejscami zbyt moralizatorska, poważna i nie do końca udana. Jednak potrafi zaintrygować, zmusić do refleksji i zastanowić się nad sobą samym. Mimo wszystko – całkiem interesująca propozycja.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Śpiewający detektyw

Poznajcie Dana Darka. Facet jest autorem tanich, tandetnych kryminałów noir. Jednak z powodu poważnej choroby skóry, zwanej artropatią łuszczycową, nie jest w stanie tworzyć. A wygląda on tak:

spiewajacy_detektyw1

Co gorsza, teraźniejszość, przeszłość i świat jego książek zaczyna się nakładać na siebie. I wtedy spróbuje mu pomóc działający z dość niekonwencjonalny sposób dr Gibbon.

spiewajacy_detektyw2

To takie krótkie streszczenie tego pokręconego filmu, bazującego na brytyjskim serialu TV napisanym przez Dennisa Pottera. Reżyser Keith Gordon miesza gatunki, bawi się konwencjami, tworząc nieprawdopodobna mieszankę, komedii, musicalu, czarnego kryminału i dramatu psychologicznego. W ręku niedoświadczonego reżysera ten kolaż, skończyłby się totalną porażką. Ale o dziwo efekt jest interesujący, chociaż intryga jest tak zamotana węzeł gordyjski. Innymi słowy mamy tutaj aż trzy przestrzenie, które nawzajem przenikają. W pierwszej pisarz Dirk jest w szpitalu, wygląda paskudnie i podejrzewa swoją żonę o niewierność. W drugim świecie Dark jest tytułowym detektywem – bohaterem swojej powieści, który dostaje kolejne zlecenie. Wreszcie jest przestrzeń trzecia, czyli przeszłość Darka, która okazuje się kluczem do rozwiązania jego obsesji. Dzięki bardzo pomysłowemu montażowi, te światy przeplatają się ze sobą, tworząc naprawdę porywający wizualnie koktajl, zwłaszcza pastisz czarnego kryminału robi naprawdę wielkie wrażenie, m.in. dzięki świetnej scenografii oraz bardzo mrocznym zdjęciom. Wszystko to jest polane mocno absurdalnym sosem (wstawki musicalowe, gdzie aktorzy udają, że śpiewają) w stylu Davida Lyncha oraz okraszone miejscami naprawdę dowcipnymi, ironicznymi dialogami.

spiewajacy_detektyw4

W całej tej szalonej konwencji odnajdują się też aktorzy. Najlepiej sobie radzi Robert Downey Jr. i to w podwójnej roli Dana Darka. Zarówno jako połamany fizycznie i psychicznie pisarz (świetna charakteryzacja), któremu zaczyna odbijać jak i prywatny detektyw z ironicznymi tekstami oraz pewnością siebie jest bardzo wiarygodny. Bogart mógłby być z niego dumny. Drugi plan jest z kolei naprawdę bogaty – tutaj najbardziej wybija się niezawodna Robin Wright (jeszcze) Penn (żona Nicole, apetyczna femme fatale Blondie oraz damulka Nina), dziarski duet Adrien Brody/Jon Polito (dwaj kilerzy) oraz urocza Katie Holmes (pielęgniarka).

spiewajacy_detektyw3

Jednak i tak najbardziej zaszalał Mel Gibson w roli ekscentrycznego lekarza, dr Gibbona. Trudno go poznać bez włosów na głowie i stosującego różne metody, m.in. manipulację. Sceny terapii z nim i Darkiem mają silny ładunek emocjonalny.

spiewajacy_detektyw5

Czasami miałem wrażenie dużego przeładowania wątków, postaci i sytuacji, ale reżyser naprawdę mocno trzyma rękę na pulsie i nie przesadza z dawkami. Zaskakująco udana mieszanka, choć nie wszystkim się to szaleństwo spodoba.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Narzeczona dla księcia

Do chorego wnuczka przybywa dziadek, który czyta mu książkę, która była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Choć wnuczek bardziej woli gry komputerowe, dziadek bardzo go namawia, serwując masę atrakcji. O czym jest ta opowieść? Dawno temu, było sobie dwoje ludzi – oboje z nizin społecznych. Ona zwała się Buttercup i lubiła rozkazywać parobkowi, czyli Westleyowi. Kiedy uświadamia sobie, ze go kocha, młodzian wyrusza w wędrówkę, ale zostaje zabity przez pirata Robertsa. Dziewczyna z rozpaczy decyduje się zostać narzeczoną księcia Humpertinga i wtedy odkrywa, że…

narzeczona1

Więcej wam nie zdradzę, bo sama historia jest jednym z najmocniejszych atutów filmu Roba Reinera. Pozornie mamy typowa produkcje fantasy z lat 80-tych, gdzie mamy piękne plenery, imponującą scenografią (ogniste piaski nadal robią wrażenie), w dodatku okraszoną naprawdę nastrojową muzyką Marka Knopflera. Jednocześnie reżyser mocno trzyma się konwencji kina przygodowego/fantasy, a z drugiej całość wyśmiewa tworząc świetny pastisz tego gatunku. Obśmiana jest cała konwencja, gdzie nie brakuje odrobiny czarów (największym jest jednak miłość), pojedynków na śmierć i życie (starcie Inigo Montoyi z piratem Robertsem), gdzie choreografia i powaga miesza się z humorem (panowie nawzajem chwalą się swoimi umiejętnościami), a czasami humor mocno idzie w stronę absurdu (wizyta u Cudotwórcy Maxa). Cała ta kombinacja i postmodernistyczna zabawa może (i powinna) budzić skojarzenia ze „Shrekiem”, gdzie w podobny sposób konstruowano całą zabawę.

narzeczona2

Jednak ta cała zabawa konwencją nie udałaby się, gdyby nie świetny scenariusz napisany przez Williama Goldmana (który był też autorem literackiego pierwowzoru), okraszony błyskotliwymi dialogami oraz bardzo pewna ręka reżysera. Dodatkowo aktorzy wspierają reżysera w tej walce. Tutaj pierwsze skrzypce trzyma Cary Elwes, czyli Westley – czarujący i urodziwy mężczyzna, który okazuje się być dzielnym wojownikiem. Patrzenie na pojedynki z tym aktorem to po prostu poezja. Tak samo można powiedzieć o stawiającej swoje pierwsze kroki Robin Wright (jeszcze nie Penn) w roli tytułowej. Piękna, trochę naiwna, ale posiadająca pewien urok. Za to drugi plan jest przepełniony wyrazistymi postaciami, które nawet mając kilka minut zapadają w pamięć. Tak można powiedzieć o mocno ucharakteryzowanym Billym Crystalu (Cudotwórca Max), Melu Smithie (albinos, sługa hrabiego Rugena) czy Wallace Shawnie (przebiegły Vizzini). Ale i tak wybija się z tego grona świetny Mandy Patinkin w ikonicznej już roli Inigo Montoyi – hiszpańskiego mistrza szpady, który poprzysiągł zemstę zabójcy swojego ojca. No i obowiązkowo jeszcze trzeba wspomnieć o Peterze Falku i Fredzie Savage’u, czyli dziadka z wnukiem.

narzeczona3

Pastisz Reinera zadziałał mocno, tworząc jeden z pamiętnych filmów mojego dzieciństwa. I mimo upływu lat, „Narzeczona” pozostaje świetną rozrywką zarówno dla młodego jak i troszkę starszego kinomana. A to jak widać potrafi niewielu.

8/10

Radosław Ostrowski