Śmiertelny rejs

Gdzieś na otwartym morzu płynie Argonautica – statek wycieczkowy w swój pierwszy rejs. Trwa akurat sztorm i burza, więc warunki nie za dobre. Do tego dochodzi do gigantycznej awarii, przez co nie ma szans na ratunek. Mało nieszczęść? Dołóżmy do tego atak tajemniczych monstrów plus wejście grupki najemników na pirackim statku, dowodzonym przez Flanagana. A na statku jest jeszcze czarująca złodziejka, która została przyłapana na gorącym uczynku.

smiertelny rejs1

Jak możecie wywnioskować po fabule, nakręcony w 1998 roku film Stephena Sommersa to B-klasowy film grozy zmieszany z kinem akcji. Tylko, że zrobionym za duże pieniądze jak na tamte czasy (ponad 50 milionów dolców). Fabuła nie jest specjalnie zaskakująca ani skomplikowana, czyli grupka ludzi w odizolowanej przestrzeni walczy z paskudnym monstrum. Jeśli kojarzy wam się to z „Obcym” (zwłaszcza częścią drugą), to powinniście poczuć się jak w domu. Tylko, że zamiast Ellen Ripley oraz komandosów, są chciwi najemnicy oraz lekko łobuzerski Flanagan. Czyli taki współczesny Han Solo, chcący szybkiego zarobku i nie zadaje pytań o nic. Intryga wydaje się mieć drugie dno (innymi słowy chodzi tylko o hajs), ekipa zaczyna coraz bardziej się wykruszać – spryt i giwery nie wystarczą do pokonania paskud. Tylko, czemu o tych istotach opowiada właściciel statku, a nie jakiś naukowiec obecny na statku? Niby pierdoła, lecz takie drobiazgi troszkę psują frajdę. Są drobne bzdury w rodzaju krzyczenia pod wodą czy dość przewidywalny zdrajca w grupie, ale nikt nie miał tutaj większych ambicji niż dostarczanie rozrywki.

smiertelny rejs2

Sama akcja jest poprowadzona sprawnie, a kilka scen (ucieczka na skuterze w finale czy ciągłe bieganie w środkowej części) potrafią ekscytować. Stricte horroru tu nie ma, bo jest monstrum – w bardzo paskudnych efektach specjalnych (znaczy się brzydko zestarzał) – z mackami. A te połykają ludzi żywcem, zostawiając po sobie morze krwi. Jest brutalnie, a scena z pozostawionymi szkieletami w magazynie robi piorunujące wrażenie. Jeszcze pozostaje finał, mogący sugerować ciąg dalszy. Ale poległ w kinach, więc nic z tego nie wyszło. Ale i zdjęcia czy scenografia także robią wrażenie, tak jak muzyka Jerry’ego Goldsmitha.

smiertelny rejs4

Nie ma tutaj jakiś wielkich gwiazd w tym przedsięwzięciu, choć parę znajomych twarzy się tu pojawia. Flanagan ma tutaj aparycję Treata Williamsa, który swoją rolę traktuje z dużym dystansem i ma taki błysk awanturnika w oczach. Drugim najmocniejszym punktem jest trzymający poziom Wes Studi w roli szefa najemników, będącym opanowanym profesjonalistą. Troszkę humoru dodaje Kevin J. O’Connor (mechanik Pantucci), oko przyciąga Famke Janssen (złodziejka Trillian), zaś z grupy najemników najbardziej wybija się lekko nerwowy Jason Flemyng (Mulligan).

smiertelny rejs3

„Śmiertelny rejs” może i jest kalką klasycznych horrorów, niemniej jest tego w pełni świadomy. Bardzo lekka rozrywka, zrobiona bardzo porządnie, czego po filmie klasy B nie jest częste. Może nie jest to najlepszy film klasy B, lecz swoje zadanie wykonuje bez zarzutu.

6/10

Radosław Ostrowski

Śmierć nadejdzie dziś 2

Kiedy usłyszałem o planie kontynuacji „Śmierć nadejdzie dziś” byłem więcej niż sceptyczny. No bo pętla wobec Tree została przerwana, morderca zabity, więc co należałoby wymyślić do stworzenia tej kontynuacji? I pozornie reżyser Christopher Landon znajduje wyjście, choć pierwsze paręnaście minut wydaje się prostym pomysłem przeniesienia pętli na kogoś innego. Ale jednak po kolei.

smierc nadejdzie dzis 2-2

Na początku bohaterem jest jeden ze studentów, Azjata Ryan. Razem z kumplami stworzył maszynę zwaną Suzi – reaktor kwantowy. Po samoczynnym wystrzeleniu wynalazku, który doprowadza do paru zniszczeń dziekan zamyka projekt. A potem chłopak zostaje zamordowany przez gościa z maską bobasa. I budzi się tego samego dnia, czyli 19 września. Ryan opowiada Carterowi i Tree, co się stało, a dziewczyna (co sama przeżyła czasową pętlę) decydują się mu pomóc. Udaje się schwytać mordercę, którym jest… Ryan z innego wymiaru. Ten mówi, że trzeba zabić swojego dublera, bo inaczej pętla się nie zamknie. Przestraszony oryginał odpala Suzi, co doprowadza do sytuacji, że Tree… budzi się 18 września. Czyli wraca do sytuacji z pierwszej części, tylko że… w innym wymiarze.

smierc nadejdzie dzis 2-1

Jeśli oczekujecie więcej horroru (a dokładnie slasherowej wersji „Dnia świstaka” 2.0), to nie macie czego szukać. Nadal jest to samoświadoma czarna komedia, gdzie widzimy dość zaskakujące i rozbrajające momenty zgonów Tree. Tylko, że nadbudowa przypomina jeden odcinek „Teorii wielkiego podrywu”, gdzie grupka nerdów próbuje naszej bohaterce wrócić do swojego wymiaru. Czyli taki uwspółcześniony „Powrót do przyszłości 2”. Niby jesteśmy u siebie, lecz pewne elementy są tutaj inaczej poprowadzone. Wracają stare elementy (morderca w masce, zbrodniarz w szpitalu i starzy znajomi), jednak klocki są tutaj inaczej poukładane, co daje pewnej świeżości. Nadal mamy tutaj fajnie poprowadzone napięcie (wariacje scen w szpitalu czy pulsujący), nie brakuje paru niespodzianek oraz wolt.

Jednocześnie mamy przebijające się pytanie o możliwość wyboru między przeszłością a teraźniejszością. Czy chcielibyście jeszcze raz spotkać osoby zmarłe w wersji żywej, ale w nie swoim życiu, czy może jednak żyć tak jak jest? Ale to jest przede wszystkim dobra rozrywka i takie refleksje są niejako mimo woli rzucane.

smierc nadejdzie dzis 2-3

Dawno się nie uśmiałem na horrorze i to w sposób zamierzony. Bohaterowie nadal są sympatyczni i fajnie zagrani ze świetną Jessicą Rothe na czele, zaś finałowa scena po napisach sugeruje ciąg dalszy. Ten sequel idzie w zupełnie innym kierunku niż można się było spodziewać i to dla mnie plus. Jest lepiej poprowadzony, śmieszy oraz sama historia jest ciekawsza.

7/10

Radosław Ostrowski

Rebelia

Było już wiele filmów o inwazji kosmitów na Ziemię. Jednak tym razem cała akcja została poprowadzona w sposób pokojowy, czyli politycy postanowili skapitulować i oddać świat (przynajmniej tak zrobili Amerykanie) w pakowanie istot zwanych złośliwie karaluchami. Wszystkie miasta zostały otoczone murem, kosmici zneutralizowani system komputerowy (zagłuszanie sieci), panuje permanentna inwigilacja, a za wiele zbrodni grozi deportacja na obcą planetę. Dziewięć lat po pierwszym kontakcie w Chicago planowany jest zamach terrorystyczny przez ruch oporu zwany Feniksem. Już wcześniej próbowano dokonać zamachu, który zakończył się klęską oraz kompletnym zniszczeniem w pył powierzchni Wicker Park. Organizację próbuje wytropić oficer policji William Mulligan, a do tego celu chce wykorzystać brata zmarłego członka grupy. Tylko, że Gabriel chce uciec z tego miasta.

captive state1

Film Ruperta Wyatta, mimo skromnych środków, poległ w kinach nie zwracając nawet połowy budżetu. Czyżby to był aż tak słaby film, czy może marketing był tak słaby, że nie wiadomo było czym tak naprawdę jest „Rebelia”. Nie jest to klasycznie rozumiane SF, bo technologia jest tutaj praktycznie niewykorzystywana, zaś sami Obcy pojawiają się bardzo rzadko. Bardziej to przypomina kryminał, gdzie mamy tutaj śledzenie, tropienie oraz infiltrację. Dlatego nie ma tutaj efektownej akcji, popisów efektów specjalnych, a wszystko wydaje się bardzo dziwnie znajome. Wszystko utrzymane jest w klimacie kina noir, pełnym szarości, brudu oraz pewnej beznadziei. Sama intryga jest prowadzona w sposób bardzo spokojny i wyważony, ale wymaga bardzo uważnego skupienia, bo można się pogubić w tym wszystkim. Przez większość filmu obserwujemy przygotowania do realizacji zamachu, obserwując całą mechanikę funkcjonowania ruchu oporu: od sposobu komunikacji przez oszukiwanie systemu inwigilacji (wszczepione implanty).

captive state3

Ta konspiracja naprawdę działa, zaś sam przebieg oraz konsekwencje całego zamachu potrafią zaangażować, mimo faktu, że główni bohaterowie zostają zepchnięci na daleki plan. I to mnie bardzo bolało, jakby twórcy sobie o tych postaciach przypominają pod koniec (znaczy przez ostatnie 40 minut). Mam też wrażenie, że cały ten społeczny podział mógł zostać o wiele bardziej zarysowany, bo przez większość czasu jestem w dzielnicach biedoty. Praktycznie nie jesteśmy w prywatnych mieszkaniach osób u władzy. Sama scenografia pomaga w budowaniu klimatu, rzadko wykorzystując technologiczne cuda wianki (może poza dronami oraz dziwacznymi statkami w kształcie kamieni). A w tle gra bardzo pulsująca elektronika, co pomaga w budowie niepokojącego klimatu. Tak samo jak bardzo zaskakujący finał.

captive state4

Aktorsko dominują tutaj mniej znane przeze mnie twarze, przez co dodają tego klimatu. Ale prawdę mówiąc najważniejsze są dwie postacie: gliniarza Mulligana oraz Gabriela Drummonda. Pierwszego gra niezawodny John Goodman, który wydaje się bardzo zblazowany, wręcz emanujący spokojem (co słychać w głosie), ale jednocześnie wydaje się bardzo śliskim stróżem prawa. Niemniej pod tą postacią skrywa się coś więcej, jednak to wymaga obejrzenia całości do samego końca. Drugim bohaterem jest Gabriel w wykonaniu Ashtona Sandersa, który jest bardzo wycofanym bohaterem i niejako wbrew sobie zostaje wplątany w całą intrygę. I ta postać potrafi wzbudzić sympatię, mimo niewielkiego czasu na ekranie. Poza nimi na drugim planie mamy tak rozpoznawalne twarze jak Vera Farmiga (prostytutka Jane Doe), Jamesa Ransome’a (Patrick Ellison) czy rapera MGK’a (drobny epizod Jurgisa).

captive state2

Warto dać szansę „Rebelii”, bo widać bardzo inne podejście w kwestii opowieści o inwazji kosmitów oraz ich pobycie na Ziemi. Bardziej stonowany wizualnie, z bardzo brudnym klimatem oraz nieoczywistym zakończeniem. Kawał bardzo porządnego kina.

7/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Daleko od domu

Nasz ulubiony ostatnio miał więcej niż ciężko. Nie dość, że zniknął z powodu pstryknięcia Thanosa (to akurat udało się odkręcić), to jeszcze stracił swojego mentora, Tony’ego Starka (to już było nieodwracalne). Po ośmiu miesiącach od wydarzeń z „Końca gry”, nasz Spidek próbuje normalnie funkcjonować. Bo bycie nastolatkiem i superherosem jednocześnie to jest ciężka robota. Zwłaszcza, gdy otoczenie odbiera ciebie jako następcę Ajron Mena. To prawie tak jak bycie synem króla sedesów – zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Na szczęście są wakacje i wycieczka szkolna do największego kraju na świecie – Europy. W końcu będzie mógł naładować baterie i mieć święty spokój od bandytów, superłotrów, prawda? Nic bardziej mylnego, zwłaszcza gdy do akcji wkracza sam Nick Fury, a po okolicy szaleją groźne żywiołaki.

spider-man daleko2

„Far from Home” z jednej strony jest sequelem „Homecoming”, z drugiej zaś jest niejako epilogiem „Endgame”. Reżyser Jon Watts nadal próbuje (tak jak Parker) lawirować między dwoma światami. Bo jest świat nastolatka, przeżywającego miłość do MJ, więź kumpelską z Nedem i geekowskim umysłem. Ale jest też świat zagrożenia z innego wymiaru (żywiołaki), tajemniczy heros ze szklaną kulą na głowie, Nick Fury oraz rozpierducha wisząca w powietrzu. Zderzenie tych dwóch światów coraz bardziej zaczyna Petera męczyć, przez co szansa na tzw. normalne życie staje się coraz trudniejsza. Zupełnie jakby nie można było mieć świętego spokoju. Po drodze wędrujemy po kontynencie (Wenecja, Londyn, Praga, Berlin), zaś coś takiego jak nuda tu nie istnieje. Same sceny akcji są tutaj naprawdę szalone, a wiele rzeczy oparto na pewnych mistyfikacjach oraz wizualnych sztuczkach. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tym opiera się clue całej intrygi. Tutaj bardziej wybija się kwestia zaufania, fake newsów oraz stworzenia samego siebie na własnych nogach.

spider-man daleko1

Każdy z tych wątków jest bardzo dobrze poprowadzony, jednak pierwsza część mi się bardziej podobała. Po pierwsze, była czymś świeżym oraz bardziej przyziemnym spojrzeniu na los superherosa. Po drugie, miała ciekawszego antagonistę, z przekonującą motywacją, co tutaj nie do końca wyszło. No i jednak nasz Spidek bardziej pasuje do Nowego Jorku niż do europejskiego tournée, ale to akurat jest kwestia indywidualna. Za to sporą satysfakcję daje finał oraz sceny po napisach, pokazujące kolejne przeszkody, jakie będzie miał nasz chłopak do pokonania. Będzie ciekawie.

spider-man daleko3

Tom Holland nadal sprawdza się jako Peter Parker i Spider-Man, a oglądanie go to największa frajda. Dla mnie najlepsza inkarnacja młodego superbohatera. Świetnie partneruje mu Zendaya (MJ), czuć między nimi chemię, a dziewucha jest bardzo charakterna, czasami złośliwa, ale do bólu szczera. No i niegłupia jest. Na drugim planie bardzo wybija się Jon Favreau (Happy Hogan) oraz Samuel L. Jackson (Nick Fury), mający troszkę do roboty. A jak sobie radzi Mysterio, czyli Jake Gyllenhaal? Jest na tyle charyzmatycznym aktorem, że bardzo łatwo sprzedaje swoją postać przybysza z innego świata (multiversum istnieje) i początkowo sprawia wrażenie kogoś, kto mógłby być mentorem dla Parkera. Jednak jego motywacja ma drugie dno, które czyniło go troszkę sztampowym.

„Daleko od domu” to coś w rodzaju odskoczni od troszkę poważniejszych filmów MCU. Nadal jest to bezpretensjonalna rozrywka, raczej dla młodego widza. Nudy nie zauważyłem, efekty specjalne są świetne, a Tom Holland pasuje do tej roli idealnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Avengers: Koniec gry

MCU – obecnie najpopularniejszy serial, jaki nawiedza nasze kina już od roku 2008 i nie wygląda na to, że miałaby się ta maszyna zatrzymać. Choć nie wszystkie odcinki tego cyklu były w pełni satysfakcjonujące, to coraz bardziej zaczynałem zżywać się z tymi postaciami. I nieważne, czy mówimy o Bogu Piorunów, mistrzu łuku czy symbolu wszelkich cnót oraz zalet. Jednak ostatnio nasza grupka superherosów poniosła klęskę, a Thanos swoim pstryknięciem zmiótł połowę populacji Ziemi. Smutek, depresja, beznadzieja i rozpad. Po pięciu latach jednak dochodzi do dziwnej sytuacji – z wymiaru kwantowego wraca (uwięziony tam) Scott Lang aka Ant-Man. I sugeruje pomysł na podróż w czasie, by zdobyć Kamienie Nieskończoności, potem stworzyć rękawicę oraz cofnąć działania Thanosa.

avengers koniec gry1

Ci, których powalił finał „Wojny bez granic”, tym razem mieli dostać szansę odwetu, wyrównania rachunków. Mimo dość długiego metrażu, całość podzielić niejako na trzy etapy. Pierwszy etap to okres żałoby oraz wizja świata po wszystkim – niemal pusty, gdzie nie można się odnaleźć ani pogodzić z tym wszystkim. Tutaj dominuje lekko melancholijny klimat, mimo jednej krótkiej rozpierduchy. Jednak emocje zaczynają coraz bardziej, kiedy dochodzi do podróży w czasie, czyli etapu drugiego. Plan jest bardzo trudny, wręcz karkołomny, a przeskoki dotyczą znajomych miejsc (przebitki z pierwszych „Avergers”, „Strażników Galaktyki” czy drugiego „Thora”), jak i troszkę bardziej dalekiej przeszłości. Odniesienia i odwołania są tutaj bardzo obecne, ale jednocześnie nie są one żadnym obciążeniem czy balastem (czego troszkę się obawiałem). Ale ten etap kończy się pozornym happy endem, bo dochodzi do trzeciego aktu, będący… drugim starciem naszych bohaterów z armią Thanosa.

avengers koniec gry3

Logika nie szwankuje tutaj aż tak bardzo, czego się można spodziewać w przypadku historii z podróżami w czasie. Więcej jest tutaj postawiono na relacje między postaciami, ich dylematy oraz rozterki (tutaj najbardziej wybija się Thor, Stark oraz Hawkeye). Zaś ostateczna rozwałka tutaj rozmachem przypomina starcie z „Wojny bez granic”, ale przeciwnik wydaje się mieć jeszcze większą przewagę liczebną. I co najważniejsze, chłonąłem to wszystko jak gąbka, doprowadzając do zmian oraz pozytywnych zaskoczeń („Avengers Assemble”). Z kolei zakończenie ostatecznie zamyka pewien etap w historii, doprowadzając do drobnej zmiany warty. Nawet nie zauważyłem, kiedy się to wszystko skończyło.

avengers koniec gry2

Nawet jeśli były jakieś wady, nie byłem w stanie ich dostrzec. „Koniec gry” to tak naprawdę koniec jednego rozdziału oraz początek nowego rozdania. Niepozbawiona humoru, akcji oraz interakcji, stanowiąc – dla fanów – wielkie doświadczenie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Perspektywa

Wszystko toczy się gdzieś w kosmosie, a naszymi bohaterami jest ojciec z córką. Ich celem jest Zielona Planeta, gdzie można znaleźć duże złoża aurelaka, dającymi spore pieniądze. Na miejscu byliby najemnicy, którzy zlecili ekspedycję. Całą jednak akcję trafia szlag, kiedy tatuś trafia na podobnego poszukiwacza Ezrę. Ojciec dziewczyny popełnia błąd, chcąc okraść Ezrę i ginie, a ocalona parka niejako zostaje zmuszona do wspólnego działania.

perspektywa1

Film duetu Zeke Call/Chris Caldwell to bardzo kameralny film z niemal śladową ilością aktorów oraz niemal zamkniętą przestrzenią. Ale ten świat, przypominający westerny o poszukiwaczach złota, jest bogaty oraz ciekawy, mając wrażenie większej całości. Czasów ludzi szukających swojego szczęścia, by zebrać spory łup. Samo zbieranie aurelaków jest bardzo specyficzne i wymaga pewnym umiejętności, bo inaczej wszystko zostaje zmarnowany. Mimo pewnej prostoty, mamy tutaj chwytającą opowieść o zaufaniu, zderzeniu niewinności z przetrwaniem oraz cynizmem. Bardzo mi się podoba stylizacja na retro-futuryzm, przypominający produkcje z lat 70. oraz 80., zaś efekty specjalne są wręcz stonowane i oszczędnie wykorzystane. I ta stylówka wydaje się być najmocniejszym punktem filmu. Filmu krótkiego (nieco ponad półtorej godziny, czyli standard) i sprawia wrażenie jakiegoś fragmentu większej całości, którego chciałoby się poznać bliżej. Otwarte zakończenie sugeruje może kontynuację, ale nie liczyłbym na to. Ale „Perspektywa” jest intrygującym kinem inicjacyjnym.

perspektywa2

Wszystko na swoich barkach dźwiga dwoje aktorów, z czego najtrudniejsze zadanie miała Sophie Thatcher. Jej Cee wydaje się troszkę dziewczyną, biorącą udział po raz pierwszy w tej wyprawie. Ale z każdą minutą zaczynamy dostrzegać jak przełamuje się jej nieufność, mieszając delikatność z surowością. Dziewczynie partneruje Jay Duplass (ojciec Damon) oraz cudowny Pedro Pascal w roli Ezry, mający coś w sobie z klasycznego awanturnika. Pod tą surowością oraz hardym charakterem widać coś jeszcze. Powoli zaczyna się budować więź między tą dwójką, co musi trwać i jest pokazane bez fałszu.

perspektywa3

„Perspektywa” (co za tłumaczenie) to western w otoczce kina SF. Prosty, nieskomplikowany, ale pociągający, ciekawy i dość odświeżający. Małe, skromne, ale cudne.

7/10

Radosław Ostrowski

W blasku księżyca

Jest rok 1988, Filadelfia. Tutaj pracuje Thomas Lockhart – zwykły krawężnik, który bardzo chciałby pracować jako detektyw. Potrzebuje jedynie sprawy, która pozwoliłaby mu rozpędzić jego karierę. W końcu trafia się coś takiego, choć sprawa jest bardzo tajemnicza. W trzech różnych miejscach zostają znalezione ciała ludzi z trzema kółkami na szyi. Z wszystkich ofiar wylewa się krew z oczu, uszu oraz nosa, która okazuje się… ludzkim mózgiem. Udaje się odnaleźć podejrzaną, jednak mimo intensywnego pościgu, dziewczyna wpada pod pociąg. Dziewięć lat później, kiedy Lockhart awansuje, seria zabójstw powraca, co jeszcze dziwniejsze dokonuje ich… ta sama dziewczyna.

w cieniu ksiezyca1

Najnowsze dzieło Netflixa idzie w stronę stylowego thrillera z elementami nadprzyrodzonymi. Reżyser Jim Mickle znany jest z tego, że potrafi zaskoczyć i parę razy zwieść w pole. Początek bardzo przypomina stylem kryminały z lat 80., gdzie mamy panoramę miasta, noc oraz dość krwawe sceny. Same pościgi i gonitwy wygląda bardzo dynamiczne, w tle gra syntezatorowa muzyka. Zabawa jednak dopiero się zaczyna, zaś kolejne poszlaki wydają się prowadzić w bardzo absurdalne tropy. Tutaj logika może wydawać się niedorzeczna, zaś kolejne przeskoki w lata (co 9 lat) pokazują bardzo destrukcyjną rolę obsesji wyjaśnienia za wszelką cenę sprawy. Wyjaśnienie całe historii tylko pozornie wydaje się niedorzeczne, mimo wykorzystania wątków z kina SF (oklepane podróże w czasie). Muszę jednak przyznać, że reżyserowi udało się mnie zaskoczyć, a po seansie nie miałem poczucia niedorzeczności czy bezsensu wydarzeń ekranowych. A przeskoki w dekadę są pokazane bardzo delikatnie, bo całość niemal ogranicza się do kilku lokalizacji. Niemniej to śledztwo angażuje, mimo paru drobnych bzdur oraz przestylizowania.

w cieniu ksiezyca2

Aktorsko tak naprawdę najwięcej do pokazania miał Boyd Holbrook i ze swojego zadania wywiązuje się z nawiązką. Lockhart w jego interpretacji to ambitny gliniarz, którzy nie odpuszcza okazji do osiągniecia sukcesu. I wierzy, że rozwiązanie tej sprawy będzie dla niego szansą na powrót do normalności, zaś charakteryzacja (bo jego bohater starzeje się) nie wywołuje poczucia sztuczności. Ma dobrą chemię z Bokeemem Woodbinem (Maddox), grającym jego partnera z pracy. Wrażenie zmarnowanego talentu sprawia Michael C. Hall (kapitan Holt), będący na bardzo dalekim planie, za to zaskakuje naznaczona tajemnicą Cleopatra Coleman w roli głównej antagonistki.

w cieniu ksiezyca3

„W blasku księżyca” pokazuje, że Mickle nadal ma talent do tworzenia zaskakujących filmów gatunkowych, choć tutaj była pewna dawka przewidywalności. Jest stylowy, wciąga i dostarcza rozrywki, a to czasem wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Marvel

Jak to możliwe, że dopiero Marvel nakręcił film z superbohaterką w roli głównej? Zostając wyprzedzonym przez DC? Tego się nie spodziewałem, ale czy „Kapitan Marvel” jest w stanie chodzić na własnych nogach? Czy jest bardziej mocno powiązany z poprzednimi częściami serialu zwanego Kinowym Uniwersum Marvela? Po kolei.

Bohaterką filmu jest niejaka Vers – osoba reprezentującą rasę Kree, która jest potężnymi wojownikami w galaktyce. Prowadzą ciągłą wojnę ze zmiennokształtnymi Skrullami, dokonującymi rozpierduchy oraz ataków terrorystycznych. Podczas kolejnej akcji, jakiej celem jest znalezienie swojego człowieka, namierzonego przez Skrulli. Cała operacja okazuje się być zasadzką na Vers, która zostaje schwytana przez zmiennokształtne istoty. Podczas próby wyrwania się im, dziewczyna trafia na C-35. Czyli na Ziemię. A to oznacza dużo komplikacji.

kapitan marvel1

Tym razem ściągnięto do realizacji filmowców z kina niezależnego (reżyser Ryan Fleck oraz scenarzystka Anna Boden), by wrzucić pierwszą superwoman. Do tego sama historia jest niejako prequelem wszystkich wydarzeń z całej serii (oprócz pierwszego Kapitana Ameryka). Ale tak naprawdę jest to opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i przeszłości, bo nasza protagonistka ma przebłyski pewnych zdarzeń. Zdarzeń wymazanych z pamięci oraz świadomości. To jednak podbudowa pod kolejny film z naparzanką, pościgami oraz gonitwą za MacGuffinem. Czy to oznacza, że jest nudno? Twórcy serwują kilka wolt i niespodzianek (kluczowe retrospekcje), więc nie mogę powiedzieć za dużo, ale dojdzie do konfrontacji ze swoją przeszłością, kłamstwami oraz manipulacjami.

kapitan marvel2

Sam początek oraz akcja Kree może budzić pewien stan senny, ale w momencie trafienia Vers na Ziemię, wszystko staje się intensywniejsze. Twórcy serwują buddy movie (relacja między naszą „kosmitką” a Nickiem Fury), zaś humor kompletnie nie pozbawia całości powagi ani dramaturgii. Odkrywanie kolejnych elementów układanki oraz dojrzewanie naszej protagonistki do wykorzystywania swoich megamocy potrafi zaangażować i wciągnąć, a osadzenie fabuły w realiach lat 90. jest pewnym odświeżeniem. Sceny akcji są solidne, tak jak efekty specjalne, więc brakuje jakiegoś mocnego uderzenia, by zapaść w pamięć. Do tego wjeżdża patos, psując dobre wrażenie.

kapitan marvel3

Ale najmocniejszą kartą w talii jest absolutnie fantastyczna Brie Larson. Jej Vers (a tak naprawdę Carol Danvers) to kobitka, która nie potrzebuje mężczyzny. Zarówno jako wsparcia, jak i obiektu uczuciowego (to jest pewne novum), stanowiąca niejako samowystarczalną siłę. Początkowo sprawia wrażenie sztywnej, ale ma ona nie okazywać emocji. A jednocześnie jest to pełna sprzeczności osoba: twarda i zdeterminowana, lecz jednocześnie zagubiona, niepewna. Nie zachowuje się jak idiotka, gdy trafia na Ziemię (a tego się troszkę obawiałem), zaczynając pokazywać troszkę cieplejsze oblicze. Takiej kobity w tym świecie brakowało. I udaje się jej stworzyć silny duet z Samuel L. Jacksonem (fantastycznie odmłodzonym) jako Nickiem Fury, który zaczyna dostrzegać zagrożenie nie z tego świata. Co z tego wyniknie, wszyscy fani wiedzą. Pozytywnie za to zaskakuje antagonista grany przez Bena Mendelsohna, ale więcej nie mogę zdradzić.

„Kapitan Marvel” jest tylko (albo aż) solidnym odcinkiem marvelowej franczyzy, który – o dziwo! – można oglądać bez znajomości poprzednich filmów z tego cyklu. Może nie wybija się tak bardzo z tłumu jak „Strażnicy Galaktyki” czy „Thor: Ragnarok”, jednak potrafi dostarczyć masę zabawy i frajdy. O taką superbohaterkę nic nie robiłem.

7/10

Radosław Ostrowski

Brightburn: Syn ciemności

Sam pomysł na ten film wydaje się bardzo prościutki. Jesteśmy na jakimś ranczu, gdzie mieszka małżeństwo bardzo pragnące mieć dziecko. Ale natura nie może pomóc, zaś proces adopcyjny trwa za długo, więc trzeba czekać na cud. No i zdarza się cud, bo coś przybyło z nieba.  A dokładnie chłopczyk o imieniu Brandon. I wydaje się być takim fajnym, sympatycznym chłopcem. Jednak kiedy dzieciak ma 12 lat, wszystko zaczyna się zmieniać.

brightburn1

Jeśli komuś „Brightburn” skojarzył się z Supermanem, to po części jest to dobre skojarzenie. Ale nowe dzieło Jamesa Gunna (tym razem producent), napisane przez jego braci chce pożenić kino superbohaterskie z horrorem. Chłopak powoli zaczyna odkrywać swoje moce, ale jednocześnie jego pochodzenie jest utrzymywane w tajemnicy. Pytanie tylko co z tym zrobi. Czy pójdzie drogą godną Supermana, czy może jednak przyniesie zagładę naszemu gatunkowi? Problem w tym, że twórcy niejako na samym początku wykładają pewne rzeczy, przez co aura tajemnicy kompletnie znika. Dzieciak strzela oczami, zaczyna latać, rysować jakiś tajemniczy wzór. No i jest „nawiedzony” przez swój kosmiczny statek. Gdyby zrezygnować z pierwszej sceny albo nie pokazywać zderzenia, twórcy mogliby sobie pozwolić na większą zabawę z oczekiwaniami. Można było zgadywać kim jest Brandon, skąd się wziął i co nim motywuje. To ostatnie wydaje się problemem, bo słowa mówią jedno („chcę być dobry”), a czyny mówią zupełnie coś innego.

brightburn2

Niby próbują budować napięcie, ale to się udaje tylko połowicznie. Bo my wiemy więcej i szybciej zaczynamy łączyć elementy układanki. Jedyną satysfakcję jaką czułem podczas seansu to sceny mordów, dokonywanych przez chłopaka. Te momenty nie tylko podnoszą adrenalinę, ale są też krwawe i brutalne. Nikt się tu nie patyczkuje – połamane ręce, wbite szkło do oka oraz rozbryzgująca się krew. Te momenty dostarczają masy satysfakcji, podobnie jak bardzo przewrotne zakończenie, w duchu kultowego „Omen”. Tylko, że jest to opakowane w slashera, mogącego być czymś więcej.

brightburn3

Pewnej wiarygodności dodają aktorzy. Absolutnie czuć tutaj chemię między rodzicami granymi przez Elisabeth Banks oraz Davida Denmana. Ona wręcz desperacko pragnąca dziecko, dlatego nie przyjmuje do wiadomości, że „jej” syn mógł coś narozrabiać (a który rodzic potrafi?) oraz jej bardziej trzymający się ziemi mąż. Świetnie się uzupełnia ten duet, zwłaszcza Banks tutaj błyszczy tworząc bardzo mocną postać, bez popadania w przesadę czy łapanie się za głowę. Ale równie świetny jest Jackson A. Dunn w roli Brandona, choć tak naprawdę nie ma tu zbyt wiele do roboty.

„Brightburn” miało bardzo obiecujący pomysł, który można było rozwinąć na masę sposobów. Ostatecznie wyszedł z tego slasherek ze złym Supermanem w roli głównej. Brutalny i ostry, ale strasznie przewidywalny, przez co działa tylko za pierwszym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

Alita: Battle Angel

Przyszłość jest dla nas nieodgadniona. Jest XXVI wiek, kiedy to doszło do Upadku, zaś na świecie przetrwało tylko jedno latające miasto – Zalem. Wszyscy inni znajdujący się na dole przebywają z Żelaznym Mieście, gdzie pracują najbiedniejsi. Jednym z takich ludzi jest doktor Ido: lekarz zajmujący się leczeniem cyborgów oraz ludzi z mechanicznymi wszczepami. Podczas szukania kolejnych części znajduje dziewczynę, której mózg ocalał. Naukowiec przytwierdza ją do mechanicznego ciała nastolatki i tak rodzi się Alita: szczera dziewczyna z wymazaną przeszłością.

alita1

Adaptacja mangi „Gunnm” była planowana już w latach 90. przez Jamesa Camerona. Jednak ówczesna technologia jeszcze nie pozwalała na pokazanie wizji, jakiej chciał filmowiec. Ostatecznie reżyser „Terminatora” skupił się na tworzeniu „Avatara”, zaś „Alitę” zrealizował Robert Rodriguez. Filmowiec ten specjalizował się w kinie klasy B, ale teraz przyszła pora na blockbuster. Muszę przyznać, że czuć rękę Rodrigueza. Sama historia to niemal klasyczne kino młodzieżowe w otoczce SF. Czego tu nie ma: miłość od pierwszego spojrzenia (niejaki Hugo), poznawanie samej siebie i próba odzyskania wspomnień. W tle mamy niebezpieczny sport zwany Motorballem, który może zapewnić wejście do Zalemu. Ale intryga coraz bardziej zaczyna się gmatwać, pojawia się parę wolt, zaś świat klimatem przypomina cyberpunkowy świat.

alita2

Samo tło jest tylko liźnięte i stanowi pretekst do bezpretensjonalnej rozwałki. Dół to dzielnica nędzy, gdzie ludzie szukają sposobu wejścia na górę. Samej góry nie widzimy, ale podejrzewamy, iż może być tam raj dla najbardziej bogatych i wpływowych. W tle jeszcze mamy zawodników Motorballa, pełniący rolę policjantów Łowcy-Wojownicy, mordercy. Może i jest to mocno uproszczone, ale intryguje. Gdy dochodzi do scen akcji, całość zaczyna nabierać rumieńców oraz kopa. Bijatyki i naparzanki wyglądają wręcz obłędnie – pierwsza bójka Ality, scena w barze czy „eliminacje” Motorballa. Wygląda i brzmi to znakomicie, czując rękę Rodrigueza oraz pracę kamery legendarnego Billa Pope’a („Matrix”, trylogia „Spider-Man” Raimiego).

alita3

Żeby jednak nie było słodko, „Alita” ma parę wad. Po pierwsze, czuć pewne poczucie deja vu. Cyberpunkowy klimat budzi automatyczne skojarzenia z klasyką, choć zaskakujący jest fakt, że większość akcji toczy się za dnia. Po drugie, obecność wątków young adult, zwłaszcza wątek romansowy jest delikatnie słaby. Dialogi podczas tych scen potrafią mocno sprawić ból uszu, co może być spowodowane nijakością wybranka serca. Po trzecie, sam świat nie jest zbyt wyraziście zarysowany, bo wiele rzeczy zostaje zaledwie liźnięty. Za to mogą się podobać fantastyczne efekty specjalne, gdzie wyglądy robotą są niesamowite.

alita4

Aktorsko jest dość nierówny, ale jest jeden mocny atut. Debiutująca na ekranie Rosa Salazar jest cudna w tej roli. Budzi nie tylko sympatię, ma zadziorny charakter oraz twarde pięści. Jest troszkę naiwna, ale powoli zaczyna odkrywać w sobie brutalną, ostrą siłę. Chce się coraz lepiej poznać tą postać oraz jej przeszłość. Z drugiego planu najbardziej wybija się Christoph Waltz jako dr Ido. Tutaj aktor zamiast bycia typowym złolem, staje się mentorem oraz niejako ojcem dla naszej protagonistki. Reszta obsady (zwłaszcza pomocnicy głównego złola, grani tutaj przez Jennifer Connelly oraz Mahershalę Ali) sprawiają wrażenie niewykorzystanych. Są niezbyt wyraziście zarysowani, zaś motywacje pozostają niezbyt wyraźnie zarysowane.

„Alita: Battle Angel” jest udaną adaptacją mangi dokonanej przez Amerykanów. Ze wszystkimi wadami i zaletami, gdzie nie brakuje przegięcia (postać Waltza ze zmutowaną wersją Mjolnura), absurdu oraz obiecującą wizją świata. Naprawdę chciałbym zobaczyć sequel, lecz wyniki box office nie daje szans.

7/10

Radosław Ostrowski