Avengers: Koniec gry

MCU – obecnie najpopularniejszy serial, jaki nawiedza nasze kina już od roku 2008 i nie wygląda na to, że miałaby się ta maszyna zatrzymać. Choć nie wszystkie odcinki tego cyklu były w pełni satysfakcjonujące, to coraz bardziej zaczynałem zżywać się z tymi postaciami. I nieważne, czy mówimy o Bogu Piorunów, mistrzu łuku czy symbolu wszelkich cnót oraz zalet. Jednak ostatnio nasza grupka superherosów poniosła klęskę, a Thanos swoim pstryknięciem zmiótł połowę populacji Ziemi. Smutek, depresja, beznadzieja i rozpad. Po pięciu latach jednak dochodzi do dziwnej sytuacji – z wymiaru kwantowego wraca (uwięziony tam) Scott Lang aka Ant-Man. I sugeruje pomysł na podróż w czasie, by zdobyć Kamienie Nieskończoności, potem stworzyć rękawicę oraz cofnąć działania Thanosa.

avengers koniec gry1

Ci, których powalił finał „Wojny bez granic”, tym razem mieli dostać szansę odwetu, wyrównania rachunków. Mimo dość długiego metrażu, całość podzielić niejako na trzy etapy. Pierwszy etap to okres żałoby oraz wizja świata po wszystkim – niemal pusty, gdzie nie można się odnaleźć ani pogodzić z tym wszystkim. Tutaj dominuje lekko melancholijny klimat, mimo jednej krótkiej rozpierduchy. Jednak emocje zaczynają coraz bardziej, kiedy dochodzi do podróży w czasie, czyli etapu drugiego. Plan jest bardzo trudny, wręcz karkołomny, a przeskoki dotyczą znajomych miejsc (przebitki z pierwszych „Avergers”, „Strażników Galaktyki” czy drugiego „Thora”), jak i troszkę bardziej dalekiej przeszłości. Odniesienia i odwołania są tutaj bardzo obecne, ale jednocześnie nie są one żadnym obciążeniem czy balastem (czego troszkę się obawiałem). Ale ten etap kończy się pozornym happy endem, bo dochodzi do trzeciego aktu, będący… drugim starciem naszych bohaterów z armią Thanosa.

avengers koniec gry3

Logika nie szwankuje tutaj aż tak bardzo, czego się można spodziewać w przypadku historii z podróżami w czasie. Więcej jest tutaj postawiono na relacje między postaciami, ich dylematy oraz rozterki (tutaj najbardziej wybija się Thor, Stark oraz Hawkeye). Zaś ostateczna rozwałka tutaj rozmachem przypomina starcie z „Wojny bez granic”, ale przeciwnik wydaje się mieć jeszcze większą przewagę liczebną. I co najważniejsze, chłonąłem to wszystko jak gąbka, doprowadzając do zmian oraz pozytywnych zaskoczeń („Avengers Assemble”). Z kolei zakończenie ostatecznie zamyka pewien etap w historii, doprowadzając do drobnej zmiany warty. Nawet nie zauważyłem, kiedy się to wszystko skończyło.

avengers koniec gry2

Nawet jeśli były jakieś wady, nie byłem w stanie ich dostrzec. „Koniec gry” to tak naprawdę koniec jednego rozdziału oraz początek nowego rozdania. Niepozbawiona humoru, akcji oraz interakcji, stanowiąc – dla fanów – wielkie doświadczenie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Perspektywa

Wszystko toczy się gdzieś w kosmosie, a naszymi bohaterami jest ojciec z córką. Ich celem jest Zielona Planeta, gdzie można znaleźć duże złoża aurelaka, dającymi spore pieniądze. Na miejscu byliby najemnicy, którzy zlecili ekspedycję. Całą jednak akcję trafia szlag, kiedy tatuś trafia na podobnego poszukiwacza Ezrę. Ojciec dziewczyny popełnia błąd, chcąc okraść Ezrę i ginie, a ocalona parka niejako zostaje zmuszona do wspólnego działania.

perspektywa1

Film duetu Zeke Call/Chris Caldwell to bardzo kameralny film z niemal śladową ilością aktorów oraz niemal zamkniętą przestrzenią. Ale ten świat, przypominający westerny o poszukiwaczach złota, jest bogaty oraz ciekawy, mając wrażenie większej całości. Czasów ludzi szukających swojego szczęścia, by zebrać spory łup. Samo zbieranie aurelaków jest bardzo specyficzne i wymaga pewnym umiejętności, bo inaczej wszystko zostaje zmarnowany. Mimo pewnej prostoty, mamy tutaj chwytającą opowieść o zaufaniu, zderzeniu niewinności z przetrwaniem oraz cynizmem. Bardzo mi się podoba stylizacja na retro-futuryzm, przypominający produkcje z lat 70. oraz 80., zaś efekty specjalne są wręcz stonowane i oszczędnie wykorzystane. I ta stylówka wydaje się być najmocniejszym punktem filmu. Filmu krótkiego (nieco ponad półtorej godziny, czyli standard) i sprawia wrażenie jakiegoś fragmentu większej całości, którego chciałoby się poznać bliżej. Otwarte zakończenie sugeruje może kontynuację, ale nie liczyłbym na to. Ale „Perspektywa” jest intrygującym kinem inicjacyjnym.

perspektywa2

Wszystko na swoich barkach dźwiga dwoje aktorów, z czego najtrudniejsze zadanie miała Sophie Thatcher. Jej Cee wydaje się troszkę dziewczyną, biorącą udział po raz pierwszy w tej wyprawie. Ale z każdą minutą zaczynamy dostrzegać jak przełamuje się jej nieufność, mieszając delikatność z surowością. Dziewczynie partneruje Jay Duplass (ojciec Damon) oraz cudowny Pedro Pascal w roli Ezry, mający coś w sobie z klasycznego awanturnika. Pod tą surowością oraz hardym charakterem widać coś jeszcze. Powoli zaczyna się budować więź między tą dwójką, co musi trwać i jest pokazane bez fałszu.

perspektywa3

„Perspektywa” (co za tłumaczenie) to western w otoczce kina SF. Prosty, nieskomplikowany, ale pociągający, ciekawy i dość odświeżający. Małe, skromne, ale cudne.

7/10

Radosław Ostrowski

W blasku księżyca

Jest rok 1988, Filadelfia. Tutaj pracuje Thomas Lockhart – zwykły krawężnik, który bardzo chciałby pracować jako detektyw. Potrzebuje jedynie sprawy, która pozwoliłaby mu rozpędzić jego karierę. W końcu trafia się coś takiego, choć sprawa jest bardzo tajemnicza. W trzech różnych miejscach zostają znalezione ciała ludzi z trzema kółkami na szyi. Z wszystkich ofiar wylewa się krew z oczu, uszu oraz nosa, która okazuje się… ludzkim mózgiem. Udaje się odnaleźć podejrzaną, jednak mimo intensywnego pościgu, dziewczyna wpada pod pociąg. Dziewięć lat później, kiedy Lockhart awansuje, seria zabójstw powraca, co jeszcze dziwniejsze dokonuje ich… ta sama dziewczyna.

w cieniu ksiezyca1

Najnowsze dzieło Netflixa idzie w stronę stylowego thrillera z elementami nadprzyrodzonymi. Reżyser Jim Mickle znany jest z tego, że potrafi zaskoczyć i parę razy zwieść w pole. Początek bardzo przypomina stylem kryminały z lat 80., gdzie mamy panoramę miasta, noc oraz dość krwawe sceny. Same pościgi i gonitwy wygląda bardzo dynamiczne, w tle gra syntezatorowa muzyka. Zabawa jednak dopiero się zaczyna, zaś kolejne poszlaki wydają się prowadzić w bardzo absurdalne tropy. Tutaj logika może wydawać się niedorzeczna, zaś kolejne przeskoki w lata (co 9 lat) pokazują bardzo destrukcyjną rolę obsesji wyjaśnienia za wszelką cenę sprawy. Wyjaśnienie całe historii tylko pozornie wydaje się niedorzeczne, mimo wykorzystania wątków z kina SF (oklepane podróże w czasie). Muszę jednak przyznać, że reżyserowi udało się mnie zaskoczyć, a po seansie nie miałem poczucia niedorzeczności czy bezsensu wydarzeń ekranowych. A przeskoki w dekadę są pokazane bardzo delikatnie, bo całość niemal ogranicza się do kilku lokalizacji. Niemniej to śledztwo angażuje, mimo paru drobnych bzdur oraz przestylizowania.

w cieniu ksiezyca2

Aktorsko tak naprawdę najwięcej do pokazania miał Boyd Holbrook i ze swojego zadania wywiązuje się z nawiązką. Lockhart w jego interpretacji to ambitny gliniarz, którzy nie odpuszcza okazji do osiągniecia sukcesu. I wierzy, że rozwiązanie tej sprawy będzie dla niego szansą na powrót do normalności, zaś charakteryzacja (bo jego bohater starzeje się) nie wywołuje poczucia sztuczności. Ma dobrą chemię z Bokeemem Woodbinem (Maddox), grającym jego partnera z pracy. Wrażenie zmarnowanego talentu sprawia Michael C. Hall (kapitan Holt), będący na bardzo dalekim planie, za to zaskakuje naznaczona tajemnicą Cleopatra Coleman w roli głównej antagonistki.

w cieniu ksiezyca3

„W blasku księżyca” pokazuje, że Mickle nadal ma talent do tworzenia zaskakujących filmów gatunkowych, choć tutaj była pewna dawka przewidywalności. Jest stylowy, wciąga i dostarcza rozrywki, a to czasem wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Marvel

Jak to możliwe, że dopiero Marvel nakręcił film z superbohaterką w roli głównej? Zostając wyprzedzonym przez DC? Tego się nie spodziewałem, ale czy „Kapitan Marvel” jest w stanie chodzić na własnych nogach? Czy jest bardziej mocno powiązany z poprzednimi częściami serialu zwanego Kinowym Uniwersum Marvela? Po kolei.

Bohaterką filmu jest niejaka Vers – osoba reprezentującą rasę Kree, która jest potężnymi wojownikami w galaktyce. Prowadzą ciągłą wojnę ze zmiennokształtnymi Skrullami, dokonującymi rozpierduchy oraz ataków terrorystycznych. Podczas kolejnej akcji, jakiej celem jest znalezienie swojego człowieka, namierzonego przez Skrulli. Cała operacja okazuje się być zasadzką na Vers, która zostaje schwytana przez zmiennokształtne istoty. Podczas próby wyrwania się im, dziewczyna trafia na C-35. Czyli na Ziemię. A to oznacza dużo komplikacji.

kapitan marvel1

Tym razem ściągnięto do realizacji filmowców z kina niezależnego (reżyser Ryan Fleck oraz scenarzystka Anna Boden), by wrzucić pierwszą superwoman. Do tego sama historia jest niejako prequelem wszystkich wydarzeń z całej serii (oprócz pierwszego Kapitana Ameryka). Ale tak naprawdę jest to opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i przeszłości, bo nasza protagonistka ma przebłyski pewnych zdarzeń. Zdarzeń wymazanych z pamięci oraz świadomości. To jednak podbudowa pod kolejny film z naparzanką, pościgami oraz gonitwą za MacGuffinem. Czy to oznacza, że jest nudno? Twórcy serwują kilka wolt i niespodzianek (kluczowe retrospekcje), więc nie mogę powiedzieć za dużo, ale dojdzie do konfrontacji ze swoją przeszłością, kłamstwami oraz manipulacjami.

kapitan marvel2

Sam początek oraz akcja Kree może budzić pewien stan senny, ale w momencie trafienia Vers na Ziemię, wszystko staje się intensywniejsze. Twórcy serwują buddy movie (relacja między naszą „kosmitką” a Nickiem Fury), zaś humor kompletnie nie pozbawia całości powagi ani dramaturgii. Odkrywanie kolejnych elementów układanki oraz dojrzewanie naszej protagonistki do wykorzystywania swoich megamocy potrafi zaangażować i wciągnąć, a osadzenie fabuły w realiach lat 90. jest pewnym odświeżeniem. Sceny akcji są solidne, tak jak efekty specjalne, więc brakuje jakiegoś mocnego uderzenia, by zapaść w pamięć. Do tego wjeżdża patos, psując dobre wrażenie.

kapitan marvel3

Ale najmocniejszą kartą w talii jest absolutnie fantastyczna Brie Larson. Jej Vers (a tak naprawdę Carol Danvers) to kobitka, która nie potrzebuje mężczyzny. Zarówno jako wsparcia, jak i obiektu uczuciowego (to jest pewne novum), stanowiąca niejako samowystarczalną siłę. Początkowo sprawia wrażenie sztywnej, ale ma ona nie okazywać emocji. A jednocześnie jest to pełna sprzeczności osoba: twarda i zdeterminowana, lecz jednocześnie zagubiona, niepewna. Nie zachowuje się jak idiotka, gdy trafia na Ziemię (a tego się troszkę obawiałem), zaczynając pokazywać troszkę cieplejsze oblicze. Takiej kobity w tym świecie brakowało. I udaje się jej stworzyć silny duet z Samuel L. Jacksonem (fantastycznie odmłodzonym) jako Nickiem Fury, który zaczyna dostrzegać zagrożenie nie z tego świata. Co z tego wyniknie, wszyscy fani wiedzą. Pozytywnie za to zaskakuje antagonista grany przez Bena Mendelsohna, ale więcej nie mogę zdradzić.

„Kapitan Marvel” jest tylko (albo aż) solidnym odcinkiem marvelowej franczyzy, który – o dziwo! – można oglądać bez znajomości poprzednich filmów z tego cyklu. Może nie wybija się tak bardzo z tłumu jak „Strażnicy Galaktyki” czy „Thor: Ragnarok”, jednak potrafi dostarczyć masę zabawy i frajdy. O taką superbohaterkę nic nie robiłem.

7/10

Radosław Ostrowski

Brightburn: Syn ciemności

Sam pomysł na ten film wydaje się bardzo prościutki. Jesteśmy na jakimś ranczu, gdzie mieszka małżeństwo bardzo pragnące mieć dziecko. Ale natura nie może pomóc, zaś proces adopcyjny trwa za długo, więc trzeba czekać na cud. No i zdarza się cud, bo coś przybyło z nieba.  A dokładnie chłopczyk o imieniu Brandon. I wydaje się być takim fajnym, sympatycznym chłopcem. Jednak kiedy dzieciak ma 12 lat, wszystko zaczyna się zmieniać.

brightburn1

Jeśli komuś „Brightburn” skojarzył się z Supermanem, to po części jest to dobre skojarzenie. Ale nowe dzieło Jamesa Gunna (tym razem producent), napisane przez jego braci chce pożenić kino superbohaterskie z horrorem. Chłopak powoli zaczyna odkrywać swoje moce, ale jednocześnie jego pochodzenie jest utrzymywane w tajemnicy. Pytanie tylko co z tym zrobi. Czy pójdzie drogą godną Supermana, czy może jednak przyniesie zagładę naszemu gatunkowi? Problem w tym, że twórcy niejako na samym początku wykładają pewne rzeczy, przez co aura tajemnicy kompletnie znika. Dzieciak strzela oczami, zaczyna latać, rysować jakiś tajemniczy wzór. No i jest „nawiedzony” przez swój kosmiczny statek. Gdyby zrezygnować z pierwszej sceny albo nie pokazywać zderzenia, twórcy mogliby sobie pozwolić na większą zabawę z oczekiwaniami. Można było zgadywać kim jest Brandon, skąd się wziął i co nim motywuje. To ostatnie wydaje się problemem, bo słowa mówią jedno („chcę być dobry”), a czyny mówią zupełnie coś innego.

brightburn2

Niby próbują budować napięcie, ale to się udaje tylko połowicznie. Bo my wiemy więcej i szybciej zaczynamy łączyć elementy układanki. Jedyną satysfakcję jaką czułem podczas seansu to sceny mordów, dokonywanych przez chłopaka. Te momenty nie tylko podnoszą adrenalinę, ale są też krwawe i brutalne. Nikt się tu nie patyczkuje – połamane ręce, wbite szkło do oka oraz rozbryzgująca się krew. Te momenty dostarczają masy satysfakcji, podobnie jak bardzo przewrotne zakończenie, w duchu kultowego „Omen”. Tylko, że jest to opakowane w slashera, mogącego być czymś więcej.

brightburn3

Pewnej wiarygodności dodają aktorzy. Absolutnie czuć tutaj chemię między rodzicami granymi przez Elisabeth Banks oraz Davida Denmana. Ona wręcz desperacko pragnąca dziecko, dlatego nie przyjmuje do wiadomości, że „jej” syn mógł coś narozrabiać (a który rodzic potrafi?) oraz jej bardziej trzymający się ziemi mąż. Świetnie się uzupełnia ten duet, zwłaszcza Banks tutaj błyszczy tworząc bardzo mocną postać, bez popadania w przesadę czy łapanie się za głowę. Ale równie świetny jest Jackson A. Dunn w roli Brandona, choć tak naprawdę nie ma tu zbyt wiele do roboty.

„Brightburn” miało bardzo obiecujący pomysł, który można było rozwinąć na masę sposobów. Ostatecznie wyszedł z tego slasherek ze złym Supermanem w roli głównej. Brutalny i ostry, ale strasznie przewidywalny, przez co działa tylko za pierwszym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

Alita: Battle Angel

Przyszłość jest dla nas nieodgadniona. Jest XXVI wiek, kiedy to doszło do Upadku, zaś na świecie przetrwało tylko jedno latające miasto – Zalem. Wszyscy inni znajdujący się na dole przebywają z Żelaznym Mieście, gdzie pracują najbiedniejsi. Jednym z takich ludzi jest doktor Ido: lekarz zajmujący się leczeniem cyborgów oraz ludzi z mechanicznymi wszczepami. Podczas szukania kolejnych części znajduje dziewczynę, której mózg ocalał. Naukowiec przytwierdza ją do mechanicznego ciała nastolatki i tak rodzi się Alita: szczera dziewczyna z wymazaną przeszłością.

alita1

Adaptacja mangi „Gunnm” była planowana już w latach 90. przez Jamesa Camerona. Jednak ówczesna technologia jeszcze nie pozwalała na pokazanie wizji, jakiej chciał filmowiec. Ostatecznie reżyser „Terminatora” skupił się na tworzeniu „Avatara”, zaś „Alitę” zrealizował Robert Rodriguez. Filmowiec ten specjalizował się w kinie klasy B, ale teraz przyszła pora na blockbuster. Muszę przyznać, że czuć rękę Rodrigueza. Sama historia to niemal klasyczne kino młodzieżowe w otoczce SF. Czego tu nie ma: miłość od pierwszego spojrzenia (niejaki Hugo), poznawanie samej siebie i próba odzyskania wspomnień. W tle mamy niebezpieczny sport zwany Motorballem, który może zapewnić wejście do Zalemu. Ale intryga coraz bardziej zaczyna się gmatwać, pojawia się parę wolt, zaś świat klimatem przypomina cyberpunkowy świat.

alita2

Samo tło jest tylko liźnięte i stanowi pretekst do bezpretensjonalnej rozwałki. Dół to dzielnica nędzy, gdzie ludzie szukają sposobu wejścia na górę. Samej góry nie widzimy, ale podejrzewamy, iż może być tam raj dla najbardziej bogatych i wpływowych. W tle jeszcze mamy zawodników Motorballa, pełniący rolę policjantów Łowcy-Wojownicy, mordercy. Może i jest to mocno uproszczone, ale intryguje. Gdy dochodzi do scen akcji, całość zaczyna nabierać rumieńców oraz kopa. Bijatyki i naparzanki wyglądają wręcz obłędnie – pierwsza bójka Ality, scena w barze czy „eliminacje” Motorballa. Wygląda i brzmi to znakomicie, czując rękę Rodrigueza oraz pracę kamery legendarnego Billa Pope’a („Matrix”, trylogia „Spider-Man” Raimiego).

alita3

Żeby jednak nie było słodko, „Alita” ma parę wad. Po pierwsze, czuć pewne poczucie deja vu. Cyberpunkowy klimat budzi automatyczne skojarzenia z klasyką, choć zaskakujący jest fakt, że większość akcji toczy się za dnia. Po drugie, obecność wątków young adult, zwłaszcza wątek romansowy jest delikatnie słaby. Dialogi podczas tych scen potrafią mocno sprawić ból uszu, co może być spowodowane nijakością wybranka serca. Po trzecie, sam świat nie jest zbyt wyraziście zarysowany, bo wiele rzeczy zostaje zaledwie liźnięty. Za to mogą się podobać fantastyczne efekty specjalne, gdzie wyglądy robotą są niesamowite.

alita4

Aktorsko jest dość nierówny, ale jest jeden mocny atut. Debiutująca na ekranie Rosa Salazar jest cudna w tej roli. Budzi nie tylko sympatię, ma zadziorny charakter oraz twarde pięści. Jest troszkę naiwna, ale powoli zaczyna odkrywać w sobie brutalną, ostrą siłę. Chce się coraz lepiej poznać tą postać oraz jej przeszłość. Z drugiego planu najbardziej wybija się Christoph Waltz jako dr Ido. Tutaj aktor zamiast bycia typowym złolem, staje się mentorem oraz niejako ojcem dla naszej protagonistki. Reszta obsady (zwłaszcza pomocnicy głównego złola, grani tutaj przez Jennifer Connelly oraz Mahershalę Ali) sprawiają wrażenie niewykorzystanych. Są niezbyt wyraziście zarysowani, zaś motywacje pozostają niezbyt wyraźnie zarysowane.

„Alita: Battle Angel” jest udaną adaptacją mangi dokonanej przez Amerykanów. Ze wszystkimi wadami i zaletami, gdzie nie brakuje przegięcia (postać Waltza ze zmutowaną wersją Mjolnura), absurdu oraz obiecującą wizją świata. Naprawdę chciałbym zobaczyć sequel, lecz wyniki box office nie daje szans.

7/10

Radosław Ostrowski

Tau

Sama historia zaczyna się banalnie. Julia jest młodą dziewczyną, która okrada innych i prostytuuje się. Ale po jednej z akcji zostaje zaatakowana i uśpiona. Kiedy się budzi, ma zakneblowane usta, związane ręce i nogi. I jest w jakiejś celi, próbując ogarnąć o co tutaj chodzi. Kim jest tajemniczy mężczyzna, dlaczego ma dziwne coś na karku. Po pewnej udanej próbie wyrwania z celi okazuje się, że znajduje się w domu należącym do naukowca, wykorzystującego tytułowego Tau – prototyp sztucznej inteligencji. Zaś dziewczyna ma wykonywać testy, by rozwinąć AI.

tau2

Kolejne cudadło od Netflixa, idące ku SF. Choć punkt wyjścia może troszkę przypominać „Cube” (zamknięta przestrzeń) czy „Ex Machinę” (relacja człowiek-maszyna), ale nie ma ambicji żadnego z tych. To ma być trzymający w napięciu thriller, w którym bohaterka próbuje uciec. Prowadzona jest ciągle gra między bardzo wycofanym Alexem a próbującą korzystać ze sprytu Julią. Gdzieś pośrodku jest Tau. Maszyna niby zaawansowana i bezwzględnie posłuszna Alexowi, ale jednocześnie izolowana od świata. Nie wiedząca o nim absolutnie nic, co może być pewnym atutem. Ale kto tu kogo oszuka i kto wygra. A kto zginie? Technologia wydaje się być tylko dodatkiem, tłem dla całej intrygi. A kiedy wydaje się, że wszystko łatwo pójdzie, to nie. Pojawia się parę niespodzianek (część jest przewidywalna), finał może wydawać się zbyt spektakularny, niemniej seans jest zaskakująco dobry.

tau1

Wrażenie robi scenografia, tworząca mocno futurystyczny klimat, zaś szczególnie gra oświetleniem. Kiedy jest poczucie zagrożenia, kolory są mocniejsze. Trudno się przyczepić do spraw technicznych, bo to jest bardzo porządnie wykonane. Efekty specjalnie nie kłują mocno po oczach i są wykonane dobrze. Także aktorstwo jest tutaj wykonane solidne. Więcej do pokazania ma Maika Monroe, próbująca wyrwać się z pułapki wszelkim możliwym sposobem. Problemem może być tutaj bardzo wycofany Ed Skrein – zbyt trudno do ugryzienia, ale nie idący w karykaturę. Klasyczny złol, działający dla tzw. wyższego celu. Za to kompletnie zaskoczył mówiący delikatnym głosem Gary Oldman w roli tytułowej – sztuczna inteligencja o wrażliwości dziecka, pragnące bardziej poznać świat. Zmuszony jest jednak do złych czynów, zaś więź między nim a Julią mocno go zmienia.

tau3

W dniu premiery „Tau” został ostro skrytykowany. Ale to tak naprawdę bardzo solidny thriller ze sztuczną inteligencją w tle. Można było troszkę rozwinąć tło, lecz efekt jest satysfakcjonujący.

7/10

Radosław Ostrowski

Seven in Heaven

Poznajcie Jude’a. To zwykły nastolatek, będący kimś w rodzaju nerda. Ma dziewczynę Nellę, jest troszkę gnębiony przez Dereka, ale przychodzi na imprezę do jego domu. I tam odbywa się gra w „Siedem minut”. Jeśli dwie osoby płci obojga trafią na kartę brunetki, ma dwa wyjścia: albo zrobić lizanko, albo zamknąć się w szafie na 7 minut. Pada na Jude’a i June, a wybierają szafę. Kiedy z niej wychodzą, rzeczywistość wydaje się dziwaczna, mroczna oraz nieprzyjemna.

seven in heaven1

Kolejne małe dzieło od Netflixa wyprodukowane przez Blumhouse. Czyli wiadomo, że będzie tanio, z mniej znanymi aktorami oraz może ciekawie. Nie jest to jednak stricte horror, ale pojawia się element nadprzyrodzony. Trudno ogarnąć działanie tego alternatywnego świata, jednak powoli zaczynamy odkrywać kolejne puzzle. Akcja zaczyna się toczyć równolegle, co pomaga w budowaniu napięciu oraz poczucia niepokoju. Do tego nasz bohater zostaje oskarżony o morderstwo kolegi, ludzie zachowują się dziwnie i jest cały czas noc. Zagadka wywołuje spore zamieszanie, a i wytłumaczenie nie jest obraźliwe czy z dupy. Chociaż może wydawać się dziwaczne. Nie brakuje dość ciekawych pomysłów (makabryczna wersja gry „prawda czy wyzwanie” czy postać pana Wallace’a), jednak całość ma jeden poważny problem: film nie przeraża. Nie wywołuje grozy, choć nie korzysta z jump-scare’ów czy gwałtownie atakującej muzyki. I za to jest spory plus, tak samo sprawnie opowiedziana jest intryga. No i jest jeszcze zakończenie, które mąci w głowie, wywołując sporą konsternację.

seven in heaven2

Aktorsko jest, szczerze mówiąc, dość średnio. Nie ma tutaj znanych nazwisk, ani wielkich nazwisk, co akurat nie dziwi. Blumhouse jest znany z tego, że robi takie filmy, za małe pieniądze. Więc nie powinno być szału. No i nie ma, ale wstydu też nie zauważyłem. Główni bohaterowi budzą sympatię, zależało mi na nich, a i emocje pokazywane przez nich brzmiały ok. jedynie Gary Cole w roli pana Wallace’a wybija się najbardziej. Sprawia wrażenie osoby wiedzącej więcej niż mówi, intryguje i wydaje się panować nad obydwoma światami.

seven in heaven3

„Seven in Heaven” wydaje się być takim jednorazowym straszakiem SF. Po seansie może nie zostanie za długo, ale sam seans nie wywołuje znużenia. Wykonany jest porządnie, nie drażni, ale też nie przeraża. A chyba nie o to chodzi.

6/10

Radosław Ostrowski

Golem

Wszystko zaczyna się w dość tajemniczy sposób. Mamy grupę lekarzy, którzy przeprowadzają operację. Pierwsze wypowiadane słowa wydają się mętne, niejasne. Potem dowiadujemy się, że 40 lat temu doszło do atomowej zagłady. Zaczęły krążyć plotki, że tworzy się sztucznych ludzi. A potem trafiamy na niejakiego Pernata, który wychodzi z więzienia, mimo podejrzeń o morderstwo lekarza. Trafia do kamienicy, gdzie mieszka dość pokręcona grupa ludzi.

golem1

Na hasło polski film SF wiele osób reaguje zdumieniem. Bo przecież u nas takich filmów się nie robi, nie mamy takich budżetów oraz możliwości godne filmów z USA. Jednak od każdej reguły są wyjątki. A kimś takim był Piotr Szulkin, który na przełomie lat 70. i 80. zrealizował kilka filmów SF. Wszystko zaczęło się od „Golema”, który jest bardzo zagadkowym kinem. Klimatem przypomina troszkę dzieła Terry’ego Gilliama z wizualnym stylem Jean-Pierre’a Jeuneta. Niby konstrukcyjnie to jest snuj, gdzie Pernat zderza się ze spotykanymi ludźmi. Wiele wydarzeń dzieje się poza ekranem, a wszystko służy jednemu celowi: pokazaniu świata po zagładzie. Świata, gdzie tworzy się sztucznych ludzi, by społeczeństwo mogło dalej funkcjonować. Ludzi podporządkowanych, pozbawionych własnych pragnień i potrzeb. Ale w naszym bohaterze budzą się potrzeby, chęci, indywidualność. To nie jest w żaden sposób tolerowane. Brudny, odpychający świat pełen kontroli (wizyta u dentysty), bierności oraz samotnych ludzi, pozbawionych celu w życiu. I jeszcze wplecione rozmowy lekarzy, co „stworzyli” Pernata – ich kolejne ruchy, reakcje na jego zachowania.

golem2

Depresyjny klimat, pełen obcości potęguje warstwa audio-wizualna. Zielono-żółtawe zdjęcia korytarzy, krótki motyw Zygmunta Koniecznego, sporo mroku – wszystko to zapada w pamięć. Szulkin pewnie prowadzi kamerę, zaś dialogi pełne są wieloznaczności. Niektóre teksty są wręcz przesiąknięte czarnym humorem czy goryczą. Nadmiar tajemnicy, symboli (orkiestra najpierw zdesynchronizowana, potem tworzy spójny ruch; otwierające się okna; karta wisielca) nie jest na szczęście balastem. Do dodatkowy klucz do interpretacji, czyniący „Golema” filmem do wielokrotnego użytku. Zwłaszcza finał, gdzie mamy przemówienie (z krótkimi pokazami) oraz wcześniej niejednoznaczną scenę. Więcej wam nie zdradzę.

golem3

A najmocniejszym punktem filmu aktorstwo, z kapitalnym Markiem Walczewskim w roli Pernata. Kompletnie zdezorientowany, nie pamiętający swojej przeszłości człowiek czy sztuczny twór. Ta postać próbuje znaleźć swoje miejsce w dziwacznym świecie i wydaje się jedynym normalnym. Bo kogo jeszcze tutaj mamy: prostytutkę Rozynę (troszkę inna Krystyna Janda), zwichrowanego studenta (ekspresyjny Krzysztof Majchrzak), pragnącego wykupić cenną książkę starca (Wiesław Drzewicz) oraz jego córkę Miriam (Joanna Zółkowska) czy tajemniczy administrator Holtrum (Mariusz Dmochowski). Jest jeszcze duet lekarzy (Andrzej Seweryn/Marian Opania), mający różne wizje tego, co należy zrobić z Pernatem, który uciekł im z placówki. Te krótkie wejścia potęguje poczucie bezsilności wobec bezwzględnego systemu.

golem4

Intrygujący, tajemniczy, oryginalny – te słowa przychodzą mi do głowy po seansie „Golema”. Szulkin w konwencji SF opowiada tak naprawdę o ówczesnej rzeczywistości. Robi to jednak w tak nieoczywisty sposób, że nie da się tego zapomnieć. A to dopiero początek przygody reżysera z tym gatunkiem.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Film jest (jeszcze) dostępny na VOD na stronie Studia Filmowego Zebra, które ma prawa do tego tytułu. Został on cyfrowo zrekonstruowany pod nadzorem reżysera oraz dźwiękowca Nikodema Wołka-Łaniewskiego. Link znajdziecie tutaj. Zobaczcie, póki jeszcze jest.

iBoy

Ileż to było filmów o superbohaterach, które nie były adaptacjami komiksów? Było ich trochę jak „Niezniszczalny” Shyamalana czy „Super” Jamesa Gunna, ale swoje trzy grosze próbował też dorzucić Netflix. I tak pojawił się w ich bibliotece brytyjski „iBoy”, który próbuje pójść inną drogą niż filmy o superbohaterach.

Tom to zwykły, szary nastolatek z blokowiska. Bardzo wycofany, nieśmiały i zakochany w koleżance z klasy – Lucy. Do tego zaczynają ostatnie egzaminy, mające zdecydować się o przyszłym życiu. Jednak wszystko zmienia się z powodu pewnego incydentu: zostaje postrzelony podczas odwiedzenia dziewczyny, która – jak się okazuje – została zgwałcona. Żeby było zabawniej, podczas upadku do części mózgu wchodzą fragmenty rozbitego telefonu komórkowego. Przypadkowo odkrywa, że „widzi” to, co inni mają na ekranie swoich komórek, słyszy ich rozmowy. I zamierza to wykorzystać, by wymierzyć sprawiedliwość.

iboy1

Oglądając film miałem skojarzenie z grą „Watch Dogs”, gdzie też protagonista niszczył i włamywał się do różnych sprzętów nowoczesnej technologii. Ale „iBoy” to produkcja zdecydowanie dla nastolatków, zmierzając niemal ku klasycznemu kinu zemsty. Z drugiej strony ma wątek miłosny między nieśmiałym chłopakiem a koleżanką, lecz to nie porywa aż tak bardzo jak cała ta sensacyjna intryga. Powolne odkrywanie kolejnych postaci, działając coraz bardziej bezwzględnie. Twórcy nie próbują zagłębiać w kwestie tego, jak to technologiczne cudeńko daje spore możliwości. Bohater zaskakująco łatwo przechodzi nad tym do porządku dziennego, co troszkę mnie zaskoczyło. Można było tutaj pokazać reperkusje, jakie z tego wynikają – zniekształcony obraz, silniejsze bóle głowy. Jest odpowiednio mrocznie, ale nie użyłbym słowa dojrzały przy tym filmie. Nie brakuje pewnych głupot oraz drobnych bzdur fabularnych (moce bohatera m.in. doprowadzając do przeciążenia sprzętu czy szybkiej nauki walki), nie mniej nie wywołuje tu aż takiej irytacji jak można było się spodziewać.

Same efekty specjalne prezentują się naprawdę przyzwoicie, stanowiąc spójną całość z obrazem. Tak samo jak bardzo stonowana kolorystyka niczym w dokumencie. Ale nie ma tutaj trzęsącej się kamery, w tle jest pulsująca elektronika, zaś rzadkie sceny akcji są zrobione płynnie i czytelnie. Mimo, że zakończenie nie daje satysfakcji, co mnie troszkę boli.

iboy2

Sytuację próbują ratować aktorzy. Dobrze sobie radzi grający główną rolę Bill Miner. Jego Tom to bardzo nieśmiały chłopak, ale wskutek incydentu zmienia się w mściciela, zaś żądzą wyrównania rachunków staje się silniejsza od czegokolwiek. Równie porządnie radzi sobie Maisie Williams w roli Lucy i jest między nią a Minerem naprawdę niezła chemia. Dla mnie film jednak kradnie Rory Kinnear jako gangster Ellman, bez popadanie w przerysowanie. Bardzo opanowany, spokojny, a jednocześnie wyluzowany, nawet w brutalniejszych momentach. Szkoda tylko, że pojawia się tak krótko. Świetna postać.

„iBoy” nie jest jakimś nowym rozdaniem w świecie filmów superbohaterskich, ale to kawał całkiem przyzwoitej rozrywki z brytyjskim sznytem. Sprawnie poprowadzone, solidnie zagrane, miejscami zabawne i brutalne, jednak pełne drobnych głupotek. Pozycja zdecydowanie dla młodego widza.

6,5/10

Radosław Ostrowski