Kung Fu Panda 2

Nasz dzielny Po zrobił to, czego bardzo pragnął. Został wojownikiem kung fu i dołączył do grona Wścieklej Piątki. Ale znowu musi stawić czoło Złu w postaci złego księcia Shen, który posiadł moc zniszczenia za pomocą dział i prochu. Paw wrócił odebrać swoje dziedzictwo oraz przejąć kontrolę nad światem. Po z kumplami musi go powstrzymać.

kung_fu_panda_21

Zgodnie z regułami sequela jest więcej starć, naparzania się oraz więcej mroku. Tutaj Po musi zmierzyć się ze swoją przeszłością (której nie zna) i odkryć swoje pochodzenie. Bo jakim cudem panda wychowywał się przez gąsiora? I nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, że losy Shena i Po są ze sobą powiązane, gdyż szybko poznajemy odpowiedź. Twórcy pokazują jak nasz Po powoli odkrywa swoje pochodzenie, a jednocześnie godzi się ze swoją mroczną przeszłością (ładnie rysowane animacje dwuwymiarowe w formie retrospekcji). Po drodze dostajemy kolejne pomysłowe sekwencje starć Po i jego kumpli z noszącymi zbroje wilkami (nadal miesza się finezja, ciosy oraz humor), odpowiednio pokręcając tempo, by w paru miejscach pozwolić sobie na wyciszenie.

kung_fu_panda_22

Znowu imponuje strona plastyczna, bardziej skupiona na detalach – pięknie wygląda zarówno scenografia, jak i kostiumy naszych bohaterów, konsekwentnie odtwarzając realia starożytnych Chin. Także muzyka dodaje klimatu, a całość jest mroczniejsza i poruszająca jak w scenach, gdy Po trafia do swojej dawnej wioski. Animacja jest nadal śliczna.

kung_fu_panda_23

Także dubbing w polskiej wersji jest bardzo udany. Ciepły głos Macieja Hycnara idealnie pasuje do troszkę niezdarnego i ciapowatego Po, którego energia wręcz rozsadza. Gdyby jeszcze potrafił czasem pomyśleć (nie tylko o jedzeniu), byłaby to postać kompletna. Ale i tak jest uroczy :). Równie ciekawy jest antagonista – paw Shen (niezawodny Krzysztof Dracz), istota pewna siebie, ale ta pewność maskuje strach przed przeznaczeniem oraz niską samoocenę. I te magnetyzujące piórka. Drugi plan, czyli kumple Po nie zawodzą, godnie trzymając fason (na plus Brygida Turowska jako Tygrysica oraz wnoszący sporo luzu Krzysztof Banaszyk – Modliszka), podobnie jak opanowany mistrz Shifu (Jan Peszek).

kung_fu_panda_24

Druga część „Pandy” to historia o panowaniu nad emocjami, odnajdywaniu wewnętrznej równowagi oraz odkrywaniu swojej własnej tożsamości. Zrobiona z głową, pomysłowa i – owszem, brutalniejsza, ale przemoc ta jest łagodzona humorem, niedopowiedzeniem. Godna kontynuacja legendy, choć zakończenie zapowiada ciąg dalszy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Klopsiki kontratakują

Na pewno pamiętacie Flinta Lockwooda (nie mylić z Clintem Eastwoodem) – ekscentrycznego naukowca, który zbudował maszynę zmieniającą wodę w jedzenie. 8 minut po wydarzeniach z poprzedniej części (szybko streszczonej w prologu) pojawia się nagle jego idol z dzieciństwa – wynalazca oraz szef korporacji Live Corp., Chester V. mężczyzna proponuje Flintowi pracę w swojej firmie, w zamian uporządkowując Morskie Zdroje ze zmutowanego jedzenia. Ale Chester tak naprawdę ma własny plan. Okazuje się, że wynalazek Flinta działa i mózgowiec chce wykorzystać młodzieńca do znalezienia cacka. Ten zabiera przyjaciół (bo oni nie chcą się odczepić) i wyrusza na stare śmieci.

klopsiki_21

Czyli innymi słowy „Klopsiki kontratakują” to nie klasyczny sequel według zasady: więcej, mocniej, bardziej. Całość bardziej przypomina coś w stylu kina przygodowego, w którym trafiamy do kompletnie zmienionego miejsca, opanowanego przez genetyczną mieszankę jedzenia i zwierząt. I wyobraźnia jest jeszcze bardziej dzika niż w oryginale: pianki zmieszane z myszą, zmutowane poziomki, pająki-chesseburgery czy tacozaury, nie mówiąc o ogórkach. Dzieje się tu dużo – może intryga nie jest specjalnie skomplikowana i toczy się przewidywalnym torem, ale i tak ogląda się z przyjemnością. Twórcy stawiają tutaj na interakcję miedzy starymi znajomymi i korpoświatem – gdzie jak powszechnie wiadomo, zysk jest najważniejszy. I rozgrywa się ciągle konflikt w naszym bohaterze – kariera i uznanie mentora czy przyjaźń? Oto jest pytanie, a odpowiedź podana jest w bardzo nienachalny sposób.

klopsiki_22

Oczywiście, nie brakuje kompletnie szalonych pomysłów jak nauka łowienia dla… ogórków, odzyskiwanie sprzętu do stworzenia lokalizatora, w czym pomagają bardzo elastyczne gacie czy obowiązkowa finałowa konfrontacja w dużej maszynerii (rozegrana z fantazją niczym w grze komputerowej), przez co nie można odczuć chwili znużenia. Polubiłem tą ferajną i może chciałbym zobaczyć ich jeszcze raz, chociaż może lepiej nie. Jest bardziej słodko (wizualnie) niż poprzednik, jednak nie jest to mocna wada.

klopsiki_23

Animacja śliczna, muzyka pachnąca troszkę starymi grami komputerowymi zmieszana z orkiestrą, sporo humoru (bardziej slapstickowego, ale sprytnie ogranego – maszyna do robienia imprez). No i polski dubbing, gdzie wracają stare głosy. Nadal klasę potwierdza Jacek Bończyk jako pogubiony i ekscentryczny Flint i Monika Pikuła jako Sam, tym razem próbująca być wsparciem oraz sumieniem dla naszego naukowca. Wraca też ojciec (Piotr Bąk), twardy gliniarz Earl (Robert Tondera) i chłodny emocjonalnie operator Manny (Przemysław Nikiel). Z nowych postaci ważne są dwie, czyli korporacyjny szef Chester (bardzo dobry Tomasz Borkowski) oraz humanoidalna małpa Barb (Anna Sztejner), będąca jego prawą ręką. Ale i ona zostanie zmuszona do poważnego wyboru.

klopsiki_24

„Klopsiki” są w pełni udaną kontynuacją, pokazującą jeszcze bardziej pokręcony świat niż poprzednik. Może i łatwo domyślić się całej intrygi, niemniej realizacja imponuje, a przesłanie pokazane jest z głową i bez wbijania do łba. No i znowu w napisach końcowych popisali się twórcy.

7/10

Radosław Ostrowski

Minionki rozrabiają

Pamiętacie największego przestępcę wszech czasów, Gru? Te czasy to już zamierzchła przeszłość – teraz prowadzi własną firmę produkującą słodycze, wychowuje troje dziewcząt i przeszedł na szeroko rozumianą jasną stronę życia. Jednak musi znowu powrócić do mroku. Ktoś zabrał – dosłownie – całe tajne laboratorium na biegunie należące do Rosjan. Powołana Liga Antyprzestępcza prosi Gru o pomoc w ustaleniu sprawcy, a jako wsparcie pojawia się Lucy. W tym samym czasie zaczęły znikać Minionki.

jak_ukra_ksiyc_21

Dystrybutorzy postanowili chyba nas zmylić i dlatego zamiast „Jak ukraść księżyc 2” mamy „Minionki rozrabiają”, przez co wielu widzów mogło poczuć konsternację. Ale na szczęście wszystko inne się zgadza: to nadal pokręcona historia Gru, który musi zmierzyć się z kolejnym wewnętrznym demonem: nieśmiałością do kobiet. A dziewczyny bardzo potrzebują mamy i chcą temu zaradzić. Cała intryga idzie w stronę kina szpiegowskiego, gdzie nasz bohater pod przykrywką próbuje schwytać łotra. I pojawia się podejrzany, ale znalezienie dowodów nie jest takie proste.

jak_ukra_ksiyc_22

Dystrybutorzy postanowili chyba nas zmylić i dlatego zamiast „Jak ukraść księżyc 2” mamy „Minionki rozrabiają”, przez co wielu widzów mogło poczuć konsternację. Ale na szczęście wszystko inne się zgadza: to nadal pokręcona historia Gru, który musi zmierzyć się z kolejnym wewnętrznym demonem: nieśmiałością do kobiet. A dziewczyny bardzo potrzebują mamy i chcą temu zaradzić. Cała intryga idzie w stronę kina szpiegowskiego, gdzie nasz bohater pod przykrywką próbuje schwytać łotra. I pojawia się podejrzany, ale znalezienie dowodów nie jest takie proste. To buduje napięcie i parę razy zaskakuje, a finałowa konfrontacja nakręca się i nie brakuje dowcipnych gagów.

O dziwo, jest troszkę więcej mroku (sceny zniknięć Minionków niemal żywcem wzięte z jakiegoś thrillera czy nawet horroru), ale na szczęście twórcy nie zapominają o rozładowaniu atmosfery żartami. I tutaj znowu błyszczą żółte ludziki, choć żarty te oparte są na klasycznym slapsticku (ale finał w ich wykonaniu – rewelacyjny). Do tego jeszcze wpleciono wątek romansowy, który parę razy jest zgrabnie ograny (moment, gdy Lucy wszędzie widzi Gru) i moment, gdy Margo przeżywa pierwsza miłość. A Gru – jak na ojca – zachowuje się ostro.

jak_ukra_ksiyc_23

Sama animacja nadal trzyma wysoki poziom i znowu wygląda ślicznie. Zarówno Minionki wyglądają bardzo uroczo (pod warunkiem, że wyglądają normalnie), nawet jeśli przez chwile można odnieść wrażenie nadmiaru ich obecności. Nadal jednak są na drugim planie, zachowując sporo uroku. Nie czuć efektu deja vu oraz odcinania kuponów, co jest dużym plusem.

jak_ukra_ksiyc_24

A także polski dubbing trzyma fason, co kolejny raz jest zasługą Marka Robaczewskiego jako Gru (to jego „r”). Gru się zmienił, ale nadal to troszkę nieśmiały i skryty, ciągle skłonny do poważnych, wręcz heroicznych czynów. Ale jeśli myślicie, że zapomniał o byciu złośliwym, to aż tak mocno się nie zmienił. Wspiera go Izabela Bukowska jako skuteczna i młoda agentka Lucy (te jej wielkie… oczy – o czym myśleliście? To film dla dzieci w końcu). Jest zdeterminowana, ambitna, uparta i konsekwentna w realizacji celu, a chemia między nią a Gru czuć od pierwszego spotkania. A na drugim planie błyszczy niezawodny Miłogost Reczek jako tajemniczy Edourdo – właściciel knajpy meksykańskiej. Pozornie sympatyczny i rubaszny grubasek, ale ma on swoje mniej przyjemne oblicze.

Byłem pewny, że „Minionki rozrabiają” będą kolejnym typowym sequelem opartym na zasadzie: to samo, tylko bardziej. Podoba mi się zmiana kierunku (Minionków jest tylko więcej), czuć świeżość i nadal to sprawia frajdę. Minimalnie bardziej mi się podobała część pierwsza, ale i tak seans był bardzo zadowalający.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gdzie jest Dory

Pamiętacie Dory? Taka niebieska rybka, co ciągle zapominała wszystkiego. Ale pomogła Marlinowi odnaleźć jego syna Nemo. Jednak ciągle dręczy się tym, że nie pamięta swoich rodziców i nie wie, co się z nimi stało. Powoli zaczynają dochodzić pewne przebłyski wspomnień i zaczyna razem z Marlinem oraz Nemo wyruszyć na poszukiwania do Kalifornii.

dory1

Brzmi znajomo? Jeśli myślicie o „Gdzie jest Nemo II”, to jest to skojarzenie jak najbardziej słuszne. Bo samo zawiązanie intrygi mocno przypomina poprzednika, gdzie musimy przenieść się z miejsca na miejsce, przeżywając szalone przygody, wspierani przez inne zwierzęta. Tylko, że tym razem zamiast akwarium jest taki ośrodek medyczny dla zwierząt morskich połączony z oceanarium, gdzie można zwierzątek dotykać. Całość jest zaskakująco bardziej poważna i mroczna, ale wszystko i tak jest rozładowywane humorem. Dowcip oparty na „zapominaniu” Dory jest tutaj niejako główną atrakcją, przez co powtarzany kilka(naście) razy powoli przestaje robić wrażenie. Na szczęście, jest kilka pomysłowych scen (przebitki z przeszłości, Krystyna Czubówna czy upadek Dory widziany z jej oczu), troszkę barwnych postaci (waleń Nadzieja, cwana ośmiornica Hank oraz bojący się użyć echolokacji wieloryb Bailey), jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia powtórki z rozrywki. Wszystko to widziałem w innej konfiguracji („ucieczka” przed rękoma dzieci czy finałowa gonitwa ciężarówką) i brakowało elementu zaskoczenia.

dory2

Jednak muszę wam się do czegoś przyznać: ruszyła mnie ta historia i było mi Dory zwyczajnie żal, a scena jak odzyskuje szczątki pamięci (wspomnienia z okresu bardzo młodego) potrafią zwyczajnie wzruszyć. A scena spotkania z familią chwyciła mnie za serce, więc chyba seans nie był stracony. Nie muszę mówić, że to pięknie wygląda, bo w końcu to Pixar, a oni czarują swoją wyobraźnią. Morze wygląda ślicznie (zwłaszcza głębiny) i muzyka odpowiednio buduje napięcie.

dory3

A o polskim dubbingu nie trzeba mówić, że jest dobry, bo jest. Tym razem Dory (Joanna Trzepiecińska) skupia na siebie światła reflektorów i trudno przejść wobec niej obojętnie. Jednych wkurzy, innych poruszy, a u innych zrobi jedno i drugie (tak było ze mną). Drugą wyrazistą postacią jest cyniczny Hank (Andrzej Grabowski), zamierzający wykorzystać rybkę do realizacji własnego planu. Ale i on powoli się zmienia, a więź między nim a Dory staje się silna. Cała reszta postaci (duet lwów morskich czy Nadzieja z Baileyem) to tylko siła rozbawiająca lub delikatne tło dla historii.

dory4

Czy był sens kręcenia „Gdzie jest Dory?”. I tak, i nie. Nie, bo czuć zmęczenie materiałem oraz to, że to pewien skok na kasę. Jednak twórcy potrafią zagrać na odpowiednich strunach, co nie wywołało znużenia. I dlatego troszkę podwyższam ocenę.

7/10

Radosław Ostrowski

Hotel Transylwania 2

Pamiętacie pewien hotel prowadzony przez hrabiego Draculę? Tam pojawił się niejaki Jonathan, który zakochał się w córce hrabiego, co wprowadziło wielu w szok. Po latach miłość kiełkuje i przychodzi na świat chłopiec o imieniu Dennis. Jego dziadek bardzo by chciał, by w dzieciaku obudził się potomek wampirów – kły, latanie i takie bajery. Musi to zrobić do piątych urodzin, bo inaczej wszystko przepadnie. Dziadek wykorzysta okazję, gdy młodzi wyjadą do domu rodziców Jonathana.

hotel_transylwania_22

Druga część dotyka tutaj kwestii poszukiwania własnej tożsamości oraz akceptacji inności. I tutaj dochodzi do konfrontacji między potworami, które zaczynają się adaptować do otoczenia oraz ludźmi. Ci zaś niczego się nie boją i stwory traktują jak naturalny element krajobrazu, stanowiący dodatkową atrakcję. Sam Dracula miota się i chce (po cichu), by było tak jak dawniej, kiedy to inicjacja w wampira była diablo straszna. A dziś wszystko jest zabezpieczone, spokojne i wszędzie ten Internet z telefonami, których obsługa dla hrabiego jest trudna. Ludzie jednak (rodzice Jonathana) próbują się z tym oswoić, co jest na swój sposób śmieszne. Twórcy troszkę balansują ze swoim postrzelonym poczuciem humoru, ale nigdy nie przekraczają granicy dobrego smaku.

hotel_transylwania_21

Cudowne są w tym filmie sceny, gdy nasze stare wiarusy próbują obudzić w sobie demoniczność, ale wiek nie pozwala im na szaleństwa. Wilkołak Wayne zachowuje się jak piesek, który zbiera różne rzeczy (piłka, freesbee), Frankenstein złagodniał, zaś mumia ma mocno „połamane” kończyny i strzela w kościach. Jedynie nasz stary Dracula próbuje zachować swój dziki, nieujarzmiony charakter. Ale kiedy pod koniec pojawia się bardzo konserwatywny dziadek Vlad, wtedy lecą iskry, zaś całość kończy się mordobiciem między starą gwardią (i Dennisem) a sługusami starego Vlada (i jest obowiązkowe slow-motion, które dodaje humoru). Jest ostro, pieprznie i ze zgrywą do horrorowych stereotypów, choć scenariusz może sprawiać wrażenie lekko chaotycznego.

hotel_transylwania_23

Może i nie zawsze jest to humor skierowany dla młodych widzów oraz miejscami jest bardzo wisielczy (kołysanka przed snem czy aplikacja GPS), jednak wszystko jest to mocno wzięte w nawias, dając masę frajdy. I nie można nie wspomnieć o polskim dubbingu z brawurowymi głosami Tomasza Borkowskiego (Dracula) oraz Agnieszki Mrozińskiej (Mavis), dzięki czemu skomplikowana relacja rodzinna nabiera silnego zabarwienia, iskier, tarć. Na nowo ta dwójka próbuje dotrzeć do siebie. Przez co Jonathan (Paweł Ciołkosz) zostaje zepchnięty na dalszy plan do roli comic reliefa, co troszkę marnuje potencjał. Za to przyzwoicie poradził sobie Bruno Skalski (Dennis), co w przypadku ról dziecięcych nie jest takie łatwe.

Twórcy uniknęli przekombinowania i zrealizowani naprawdę udany sequel. Dowcipny (miejscami wisielczy żart), odrobinę surrealistyczny i odjechany po całości. Nie wiem, czy będzie część trzecia, ale jeszcze ta seria mi się nie znudziła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jak wytresować smoka 2

Jak zapewne pamiętacie, Berg jest małą osadą zamieszkiwaną przez Wikingów, którym udało się ujarzmić smoki. Wszystko to się udało dzięki synowi wodza, Czkawce. Od tej pory ludzie i smoki żyją ze sobą w symbiozie. To jednak może się bardzo szybko zmienić, a to przez Draco – potężnego człowieka, zbierającego i tropiącego wszystkie smoki. Czkawka będzie chciał próbować przekonać wodza, by zmienił zdanie, ale ruszając ku niemu trafi do zaskakującego miejsca, gdzie znajdzie masę smoków oraz… swoją matkę.

smok_21

Pierwsza część przygód Czkawki i Szczerbatka była lekkim, bezpretensjonalnym filmem przygodowym ubranym w bardzo ładną animację (Szczerbatek był taki słodziutki). Równie ładny (nawet jeszcze bardziej) jest część druga, zrobiona według sprawdzonej i oczywistej formuły sequeli, znanej nawet nordyckim bogom. Jest więcej smoków, gra idzie o znacznie wyższą stawkę, a konfrontacja wydaje się nieunikniona. To także (a może przede wszystkim) o braniu odpowiedzialności. Po drodze mamy masę smoków, łowców kierowanych przez Ereta, a nawet batalistyczne starcie niemal żywcem przeniesione z „Władcy Pierścieni”, gdzie smoki i ludzie naparzają się ze sobą (wygląda to niesamowicie). Nadal podoba mi się ta kreską, którą odrysowane wszelkie postaci oraz różnego rodzaju smoki. Każdy z nich wygląda i porusza się inaczej, wyglądając wręcz oszałamiająco. Do tego dostajemy także odpowiednio bombastyczną (tak jak w poprzedniku) muzykę Johna Powella, pełną patosu, emocji oraz orkiestrowo-chóralnego rozmachu.

smok_24

Jednocześnie, poza dynamiczną akcją i scenami latania, twórcy próbują (i to dobrze) podbudować psychologiczny aspekt związany z Czkawką i Szczerbatkiem. Pierwszy próbuje wejść w buty przywódcy, wspierany przez matkę (jej losy opisano w barwnej retrospekcji), drugi też zaczyna coraz bardziej dojrzewać (nadal wygląda słodziutko), przez co konfrontacja z Draco i jego smokiem Alfa (bydle nie tylko jest wielkie, ale też kontroluje umysły smoków) podnosi emocje oraz adrenalinę. Niby jest to przewidywalne, ale kilka scen naprawdę łapie za serce (pierwszy widok góry pełnej smoków czy pogrzeb jednego z bohaterów) i zapada mocno w pamięć. Troszkę mi szkoda, że kumple Czkawki (zwłaszcza wojownicza i oddana Astrid) zostają zepchnięci na dalszy plan, bo można było troszkę pogłębić tą relację. Humoru też jest troszkę mniej, ale to można przełknąć.

smok_23

Nie mogę też złego słowa powiedzieć o polskim dubbingu. Powrócił Miłogost Reczek (wódz Stoik) oraz drugi plan, ale za to zmieniono głos Czkawki. Mateusza Damięckiego zastąpił Grzegorz Drojewski i w pełni udźwignął zagubienie, strach oraz odwagę. Również Danuta Stenka (Valka) jest po prostu świetna, tak samo jak Szymon Kuśmider w roli nieprzyjemnego Draco. Jedynie Tomasz Błasiak w roli Ereta troszkę odstaje od reszty (troszkę irytuje ta gadanina, ale tak miało być).

smok_24

Rzadko udają się drugie części, jednak „Jak wytresować smoka 2” jest w pełni udane i to nie tylko ze względu na dynamiczną akcję, ale też wiarygodnie pokazanie jak dojrzewa się do ważnych i poważnych zadań. A nad wszystkim unosi się duch wielkiej przygody, jakiej można dostarczyć dziecku (pięknie to wygląda). Bez względu na to ile ma lat.

7/10

Radosław Ostrowski

Wybawienie

Duński Departament Q znowu ma ręce pełne roboty. A wszystko zaczęło się od pewnego listu w butelce. napisany krwią przez dziecko po ośmiu latach znalazł pływak. Detektywi Morck i Assed ruszają rozwiązać kolejną sprawę, zwłaszcza iż sprawca znowu zaczyna działać i dochodzi do porwania dzieci.

wybawienie1

Seria książek Jussi Adler-Olsena o dwójce gliniarzy rozwiązujących sprawę sprzed lat w Danii osiągnęła status bestsellerów, więc przeniesienie ich na ekran było tylko kwestią czasu. „Wybawienie” to trzecia i najmroczniejsza część serii, co może wynikać także ze zmiany reżysera (Mikkela Norgaarda zastąpił Hans Petter Moland). Niemniej mamy klasycznie prowadzone śledztwo, gdzie para naszych detektywów musi powstrzymać zbrodniarza. Twórcy od razu wskazują sprawcę, ale jego motywacja jest wyjaśniania stopniowo w retrospekcjach. Nawet przyroda (pięknie wyglądające pole żółtych kwiatów czy dom na morzu), choć wygląda ślicznie, jest niemym świadkiem zła. Zabawa w kotka i myszkę jest zgrabnie poprowadzona, a intryga omija mielizny oraz niewiarygodne bzdury. Do tego akcja bywa bardzo dynamiczna i trzymająca w napięciu (mocna scena przekazywania okupu), chociaż zakończenie sprawiło mi zawód. Niemniej im dalej, tym bardziej robi się niebezpiecznie, a sceny zabójstw są brutalne i krwawe (to akurat plus).

wybawienie2

Całość ma silny religijny podtekst, co jest zrozumiałe ze względu na nietypowy sposób działania sprawcy (porwania w okresie świąt danej wiary), ale też śledczy konfrontują swoje przekonania ze swoją wiarą. Ten jednak wątek jest poprowadzony w sposób oczywisty i przewidywalny, ale to na szczęście jedyna poważna wada.

wybawienie3

Znowu wszystko w garści trzyma sprawdzony duet Nikolas Lie Kaas/Fared Fared, czyli detektywi Morck i Assed. Ten pierwszy nadal ma twarz zmęczonego życiem gliniarza, który widział i stracił zbyt wiele, by znów cieszyć się życiem. Mówi bardzo mało (na początku), jest cyniczny i bardziej wycofany niż zwykle. Drugi zaś nadal jest pełen energii i determinacji oraz pozostaje po jaśniejszej stronie życia. Razem stanowią zgrany duet, pełen być może szorstkiej i niezbyt wylewnej, ale przyjaźni. Przekonująco wypada za to Pal Svere Hagen w roli tajemniczego Johannesa, czyli mordercy. Pozornie łagodny i uśmiechnięty, ale bezwzględny i okrutny, przy okazji nie popadając w przerysowanie czy groteskę.

wybawienie4

„Wybawienie” potwierdza, że w Skandynawii tworzy się bardzo klimatyczne kryminały. Pełne mroku, niepokoju, ale i – na swój sposób – potrafiące pociągnąć tłumy. Czy panowie Morck i Assad otrzymają kolejne wezwanie do kina? Wierzę, że tak i tym razem powinno być równie ciekawie jak tutaj.

7/10

Radosław Ostrowski

Pitbull. Nowe porządki

Pamiętacie taki film „Pitbull”? Zrealizowany w 2004 roku debiut Patryka Vegi był jedną z największych niespodzianek tamtego roku i prawdziwą petardą, gdzie bardzo realistycznie przedstawiono pracę policjantów z wydziału zabójstw, bez widowiskowości, patosu, z dużą dawką żargonu. Ale to było ponad 10 lat temu i do tego czasu Vega zniszczył swoją reputację, stawiając na żenujące żarty oraz efekciarską rozpierduchę. Co teraz dzieje się w „Pitbullu”?

pitbull_21

Zamiast Despero pojawia się policjant z Majami, a dokładnie z Warszawy. Majami zajmował się dilerami i zostaje przeniesiony na Mokotów, by łapać drobne płotki. W okolicy zaczyna się kręcić nowy bandzior o ksywie Babcia, co zamierza przejąć władze na dzielnicy i wprowadzić dobrą zmianę. Zaczyna się od zastraszania sklepikarzy, a kończy na obcinaniu paluchów. Z Majami idzie do wsparcia Gebels, więc nie będzie miękkiej gry. I w zasadzie to tyle, jeśli chodzi o scenariusz, bo jest on bardzo szczątkowy jak diabli. Podobnie było w poprzedniej części, jednak tam miałem wrażenie, że było to silniej podbudowane oraz przekonująco. Tutaj poziom jest tak nierówny, że to jest ścinka zrobiona pod serial telewizyjny (który zapewne powstanie lub już powstał). Z jednej strony jest krwawa i brutalna rąbanka, gdzie mamy odcinane paluchy, strzelanie, atak na burdel czy starcia kiboli. Z drugiej jest sporo dość prostackiego humoru (nowy heros siłowni, czyli Strachu), bezsensownej przemocy (zabójstwo dokonane przez nieletniego brata bandziora) i masy pobocznych wątków, które spychają cały główny wątek na dalszy plan, kompletnie wywołując dezorganizację i taki burdel, że głowa mała.

pitbull_22

Przewija się wiele starych znajomych jak naczelnik Barszczyk (i nadal jest takim samym chujem jak przedtem) czy znany z serialu Igor (szkoda, że tylko epizod, niemniej cieszy), ale i tak wszystko skupia się na starciu Majami z Babcią. Nie brakuje kilku mocnych scen jak wejście Babci na siłkę, wizyta gangstera u uzdrowicielki czy podpalenie żywcem jednego oprycha. Także jest kilka fajnych kadrów z pomocą drona czy ataku na dom publiczny, gdzie to ładnie zagrano światłem. Ale po co w takim razie takie sytuacje jak z byłym strażnikiem miejskim pobitym przez dawnych kochanków czy zadyma kiboli? Za nic to wszystko nie chce się skleić, a cały realizm trafia szlag.

pitbull_23

Sytuację częściowo próbują obronić aktorzy i kilku z nim się udaje. Nie zawodzi Andrzej Grabowski jako zgorzkniały i zmęczony życiem Gebels (za mało go było). Także nowy narybek, czyli Piotr Stramowski daje radę jako nieprzekupny, twardziel z irokezem na głowie (jakim cudem taki koleś mógł zostać tajniakiem? A chuj z tym). I każdy chciałby mieć taką rzeźbę. Ale tak naprawdę wierzyłem tylko jednej postaci, czyli zbójowi Babci. Jeśli myśleliście, że Bogusław Linda zapomniał jak być prawdziwym twardzielem, to od razu strzelcie sobie w łeb, zanim on wam to zrobi. Aktor nadal ma mocne grepsy, twardy kręgosłup i nie patyczkuje się z nikim, a jego motywacja jest najbardziej wiarygodna. Powrót jak najbardziej udany. I nie sposób zapomnieć Tomasza Oświecińskiego (tępy dres „Strachu” – tak pomyłka imion czy akcja z butami, autentycznie śmieszą) oraz rozbrajającą Maję Ostaszewską jak pustą, tępą pindę z komarem na tyłku.

pitbull_24

Jako całość „Nowe porządki” zawodzą, są zbyt efekciarskie i starają się na siłę szokować brutalnością, bluzgami oraz rąbanką wszelkiej maści. Nawet jeśli pojawiają się pewne zalety, to nie są w stanie przebić powyżej poziomu przeciętności. Do tamtego „PitBulla” nie ma nawet prawa startu. Bezczelny skok na kasę.

5/10

Radosław Ostrowski

Anioły i demony

Profesor Robert Langdon znowu musi dokonać trudnego zadania. I to o tyle niewygodnego, że o pomoc prosi Watykan, który był dość nieprzychylny temu, co zrobił w „Kodzie da Vinci”. Sprawa jest bardzo poważna, gdyż dotyczy wyboru kolejnego papieża. Czterech najpoważniejszych kandydatów zostało porwanych, a ze Szwajcarii skradziono antymaterię, by uczynić z niej bombę. Jeśli nie zostaną spełnione jego żądania, wysadzi Watykan. Langdon wspierany przez włoską panią fizyk oraz Gwardię Papieską, musi rozwiązać, gdzie znajdują się duchowni i bomba, a na to jest tylko 24 godziny.

anioly_i_demony1

Kasowy sukces „Kodu da Vinci” (artystyczny jest co najmniej dyskusyjny) spowodował, ze profesor Langdon musiał powrócić. I znowu reżyserem został Ron Howard, który zrozumiał, że ględzenie zamiast skupienia się na intrydze, kończy się katastrofą. Dlatego zostajemy rzuceni w wyścig z czasem, gdzie jest sporo gonitw i – w przeciwieństwie do poprzednika – czuć napięcie. A jednocześnie wszystko profesor wyjaśnia i tłumaczy, a najdziwniejsze jest to, że urzędnicy watykańscy (szef Gwardii Papieskiej i policji) kompletnie nie znają historii swojego kraju. Wszystko pędzi na złamanie karku, ze nawet logika nie była w stanie dogonić wszystkiego. Jest multum historii wokół Iluminati, wplątując w to Galileusza, Rafaela i Berniniego (światłe umysły renesansu), na ile jednak są to idiotyzmy, zostawmy to. Ważne, że tym razem Howard pewniej prowadzi całą opowieść, parę razy zaskakując (nie poznajemy tożsamości zabójcy i powoli poznajemy powody działania naszych wrogów).

anioly_i_demony2

Bardzo, ale to bardzo imponuje scenografia. Twórcom nie pozwolono kręcić w Watykanie, więc w konspiracji sfotografowali cała okolicę i wiernie zrekonstruowali. Cały plac św. Piotra, jak i podziemne labirynty, korytarze oraz świątynie wyglądają jakby żywcem przeniesione stamtąd. To tylko podkręca klimat tajemnicy. Wszystko się jednak sypie, gdy zaczynamy myśleć nad ekranowymi wydarzeniami oraz tym pseudo-historycznym tłem. A wszystko to służy pokazaniu zderzenia między religią a nauką oraz pytaniem, czy da się to połączyć.

anioly_i_demony3

Równie dobre jest aktorstwo, chociaż tylko kilka postaci wybija się spośród znanych twarzy. Lepiej (w porównaniu do „Kodu”) wypada Tom Hanks, który pewniej czuje się w skórze profesora Langdona, łącząc w sobie elementy chodzącej Wikipedii (tylko lepiej opracowanej) z człowiekiem czynu. Opanowany i spokojny, ale podkręcający cała akcję. Partneruje mu atrakcyjna Ayelet Zuler (dr Vetta), ale jest tylko atrakcją dla oka, a film kradnie posiadający Moc Ewan McGregor w roli kamerlinga Patricka McKenny. Wydaje się jedynym księdzem, który wierzy w kolaborację nauki z wiarą, a jednocześnie zachowuje zdrowy rozsądek i chce być otwartym ludzi. Jego prostoduszność i uczciwość mają jednak drugie dno. Właśnie on wnosi ten film na wyższy poziom.

anioly_i_demony4

Muszę przyznać, że „Anioły i demony” to kawał bardzo przyzwoitej rozrywki, pod warunkiem, że nie będziemy zbyt mocno wysilać swoich szarych komórek. Sprawnie zrealizowane i skupione na akcji, a nie tylko ciągłej gadaninie nie przynudza, imponując także scenografią. Duży krok naprzód w porównaniu z „Kodem da Vinci”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

X-Men: Apocalypse

Nowy film o mutantach i nowa dekada, w której toczy się akcja całości. Tym razem są lata 80., a drogi Magneto i profesora Xaviera odcięły się definitywnie. Pierwszy ma żonę i córkę, pracuje w fabryce w… Pruszkowie, a drugi prowadzi szkołę dla uzdolnionych, czyli mutantów. Jednak obaj znowu będą musieli walczyć. Dlaczego? Gdyż w Kairze obudził się pierwszy mutant, który spał przez tysiące lat, przejmując wszystkie nadprzyrodzone moce. Apocalypse powraca, by zniszczyć całą Ziemię, chociaż sam mówi o oczyszczeniu jej z ludzi.

xmen_apokalipsa1

Bryan Singer kontynuuje ścieżkę opowieści o naszych superbohaterach, oswajających swoje nadprzyrodzone moce, znaną z „Pierwszej klasy”. Jednak tutaj panuje większy rozgardiasz i chaos w tej historii, gdzie każdy nie dostaje w pełni swojego czasu, a na pierwszy plan wysuwa się pełniący rolę mentora profesor, próbujący się ukryć Magneto (to, że się nie uda jest to wiadome od początku) oraz Raven, miotającą się między obydwoma stronami, szukającą innych mutantów oraz prowadzących własną krucjatę. Po drodze poznajemy jeszcze grupkę młodzików, którzy przejdą niejako swój pierwszy chrzest bojowo – Cyklop, Jean Grey czy nasz stary znajomy Quicksilver. Jeszcze nie panują w pełni nad swoimi mocami, ale od nich zależy los całego świata. I to właśnie ich radzenie sobie to najciekawsze oraz najfajniejsze, co przynosi „Apocalypse”.

xmen_apokalipsa2

Sama historia ogląda się całkiem nieźle, ale jest kilka ale. Po pierwsze, sam Apocalypse – pradawny Bóg, który zamierza zniszczyć świat z powodu…. osobistej zemsty? Pogardy dla ludzkości? Dlatego, że czemu k***a nie? To nudny i nieciekawy łotr, którego moce ograniczają się do manipulacji, budowania piramidy oraz darcia ryja. Tym większa szkoda, że gra go Oscar Isaac, jeden z ciekawszych aktorów młodej generacji, tylko tutaj nie dano mu podstawy do stworzenia wyrazistej postaci. Po drugie, same sceny walki wyglądają dość biednie, chociaż reżyser stara się wykorzystywać otoczenie. To jednak niewiele pomaga, zwłaszcza w finałowym starciu na egipskim mieście, gdzie brakuje tempa, a efekty specjalne (jak na dzisiejsze standardy) są zwyczajnie słabe i nie robią dobrego wrażenia. Aczkolwiek są dwa wyjątki, czyli kolejna popi sówka Quicksilvera ratującego uczniów przed wybuchem w rytmie „Sweet Dreams” od Eurythmics oraz krótkie wejście Wolverine’a, mordującego niczym dzikie zwierzę. Jest wtedy pazur, energia oraz moc. I po trzecie, za mało miejsca poświęcono młodszym mutantów, którzy powinni (mam nadzieję, że po tej części) stać się nowymi bohaterami przejmującymi pałeczkę po Raven, Hanku, profesorze i Magneto. Relacje tej czwórki obracają się wokół tego samego (wizji X-Menów, stosunków na linii ludzie-mutanty), przez co miałem wrażenie kręcenia się w kółko. Bardzo solidne role McAvoya, Fassbendera, Lawrence oraz Houlta częściowo ratują tą sytuację, ale jest zbyt serio.

xmen_apokalipsa3

Z nowszych postaci zdecydowanie wybija się tutaj potrafiący się przenosić w różne miejsca Nightcrawler (Kodi Smit-McPhee) – ten jego uroczy niemiecki akcent, postać niepozbawiona sprytu, zagubienia, a jednocześnie pełna wiary. Drugą ważną bohaterką jest tutaj Jean Grey (znana z „Gry o tron” Sophie Turner) – młoda, ognistowłosa telepatka, której moc i potencjał jest tak ogromny, że sama nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Ona jest najmocniej zarysowana z całej paczki i ma duży potencjał, by namierzać w następnych częściach.

xmen_apokalipsa5

Ze wszystkich filmów o „X-Men” jakich widziałem, ta część mi się najmniej podobała. Najciekawiej jest wtedy, gdy skupia się na interakcjach bohaterów ze sobą, „hartowaniem się stali” oraz ich wewnętrznych rozterkach. Gdy przychodzi do rozróby i zadymy, wtedy robi się dość nudnawo, a wtedy zastanawiamy się na co poszedł ten cały budżet. Ale mimo tych wad liczę na kolejną część opowieści o naszych mutantach, tylko powinien ją chyba zrealizować ktoś bardziej świeży niż Singer.

6/10

Radosław Ostrowski