Truman Show

Poznajcie Trumana Brubanka. To zwykły szaraczek w zwykłym świecie, mieszkający w niemal idealnym miasteczku Seahaven. Pracuje jako agent ubezpieczeniowy, ma piękną żonę-pielęgniarkę oraz kumpla. Żyje w kompletnym spokoju, aż pewnego dnia zauważa swojego ojca. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jego ojciec utonął podczas rejsu. Bo Truman nie wie, a my wiemy od początku, że nasz bohater od początku swojego istnienia jest gwiazdą reality show. I co teraz zrobić?

truman_show1

Kiedy w 1998 roku Peter Weir nakręcił ten film, zaczęły się pojawiać w telewizji programy pokroju relity show, czyli prawdziwi ludzie, prawdziwe emocje filmowane wręcz non stop. Ale na ile to wszystko było manipulacją, a ile „szczerymi” zachowaniami, to kwesta na osobny temat. Ale wizja świata, gdzie wszystko jest częścią przedstawiania, w którym absolutnie nie mamy wpływu na przebieg wydarzeń jest bardzo przerażająca. Weir z jednej strony atakuje telewizję, która kompletnie rozmywa granicę między prawdą a fikcją, jednocześnie dotykając wręcz filozoficznego aspektu naszego życia. Świat, gdzie wszystko z góry jest ustalone, a nasz los przypieczętowany, brzmi tak nieamerykańsko, że aż zastanawiam się kto dał pieniądze na ten film.

truman_show2

Chociaż wiemy, że Truman (rewelacyjny Jim Carrey) jest pionkiem w tej „idealnej” wizji świata wyglądającej niczym z filmów lat 50. (imponująca robota scenografów oraz kostiumologów), to trzymamy za niego kciuki i wierzymy, że wyjdzie z tej złotej klatki. Powoli widzimy jego walkę, determinację oraz próbę przełamania, coraz bardziej zaczyna obserwować pewne stałe zachowania oraz irracjonalne momenty (nagła blokada, zamiast radia słychać polecenia reżysera, a winda jest częścią dekoracji), zmuszające go do zadania kilku pytań o sens wszystkiego. A poczucie nierzeczywistości potęguje jeszcze znakomita praca operatorska z dziwnymi kątami, zmienną perspektywą.

truman_show3

Chociaż zakończenie wydaje się szczęśliwe, to jednak miałem wątpliwości, czy Truman poradzi sobie w naszym, niedoskonałym świecie. A ostatnie zdania pokazują, że silny wpływ ma telewizja. Wolimy wygodę, lenistwo oraz bycie w takie klatce, która daje bezpieczeństwo.

truman_show4

„Truman Show” jest bardzo krytycznym spojrzeniem na świat mediów, mogących wykreować niemal raj na ziemi, ale jednocześnie zmusza do zastanowienia nad sensem życia. Brzmi to prowokacyjnie, ale wizja tego świata coraz bardziej budzi przerażenie. Zwłaszcza dziś, gdy technologia tak posunęła się do przodu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Stacja kosmiczna ’76

Kosmos zawsze interesował ludzi, bo tam działy się zawsze rzeczy nie stworzone. Ale parę lat temu pewien reżyser postanowił zrobić film SF w stylu retro. Tak bardzo retro, że pokazuje  komputery jako duże, wręcz OGROMNE maszyny zajmujące cały pokój, pomieszczenia były wręcz sterylnie białe, a statki kosmiczne niemal żywcem przypominają te z „2001: Odysei kosmicznej”.

stacja_kosmiczna1

Nakręcona przez Jacka Plotnicka „Stacja kosmiczna 76” jest pastiszem kina SF z lat 70., co widać i słychać od samego początku. Nawet świadomie tandetne efekty specjalne (wygląd asteroidów, ręcznie rysowane sylwetki planet) są elementem wizji reżysera, który opowiada o załodze pewnej stacji gdzieś w nieodgadnionym kosmosie. Sama fabuła jest bardzo pretekstowa, a punktem wyjścia jest przybycie nowej asystentki kapitana Glenna. Niby zapowiadana jako komedia, „Stacja” bardziej jest gorzką obserwacją samotności, niedostosowania oraz duszenia się w relacjach międzyludzkich. Mamy dowódcę, który ukrywa swój homoseksualizm, toksyczny związek mechanika z nadużywającą valium kobietą (mają razem dziecko – Słoneczko) czy małżonków trzymających zamrożoną… teściową. To bardzo smutny film, gdzie najważniejsza jest interakcja, odkrywanie kolejnych tajemnic oraz prób radzenia sobie przez postacie. Nawet pozwala się na odrobinę delikatnego humoru, niepozbawionego lekkiej ironii, jednak twórcy traktują swoje postacie z sympatią, bez szyderstwa czy kpiny.

stacja_kosmiczna2

Tylko, że nie jest to humor dla wszystkich i nawet mnie zdarzało się przynudzić, bo nie jest łatwo wejść w ten dziwaczny klimat. Parę razy się odbijałem, jakbym oglądał program, w którym ktoś notorycznie pali najlepsze dowcipy. Nawet fajnie grający aktorzy pod wodzą zaskakująco sztywnego Patricka Wilsona na czele nie zawsze będą w stanie przekonać, chociaż te rozedrgane, skrywane emocje potrafią nawet poruszyć.

stacja_kosmiczna3

Dziwne to kino, któremu warto dać szansę, by sprawdzić z czym to się je. Takiego retro filmu SF nie trafia się zbyt często, co może być dość odświeżającym i ciekawym doświadczeniem.

6/10

Radosław Ostrowski

Life

Gdzieś w kosmosie znajduje się stacja kosmiczna, mająca za zadanie badać próbki z Marsa. A jedna z próbek zawiera tajemniczego przybysza z planeta, którym zaczynają się interesować naukowcy. Badać go, sprawdzić i w końcu ożywić. To ostatnie będzie dla wszystkich błędem, gdyż Calvin (jak zostaje nazwana istota) zaczyna działać oraz bawić się w mordercę. Załoga kombinuje, żeby nie dopuścić stwora na Ziemię.

life1

Brzmi jak „Obcy”? Nowy film szwedzkiego reżysera Daniela Espinosy zrobiony na amerykańskiej ziemi to sklejka klasyka Ridleya Scotta z „Coś” Johna Carpentera, polane lekkim sosem „Grawitacji”. Początek obiecuje takie klasyczne SF, gdzie mamy element zabawy w Pana Boga, istotę nie z tego świata, mordującą wszystkich dookoła, jednocześnie stając się coraz bardziej inteligentną i próbującą złamać szyki naszym bohaterom. Problem w tym, że te postacie nie są zbyt mocno wyraziste oraz ciekawe, by ich los mógłby mnie całkowicie poruszyć. Jeden jest biologiem, drugi to spec od komputerów, trzeci lekarz, czwarty hydraulik itp. Nie znamy ich charakterów – poza lekarzem, który ma traumę spowodowaną wydarzeniami z wojny. Scenografia wygląda dość sterylnie, co ma budować realizmu tej opowieści, by po 30 minutach mocno skręcić w krwawy horror SF. Muzyka buduje napięcie, a zamknięta przestrzeń nawet sprawdza się w budowaniu klaustrofobicznego klimatu. Tylko jak bać się takiego monstrum jak Calvin, który wygląda jak… cyfrowo zrobiona macka ośmiornicy, z czasem nabierającego coraz większych gabarytów, lecz był mi kompletnie obojętny. Jedynie zakończenie mocno wywróciło wszystko do góry nogami, budząc autentyczne przerażenie.

life2

Parę razy udaje się zbudować napięcie oraz podkręcić adrenalinę, ale sceny między jednym a drugim trupem, gdzie mamy okazję poznać bliżej naszych astronautów, wywoływały we mnie znużenie. Wrażenie na mnie zrobiła za to praca kamery i to już na samym początku, gdzie płynnie przechodzimy z miejsca na miejsce w jednym ujęciu (scena przechwycenia sondy).

Mamy też całkiem nieźle grających aktorów, z których najbardziej wybija się Jake Gyllenhaal jako bardzo wycofany medyk z traumą w tle. Troszkę humoru dodaje Ryan Reynolds, ale szkoda, że pojawia się tak krótko (aktor w tym czasie pracował nad „Bodyguardem Zawodowcem”), a najwięcej sympatii wzbudził grający Sho Hiroyuki Sanada.

life3

„Life” miało być w założeniu nowym klonem legendarnego „Obcego”, tylko że oryginał Scotta jest nie do przeskoczenia. Niezłe, rozluźniające kino rozrywkowe, gdzie pojawiają się pewne bzdury oraz suspens, mimo schematyczności oraz sporej ilości klisz. Paradoksalne połączenie.

6/10

Radosław Ostrowski

Morgan

Czym jest tytułowa Morgan? To stworzona przez zespół naukowców sztuczna inteligencja w ciele dziecka. Choć ma zaledwie 5 lat, jest bardzo świadoma i rozwinięta. Jednak dochodzi do pewnego incydentu, czyli Morgan rzuca się na jedną z naukowców. Wtedy korporacja odpowiedzialna za projekt wysyła specjalistkę od zarządzania – Lee Weathers. Co może wyjść z tej konfrontacji?

morgan1

Debiutujący na polu reżyserskim Luke Scott (syn Ridleya Scotta) próbuje wejść w konwencję, w której jego ojciec jest uznawany za klasyka. Początek jest mocny, krwawy i tajemniczy. Jest zagadka, nakręcająca pierwsze 45 minut. Klimat niepokoju potęguje też bardzo oszczędna scenografia. Pokój, gdzie znajduje się Morgan troszkę przypomina „Ex Machinę”, co jest skojarzeniem na plus. Oczami oschłej Lee widzimy interakcję Morgan z resztą ekipy, która traktuje ją jak własne dziecko, przez co są w stanie zachować dystans do sprawy. Kwestia etyczno-moralnych dylematów związanych z „zabawą w Pana Boga” nie wydaje się niczym nowym, jednak ciągle zmusza to do myślenia.

morgan2

I wtedy młody Scott postanowił od momentu „badania” dokonuje kompletnej wolty. Zaczyna się zabawa w polowania, gdzie nasza tytułowa bohaterka niczym legendarny Obcy, morduje wszystko, co staje na drodze. Nie rozumiem sensu działania tej wolty, chociaż wtedy robi się jeszcze bardziej interesująco. Kamera zaczyna przyspieszać, wszelkie bijatyki są dynamicznie zrobione niczym współczesne filmy akcji, jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia, że te dwie stylistyki gryzą się ze sobą. Przez co czułem ogromne zmarnowanie potencjału na coś więcej, chociaż technicznie nie mam nic do zarzucenia.

morgan3

Z kolei aktorsko jest bardzo nierówno, a kilkoro członków obsady jak Jennifer Jason Leigh czy jak zawsze solidny Toby Jones nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Najbardziej intryguje Anya Taylor-Joy w roli tytułowej. Ogolona na zero, bardzo skryta i mówiąca pozornie obojętnym głosem, ma w sobie coś niewinnego, z dziecka. Ale przyciśnięte zmienia się w prawdziwe monstrum, co potrafi budzić grozę. Nieźle się sprawdza Kate Mara, choć na początku trudno mi było przekonać się do chłodnej, zdystansowanej korpo-suki. Ale ostatnia scena kompletnie zmienia interpretację tej kobiety. Szoł jednak kradnie Paul Giamatti jako dr Shapiro, mający przeprowadzić test na Morgan, pozwalając sobie na kompletny dystans.

morgan4

„Morgan” miała być rozrywkowym kinem z ambicjami, tylko że Scott nie był do końca pewien w jakim kierunku ma pójść cała historia. Ani jako filozoficzno-etyczny konflikt, ani jako thriller nie do końca wykorzystuje swoje możliwości. Taka bardziej podrasowana „Ex Machina”, tylko czy warta naszego czasu?

6/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Homecoming

Każdy kojarzy lub słyszał o Spider-Manie, czyli najmłodszym superbohaterze w historii Marvela. Młody, nieśmiały nastolatek, samotnie wychowywany przez ciotkę May. Pierwszy raz w MCU pojawił się w małym epizodzie w „Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów”. Chłopak jest podopiecznym Tony’ego Starka i już się rwie, by się wykazać. Bardzo chce być Avengersem, choć jest dopiero małoletnim smarkaczem. Zamiast tego zajmuje się drobnymi zbrodniami na osiedlu, chociaż rwie go do czegoś większego. Wreszcie trafia na bardzo duża sprawę związaną z niebezpieczną, wręcz kosmiczną bronią. Niby zwykła kradzież bankomatu, ale to początek grubszej sprawy.

spiderman_20171

„Homecoming” to próba nowego spojrzenia na Pajączka, chociaż wszystko to już znamy. Problemy typowe dla nastolatków, czyli przyjaźń, dojrzewanie do odpowiedzialności oraz kontakty z zupełnie innym gatunkiem zwanym dziewczynami. Ten mariaż kina młodzieżowego z superbohaterskim stylem Marvela daje wiele świeżości oraz frajdy dla małolatów. I muszę przyznać, że bawiłem się świetnie. Powoli nakręca się konfrontacja między Parkerem a tajemniczym Vulturem. Zaskoczeniem dla mnie była motywacja głównego łotra, która jest bardzo przyziemna, jak zresztą cały ten film.Nie ma tutaj mocnego przeładowania efektami specjalnymi, skupieniu na robieniu rozpierduchy, która świetnie wygląda (ratowanie uczniów przy pomniku Waszyngtona czy akcja na okręcie), ma swoje tempo oraz adrenalinę, do jakiej Marvel zwyczajnie nas przyzwyczaił. A kiedy dodamy jeszcze teksty Spajdka podczas swojej roboty, to mamy bardzo fajną komedię. Wygrywana jest zarówno przyjaźń z nerdowskim Nedem (straszny gaduła z niego), pierwsze próby podrywu z Liz oraz mentorskie podejście Tony’ego Starka do Petera. Niby nic nowego w świecie Marvela, jednak nie wywołuje to znudzenia.

spiderman_20172

I jeszcze jak to jest zagrane. Tom Holland wydaje się idealny do nowej interpretacji Parkera. Owszem, nadal jest nieśmiały wobec dziewczyn, ale poza tym jest zajarany i nakręcony na wszelkie akcje, niczym dziecko na każdą nową zabawkę. W końcu powoli zaczyna dojrzewać do działania, widząc konsekwencje swoich czynów. Nie zawodzi Robert Downey Jr., kradnąc każdą scenę i wnoszą sporo ironii. Ale najlepszy jest czarny charakter – nie tylko dlatego, że gra go Michael Keaton, ale ponieważ ma prostą motywację. Żadnego podbijania świata, zniszczenia ludzkości, lecz zapewnienie bytu swojej rodzinie. I to działa, a poprowadzone jest bez przerysowania i fałszu, nawet było mi żal tej postaci (czuję, że wróci). Troszkę nie do końca wykorzystano ciotkę May (niesamowicie pociągająca Marisa Tomei), a dziewczyny są gdzieś na dalszym planie (chociaż Liz Harrier, jak i Zendaya mocno się wybijają), a uwagę skupia kostium Spajdka z głosem Jennifer Connelly.

spiderman_20173

Muszę przyznać, że Spider-Man powrócił do domu Marvela w bardzo ładnym stylu oraz z hukiem. Mimo pracy wielu scenarzystów powstało spójne, lekkie (dla wielu zbyt lekkie) oraz nowe podejście do tej postaci. Czekam na kolejne spotkanie z tym najmłodszym herosem komiksu.

8/10

Radosław Ostrowski

Wyspa doktora Moreau

Zabawy w Boga zawsze są niebezpieczne, ale podobno bez takich rzeczy, nauka by się nie rozwinęła. O tym już ostrzegał uważany za jednego z prekursorów literatury SF, Herbert George Wells w głośnej powieści „Wyspa doktora Moreau”. Powieść był trzykrotnie przenoszona na ekran kinowy, chociaż najbardziej pamięta się nieudany paździerz od Johna Frankenheimera z Marlonem Brando w roli głównej. Zamiast tego przypomnę zapomnianą ekranizację sprzed 40 lat.

wyspa_dr_moreau1

Jest początek XX wieku, gdzieś na oceanie dochodzi do rozbicia statku. Dwóch mężczyzn przez wiele, wiele dni płynie kompletnie na pustkowiu. Aż wreszcie trafiają na pięknie wyglądającą wyspę, ale przeżył tylko jeden rozbitek – Andrew Braddock. Zmęczenie oraz głód doprowadził do wyczerpania. Kiedy się budzi jest w łóżku i poznaje tajemniczego dr Moreau – eleganckiego, opanowanego dżentelmena, który przeprowadza bardzo zaskakujące badania.

wyspa_dr_moreau2

I muszę przyznać, że reżyser Don Taylor bardzo sprawnie prowadzi całą opowieść, stopniowo odkrywając kolejne elementy układanki. Sam Moreau sprawia wrażenie takiego stoika, którego nie jest w stanie nic wywrócić z równowagi. Jednak jego pytania o człowieka podczas kolacji, powinny dać do myślenia. Gdy w końcu poznajemy jego badania, wtedy można naprawdę zacząć się bać i dostrzec wielkie szaleństwo. Próba uczynienia ze zwierząt ludzi, tworzenie praw, niebezpieczna zabawa genetyczna – to miało wywołać przerażenie, a lokalizacja w zamkniętej wyspie otoczonej dżunglą, jeszcze bardziej potęguje poczucie zaszczucia oraz alienacji.

wyspa_dr_moreau3

Wszystko toczy się bardzo powoli, co może działać bardzo usypiająco, w czym nawet nie pomaga mocno wybijająca się muzyka. Także zdjęcia robią dobre wrażenie, przez co nieźle wytrzymuje próbę czasu. Wszystko jednak kończy się brutalnie i krwawo, czyli tak jak oczekiwałem. Wiadomo było, ze takie eksperymenty muszą skończyć się porażką, a pytania o bycie człowiekiem, bycie twórcą nadal mają siłę. Jedyne, co zdradzę wrażenie, to charakteryzacja, która mocno się zestarzała. Także poczucie grozy powoli zaczyna opadać aż do finału.

wyspa_dr_moreau4

Co się broni poza solidną realizacją? Dobre aktorstwo, ze szczególnym wskazaniem na świetnego Burta Lancastera w roli tytułowej. Moreau z jednej strony fascynuje i wydaje się opanowany, ale tak naprawdę kryje się w nim bezwzględny tyran oraz większe monstrum niż wszystkie te zmieszane Zwierzoludzie. W kontraście do niego jest Michael York jako ten bardziej ludzki, zagubiony Braddock. I obaj panowie dają wiele z siebie.

Choć nie jest to dzieło pozbawione wad, „Wyspa doktora Moreau” jest przykładem solidnej adaptacji, lekko nadgryzionej zębem czasu. Może nie będzie mocno straszył, ale zadaje wiele poważnych pytań etycznych oraz dotyczących człowieczeństwa. Więc nadal jest siła.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z magicznym pudełkiem

Wyobraźcie sobie świat, w którym Polska jest potężnym krajem, rozdającym karty. Gdzie ludziom żyje się dobrze i w dostatku, a nad wszystkim czuwa zawsze uczciwy Wielki Brat. Tak właśnie wygląda Warszawa 2030 roku. Oczywiście, że nie jest zbyt dobrze, bo to świat pełen zamachów, inwigilacji i terroryzmu.

W tym świecie znajduje się Adam. Nie pamięta kim jest, co robił, ma tylko jakie krótkie przebitki. W końcu udaje się mu zdobyć mieszkanie (podniszczona kamienica) oraz pracę w korporacji jako sprzątacz. Wtedy na jego drodze pojawia się ona – Goria, typowa korporacyjna twarda kobieta. Pozornie niedostępna, ale coś zaczyna się powoli rodzić. I wtedy znajduje się pewne stare radio, a jednocześnie odzywa się przeszłość, czyli rok 1952.

magiczne_pudelko2

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że w Polsce powstanie dobry film SF, wyśmiałbym go w twarz. Ale reżyser Bodo Kox ma więcej jaj i odwagi niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Wizja świata, którą proponuje reżyser może nie jest zbyt oryginalna (wszelkie skojarzenia z „Brazil” Gilliama na miejscu), ale mocno aktualna. Z jednej strony duże biurowce, sterylny świat pełen reguł i zasad, z drugiej chropowate, podniszczone budynki, gdzie wszystko można zdobyć w niekoniecznie legalny sposób. Czy poza pracą jest miejsce na coś więcej? Ludzie się tu przyzwyczaili do kolejnych zamachów, dokonywanych przez… to nieważne. Niby jest dostatek, bo wszystko możesz kupić (ręka działa jak karta kredytowa), ale woda jest limitowana, światło czasami szwankuje i gaśnie (jakby nadal był 20. stopień zasilania), ludzie zaś rozmawiają jakby przez słuchawki oraz głośno. I w tym świecie dochodzi zaczyna się odzywać uczucie. Miłość, pożądanie, przywiązanie – może i jest dość skrótowo przedstawione, ale wierzy się w tą relację.

magiczne_pudelko3

Jednocześnie próbujemy poznać tajemnicę skupioną wokół Adama – kim jest, co robi i przebitki z przeszłości budują zagadkę. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, krótkie scenki, by w finale uderzyć z bardzo gorzkim finałem. Wrażenie robi świetna scenografia – z jednej strony bardzo oszczędna i pięknie sfotografowana (bardzo wystylizowane zdjęcia), z drugiej czuć inspiracje wielkimi (neony jak z „Blade Runnera”, maszyna do podróży w czasie niczym z Gilliama), okraszone jest to przepiękną muzyką oraz sporą ilością humoru i porządnymi efektami specjalnymi. A paralele między rokiem 1952 z 2030 w paru miejscach poraża.

magiczne_pudelko1

Kox potrafi też dobrze prowadzi aktorów, choć pojawiają się znane twarze jak Wojciech Zieliński (agent Targosz) czy Arkadiusz Jakubik, nigdy nie schodzący ze swojego poziomu. Film wyleczył mnie z alergii na punkcie Olgi Bołądź, która (w końcu) ma szansę pokazać coś więcej i – przy okazji – wygląda zjawiskowo. Ale prawdziwym odkryciem jest Piotr Polak (Adam) – tajemniczy, bardzo oszczędny w pokazywaniu emocji i jakiś taki niedzisiejszy. Do tego te piękne oczy, które potrafiłyby rozkochać niejedną kobietę.

magiczne_pudelko4

Kompletnie nie byłem pewny, co spłodził Kox i miałem wątpliwości. Ale „Człowiek z magicznym pudełkiem” to film w polski wyjątkowy, bo SF praktycznie od 30 lat w zasadzie nie istnieje. Jest to intrygujący melodramat traktujący konwencję kina fantastyczno-naukowego jako otoczkę do wydarzeń ekranowych. Dowcipne, wzruszające, troszkę bawiące się konwencją i bardzo gorzkie kino. Drugi taki film może tak szybko nie powstać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ghost in the Shell

Tokio w przyszłości wygląda tak jak Los Angeles w „Blade Runnerze” – wali po oczach neonami, a granica między ludźmi a rozwiniętymi maszynami zatarła się dawno temu. W tym świecie przyszło żyć Major – ludzki mózg w mechanicznym ciele. Idealna broń i maszyna mająca być ślepo posłuszna i zdolna do zabijania. Ale czy aby na pewno? Major tym razem dostaje zadanie schwytania pewnego hakera, który jest odpowiedzialny za śmierć trzech pracowników korporacji, co stworzyła Major. Razem z kolegami Sekcji 9 (tacy futurystyczni gliniarze) ruszają jego tropem.

ghost_in_the_shell1

Odbiór filmu Ruperta Sandersa zależy od dwóch decydujących czynników: znajomości japońskiego pierwowzoru (anime – serial i filmy) oraz stosunku do tego materiału. W moim przypadku sprawa jest bardzo prosta, bo oryginału nigdy nie widziałem. Remake mocno przypomina pod względem treści wspomniane dzieło Ridleya Scotta, pokazując wizję świata z jednej strony technologicznego rozwoju. Ludzie mogą się tak upgrade’ować swoją fizyczną powłokę i udoskonalać, a w zamian mają być tylko lojalni i posłuszni, a z drugiej strony jest ciągle nędza oraz bieda. Jak w tym wszystkim znaleźć człowieczeństwo? Zwłaszcza, że można przecież przeszczepić czyjeś wspomnienia oraz odebrać tożsamość (mocno to przypomina dzieła Dicka), gdzie nie wiadomo kim jesteś, kim byłeś. Ta przyszłość potrafi przerazić, mimo mocno święcących reklam różnych towarów, jest tak naprawdę pusty, przygnębiający i brudny. Brakuje jeszcze tylko ciągle padającego deszczu, bo jest tak źle. Za to mamy wszelkiego rodzaju glitche, czyli obrazy jakby wrzucone przypadkiem i szybko znikające (coś w rodzaju zaburzenia percepcji).

ghost_in_the_shell3

Scenografia robi piorunujące wrażenie (może nie tak, jak ostatni „Blade Runner”, ale trudno przejść obojętnie), tak samo jak pulsująca, elektroniczna muzyka niemal żywcem wzięta z którejś części „Deus Exa”. Tajemnica jest tutaj odkrywana bardzo powoli, chociaż parę razy dialogi są łopatologiczne, ale intryga wciąga. Poczucie osaczenia jest budowane wielokrotnie (starcie w piwnicy, pierwsze spotkanie antagonistów), a sceny akcji są po prostu świetne – nawet slow-motion nie było problemem. Kilka kadrów jest wręcz przepięknych (narodziny Major, gdzie dochodzi do złączenia mózgu z nowym ciałem). I ciągłe pytanie: komu możemy zaufać? Dość szybko się domyśliłem, kto pociąga za sznurki, ale dałem się wciągnąć w opowieść, a kilka scen (przeszłość Major – ta prawdziwa) potrafiło poruszyć. Wrażenie też psuje przemoc, a właściwie jej umowność, która troszkę nie pasuje do tego brudnego i bezwzględnego świata. Zakończenie zaś sugeruje ciąg dalszy (nie miałbym nic przeciwko), chociaż w box office nie namieszał ten tytuł.

ghost_in_the_shell4

A jak to jest zagrane? Lepiej niż spodziewali się hejterzy, chociaż były dwa zgrzyty. Pierwszym była Juliette Binoche wcielająca się w dr Oulet, czyli twórczynię Major, a jej wątek był dość mocno wykorzystujący łopatę w przekazywaniu informacji. Drugim kiksem jest niejaki Peter Ferdinando jako szef korporacji, Cutter. Rola tak stereotypowa jak na tego typu postać, że łatwo domyślić się jego motywacji. Reszta nie zawodzi, a największe wrażenie robi Pilou Asbaek jako twardy Batou oraz sam Takeshi Kitano jako szef Sekcji Aramaki (końcówka zdecydowanie należy do niego), samą obecnością kradnący każdą scenę. A jak poradziła sobie Scarlett Johansson w roli głównej? Powiem krótko: jest rewelacyjna. Z jednej strony bezwzględna zabójczyni, ale z drugiej osoba prześladowana przez szczątki wspomnień. Aktorka znakomicie pokazuje siłę (pięści), lecz także zagubienie, niepewność, poszukiwanie swojego ja i wierzyłem jej (jej oczy mówią więcej).

ghost_in_the_shell2

Jaki jest ten nowy „Ghost in the Shell”? To zależy od waszego stosunku do oryginału. Czy może zachęcić do zapoznania z pierwowzorem? Myślę, że tak, broniąc się klimatem, pesymistyczną wizją świata, tajemnicą i więcej niż porządnym aktorstwem. Można z było z tego wycisnąć więcej, a pewne wątki i postacie lepiej zarysować, lecz całość i tak daje radę. Warto dać szansę i wejść w świat bez ducha.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wonder Woman

DC ma ostatnio sporego pecha do adaptacji swoich dzieł, chociaż mają równie intrygujących bohaterów jak konkurencja w postaci Marvela. Po odświeżonym Supermanie oraz jego konfrontacji z Batmanem, tak naprawdę niewielu czekało na kolejne dzieła od DC. Nawet ogłoszona „Liga Sprawiedliwości” wydawała się zrobioną na szybko próbą stworzenia uniwersum bez tła postaci, więc wieści o solowym filmie „Wonder Woman” traktowałem bardzo sceptycznie. Czy słusznie?

wonder_woman1

Bohaterką jest Diana – najmłodsza z plemienia Amazonek, które mają za zadanie chronić ludzkość przed wojną, a dokładniej Aresem. Razem z resztą pań mieszkają na wyspie daleko od świata. Ale i tutaj pojawia się wojna – I wojna światowa w osobie brytyjskiego szpiega oraz grupy Niemców. Poruszona opowieścią mężczyzny o toczącej się wojnie Diana decyduje się razem z nim wyruszyć do jego świata oraz powstrzymać generała Ludendorffa przed stworzeniem nowej broni.

wonder_woman2

Za ten film odpowiada znana z filmu „Monster” Patty Jenkins i trzeba przyznać, że ze swojego zadania wywiązała się dobrze. Początek, w którym poznajemy początki Amazonek (spowolnione malowidła a’la Snyder) potrafi chwycić i poruszyć, chociaż toczy się dość szybko. Potem całość idzie bardzo spokojnie do Londynu – dzieje się sporo gadania, co jest spowodowane nieobyciem Diany we współczesnym świecie. To zderzenie daje sporo humoru oraz lekkości. Potem jednak zostajemy rzuceni w wir wojny – bury, brudny, mroczny (chociaż pozbawiony krwi) świat, pełen okrucieństwa, podłości, a jednocześnie wielkiego poświęcenia. Sceny akcji wyglądają bardzo porządnie, chociaż efekty specjalnie miejscami są na bardzo średnim poziomie.

wonder_woman3

Ale najbardziej boli finał, który jest ograniczony do starcia Diany z Aresem (jego tożsamość była dla mnie sporą niespodzianką) i ta potyczka była zwyczajnie nudna. Tak jakby tutaj Jenkins została zastąpiona przez Zacka Snydera, który niemal skopiował tutaj finał „Batmana vs Supermana”. Do tego jeszcze zbyt często wykorzystywane slow-motion, przez co starcia są zbyt efekciarskie. Jenkins czasami gubi się w tempie, ale potrafi usatysfakcjonować.

wonder_woman4

Ale sytuację ratuje za to przekonujące aktorstwo. Trudno oderwać wzrok od Gal Gadot, która jest prześliczna, chociaż może wielu zirytować naiwność bohaterki, ale ma w sobie wiele uroku. To pozwala kibicować tej bohaterce. Partneruje jej Chris Pine i ta chemia między nimi jest kołem zamachowym całości. I to czuć od pierwszej sceny. Cała reszta postaci jest jedynie ciekawym tłem, z którego najbardziej się wybija demoniczny Danny Huston (generał Ludendorff) oraz powściągliwy David Thewlis (sir Patrick).

„Wonder Woman” próbuje dogonić konkurencję w postaci Marvela i chociaż pojawia się wiele wad, to całość jest zwyczajnie dobre kino gatunkowe. Nie wiem jak wy, ale ja czekam na kolejne spotkanie z Dianą Prince w „Justice League” i mam nadzieję, że DC w końcu zrozumie jak należy robić uniwersa.

7/10

Radosław Ostrowski

Podpalaczka

Całość zaczyna się dość zagadkowo i tajemniczo. Widzimy ojca z dziewczynką, którzy nocą biegną przez ulice miasta. A wtedy widzimy jadący samochód z trzema osobami, wyglądającymi niczym tajniacy – garniaki, okulary, pistolety. Próbujemy rozgryźć co jest grane i po udanej ucieczce, poznajemy przeszłość. Okazuje się, że ojciec (Andy) wcześniej razem z przyszłą żoną brali udział w tajnym eksperymencie prowadzonym przez Sklep, gdzie uczestnicy dostają nowe leki. Później okazuje się, że budzą pewne nadprzyrodzone umiejętności, a Charlie jest córką posiadającą umiejętność pirokinezy. Dlatego interesuje się nimi rząd.

podpalaczka1

Kolejna adaptacja powieści Stephena Kinga, którego dorobek był (i dalej będzie) przenoszony na ekran multum razy. Za „Podpalaczkę” odpowiadają legendarny producent Dino De Laurentis oraz reżyser Mark L. Lester, który rok później stworzy klasyka ery VHS – „Komando”. Czy to właściwe osoby do thriller zmieszanego z kinem inicjacyjnym? Film z jednej strony próbuje budować atmosferę niepokoju i osaczenia (początek), by potem obserwować osobę, która chce normalnie żyć, ale nie jest to możliwe. Ale to napięcie jest psute z jednej strony retrospekcjami (uzasadnionymi), a z drugiej perspektywą osób ścigających ich (kapitana Hollacka i Rainbirda), co pozwala poznać przeszłość protagonistów. Tylko, że to wszystko ledwo liźnięte i psychologicznie zarysowane, a pewne odstępstwa wobec pierwowzoru (mocne skrócenie pobytu w siedzibie Sklepu oraz wątek związany z prowadzeniem gry między Andy a Hollackiem) pozbawiają całości emocjonalnego wydźwięku.

podpalaczka2

Reżyser najpewniej się czuje w scenach prezentujących moc Charlie, czyli pirokinezy. Dziewczynka nie w pełni kontroluje swoją moc, przez co dochodzi do wielu zgonów, eksplozji i potężnej siły destrukcji. Również kontrola umysłu przez Andy’ego równie robi wrażenie, co także jest zasługą udźwiękowienia oraz świetnej muzyki zespołu Tangerine Dream. Imponuje finałowe starcie, w którym dziewczynka – niczym bohaterka innej książki Kinga „Carrie” – dokonuje bezwzględnej, krwawej i brutalnej zemsty na wszystkich. Prawdziwy popis pirotechników (gorzej z efektami specjalnymi, bo sceny odbijających się pocisków wyglądają śmiesznie) i kaskaderów, którzy robią cuda.

podpalaczka3

„Podpalaczkę” próbują ratować aktorzy, którzy całkiem nieźle sobie radzą. Problemem może być (przynajmniej dla mnie była) Drew Barrymore, która brzmiała nienaturalnie, wręcz nadekspresyjnie. Słychać, że jeszcze brakuje tu obycia, chociaż jest spory potencjał w tej postaci. Lepiej wypada David Keith jako jej ojciec, który próbuje ją chronić przed całym światem. Jednak najciekawszy jest niezawodny George C. Scott jako agent Rainbird – zimny zabójca, potrafiący manipulować innymi ludźmi dla swoich korzyści. Sceny, w których próbuje wkupić się w łaski Charlie to prawdziwy popis.

podpalaczka4

Sam King określił „Podpalaczkę” jako najgorszą ekranizację według jego dorobku. Jak nie byłbym aż tak surowy, ale film Lestera nie do końca wykorzystuje swój potencjał. Najlepiej wypadają sceny nadprzyrodzone, jednak całości brakuje w tym – nomem omen – ognia. Niezłe, ale mogło być lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski