Z zaciśniętymi zębami

W latach 70. westerny już nie były tak popularne jak w latach 50. czy 60., ale nie oznaczało to całkowitego zniknięcia tego gatunku. Powstawały rewizjonistyczne spojrzenia w rodzaju „Małego Wielkiego Człowieka” Arthura Penna czy „McCabe i pani Miller” Roberta Altmana albo surrealistyczne skręty jak „Mściciel” Clinta Eastwooda. Próbowano też pójść w bardziej klasyczne, staroświeckie spojrzenie na najbardziej amerykański gatunek, lecz wiele z nich zostało zapomniane. Takim przypadkiem jest „Z zaciśniętymi zębami” z 1975 roku.

Akcja dzieła weterana Richarda Brooksa rozgrywa się w roku 1906, czyli dość późno jak na ten gatunek i skupia się wokół… wyścigu konnego. Ma on trwać 9 dni, zaś trasa wynosi tysiąc kilometrów z 2 tysiącami dolarów do wygrania. Jak na tamte czasy to ogromny majątek, więc śmiałków nie brakuje. Chętni po wygraną to: dwaj weterani wojenni – opanowany Sam Clayton (Gene Hackman) i hazardzista Luke Matthews (James Coburn), panna Jones (Candice Bergen), narwany Carbo (Jan-Michael Vincent), stary kowboj ze słabym zdrowiem (Ben Johnson), brytyjski dżentelmen sir Norfolk (Ian Bannen), Meksykanin z bólem zęba (Mario Arteaga) oraz bardzo dziany Jack Parker (Dabney Coleman).

Nie można nazwać tego filmu klasycznym westernem, ale bardziej kinem przygodowo-sportowym. Przez większość czasu podążamy za kowbojami (i kowbojką) w zróżnicowanych krajobrazach: od lasów przez góry aż po pustynię. Do tego przy punktach kontrolnych – tak, brzmi to jak z jakieś gry komputerowej – gdzie można dać pić sobie oraz koniowi albo skorzystać z kąpieli, panienek, alkoholu. A także przyjmowane są zakłady – z całego kraju. Także sam wyścig będzie testem charakterów, pokaże prawdziwe oblicza oraz motywacje wielu z uczestników, a także będzie dla wielu lekcją. Pokory, szacunku do zwierząt (tu jest jedna bardzo mocna scena śmierci konia z wyczerpania – w slow-motion) oraz pewnego pogodzenia się ze starym porządkiem.

Jeśli ktoś spodziewałby się tu sporo akcji czy strzelanin, jest tego jak na lekarstwo. Brooks bardziej skupia się na bohaterach oraz pokazywaniu jazdy konnej z daleka. Z pięknymi i surowymi krajobrazami przyrody, które zapierają dech nawet dziś. Problem w tym, że tempo jest dość powolne – wiem, że czasy były inne – i nie czuć zbyt mocno stawki. Do tego montaż scen zawodów bywa dość chaotyczny, bo ciężko się zorientować kto za kim jedzie oraz na jakiej pozycji w zawodach się znajduje. Brakuje większej energii oraz wigoru, parę drobnych scen można spokojnie wyciąć.

Jedynie finał daje pewną nutkę satysfakcji, a także napędzający całość duet Gene Hackman/James Coburn. Ale to za mało, by uznać „Z zaciśniętymi zębami” za udany film. Choć zagrany solidnie, pięknie wygląda oraz brzmi, jednak baaaaaaaaaaardzo wolne tempo oraz zbyt dużo pobocznych wątków ciągnie całość w dół.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Odwet – wersja reżyserska

Kiedy zaczyna się cała opowieść, Michael Cochran odbywa swój ostatni lot w służbie armii. W dniu przejścia do cywila dostaje zabytkową broń oraz zaproszenie od przyjaciela: meksykańskiego biznesmena Tiburona Mendeza. Przyjaciel przyjmuje go z otwartymi ramionami, proponuje wspólne polowania czy grę w tenisa. Tylko jest jeden mały szkopuł: młoda, piękna i pociągająca żona biznesmena. Do romansu jest strasznie blisko, a tutaj kwestie zdrady są rozwiązywane w sposób bardzo bezwzględny.

Adaptacja powieści Jima Harrisona planowana była od momentu wydania, czyli od 1979 roku. zainteresowany był sam John Huston wspierany przez producenta Raya Starka. Mimo zaangażowania do napisania scenariusza Waltera Hilla oraz obsadzeniu w rolach głównych Jacka Nicholsona i Orsona Wellesa, „Odwet” utknął w martwym punkcie. Sytuację zmienił zainteresowany projektem Kevin Costner, który po sukcesie „Nietykalnych” oraz „Byków z Durham” zebrał wystarczająco duży kasy, by zostać producentem wykonawczym, zagrać główną rolę, a także zatrudnić reżysera Tony’ego Scotta. W dniu premiery film został bardzo chłodno potraktowany przez krytykę oraz widownię, jednak po latach zaczęto cieplej myśleć o tym dziele. Niemniej w 2007 roku na DVD wyszła reżyserska wersja filmu, skrócona o ok. 30 minut i to ta wersja jest oceniana.

odwet1

Szczerze mówiąc byłem dość mocno zaskoczony faktem, że reżyser kojarzony z kinem akcji idzie w stronę romansu zmieszanego z kinem zemsty. I nie byłem przekonany czy młodszy z braci Scott będzie w stanie przekonująco pokazać relacje między trójką postaci. Miłość od pierwszego wejrzenia, żądza krwi, zemsta (i to z obydwu stron), przemoc. Zaskakuje tutaj bardzo spokojne tempo oraz bardzo naznaczona melancholią muzyka. Scott spokojnie buduje napięcie, mimo pewnej przewidywalności. Przynajmniej na początku, bo historia dzieli się na dwie części i każda wydaje się kończyć odwetem. Niby stawka jest tutaj kobieta, zaś los wobec niej nie jest zbyt łaskawy, ale tu chodzi o coś więcej: honor, godność, respekt.

odwet2

Klimat przypomina powieści lub filmy spod znaku czystej pulpy, co czuć mocno w dialogach. Krótkich, treściwych, bez zbędnych ekspozycji i tego typu dupereli. A że jest to romans, to nie mogło zabraknąć scen kipiących erotyzmem, bo sam związek wydawał mi się mocno naciągany i nie do końca mnie kupił. Bardziej interesowała mnie relacja kumpli oraz motyw wzajemnej zemsty, gdzie tak naprawdę nikt nie wygrywa, co jest dość nieoczywistym rozwiązaniem. Podobnie jak brak jednoznacznego podziału na dobro i zło. Niby na początku sprawa wydaje się jasna, lecz z każdą minutą pojawia się więcej odcieni szarości, przez co trudno kibicować bohaterom. Drugą niespodzianką były dla mnie zdjęcia, mocno przesiąknięte jeszcze stylem z lat 80. – światło przebijające się przez okna, mocna kolorystyka, skupienie na spojrzeniach. To nadal działa, podobnie jak dość oszczędnie użyte sceny przemocy: krótkie, ale intensywne.

odwet3

Muszę przyznać, że Scottowi udało się zebrać dobrych aktorów, który wykorzystują swój czas oraz pole do popisu. Troszkę zaskoczył mnie Kevin Costner, początkowo wyglądający jak starszy brat Toma Cruise’a z „Top Gun”. Niby przystojniak i troszkę sztywny, jednak w drugiej połowie zmienia się, nabiera mroku oraz żądzy zemsty. Fason trzyma Anthony Quinn, wcielając się w biznesmena prowadzącego nie do końca legalne interesy. Władczy, pełen majestatu godnego „Ojca chrzestnego”, ale na swój sposób lojalnego i trzymającego się zasad. No i najbardziej pociągająca z całej trójki Madeleine Stowe, od której nie można oderwać oczu.

„Odwet” to mniej znany i mniej oczywisty film w dorobku Tony’ego Scotta, który nie skupia się na dynamicznej akcji czy efekciarskiej rozwałce. Być może dlatego z czasem nabrał większego szacunku oraz uznania widzów. Mimo zahaczania o kicz, pozostaje strawnym oraz mniej oczywistym spojrzeniem na kino zemsty.

7/10

Radosław Ostrowski