Hotel Transylwania 2

Pamiętacie pewien hotel prowadzony przez hrabiego Draculę? Tam pojawił się niejaki Jonathan, który zakochał się w córce hrabiego, co wprowadziło wielu w szok. Po latach miłość kiełkuje i przychodzi na świat chłopiec o imieniu Dennis. Jego dziadek bardzo by chciał, by w dzieciaku obudził się potomek wampirów – kły, latanie i takie bajery. Musi to zrobić do piątych urodzin, bo inaczej wszystko przepadnie. Dziadek wykorzysta okazję, gdy młodzi wyjadą do domu rodziców Jonathana.

hotel_transylwania_22

Druga część dotyka tutaj kwestii poszukiwania własnej tożsamości oraz akceptacji inności. I tutaj dochodzi do konfrontacji między potworami, które zaczynają się adaptować do otoczenia oraz ludźmi. Ci zaś niczego się nie boją i stwory traktują jak naturalny element krajobrazu, stanowiący dodatkową atrakcję. Sam Dracula miota się i chce (po cichu), by było tak jak dawniej, kiedy to inicjacja w wampira była diablo straszna. A dziś wszystko jest zabezpieczone, spokojne i wszędzie ten Internet z telefonami, których obsługa dla hrabiego jest trudna. Ludzie jednak (rodzice Jonathana) próbują się z tym oswoić, co jest na swój sposób śmieszne. Twórcy troszkę balansują ze swoim postrzelonym poczuciem humoru, ale nigdy nie przekraczają granicy dobrego smaku.

hotel_transylwania_21

Cudowne są w tym filmie sceny, gdy nasze stare wiarusy próbują obudzić w sobie demoniczność, ale wiek nie pozwala im na szaleństwa. Wilkołak Wayne zachowuje się jak piesek, który zbiera różne rzeczy (piłka, freesbee), Frankenstein złagodniał, zaś mumia ma mocno „połamane” kończyny i strzela w kościach. Jedynie nasz stary Dracula próbuje zachować swój dziki, nieujarzmiony charakter. Ale kiedy pod koniec pojawia się bardzo konserwatywny dziadek Vlad, wtedy lecą iskry, zaś całość kończy się mordobiciem między starą gwardią (i Dennisem) a sługusami starego Vlada (i jest obowiązkowe slow-motion, które dodaje humoru). Jest ostro, pieprznie i ze zgrywą do horrorowych stereotypów, choć scenariusz może sprawiać wrażenie lekko chaotycznego.

hotel_transylwania_23

Może i nie zawsze jest to humor skierowany dla młodych widzów oraz miejscami jest bardzo wisielczy (kołysanka przed snem czy aplikacja GPS), jednak wszystko jest to mocno wzięte w nawias, dając masę frajdy. I nie można nie wspomnieć o polskim dubbingu z brawurowymi głosami Tomasza Borkowskiego (Dracula) oraz Agnieszki Mrozińskiej (Mavis), dzięki czemu skomplikowana relacja rodzinna nabiera silnego zabarwienia, iskier, tarć. Na nowo ta dwójka próbuje dotrzeć do siebie. Przez co Jonathan (Paweł Ciołkosz) zostaje zepchnięty na dalszy plan do roli comic reliefa, co troszkę marnuje potencjał. Za to przyzwoicie poradził sobie Bruno Skalski (Dennis), co w przypadku ról dziecięcych nie jest takie łatwe.

Twórcy uniknęli przekombinowania i zrealizowani naprawdę udany sequel. Dowcipny (miejscami wisielczy żart), odrobinę surrealistyczny i odjechany po całości. Nie wiem, czy będzie część trzecia, ale jeszcze ta seria mi się nie znudziła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jak wytresować smoka 2

Jak zapewne pamiętacie, Berg jest małą osadą zamieszkiwaną przez Wikingów, którym udało się ujarzmić smoki. Wszystko to się udało dzięki synowi wodza, Czkawce. Od tej pory ludzie i smoki żyją ze sobą w symbiozie. To jednak może się bardzo szybko zmienić, a to przez Draco – potężnego człowieka, zbierającego i tropiącego wszystkie smoki. Czkawka będzie chciał próbować przekonać wodza, by zmienił zdanie, ale ruszając ku niemu trafi do zaskakującego miejsca, gdzie znajdzie masę smoków oraz… swoją matkę.

smok_21

Pierwsza część przygód Czkawki i Szczerbatka była lekkim, bezpretensjonalnym filmem przygodowym ubranym w bardzo ładną animację (Szczerbatek był taki słodziutki). Równie ładny (nawet jeszcze bardziej) jest część druga, zrobiona według sprawdzonej i oczywistej formuły sequeli, znanej nawet nordyckim bogom. Jest więcej smoków, gra idzie o znacznie wyższą stawkę, a konfrontacja wydaje się nieunikniona. To także (a może przede wszystkim) o braniu odpowiedzialności. Po drodze mamy masę smoków, łowców kierowanych przez Ereta, a nawet batalistyczne starcie niemal żywcem przeniesione z „Władcy Pierścieni”, gdzie smoki i ludzie naparzają się ze sobą (wygląda to niesamowicie). Nadal podoba mi się ta kreską, którą odrysowane wszelkie postaci oraz różnego rodzaju smoki. Każdy z nich wygląda i porusza się inaczej, wyglądając wręcz oszałamiająco. Do tego dostajemy także odpowiednio bombastyczną (tak jak w poprzedniku) muzykę Johna Powella, pełną patosu, emocji oraz orkiestrowo-chóralnego rozmachu.

smok_24

Jednocześnie, poza dynamiczną akcją i scenami latania, twórcy próbują (i to dobrze) podbudować psychologiczny aspekt związany z Czkawką i Szczerbatkiem. Pierwszy próbuje wejść w buty przywódcy, wspierany przez matkę (jej losy opisano w barwnej retrospekcji), drugi też zaczyna coraz bardziej dojrzewać (nadal wygląda słodziutko), przez co konfrontacja z Draco i jego smokiem Alfa (bydle nie tylko jest wielkie, ale też kontroluje umysły smoków) podnosi emocje oraz adrenalinę. Niby jest to przewidywalne, ale kilka scen naprawdę łapie za serce (pierwszy widok góry pełnej smoków czy pogrzeb jednego z bohaterów) i zapada mocno w pamięć. Troszkę mi szkoda, że kumple Czkawki (zwłaszcza wojownicza i oddana Astrid) zostają zepchnięci na dalszy plan, bo można było troszkę pogłębić tą relację. Humoru też jest troszkę mniej, ale to można przełknąć.

smok_23

Nie mogę też złego słowa powiedzieć o polskim dubbingu. Powrócił Miłogost Reczek (wódz Stoik) oraz drugi plan, ale za to zmieniono głos Czkawki. Mateusza Damięckiego zastąpił Grzegorz Drojewski i w pełni udźwignął zagubienie, strach oraz odwagę. Również Danuta Stenka (Valka) jest po prostu świetna, tak samo jak Szymon Kuśmider w roli nieprzyjemnego Draco. Jedynie Tomasz Błasiak w roli Ereta troszkę odstaje od reszty (troszkę irytuje ta gadanina, ale tak miało być).

smok_24

Rzadko udają się drugie części, jednak „Jak wytresować smoka 2” jest w pełni udane i to nie tylko ze względu na dynamiczną akcję, ale też wiarygodnie pokazanie jak dojrzewa się do ważnych i poważnych zadań. A nad wszystkim unosi się duch wielkiej przygody, jakiej można dostarczyć dziecku (pięknie to wygląda). Bez względu na to ile ma lat.

7/10

Radosław Ostrowski

Wybawienie

Duński Departament Q znowu ma ręce pełne roboty. A wszystko zaczęło się od pewnego listu w butelce. napisany krwią przez dziecko po ośmiu latach znalazł pływak. Detektywi Morck i Assed ruszają rozwiązać kolejną sprawę, zwłaszcza iż sprawca znowu zaczyna działać i dochodzi do porwania dzieci.

wybawienie1

Seria książek Jussi Adler-Olsena o dwójce gliniarzy rozwiązujących sprawę sprzed lat w Danii osiągnęła status bestsellerów, więc przeniesienie ich na ekran było tylko kwestią czasu. „Wybawienie” to trzecia i najmroczniejsza część serii, co może wynikać także ze zmiany reżysera (Mikkela Norgaarda zastąpił Hans Petter Moland). Niemniej mamy klasycznie prowadzone śledztwo, gdzie para naszych detektywów musi powstrzymać zbrodniarza. Twórcy od razu wskazują sprawcę, ale jego motywacja jest wyjaśniania stopniowo w retrospekcjach. Nawet przyroda (pięknie wyglądające pole żółtych kwiatów czy dom na morzu), choć wygląda ślicznie, jest niemym świadkiem zła. Zabawa w kotka i myszkę jest zgrabnie poprowadzona, a intryga omija mielizny oraz niewiarygodne bzdury. Do tego akcja bywa bardzo dynamiczna i trzymająca w napięciu (mocna scena przekazywania okupu), chociaż zakończenie sprawiło mi zawód. Niemniej im dalej, tym bardziej robi się niebezpiecznie, a sceny zabójstw są brutalne i krwawe (to akurat plus).

wybawienie2

Całość ma silny religijny podtekst, co jest zrozumiałe ze względu na nietypowy sposób działania sprawcy (porwania w okresie świąt danej wiary), ale też śledczy konfrontują swoje przekonania ze swoją wiarą. Ten jednak wątek jest poprowadzony w sposób oczywisty i przewidywalny, ale to na szczęście jedyna poważna wada.

wybawienie3

Znowu wszystko w garści trzyma sprawdzony duet Nikolas Lie Kaas/Fared Fared, czyli detektywi Morck i Assed. Ten pierwszy nadal ma twarz zmęczonego życiem gliniarza, który widział i stracił zbyt wiele, by znów cieszyć się życiem. Mówi bardzo mało (na początku), jest cyniczny i bardziej wycofany niż zwykle. Drugi zaś nadal jest pełen energii i determinacji oraz pozostaje po jaśniejszej stronie życia. Razem stanowią zgrany duet, pełen być może szorstkiej i niezbyt wylewnej, ale przyjaźni. Przekonująco wypada za to Pal Svere Hagen w roli tajemniczego Johannesa, czyli mordercy. Pozornie łagodny i uśmiechnięty, ale bezwzględny i okrutny, przy okazji nie popadając w przerysowanie czy groteskę.

wybawienie4

„Wybawienie” potwierdza, że w Skandynawii tworzy się bardzo klimatyczne kryminały. Pełne mroku, niepokoju, ale i – na swój sposób – potrafiące pociągnąć tłumy. Czy panowie Morck i Assad otrzymają kolejne wezwanie do kina? Wierzę, że tak i tym razem powinno być równie ciekawie jak tutaj.

7/10

Radosław Ostrowski

Pitbull. Nowe porządki

Pamiętacie taki film „Pitbull”? Zrealizowany w 2004 roku debiut Patryka Vegi był jedną z największych niespodzianek tamtego roku i prawdziwą petardą, gdzie bardzo realistycznie przedstawiono pracę policjantów z wydziału zabójstw, bez widowiskowości, patosu, z dużą dawką żargonu. Ale to było ponad 10 lat temu i do tego czasu Vega zniszczył swoją reputację, stawiając na żenujące żarty oraz efekciarską rozpierduchę. Co teraz dzieje się w „Pitbullu”?

pitbull_21

Zamiast Despero pojawia się policjant z Majami, a dokładnie z Warszawy. Majami zajmował się dilerami i zostaje przeniesiony na Mokotów, by łapać drobne płotki. W okolicy zaczyna się kręcić nowy bandzior o ksywie Babcia, co zamierza przejąć władze na dzielnicy i wprowadzić dobrą zmianę. Zaczyna się od zastraszania sklepikarzy, a kończy na obcinaniu paluchów. Z Majami idzie do wsparcia Gebels, więc nie będzie miękkiej gry. I w zasadzie to tyle, jeśli chodzi o scenariusz, bo jest on bardzo szczątkowy jak diabli. Podobnie było w poprzedniej części, jednak tam miałem wrażenie, że było to silniej podbudowane oraz przekonująco. Tutaj poziom jest tak nierówny, że to jest ścinka zrobiona pod serial telewizyjny (który zapewne powstanie lub już powstał). Z jednej strony jest krwawa i brutalna rąbanka, gdzie mamy odcinane paluchy, strzelanie, atak na burdel czy starcia kiboli. Z drugiej jest sporo dość prostackiego humoru (nowy heros siłowni, czyli Strachu), bezsensownej przemocy (zabójstwo dokonane przez nieletniego brata bandziora) i masy pobocznych wątków, które spychają cały główny wątek na dalszy plan, kompletnie wywołując dezorganizację i taki burdel, że głowa mała.

pitbull_22

Przewija się wiele starych znajomych jak naczelnik Barszczyk (i nadal jest takim samym chujem jak przedtem) czy znany z serialu Igor (szkoda, że tylko epizod, niemniej cieszy), ale i tak wszystko skupia się na starciu Majami z Babcią. Nie brakuje kilku mocnych scen jak wejście Babci na siłkę, wizyta gangstera u uzdrowicielki czy podpalenie żywcem jednego oprycha. Także jest kilka fajnych kadrów z pomocą drona czy ataku na dom publiczny, gdzie to ładnie zagrano światłem. Ale po co w takim razie takie sytuacje jak z byłym strażnikiem miejskim pobitym przez dawnych kochanków czy zadyma kiboli? Za nic to wszystko nie chce się skleić, a cały realizm trafia szlag.

pitbull_23

Sytuację częściowo próbują obronić aktorzy i kilku z nim się udaje. Nie zawodzi Andrzej Grabowski jako zgorzkniały i zmęczony życiem Gebels (za mało go było). Także nowy narybek, czyli Piotr Stramowski daje radę jako nieprzekupny, twardziel z irokezem na głowie (jakim cudem taki koleś mógł zostać tajniakiem? A chuj z tym). I każdy chciałby mieć taką rzeźbę. Ale tak naprawdę wierzyłem tylko jednej postaci, czyli zbójowi Babci. Jeśli myśleliście, że Bogusław Linda zapomniał jak być prawdziwym twardzielem, to od razu strzelcie sobie w łeb, zanim on wam to zrobi. Aktor nadal ma mocne grepsy, twardy kręgosłup i nie patyczkuje się z nikim, a jego motywacja jest najbardziej wiarygodna. Powrót jak najbardziej udany. I nie sposób zapomnieć Tomasza Oświecińskiego (tępy dres „Strachu” – tak pomyłka imion czy akcja z butami, autentycznie śmieszą) oraz rozbrajającą Maję Ostaszewską jak pustą, tępą pindę z komarem na tyłku.

pitbull_24

Jako całość „Nowe porządki” zawodzą, są zbyt efekciarskie i starają się na siłę szokować brutalnością, bluzgami oraz rąbanką wszelkiej maści. Nawet jeśli pojawiają się pewne zalety, to nie są w stanie przebić powyżej poziomu przeciętności. Do tamtego „PitBulla” nie ma nawet prawa startu. Bezczelny skok na kasę.

5/10

Radosław Ostrowski

Anioły i demony

Profesor Robert Langdon znowu musi dokonać trudnego zadania. I to o tyle niewygodnego, że o pomoc prosi Watykan, który był dość nieprzychylny temu, co zrobił w „Kodzie da Vinci”. Sprawa jest bardzo poważna, gdyż dotyczy wyboru kolejnego papieża. Czterech najpoważniejszych kandydatów zostało porwanych, a ze Szwajcarii skradziono antymaterię, by uczynić z niej bombę. Jeśli nie zostaną spełnione jego żądania, wysadzi Watykan. Langdon wspierany przez włoską panią fizyk oraz Gwardię Papieską, musi rozwiązać, gdzie znajdują się duchowni i bomba, a na to jest tylko 24 godziny.

anioly_i_demony1

Kasowy sukces „Kodu da Vinci” (artystyczny jest co najmniej dyskusyjny) spowodował, ze profesor Langdon musiał powrócić. I znowu reżyserem został Ron Howard, który zrozumiał, że ględzenie zamiast skupienia się na intrydze, kończy się katastrofą. Dlatego zostajemy rzuceni w wyścig z czasem, gdzie jest sporo gonitw i – w przeciwieństwie do poprzednika – czuć napięcie. A jednocześnie wszystko profesor wyjaśnia i tłumaczy, a najdziwniejsze jest to, że urzędnicy watykańscy (szef Gwardii Papieskiej i policji) kompletnie nie znają historii swojego kraju. Wszystko pędzi na złamanie karku, ze nawet logika nie była w stanie dogonić wszystkiego. Jest multum historii wokół Iluminati, wplątując w to Galileusza, Rafaela i Berniniego (światłe umysły renesansu), na ile jednak są to idiotyzmy, zostawmy to. Ważne, że tym razem Howard pewniej prowadzi całą opowieść, parę razy zaskakując (nie poznajemy tożsamości zabójcy i powoli poznajemy powody działania naszych wrogów).

anioly_i_demony2

Bardzo, ale to bardzo imponuje scenografia. Twórcom nie pozwolono kręcić w Watykanie, więc w konspiracji sfotografowali cała okolicę i wiernie zrekonstruowali. Cały plac św. Piotra, jak i podziemne labirynty, korytarze oraz świątynie wyglądają jakby żywcem przeniesione stamtąd. To tylko podkręca klimat tajemnicy. Wszystko się jednak sypie, gdy zaczynamy myśleć nad ekranowymi wydarzeniami oraz tym pseudo-historycznym tłem. A wszystko to służy pokazaniu zderzenia między religią a nauką oraz pytaniem, czy da się to połączyć.

anioly_i_demony3

Równie dobre jest aktorstwo, chociaż tylko kilka postaci wybija się spośród znanych twarzy. Lepiej (w porównaniu do „Kodu”) wypada Tom Hanks, który pewniej czuje się w skórze profesora Langdona, łącząc w sobie elementy chodzącej Wikipedii (tylko lepiej opracowanej) z człowiekiem czynu. Opanowany i spokojny, ale podkręcający cała akcję. Partneruje mu atrakcyjna Ayelet Zuler (dr Vetta), ale jest tylko atrakcją dla oka, a film kradnie posiadający Moc Ewan McGregor w roli kamerlinga Patricka McKenny. Wydaje się jedynym księdzem, który wierzy w kolaborację nauki z wiarą, a jednocześnie zachowuje zdrowy rozsądek i chce być otwartym ludzi. Jego prostoduszność i uczciwość mają jednak drugie dno. Właśnie on wnosi ten film na wyższy poziom.

anioly_i_demony4

Muszę przyznać, że „Anioły i demony” to kawał bardzo przyzwoitej rozrywki, pod warunkiem, że nie będziemy zbyt mocno wysilać swoich szarych komórek. Sprawnie zrealizowane i skupione na akcji, a nie tylko ciągłej gadaninie nie przynudza, imponując także scenografią. Duży krok naprzód w porównaniu z „Kodem da Vinci”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

X-Men: Apocalypse

Nowy film o mutantach i nowa dekada, w której toczy się akcja całości. Tym razem są lata 80., a drogi Magneto i profesora Xaviera odcięły się definitywnie. Pierwszy ma żonę i córkę, pracuje w fabryce w… Pruszkowie, a drugi prowadzi szkołę dla uzdolnionych, czyli mutantów. Jednak obaj znowu będą musieli walczyć. Dlaczego? Gdyż w Kairze obudził się pierwszy mutant, który spał przez tysiące lat, przejmując wszystkie nadprzyrodzone moce. Apocalypse powraca, by zniszczyć całą Ziemię, chociaż sam mówi o oczyszczeniu jej z ludzi.

xmen_apokalipsa1

Bryan Singer kontynuuje ścieżkę opowieści o naszych superbohaterach, oswajających swoje nadprzyrodzone moce, znaną z „Pierwszej klasy”. Jednak tutaj panuje większy rozgardiasz i chaos w tej historii, gdzie każdy nie dostaje w pełni swojego czasu, a na pierwszy plan wysuwa się pełniący rolę mentora profesor, próbujący się ukryć Magneto (to, że się nie uda jest to wiadome od początku) oraz Raven, miotającą się między obydwoma stronami, szukającą innych mutantów oraz prowadzących własną krucjatę. Po drodze poznajemy jeszcze grupkę młodzików, którzy przejdą niejako swój pierwszy chrzest bojowo – Cyklop, Jean Grey czy nasz stary znajomy Quicksilver. Jeszcze nie panują w pełni nad swoimi mocami, ale od nich zależy los całego świata. I to właśnie ich radzenie sobie to najciekawsze oraz najfajniejsze, co przynosi „Apocalypse”.

xmen_apokalipsa2

Sama historia ogląda się całkiem nieźle, ale jest kilka ale. Po pierwsze, sam Apocalypse – pradawny Bóg, który zamierza zniszczyć świat z powodu…. osobistej zemsty? Pogardy dla ludzkości? Dlatego, że czemu k***a nie? To nudny i nieciekawy łotr, którego moce ograniczają się do manipulacji, budowania piramidy oraz darcia ryja. Tym większa szkoda, że gra go Oscar Isaac, jeden z ciekawszych aktorów młodej generacji, tylko tutaj nie dano mu podstawy do stworzenia wyrazistej postaci. Po drugie, same sceny walki wyglądają dość biednie, chociaż reżyser stara się wykorzystywać otoczenie. To jednak niewiele pomaga, zwłaszcza w finałowym starciu na egipskim mieście, gdzie brakuje tempa, a efekty specjalne (jak na dzisiejsze standardy) są zwyczajnie słabe i nie robią dobrego wrażenia. Aczkolwiek są dwa wyjątki, czyli kolejna popi sówka Quicksilvera ratującego uczniów przed wybuchem w rytmie „Sweet Dreams” od Eurythmics oraz krótkie wejście Wolverine’a, mordującego niczym dzikie zwierzę. Jest wtedy pazur, energia oraz moc. I po trzecie, za mało miejsca poświęcono młodszym mutantów, którzy powinni (mam nadzieję, że po tej części) stać się nowymi bohaterami przejmującymi pałeczkę po Raven, Hanku, profesorze i Magneto. Relacje tej czwórki obracają się wokół tego samego (wizji X-Menów, stosunków na linii ludzie-mutanty), przez co miałem wrażenie kręcenia się w kółko. Bardzo solidne role McAvoya, Fassbendera, Lawrence oraz Houlta częściowo ratują tą sytuację, ale jest zbyt serio.

xmen_apokalipsa3

Z nowszych postaci zdecydowanie wybija się tutaj potrafiący się przenosić w różne miejsca Nightcrawler (Kodi Smit-McPhee) – ten jego uroczy niemiecki akcent, postać niepozbawiona sprytu, zagubienia, a jednocześnie pełna wiary. Drugą ważną bohaterką jest tutaj Jean Grey (znana z „Gry o tron” Sophie Turner) – młoda, ognistowłosa telepatka, której moc i potencjał jest tak ogromny, że sama nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Ona jest najmocniej zarysowana z całej paczki i ma duży potencjał, by namierzać w następnych częściach.

xmen_apokalipsa5

Ze wszystkich filmów o „X-Men” jakich widziałem, ta część mi się najmniej podobała. Najciekawiej jest wtedy, gdy skupia się na interakcjach bohaterów ze sobą, „hartowaniem się stali” oraz ich wewnętrznych rozterkach. Gdy przychodzi do rozróby i zadymy, wtedy robi się dość nudnawo, a wtedy zastanawiamy się na co poszedł ten cały budżet. Ale mimo tych wad liczę na kolejną część opowieści o naszych mutantach, tylko powinien ją chyba zrealizować ktoś bardziej świeży niż Singer.

6/10

Radosław Ostrowski

Listy do M. 2

Pierwszą część „Listów do M.” wspominam bardzo ciepło – to była jedna z fajniejszych komedii ostatnich lat na polskich ekranach. Mimo product placementu i wrzucaniu co modnych przebojów, była autentycznie zabawna oraz momentami wzruszająca. Druga część, robiona przez innego reżysera (Mitję Okorna zastąpił Maciej Dejczer) i innych scenarzystów, niestety, cierpi na tzw. syndrom sequela. Niby jest więcej wszystkiego, ale tak naprawdę nic się nie dzieje.

listy_do_m_21

Wracają nasi starzy znajomi, ale od tego czasu zmieniło się wiele: Karina napisała powieść i rozwiodła się ze Szczepanem, obecnie taksówkarzem. Mikołaj nadal jest radiowcem, mieszka z Doris oraz synem Kostkiem, ale jeszcze nie zdecydował się na pierścionek, proszenie o rękę itp. Mel, jak to Mel, mimo tego, iż ma syna, nie zmienił się w ogóle – nadal naciąga na kasę i podrywa mężatki. Jest jeszcze Małgorzata, szefowa Mikołaja, która ciężko choruje. Chociaż zebrano kasę na operację dla niej, nie chce się na nią zdecydować. Ale jest też nowy bohater – trębacz Redo, podejmujący wybór między obecną narzeczoną Moniką a poznaną po latach pierwszą miłością.

listy_do_m_22

Jak widać, miłości jest tutaj sporo i to w różnych odcieniach. Bywa poważnie, stara się być momentami lekko, ale poczucie humoru nagle wyparowało. Pamiętam z pierwszej części rozbrajające teksty Mela i Mikołaja (kolejno Tomasz Karolak i Maciej Stuhr), którzy kradli film całej reszcie obsady. W tej części najlepszy jest Karolak jak próba zrobienia „Złego Mikołaja” na naszym podwórku oraz absolutnie poważny Piotr Adamczyk (ten Szczepan jest taki zadziorny, że trudno go nie polubić). Reszta postaci (z nowymi twarzami – Maciejem Zakościelnym a.k.a. Drewienko oraz Martą Żmudą-Trzebiatowską) sprawia wrażenie znudzonych i nie zainteresowanych swoimi postaciami. Dodatkowo nie mają specjalnie czego grać. Wszystko jest tu aż nadto poważne, jest więcej reklamy pewnej stacji, która produkowała ten film i jest tak mdło, że bolą zęby. I co tam robi Piotr Głowacki, snujący się po tym mieście?

listy_do_m_23

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o drugich „Listach”, ale zwyczajnie nie potrafię. Owszem, zdjęcia są ładne, muzyczka niezła, ale to wielkie rozczarowanie. Ganianie za owcą po markecie było mało zabawne. Jak na komedię było zbyt poważnie, a nie o to w tym gatunku chodzi.

listy_do_m_24

5/10

Radosław Ostrowski

 

Creed: Narodziny legendy

Rok 1976 wydawał się złotym rokiem dla kina amerykańskiego. Swoje wielkie i ważkie dzieła zrealizowali wtedy Brian De Palma („Carrie”), John Carpenter („Atak na posterunek 13”), Martin Scorsese („Taksówkarz”) i Alan J. Pakula („Wszyscy ludzie prezydenta”). Ale wtedy Oscary za tamten rok zgarnął skromny, niepozorny film opowiadający do bólu amerykańską opowieść od zera do bohatera – „Rocky” Johna G. Avildsena z mało znanym, trzecioligowym aktorem Sylvestrem Stallone’m (także autorem scenariusza) w roli głównej stał się wielką furtką dla kariery aktora.

creed3

40 lat i pięć sequeli później…  Adonis jest młodym, czarnoskórym facetem pracującym w dużej korporacji. Niby jest bogaty i awansował, ale ciągnie go do walki na ringu. Od dziecka się bił i jakby tego było mało, jest synem legendarnego pięściarza, Apollo Creeda, którego nigdy w życiu nie poznał i jest wobec niego wściekły. Chce na własną rękę odnieść sukces. By to osiągnąć, przyjeżdża do zimnej Filadelfii, licząc na pomoc rywala swojego ojca i legendarnego fightera – Rocky’ego Balboa. Mężczyzna, mimo wątpliwości, decyduje się wesprzeć chłopaka.

creed1

Ryan Coogler to niezależny reżyser, którego nazwisko stało się znane, dzięki nagrodzonemu trzy lata temu w Sundance „Fruitvale” i dostał szansę na realizację większego dzieła. Ktoś może zapytać, czy jest sens kręcenia siódmej części o legendarnym Rocky’m? Poza zbiciem kupy pieniędzy? Bo, podobnie jak w przypadku ostatnich „Gwiezdnych wojen” można poczuć deja vu. Sama historia to w zasadzie uwpółcześniony „Rocky” z pewnymi drobnymi modyfikacjami – bogaty czarny chłopak, nieśmiała dziewczyna, która może stać się miłością życia, szansa na wielką walkę (i wielkie pieniądze), wreszcie sam Rocky, tym razem będący mentorem i nauczycielem młodego fightera. Niby to już wszystko znamy, ale reżyserowi udaje się włożyć w to sporo emocji i energii. Standardowa zbitka treningowa oparta na szybkim montażu, motywacyjne mowy, pierwsza duża walka (znakomicie sfilmowana za pomocą jednego ujęcia), wreszcie starcie z niekwestionowanym mistrzem. Brzmi jak ograny do bólu dramat bokserski? Ale Cooglerowi udaje się to wszystko uwiarygodnić zarówno dobrymi dialogami, solidnym warsztatem technicznym i czuć tutaj respekt wobec legendy poprzednich części (wplecione w soundtrack motywy Billa Conti), a napięcie potrafiło utrzymać się do samego końca, co wydawało się wręcz niemożliwe przy tak długo granej serii.

creed2

Dobrze się to ogląda zarówno dzięki nostalgicznemu klimatowi, jak i dobremu aktorstwu. Nie zawodzi Michael B. Jordan w roli Creeda. Takie postacie nazywane były kiedyś łobuzami, dodatkowo poza tym, że kocha naparzanie się po ryju (chociaż nie wiem, czy na jego miejscu rzuciłbym stabilną pracę), jednak najtrudniejsze dla niego jest wyjście z cienia ojca, którego nie znał. A to jest bardzo ciężkie brzemię, z którego sam nie jest w stanie się wyzwolić. Zaskoczeniem była dla mnie nieznana wcześniej Tessa Thompson – pozornie nieśmiała Bianca, ze sceny na scenę zyskiwała dzięki urokowi oraz sile charakteru.

creed4

Ale prawda jest taka, że film zawłaszczył wracający do postaci Rocky’ego Sylvester Stallone. Tym razem Włoski Ogier to po prostu żywa legenda Filadelfii, która mimo sławy, szacunku otoczenia pozostaje tym samym prostolinijnym, skromnym i pokornym facetem. Zmęczonym życiem, skrywający żal za śmierć żony, czeka tak naprawdę tylko na śmierć. Relacja z młodym Creedem, staje się dla niego impulsem, by jeszcze raz podnieść rękawicę i zawalczyć, tym razem o siebie. Sylwek znowu daje z siebie wszystko i nawet, gdy mówi oczywiste banały, brzmi wiarygodnie, a to dużo. I ten powrót był znacznie lepszy niż Arnolda Żelaznego do „Terminatora”.

creed5

Czy można „Creeda” nazwać narodzinami legendy? Na to pytanie tylko czas potrafi odpowiedzieć. Nie jest to wielkie kino, bo jest pełne schematów (ładnie poprowadzonych), a niektóre wątki – głównie relacja Adonisa z wdową po ojcu – można było bardziej rozbudować i rozwinąć. Niemniej reżyserowi udało się odświeżyć serię, by znów utrzymać w napięciu do finałowego starcia. I za to ma u mnie dożywotni szacunek.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce zwanej USA pewien młody szaleniec wykreował świat, który zachwyca do dnia dzisiejszego. Mowa o „Gwiezdnych wojnach” – popkulturowym fenomenie oraz uniwersum George’a Lucasa, które do dzisiaj fani darzą ogromnym sentymentem i szacunkiem, a historia Luke’a Skywalkera jest kanonem dla miłośników SF. Ale nawet oni nie są w stanie zapomnieć tego, co się stało w „Epizodach I-III”, będących niemal wyłącznie skokiem dla kasy. Więc, gdy pojawiły się informacje o nowej części, reakcje były bardzo ostre, zwłaszcza, gdy studio Lucasfilm zostało sprzedane Disneyowi. Ale w końcu się udało i wreszcie obejrzałem „Przebudzenie Mocy”, którego zadania podjął się J.J. Abrams, autor nowej wersji „Star Treka”.

Star-Wars-7-Character-Guide-Finn-Rey

Siódmy epizod toczy się 30 lat po ostatecznym zwycięstwie Rebelii oraz przywróceniu Republiki. Ale, jak wiemy ze starych opowieści, pokój nie jest dany raz na zawsze. Luke Skywalker znika i budzi się dawne Zło, tym razem pod nazwą Nowy Porządek, które chce zniszczyć Republikę i zabić ostatniego rycerza Jedi. W cała tą walkę wbrew swojej woli zostaje wplątana zbieraczka złomu – Rye, której towarzyszy przypadkowo znaleziony droid BB-8 (robot zawiera mapę do kryjówki Luke’a) oraz dezerterujący z Nowego Porządku szturmowiec Finn.

11875118_1007880092596925_2204135516599208531_o

Brzmi znajomo? Abrams nie wymyśla koła od nowa i garściami czerpie z klasycznej trylogii, co działa moim zdaniem tylko na plus. Udało się to, czego nie zrobił Lucas w latach 1999-2005 – zachował klimat poprzednich części, ale też stworzył zapadające w pamięć widowisko. Może i jest ono mocno oparte na sentymencie, jednak jedno można stwierdzić bez wahania – ogląda się to znakomicie. Chciałbym powiedzieć coś więcej o fabule, ale nie mam zamiaru spojlerować, gdyż w tych niespodziankach i smaczkach oparta jest całość. Intryga, mimo dość znajomej formy, trzyma w napięciu, naładowana jest lekkim humorem (czuć rękę Lawrence’a Kasdana) i świetną muzyką niezawodnego Johna Williamsa. Dodatkowo zdjęcia Daniela Mandela bardzo pozytywnie zaskakują – gigantycznymi plenerami, dynamicznie fotografowanymi scenami akcji (ucieczka Finna, pościg Sokołem Millennium czy finałowy atak na bazę Nowego Porządku) oraz staroszkolną formą, znaną z klasycznej trylogii. A kiedy Han Solo w końcu wchodzi do Sokoła Millennium – słowa stają się po prostu zbyteczne. Magia działa.

tumblr_nhey3gpS9j1qa4gi0o1_1280

Nie tylko Abrams fantastycznie dopisuje nowy rozdział do starej opowieści, ale też świetnie prowadzi aktorów, którzy mają spore pole do popisu (czego nie można powiedzieć o wszystkich postaciach z „nowej” trylogii). Reżyser w rolach nowych bohaterów stawia na mniej znane twarze (czytaj: nie grali w kasowych przebojach), co jest ogromną zaleta. Objawieniem jest Daisy Ridley w roli Rey. Ta dziewczyna to typowa twarda wojowniczka, która nie potrzebuje męskiego wsparcia i sama sobie radzi w siłowych starciach. Pod tym względem przypominała mi dawną księżniczkę Leę, ale czy wpadnie w objęcia faceta? Czas pokaże. Kontrastem dla niej jest wystraszony Finn (świetny John Boyega), mający zwyczajnie dość zabijania dla swoich mocodawców i szukający świętego spokoju. Jednak i on odkryje, że przed przeznaczeniem ucieczki nie ma, a to ma konsekwencje swoje. I jakże miło było zobaczyć jeszcze raz Carrie Fisher (Leia) oraz wracającego do świetnej formy Harrisona Forda (Han Solo – nic się nie zmienił), prezentującego klasę.

forceawakens4-xlarge

Jeśli do czegoś można się przyczepić, to do Nowego Porządku, który jest mniej wyrazisty. Wynika to raczej z faktu, iż epizod VII jest niejako wstępem do większej całości. Dlatego z tej strony wyróżniają się tylko dwie postacie: Kylo Ren oraz generał Hux. Pierwszy (piekielnie dobry Adam Driver) wydaje się kalką Dartha Vadera (design), ale strasznie znerwicowany i zakompleksiony swoim dziedzictwem dzieciak wepchnięty na Ciemną Stronę Mocy. Ten drugi to ślepo posłuszny wojskowy (jego przemowa w bazie budzi grozę), a twarz Domhnalla Gleesona zaczęła mi przypominać młodego… Donalda Sutherlanda.

Star-Wars-7-General-Hux-Character-Name

Powiem tylko tyle: oczekiwania była gigantyczne, ale na szczęście „Przebudzenie Mocy” nie jest bezczelnym skokiem na kasę fanów cyklu. Przyznaję, iż miałem wrażenie, że już to gdzieś widziałem, jednak było to bardzo miłe uczucie. Wrócił dawny klimat, sentyment zadziałał, a zabawa była przednia. Tylko czemu musimy czekać dwa lata na następną część? Jedno jest pewne: Moc powróciła.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Avengers: Czas Ultrona

Jak pamiętamy z poprzedniej części, Avengers to grupa superherosów, którzy pilnują porządku na Ziemi i walczą o pokój. Kapitan Ameryka, Iron Man, Hulk, Thor, Czarna Wdowa i Sokole Oko nie mają jednak chwili odpoczynku, gdyż walczą z odwiecznym wrogiem TARCZY – Hydrą, odbijając laskę Lokiego. Stark bada urządzenie i wykorzystuje do stworzenia Ultrona – sztucznej inteligencji, która pomagałby im. Że nie będzie to dobry pomysł, Avengersi przekonują się dość szybko.

avengers21

Na ten film fani Marvela czekali ogromnie, bo zebranie w jednym filmie wszystkich superherosów zawsze jest świetne. Poza tym, kto nie lubi rozpierduchy? Joss Whedon, który pokazał pierwszą część „Avengersów” dba o to, żebyśmy się nie nudzili. Wszystkiego jest więcej – więcej rozpierduchy, ironicznych i zabawnych dialogów, większe scalenie ze światem Marvela (masa bohaterów pobocznych z poprzednich filmów). Jednak Whedon poza tym próbuje zaserwować ważkie i poważne pytania dotyczące odpowiedzialności oraz tego, jak w imię dobra dokonuje się zła. Głos ten należy do nowych łotrów do pokonania, a mianowicie Ultrona – sztucznej inteligencji, która rozwinęła się do tego stopnia, że uznaje Avengersów za zło i jedyną nadzieją dla ludzkości jest jej… śmierć. W realizacji (nieświadomie) pomagają bliźniacy Maximoff, a wplecenie tych bohaterów oraz taka refleksja w – bądź co bądź – rozrywkowym filmie zaskakuje. Jednak mimo widowiskowości (starcia nadal mają pomysłową choreografię, a między bohaterami jest silna chemia), miałem wrażenie przesytu oraz znużenia całością. Wszystko już w zasadzie było, chociaż poziom realizacji nadal jest wysoki, a finał w Sokowii potrafi trzymać za gardło (ratowanie cywili jest kluczowym fragmentem).

avengers23

Nadal jest to świetna rozrywka także pod względem aktorskim – ekipa w składzie Downey Jr./Hemsworth/Evans/Ruffalo robią szoł, kradnąc sceny reszcie. Plusem jest to, ze więcej czasu dostali, troszkę pominięci w poprzedniej części Scarlett Johansson (Czarna Wdowa) i Jeremy Renner (Sokole Oko). O ile łucznik jest spoko facetem, któremu w krytycznym momencie udaje się scalić ekipę posiadających megamoce kompanów, przy których sprawia wrażenie przypadkowego wojaka, o tyle w przypadku Wdowy twórcy zachowali się bardzo nie fair. Twardą laskę zmiękczyli (chociaż dzięki temu dowiadujemy się troszkę więcej o przeszłości) i na silę próbują rzucić ją w ramiona Hulka. To kiepski pomysł jest i mam nadzieję, że zostanie porzucony w następnych częściach. Za to nowi antagoniści to duży plus.

avengers22

O Ultronie już mówiłem, a głos Jamesa Spadera idealnie pasuje do dobrze napisanego bohatera. Także bliźniacy Romanoff są wyrazistymi mścicielami, posiadającymi swoje moce wskutek eksperymentów genetycznych – Pietro „Quicksilver” (niezły Aaron Taylor-Johnson, chociaż wolę łobuzerskiego Evana Petersa z najnowszych „X-Menów”) zasuwający z prędkością światła oraz Wanda „Szkarłatna Wiedźma” (świetna Elisabeth Olsen) manipulująca umysłami. Dawno nie było w tym uniwersum tak wyrazistych czarnych charakterów.

avengers24

 

Powiem tak: po obejrzeniu najnowszego „Mad Maxa” każdy blockbuster będzie wyglądał cienko. Druga część „Avengerów” nie jest w stanie mu dorównać, tak jak pierwszej części. Niemniej jest to nadal dobre kino rozrywkowe, które jest w stanie zagwarantować frajdę osobom w wieku od lat 5 do 105.

7/10

Radosław Ostrowski