Tau

Sama historia zaczyna się banalnie. Julia jest młodą dziewczyną, która okrada innych i prostytuuje się. Ale po jednej z akcji zostaje zaatakowana i uśpiona. Kiedy się budzi, ma zakneblowane usta, związane ręce i nogi. I jest w jakiejś celi, próbując ogarnąć o co tutaj chodzi. Kim jest tajemniczy mężczyzna, dlaczego ma dziwne coś na karku. Po pewnej udanej próbie wyrwania z celi okazuje się, że znajduje się w domu należącym do naukowca, wykorzystującego tytułowego Tau – prototyp sztucznej inteligencji. Zaś dziewczyna ma wykonywać testy, by rozwinąć AI.

tau2

Kolejne cudadło od Netflixa, idące ku SF. Choć punkt wyjścia może troszkę przypominać „Cube” (zamknięta przestrzeń) czy „Ex Machinę” (relacja człowiek-maszyna), ale nie ma ambicji żadnego z tych. To ma być trzymający w napięciu thriller, w którym bohaterka próbuje uciec. Prowadzona jest ciągle gra między bardzo wycofanym Alexem a próbującą korzystać ze sprytu Julią. Gdzieś pośrodku jest Tau. Maszyna niby zaawansowana i bezwzględnie posłuszna Alexowi, ale jednocześnie izolowana od świata. Nie wiedząca o nim absolutnie nic, co może być pewnym atutem. Ale kto tu kogo oszuka i kto wygra. A kto zginie? Technologia wydaje się być tylko dodatkiem, tłem dla całej intrygi. A kiedy wydaje się, że wszystko łatwo pójdzie, to nie. Pojawia się parę niespodzianek (część jest przewidywalna), finał może wydawać się zbyt spektakularny, niemniej seans jest zaskakująco dobry.

tau1

Wrażenie robi scenografia, tworząca mocno futurystyczny klimat, zaś szczególnie gra oświetleniem. Kiedy jest poczucie zagrożenia, kolory są mocniejsze. Trudno się przyczepić do spraw technicznych, bo to jest bardzo porządnie wykonane. Efekty specjalnie nie kłują mocno po oczach i są wykonane dobrze. Także aktorstwo jest tutaj wykonane solidne. Więcej do pokazania ma Maika Monroe, próbująca wyrwać się z pułapki wszelkim możliwym sposobem. Problemem może być tutaj bardzo wycofany Ed Skrein – zbyt trudno do ugryzienia, ale nie idący w karykaturę. Klasyczny złol, działający dla tzw. wyższego celu. Za to kompletnie zaskoczył mówiący delikatnym głosem Gary Oldman w roli tytułowej – sztuczna inteligencja o wrażliwości dziecka, pragnące bardziej poznać świat. Zmuszony jest jednak do złych czynów, zaś więź między nim a Julią mocno go zmienia.

tau3

W dniu premiery „Tau” został ostro skrytykowany. Ale to tak naprawdę bardzo solidny thriller ze sztuczną inteligencją w tle. Można było troszkę rozwinąć tło, lecz efekt jest satysfakcjonujący.

7/10

Radosław Ostrowski

Seven in Heaven

Poznajcie Jude’a. To zwykły nastolatek, będący kimś w rodzaju nerda. Ma dziewczynę Nellę, jest troszkę gnębiony przez Dereka, ale przychodzi na imprezę do jego domu. I tam odbywa się gra w „Siedem minut”. Jeśli dwie osoby płci obojga trafią na kartę brunetki, ma dwa wyjścia: albo zrobić lizanko, albo zamknąć się w szafie na 7 minut. Pada na Jude’a i June, a wybierają szafę. Kiedy z niej wychodzą, rzeczywistość wydaje się dziwaczna, mroczna oraz nieprzyjemna.

seven in heaven1

Kolejne małe dzieło od Netflixa wyprodukowane przez Blumhouse. Czyli wiadomo, że będzie tanio, z mniej znanymi aktorami oraz może ciekawie. Nie jest to jednak stricte horror, ale pojawia się element nadprzyrodzony. Trudno ogarnąć działanie tego alternatywnego świata, jednak powoli zaczynamy odkrywać kolejne puzzle. Akcja zaczyna się toczyć równolegle, co pomaga w budowaniu napięciu oraz poczucia niepokoju. Do tego nasz bohater zostaje oskarżony o morderstwo kolegi, ludzie zachowują się dziwnie i jest cały czas noc. Zagadka wywołuje spore zamieszanie, a i wytłumaczenie nie jest obraźliwe czy z dupy. Chociaż może wydawać się dziwaczne. Nie brakuje dość ciekawych pomysłów (makabryczna wersja gry „prawda czy wyzwanie” czy postać pana Wallace’a), jednak całość ma jeden poważny problem: film nie przeraża. Nie wywołuje grozy, choć nie korzysta z jump-scare’ów czy gwałtownie atakującej muzyki. I za to jest spory plus, tak samo sprawnie opowiedziana jest intryga. No i jest jeszcze zakończenie, które mąci w głowie, wywołując sporą konsternację.

seven in heaven2

Aktorsko jest, szczerze mówiąc, dość średnio. Nie ma tutaj znanych nazwisk, ani wielkich nazwisk, co akurat nie dziwi. Blumhouse jest znany z tego, że robi takie filmy, za małe pieniądze. Więc nie powinno być szału. No i nie ma, ale wstydu też nie zauważyłem. Główni bohaterowi budzą sympatię, zależało mi na nich, a i emocje pokazywane przez nich brzmiały ok. jedynie Gary Cole w roli pana Wallace’a wybija się najbardziej. Sprawia wrażenie osoby wiedzącej więcej niż mówi, intryguje i wydaje się panować nad obydwoma światami.

seven in heaven3

„Seven in Heaven” wydaje się być takim jednorazowym straszakiem SF. Po seansie może nie zostanie za długo, ale sam seans nie wywołuje znużenia. Wykonany jest porządnie, nie drażni, ale też nie przeraża. A chyba nie o to chodzi.

6/10

Radosław Ostrowski

Golem

Wszystko zaczyna się w dość tajemniczy sposób. Mamy grupę lekarzy, którzy przeprowadzają operację. Pierwsze wypowiadane słowa wydają się mętne, niejasne. Potem dowiadujemy się, że 40 lat temu doszło do atomowej zagłady. Zaczęły krążyć plotki, że tworzy się sztucznych ludzi. A potem trafiamy na niejakiego Pernata, który wychodzi z więzienia, mimo podejrzeń o morderstwo lekarza. Trafia do kamienicy, gdzie mieszka dość pokręcona grupa ludzi.

golem1

Na hasło polski film SF wiele osób reaguje zdumieniem. Bo przecież u nas takich filmów się nie robi, nie mamy takich budżetów oraz możliwości godne filmów z USA. Jednak od każdej reguły są wyjątki. A kimś takim był Piotr Szulkin, który na przełomie lat 70. i 80. zrealizował kilka filmów SF. Wszystko zaczęło się od „Golema”, który jest bardzo zagadkowym kinem. Klimatem przypomina troszkę dzieła Terry’ego Gilliama z wizualnym stylem Jean-Pierre’a Jeuneta. Niby konstrukcyjnie to jest snuj, gdzie Pernat zderza się ze spotykanymi ludźmi. Wiele wydarzeń dzieje się poza ekranem, a wszystko służy jednemu celowi: pokazaniu świata po zagładzie. Świata, gdzie tworzy się sztucznych ludzi, by społeczeństwo mogło dalej funkcjonować. Ludzi podporządkowanych, pozbawionych własnych pragnień i potrzeb. Ale w naszym bohaterze budzą się potrzeby, chęci, indywidualność. To nie jest w żaden sposób tolerowane. Brudny, odpychający świat pełen kontroli (wizyta u dentysty), bierności oraz samotnych ludzi, pozbawionych celu w życiu. I jeszcze wplecione rozmowy lekarzy, co „stworzyli” Pernata – ich kolejne ruchy, reakcje na jego zachowania.

golem2

Depresyjny klimat, pełen obcości potęguje warstwa audio-wizualna. Zielono-żółtawe zdjęcia korytarzy, krótki motyw Zygmunta Koniecznego, sporo mroku – wszystko to zapada w pamięć. Szulkin pewnie prowadzi kamerę, zaś dialogi pełne są wieloznaczności. Niektóre teksty są wręcz przesiąknięte czarnym humorem czy goryczą. Nadmiar tajemnicy, symboli (orkiestra najpierw zdesynchronizowana, potem tworzy spójny ruch; otwierające się okna; karta wisielca) nie jest na szczęście balastem. Do dodatkowy klucz do interpretacji, czyniący „Golema” filmem do wielokrotnego użytku. Zwłaszcza finał, gdzie mamy przemówienie (z krótkimi pokazami) oraz wcześniej niejednoznaczną scenę. Więcej wam nie zdradzę.

golem3

A najmocniejszym punktem filmu aktorstwo, z kapitalnym Markiem Walczewskim w roli Pernata. Kompletnie zdezorientowany, nie pamiętający swojej przeszłości człowiek czy sztuczny twór. Ta postać próbuje znaleźć swoje miejsce w dziwacznym świecie i wydaje się jedynym normalnym. Bo kogo jeszcze tutaj mamy: prostytutkę Rozynę (troszkę inna Krystyna Janda), zwichrowanego studenta (ekspresyjny Krzysztof Majchrzak), pragnącego wykupić cenną książkę starca (Wiesław Drzewicz) oraz jego córkę Miriam (Joanna Zółkowska) czy tajemniczy administrator Holtrum (Mariusz Dmochowski). Jest jeszcze duet lekarzy (Andrzej Seweryn/Marian Opania), mający różne wizje tego, co należy zrobić z Pernatem, który uciekł im z placówki. Te krótkie wejścia potęguje poczucie bezsilności wobec bezwzględnego systemu.

golem4

Intrygujący, tajemniczy, oryginalny – te słowa przychodzą mi do głowy po seansie „Golema”. Szulkin w konwencji SF opowiada tak naprawdę o ówczesnej rzeczywistości. Robi to jednak w tak nieoczywisty sposób, że nie da się tego zapomnieć. A to dopiero początek przygody reżysera z tym gatunkiem.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Film jest (jeszcze) dostępny na VOD na stronie Studia Filmowego Zebra, które ma prawa do tego tytułu. Został on cyfrowo zrekonstruowany pod nadzorem reżysera oraz dźwiękowca Nikodema Wołka-Łaniewskiego. Link znajdziecie tutaj. Zobaczcie, póki jeszcze jest.

iBoy

Ileż to było filmów o superbohaterach, które nie były adaptacjami komiksów? Było ich trochę jak „Niezniszczalny” Shyamalana czy „Super” Jamesa Gunna, ale swoje trzy grosze próbował też dorzucić Netflix. I tak pojawił się w ich bibliotece brytyjski „iBoy”, który próbuje pójść inną drogą niż filmy o superbohaterach.

Tom to zwykły, szary nastolatek z blokowiska. Bardzo wycofany, nieśmiały i zakochany w koleżance z klasy – Lucy. Do tego zaczynają ostatnie egzaminy, mające zdecydować się o przyszłym życiu. Jednak wszystko zmienia się z powodu pewnego incydentu: zostaje postrzelony podczas odwiedzenia dziewczyny, która – jak się okazuje – została zgwałcona. Żeby było zabawniej, podczas upadku do części mózgu wchodzą fragmenty rozbitego telefonu komórkowego. Przypadkowo odkrywa, że „widzi” to, co inni mają na ekranie swoich komórek, słyszy ich rozmowy. I zamierza to wykorzystać, by wymierzyć sprawiedliwość.

iboy1

Oglądając film miałem skojarzenie z grą „Watch Dogs”, gdzie też protagonista niszczył i włamywał się do różnych sprzętów nowoczesnej technologii. Ale „iBoy” to produkcja zdecydowanie dla nastolatków, zmierzając niemal ku klasycznemu kinu zemsty. Z drugiej strony ma wątek miłosny między nieśmiałym chłopakiem a koleżanką, lecz to nie porywa aż tak bardzo jak cała ta sensacyjna intryga. Powolne odkrywanie kolejnych postaci, działając coraz bardziej bezwzględnie. Twórcy nie próbują zagłębiać w kwestie tego, jak to technologiczne cudeńko daje spore możliwości. Bohater zaskakująco łatwo przechodzi nad tym do porządku dziennego, co troszkę mnie zaskoczyło. Można było tutaj pokazać reperkusje, jakie z tego wynikają – zniekształcony obraz, silniejsze bóle głowy. Jest odpowiednio mrocznie, ale nie użyłbym słowa dojrzały przy tym filmie. Nie brakuje pewnych głupot oraz drobnych bzdur fabularnych (moce bohatera m.in. doprowadzając do przeciążenia sprzętu czy szybkiej nauki walki), nie mniej nie wywołuje tu aż takiej irytacji jak można było się spodziewać.

Same efekty specjalne prezentują się naprawdę przyzwoicie, stanowiąc spójną całość z obrazem. Tak samo jak bardzo stonowana kolorystyka niczym w dokumencie. Ale nie ma tutaj trzęsącej się kamery, w tle jest pulsująca elektronika, zaś rzadkie sceny akcji są zrobione płynnie i czytelnie. Mimo, że zakończenie nie daje satysfakcji, co mnie troszkę boli.

iboy2

Sytuację próbują ratować aktorzy. Dobrze sobie radzi grający główną rolę Bill Miner. Jego Tom to bardzo nieśmiały chłopak, ale wskutek incydentu zmienia się w mściciela, zaś żądzą wyrównania rachunków staje się silniejsza od czegokolwiek. Równie porządnie radzi sobie Maisie Williams w roli Lucy i jest między nią a Minerem naprawdę niezła chemia. Dla mnie film jednak kradnie Rory Kinnear jako gangster Ellman, bez popadanie w przerysowanie. Bardzo opanowany, spokojny, a jednocześnie wyluzowany, nawet w brutalniejszych momentach. Szkoda tylko, że pojawia się tak krótko. Świetna postać.

„iBoy” nie jest jakimś nowym rozdaniem w świecie filmów superbohaterskich, ale to kawał całkiem przyzwoitej rozrywki z brytyjskim sznytem. Sprawnie poprowadzone, solidnie zagrane, miejscami zabawne i brutalne, jednak pełne drobnych głupotek. Pozycja zdecydowanie dla młodego widza.

6,5/10

Radosław Ostrowski

IO

Tytułowe Io to jeden z księżyców Jowisza, gdzie trafiła niemal cała ludzkość po tym, jak Ziemia powiedziała nam: dość. Powietrze zostało coraz pozbawione tlenu, pojawiały się duże anomalie atmosferyczne, zaś cała fauna i flora nie przetrwała. Na naszej planecie zostali nieliczni ludzie, którzy próbowali przywrócić ją do stanu przed katastrofą jak dr Harry Walden. Tylko, ze te nieliczne próby (włącznie z genetycznymi eksperymentami) kończyły się porażką lub krótkotrwałym sukcesem. Niemniej córka naukowca, desperacko próbuje dokonać przełomu, ale czasu zostało coraz mniej.

IO1

Najnowsze cudo od Netflixa to bardzo kameralne i oszczędne kino SF. Niby takich opowieści o końcu świata było wiele, lecz tutaj próbuje się to ubrać w niemal filozoficzną przypowieść o samotności, dokonywaniu trudnych wyborów oraz ilustracji pewnego uporu, by jednak ugłaskać naszą planetę-matkę. Mocno podniszczony świat, pełen opustoszałych budynków oraz pozornie pięknych krajobrazów może działać na plus, lecz skupienie fabuły na jednej postaci jest strasznie trudne i wymaga czegoś, co pozwala skupić uwagę na dłużej. Dlatego pojawia się druga postać, niejakiego Miceha, który decyduje się wyruszyć na ostatni prom i niejako po drodze trafia do siedziby Waldena (mocno przypominającej budynki z „Marsjanina”). Pozornie daje to spore pole do popisu na potencjalny wątek romansowy, ale twórcy chcą iść w zupełnie innym kierunku. Jest sporo gadania, przez co odkrywamy informacje o całym tym bajzlu, jednak cała opowieść zaczyna robić się zwyczajnie nudna i wręcz usypiająca. Na bohaterach kompletnie mi nie zależało, ich zarysowanie oraz próby dodania głębi kompletnie nie przemawiały do mnie, tak samo jak motywacja głównej protagonistki.

IO2

Niby ma to swój klimat na początku, lecz z każdą sekundą wszystko zaczyna powoli spadać na łeb na szyję. Wszystko wydaje się tutaj bardzo szablonowe, mocno znajome oraz będące tak naprawdę pozbawioną własnego pomysłu na siebie kalką wielu dzieł. I nawet nie pomaga grający w tle Chopin, ani aktorstwo mocno męczących się Margaret Qualley ani Anthony’ego Mackie, którzy starają się bardzo. Tylko, że scenariusz nie daje im zbyt wiele pola do popisu.

„IO” to jeden z najsłabszych filmów Netflixa, jaki widziałem kiedykolwiek. Nudny, smętny, pozbawiony własnego charakteru i marnujący potencjał na co najmniej intrygujące kino. Można stosować zamiast tabletek na sen.

4/10

Radosław Ostrowski

ARQ

Czym jest tytułowy ARQ? To maszyna skonstruowana przez pewnego młodego inżyniera, który kiedyś pracował dla potężnej korporacji Torus. Cacko powstało do stworzenia energetycznego perpetuum mobile, ale okazuje się małym wehikułem czasu. Firma ta prowadzi wielką wojnę w świecie doprowadzonym do wielkiego upadku świata, toksycznego zatrucia oraz braku jedzenia. Ale wszystko zaczyna się w momencie, kiedy do niego oraz dziewczyny wpada trzech kolesi i chcą kasy. To członkowie walczącego ruchu oporu zwanego Blokiem. Ale cała próba wyrwania się kończy śmiercią Rena, który… budzi się znowu w swoim wyrku.

arq1

To jeden z pierwszych filmów zrobionych przez Netflixa i całkiem zgrabna wariacja z „Dniem świstaka” w konwencji SF. Mamy przypadkowo zapętlony dzień (a właściwie parę godzin), gdzie kolejne zgony i repetycje pozwalają odkrywać kolejne elementy intrygi związanej z tą maszyną. Samo tło jest tutaj ledwo zarysowane (wiadomości w tle), a wszystko znajduje się w bardzo zamkniętej przestrzeni. Reżyser odkrywa powoli kolejne elementy układanki, które czynią prostą intrygę coraz bardziej skomplikowaną, gdzie pewne osoby okazują się kimś zupełnie innym niż na początku, a wiele wydarzeń zaczyna zmieniać następne pętle. Więc nie jest tutaj czystej powtórki wydarzeń, bo nie tylko Ren zaczyna respawnować się po śmierci, co jeszcze bardziej wywraca przewidywalność całych wydarzeń. I to wyróżnia „ARQ” z grona wielu klonów „Dnia świstaka”, ale sztafaż SF w zasadzie jest tu ograniczony do minimum.

arq2

Scenografia jest tutaj bardzo oszczędna – w zasadzie najważniejsze jest pomieszczenie z maszyną zwaną ARQ oraz bardzo skromnych efektów specjalnych (wiadomości oraz pojawiający się robot). Problem jednak w tym, że z powodu tej intrygi przestałem zwracać uwagę na postacie. Te osoby bardziej przypominają jakieś awatary, ledwo zarysowane i w zasadzie pozbawione głębi. Nawet główny bohater, czyli Renton, nie jest wyjątkiem od reguły, choć zagrane jest to naprawdę solidnie. Co na bank pomagają kompletnie nieznane, mało ograne twarze.

arq3

Jak więc ocenić „ARQ”? Niby ograny pomysł z pętlą w czasie, ale spokojna realizacja, ciągle wolty i przewrotki są w stanie dostarczy wiele satysfakcji. Jako rozrywkowe dzieło sprawdza się solidnie, chociaż czasem logika może budzić wątpliwości (pętle przeżywane przez innych). Ale to nie są irytujące detale, psujące przyjemność z seansu.

7/10

Radosław Ostrowski

Nie otwieraj oczu

Ileż było wizji zagłady świata na ekranie – tego nie jest w stanie nikt wymienić. Ostatnim takim postapokaliptycznym doświadczeniem było „Ciche miejsce” niejakiego Johna Krasińskiego. Ale Netflix postanowił, że gorszy nie będzie i zrealizuje film w podobnym tonie. Tak powstało „Nie otwieraj oczu” w reżyserii Suzanne Bier. Punkt wyjścia jest bardzo prosty: Majorie jest kobietą samotnie wychowująca dwójkę dzieci i decyduje się wyruszyć się przez rzekę. Od razu ostrzega swoje, żeby nie zdejmowały opasek na oczy podczas całej eskapady, bo inaczej umrą. A następnie cofamy się 5 lat wstecz, kiedy nasza kobieta jest blisko porodu i dochodzi do epidemii. Ludzie nagle zaczynają popełniać samobójstwo po spojrzeniu na tajemnicze coś.

bird_box1

Ta chronologiczna przeplatanka między „teraz” a „kiedyś” to jedna z tych rzeczy, które wyróżniają ten film z grona produkcji o tematyce post-apo. Na pierwszy rzut oka jest sztampowo, bo w przeszłości trafiamy do domu, gdzie przebywa nieliczna grupka ocalałych: starsza pani, weteran wojenny, narwaniec, maniak na punkcie teorii spiskowych, młoda policjantka, diler i Azjata. Potem dochodzą jeszcze dwie osoby, ale tak naprawdę interakcje między nimi przez sporą część filmu i to potrafi miejscami zaangażować. Tak samo jak momenty, gdy bohaterowie włamują się do marketu, co potrafi nawet utrzymać w napięciu. Chociaż logika czasem mocno siada (czemu bezpiecznie jest nie na zewnątrz, ale już w zamkniętych przestrzeniach typu dom, market już tak), a mechanizmy funkcjonowania tej dziwnej epidemii pozostają dość niejasne. Choć koncepcja z nakładaniem opasek na oczy, by nie widzieć zagrożenia może wydawać się początkowo zabawna, wręcz głupawa, potrafi utrzymać w napięciu. Chociaż nie zawsze, co jest dość mocno odczuwalne bliżej finału czy punktu kulminacyjnego związanego z niejakim Garym.

bird_box2

Samo wykonanie też prezentuje się solidnie. Trudno mi się przyczepić do zdjęć (zwłaszcza z oczu, gdy nosi się opaskę) czy efektów specjalnych, ale najbardziej zaskoczyła mnie muzyka, której… niemal nie było słychać. Czasami ten scenariusz nie zawsze satysfakcjonuje (zwłaszcza sceny w lesie, mocno budzące skojarzenie ze „Zdarzeniem”), tajemnica wydaje się niejasna (choć nie pokazanie tych istot jest jednak zaletą), a finał wprawia w zakłopotanie.

bird_box3

Całkiem nieźle się prezentuje aktorstwo z dobrze sobie radzącą Sandrą Bullock w roli naszej protagonistki. Jej przemiana z dość niezdecydowanej do macierzyństwa w matkę, która zrobi wszystko dla przetrwania swojej rodziny jest pokazana bez cienia fałszu. Z nią też najłatwiej można się identyfikować. Na ekranie zobaczyć też solidnego Johna Malkovicha (narwany Douglas), niezłą Jackie Weaver (Cheryl) czy coraz bardziej przebijającą się Danielle Macdonald (Olympia). Dla mnie jednak największe wrażenie zrobił Trevante Rhodes w roli empatycznego, zaradnego Toma oraz dość mroczny epizod Toma Hollandera jako Gary’ego.

Chciałbym powiedzieć, że Netflix potrafi ogarniać kino gatunkowe, lecz efekt jest znowu średni. Mocno schematyczne, choć miejscami niepozbawione emocji kino, gdzie dość istotna jest kwestia macierzyństwa w nieludzkim świecie. Nie do końca potrafi wykorzystać swój potencjał.

6/10 

Radosław Ostrowski

Projekt: Monster

Na pierwszy rzut oka ten film wydaje się nie mieć jakiejkolwiek fabuły. Jest majowa noc oraz impreza pożegnalna, ponieważ nasz (przynajmniej tak się wydaje) bohater o szlachetnym imieniu Rob, wyrusza do Japonii jako wiceprezes korporacji. Jednak powoli atmosfera robi się nudna, wychodzi pewna paskudna tajemnica i wydaje się, że już gorzej nie będzie. Aż tu nagle pizgło, gwizdło i jebło. Gaśnie światło, trzęsie się ziemia i dochodzi do paru eksplozji.

cloverfield3

Film Matta Reevesa stał się początkiem pewnej nieoficjalnej serii zwanej „Cloverfield”. Film u nas nazwany „Projekt: Monster” jest utrzymany w konwencji wywołującej u mnie dość sporą niechęć – found footage. Innymi słowy, mamy tutaj zapis nagrania na kamerze z ręki. Zazwyczaj tego typu filmy mają wprawić w stan konsternacji oraz maskować bardzo niewielki budżet filmu. Zawsze są też momenty, gdzie można byłoby spokojnie rzucić kamerę w diabły i zwyczajnie uciekać, zamiast filmować całe otoczenie. Tutaj na szczęście nie jest tego aż tak dużo (może poza sceną pewnego bliższego spotkania – więcej nie zdradzę), ale i tak film nie do końca mnie zaangażował. Na plus trzeba pochwalić tutaj budowanie atmosfery tajemnicy, która bardzo powoli jest dawkowana. Panuje wielki chaos, nikt nic nie wie, nawet wojsko ze swoimi potężnymi zabawkami wydaje się zwyczajnie bezradne. A co najciekawsze, nie wszystko zostaje wyjaśnione, a pytanie skąd się wzięło tajemnicze monstrum pozostaje zagadką do samego końca. Czy to był nieudany eksperyment naukowy, może wybudzona bestia niczym Godzilla, a może jakaś pradawna bestia sprzed milionów lat? Pozostają tylko spekulacje, ale na odpowiedzi nie liczcie.

cloverfield1

Druga rzecz jaka uderza, to brak muzyki instrumentalnej przez niemal cały film. Gdzieś tam w tle przewijają się piosenki, ale wchodzą i wychodzą. Jeśli chodzi o miejscówki, to jest niemal klasyka kina katastroficznego: wyniszczone budynki, demolowane i okradane sklepy, wreszcie opustoszałe metro (niemal w ciemności) czy prowizoryczna baza wojskowa. To potrafi zrobić wrażenie, a napięcie budowane jest na zasadzie gwałtownego ataku (jump-scare’y) oraz pewnego poczucia bezsilności przed nieznanym. Za to kompletnie zaskoczyło mnie wplecenie scen sfilmowanych przed imprezą, wrzuconych niejako losowo, przez przypadek. Zderzenie radości, niemal sielankowych momentów pary bohaterów z niemal namacalnymi wizjami zagłady potrafią zrobić wrażenie. Tak samo bardzo przyzwoity wygląd montrum (w ogóle efekty specjalne wydają się spójnie połączone ze stroną wizualną), którego w całości nigdy nie widzimy. To potrafi miejscami przerazić.

cloverfield2

Sami bohaterowie, czyli zwykli szaraczkowie próbujący jakoś się z tego wykaraskać, zachowują się nawet w miarę logicznie, nie irytują (może poza zbyt rozgadanym Hudem, będącym jednocześnie operatorem). I byli zagrani przez wówczas mało rozpoznawalnych aktorów, którzy teraz są już bardziej kojarzeni (T.J. Miller, Lizzy Caplan, Odette Annable) niż w 2008 roku i wypadają całkiem nieźle.

Czy dzisiaj „Projekt: Monster” jest w stanie wciągnąć czy przerazić? Sama realizacja w takim pseudodokumentalnym stylu działała na mnie odpychająco, choć doceniam bardziej realistyczną i „brudną” wizję zagłady. Zakończenie pozostawia otwarta furtkę do wejścia głębiej w ten świat, z czego skorzystano. Ale to temat na inną historię.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Ant-Man i Osa

Pamiętacie Scotta Langa? Ten drobny złodziejaszek, który potrafi się pomniejszać oraz nawiązywać kontakt z owadami i mrówkami, ostatnio wpakował się w tarapaty. Po akcji na lotnisku (trzeci „Kapitan Ameryka”) otrzymał areszt domowy i stracił kontakt z wynalazcą Hankiem Pymem. Ale w zamian za to poprawił swoje relacje z byłą żoną oraz córką, a także z kumplami założył firmę specjalizującą się w zabezpieczeniach. Samego aresztu zostało mu raptem trzy dni i wygląda na to, że wszystko jest ku prostej drodze. Brzmi pięknie? Jednak dość szybko zostaje wywrócone do góry nogami przez Pyma oraz maszynę do przechodzenia w wymiar kwantowy.

antman22

Pierwszy „Ant-Man” był pozytywnie zaskakującą, lekką rozrywką ubraną w konwencję heist movie, dodając sporo świeżości do MCU. Wróciła ta sama ekipa realizacyjna, zaś cała intryga tutaj skupia się wokół odnalezienia żony Hanka, która ugrzęzła w wymiarze kwantowym. Problem w tym, że jest jeszcze przynajmniej jeszcze dwie strony, którym bardzo zależy na tym wynalazku. Cała historia zaczyna się gmatwać, a nawet pojawiają się mroczniejsze fragmenty związane z przeszłością Pyma. Akcja zaczyna się coraz bardziej komplikować, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i potrafi to sprawić masę frajdy. Znowu błyszczą wszelkie momenty, gdzie wszelkie pomniejszenia oraz powiększania postaci, przedmiotów oraz obecności mrówek (w tym niezapomniany Antonio Banderas). No i każde wejście Luisa to komediowa perełka – szczególnie scena z serum prawdy.

antman21

Sam wątek wymiaru kwantowego oraz jego funkcjonowania dodaje wartości, a sam wygląd jest imponujący. Pamiętacie wymiar astralny z „Doctora Strange’a”? To jest jeszcze bardziej podkręcone, barwne, ale i niebezpieczne miejsce, z którego samodzielny powrót (bez odpowiedniego sprzętu) jest praktycznie niemożliwy. No i jak to wali po oczach – narkotyki nie są w stanie dać takich wizji jak twórcy efektów specjalnych.

Ale mimo prób coraz bardziej uatrakcyjniania fabuły oraz ciągłego dziania się, coś się popsuło. Nie zrozumcie mnie źle, bawiłem się naprawdę dobrze i kilka zabawnych sytuacji naprawdę było w punkt. Niemniej czułem pewien niedosyt, a sam Człowiek-Mrówa zostaje zepchnięty na drugi plan do roli śmieszka. Z nowych postaci tylko Duch wydaje się intrygującą postacią. To nie jest klasyczny łotr, chcący rozpierdolić cały świat albo jest zły, bo tak. Złamana postać z bardzo mrocznym tłem, który wywołuje współczucie, co jest największą zaletą. Tak jak scena po napisach, która zmienia totalnie sytuację naszego bohatera.

antman23

Aktorsko nadal wszystko trzyma poziom. Paul Rudd ciągle sprawdza się w roli Scotta „Ant-Mana” Langa, czyli drobnego złodziejaszka z dobrym sercem oraz troszkę komediowego herosa (ten ciągle popsuty kombinezon). Nie da się go nie lubić, nawet jeśli miejscami zachowuje się niedojrzale. Pazurki za to bardziej pokazuje Evangeline Lilly, która ma kilka świetnie wykonanych scen akcji (no i jej kombinezon robi cuda). Twarda zawodniczka, sama dające sobie radę oraz kopiąca tyłki facetom – jak jej nie kochać? 😉 Ale film i tak kradnie Michael Pena (Luis), dodając masę humoru, lekkości oraz świetnych tekstów. Z nowych postaci świetnie wypada Hannah John-Kamen w roli Ducha (Ava), a także Laurence Fishburne jako dawny partner Pyma.

Powiem wam szczerze, że drugi Ant-Man nadal potrafi dostarczyć lekkiej, niezobowiązującej rozrywki w świecie Marvela. Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że zamiast na bohaterach skupiono się bardziej na akcji (przyznaje, że kreatywnej) i troszkę mniej świeżości tu jest. Jednak finał potrafi chwycić i zadaje pytanie: co dalej?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Wojna bez granic

Na ten film wszyscy fani komiksów oraz Kinowego Uniwersum Marvela. Nie powiem, że ja też na ten film czekałem. Bardzo polubiłem te postacie przez te 10 lat – to od groma czasu, który naprawdę wystarczy. No i wszyscy Avengersi musieli się zmierzyć z największym zagrożenie w historii, czyli Thanosa. Problem w tym, że grupa Obrońców rozpadła się: Stark i Rogers mocno się posprzeczali (trzecia część „Kapitana Ameryki”), Ant-Man i Hawkeye są w areszcie domowym, a reszta herosów jest rozproszona. Czy w ogóle nasi herosi mają szansę na zwycięstwo?

avengers_33

Bracia Russo już od samego początku zapowiadają, że będzie to zupełnie inne kino. Najpierw mamy radiowy komunikat, wołanie o pomoc oraz dosłownie masę trupów dookoła. To statek Thora, a Thanosa nie jest w stanie pokonać nawet Hulk (tak mocno oberwał, że nie pojawia się potem w ogóle). Powoli jednak nasi bohaterowie, czyli wszyscy uczestnicy filmów Marvela, otrzymują info o nim i próbują w każdy możliwy sposób powstrzymać to, co wydaje się nieuniknione. Oczywiście, ze wszystko polane jest szeroko pojęta rozpierduchą oraz kolejnymi próbami zdobycia kolejnych Kamieni Nieskończoności. Jednocześnie twórcy próbują (z powodzeniem) zbudować przeszłość związaną z Thanosem, a akcja przeskakuje z miejsca na miejsce. Mimo pozornego chaosu, cała historia wydaje się bardzo klarowna i jasno przedstawiona. Kilka postaci także zostaje pogłębionych jak Thor, który już nie ma niczego do stracenia czy Star-Lord, który musi dokonać bardzo dramatycznego wyboru. Rozbicie grupy na niejako mniejsze drużyny daje zaskakujące połączenia. Świetnie wypada relacja Thora z Rocketem oraz Starka z Parkerem, a także spięcia między tym pierwszym a dr Stange’m (natężenie ego przekracza dopuszczalne normy).

avengers_31

Realizacyjnie film wygląda olśniewająco (kręcony kamerami IMAX), bo jesteśmy w różnych częściach kosmosu. Wracamy też na stare rewiry, czyli Wakanda, siedziba Starka, nowojorskie Sanktuarium czy Knowhere (siedziba Kolekcjonera), ale są też równie interesujące miejscówki jak choćby kosmiczna kuźnia czy opustoszała, wyniszczona planeta Titan. To wszystko wygląda naprawdę okazale i nie miałem kompletnie poczucia sztuczności. Nie brakuje odrobinki humoru (na szczęście, nie zmienia całego filmu w komedię), zaś stawka gry czuć aż do finału. Także efekty specjalne trzymają swój wysoki poziom, wprawiając w zachwyt.

avengers_32

Aktorsko poziom został utrzymany, zaś sprawdzeni aktorzy już tak się zżyli ze swoimi postaciami, iż trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek innego. Najbardziej z tego grona wybija się Chris Hemsworth, którego Thor staje się zdesperowanym mścicielem, nie mającego już absolutnie nic do stracenia. Podobnie wyróżnia się Benedict Cumberbatch oraz Tom Holland, dodający odrobinę lekkości w historii. Z nowych znajomych nie można zapomnieć o Peterze Dinklage’u jako kowalu Eitrim (jakoś większy się zrobił). No i jeszcze jest Thanos, czyli Josh „Cable” Brolin. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo dużym osiłkiem, który mógłby samymi pięściami rozwalić cały Wszechświat i wierzy w słuszność swoich działań. Zaś motywacja stojąca za jego czynami z jednej strony budzi przerażenie, ale z drugiej jego pobudki oraz przeszłość bohatera potrafią budzić współczucie.

„Wojna bez granic” zamyka trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela z poważnym hukiem. Zamiast zwycięstwa mamy gorycz oraz strasznie brutalne żniwo i jedno pytanie: jak to wszystko odkręcić? A po napisach końcowych cisza i niedowierzanie pozostają na długo. Przynajmniej u mnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski