Odpowiednik – seria 1

Berlin – miasto takie tak tysiące innych miast. Szare, nudne, pozornie nieciekawe. Tutaj żyje i pracuje Howard Silk – mężczyzna bardziej starszy niż młodszy. Jego miejscem pracy jest tajemnicze Biuro, gdzie bohater działa w Łączności, zaś jego żona leży w szpitalu wskutek wypadku (jest w śpiączce). Spokojne i stateczne życie mężczyzny zostaje jednak wywrócone, a wszystko z powodu pewnego agenta oraz jego informacji o narażeniu Biura. A tym mężczyzną okazuje się… duplikat Howarda Silka. Wszystko z powodu znajdującego się pod budynkiem Przejścia, gdzie 30 lat wcześniej powstał świat bardzo podobny do naszego, lecz z czasem doszło do poważnych zmian. Ludzie wyglądają tak samo, mówią tak samo i dzielą te same wspomnienia przed całą sytuacją.

Sama koncepcja stojąca za dziełem Justina Marksa zbliża serial w kierunku SF. Zwłaszcza, że sama geneza stworzenia Drugiej Strony (alternatywnego Berlina oraz całego świata) nie zostaje nam wyjaśniona. Poza jednym zdaniem, że powstała wskutek eksperymentu, który wymknął się spod kontroli. I w sumie to tyle. Ale sam serial to szpiegowski thriller, klimatem przypominający dzieła z czasów zimnej wojny. Nie ma tutaj skupiania się na pościgach i strzelaninach (choć nie brakuje ich, a wyglądają porządnie – gdyby nie rzadkie „trzęsawki” kamery), lecz na konsekwentnie budowanej intrydze oraz odkrywaniu zależności kto z kim dla kogo i dlaczego. Przeciwnik, kimkolwiek jest, sprawia wrażenie osoby będącej o krok przed wszystkimi. Sama akcja jest prowadzona spokojnie, pozwalając głębiej wejść w ten skomplikowany układ dwóch światów.

Prowadzone jest to początkowo głównie przez dialogi, jednak coraz bardziej zaczynamy widzieć różnicę. Ludzie wyglądają identycznie, a jakby mają zupełnie różne charaktery i osiągnięcia. Jedna osoba jest zwykłym urzędnikiem, a w Drugiej Stronie okazuje się tajnym agentem. Ale Druga Strona ma pewien ukryty cel oraz dalekosiężnym plan, który nie zostaje nam do końca przedstawiony. I widzimy dlaczego decydują się na ten krok, choć nie znamy wszystkich zamieszanych. Akcję jeszcze bardziej podkręca fakt, że Howard od pewnego momentu musi naśladować swojego odpowiednika i to podkręca jeszcze bardziej napięcie. Twórcom bardzo przekonująco udaje się pokazać jak to „drugie życie” zaczyna wpływać na Howarda oraz jego sobowtóra, stopniowo rzutując na ich charaktery. Ale obaj panowie będą musieli na pewien czas pozostać w nieswojej skórze, co dobitnie pokazuje mocny finał. Choć muszę przyznać, że był on lekko rozczarowujący i oczekiwałem czegoś bardziej widowiskowego. Niemniej pozostaje kilka pytań bez odpowiedzi, więc na pewno sięgnę po drugi sezon.

Realizacyjnie też trudno się do czegoś przyczepić. Całość wygląda bardzo przyziemnie, z dużą ilością szarości niczym brukowej kostki (szczególnie w punkcie kontrolnym między światami), co dodaje realizmu. Nie ma tutaj bajeranckich efektów specjalnych czy bajeranckich tricków, ale to nie przeszkadza w uwiarygodnieniu całego konceptu. Jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić wobec historii to wątek zabójczyni Baldwin. Początkowo wydaje się zagadkową postacią z prostą motywacją, jednak później gdzieś zostaje zepchnięta do roli nijakiego tła, by w finale o sobie przypomnieć.

„Odpowiednik” to przede wszystkim aktorski popis J.K. Simmonsa, grającego dwie różne wersje tej samej postaci Howarda Silka. Pierwszy to wycofany, empatyczny, ale zmęczony i samotny człowiek (dobra strona), drugi to bezwzględnie dążący do celi szpieg, porywczy oraz bardzo opanowany. Różnią się absolutnie wszystkim: mową ciała, sposobem mówienia i chodzenia, przez co łatwo ich rozróżnić. Choć pod koniec granice zaczynają się zacierać. Absolutnie wybitna kreacja w historii telewizji. Ale na drugim planie też nie brakuje wyrazistych ról. Taka jest Olivia Williams jako bardzo powściągliwa, analityczna oraz uparta Emily Burton (obecna/była żona w zależności od świata), a także rewelacyjny Harry Lloyd jako szef wywiadu, Quayle. Może i wydaje się niekompetentny, ale pod tą twarzą kryje się bardzo złożoną osobowością. Zwłaszcza ostatnie odcinki pokazują szeroki wachlarz możliwości. Solidnie trzymają poziom zarówno Ulrich Thomsen (Aldrich) oraz Stephen Rea (Alexander Pope), mający kluczową rolę dla historii.

Pierwszy sezon „Odpowiednika” wciąga jak rasowy thriller, ma wspaniałego Simmonsa oraz więcej niż interesujący świat do pokazania. Mam wielką nadzieję, że zostanie to bardziej rozwinięte oraz utrzyma poziom tego sezonu.

8/10

Radosław Ostrowski

Tenet

Nie będę ukrywał, że jestem fanem Christophera Nolana. To jest jeden z nielicznych twórców, którzy są w stanie połączyć ogień z wodą. Innymi słowy robi kino komercyjne z dużymi budżetami, ale też oryginalnymi pomysłami, przez co jego filmy wydają się świeże oraz ciekawe. Tak samo zapowiadał się „Tenet”, którego zwiastuny stawiały więcej pytań niż odpowiedzi. Czyli intrygowały i obiecywały potencjalnie świetny film. Czy tak się stało?

Wszystko zaczyna się w Kijowie, gdzie w budynku Opery Narodowej dochodzi do ataku terrorystycznego. Do akcji wkracza nasz bohater, będący amerykańskim agentem, a cały atak jest tylko zasłoną dymną. Bo prawdziwym celem jest likwidacja informatora. Niestety, ucieczka kończy się wpadką, a z oddziału ocalał tylko nasz bohater – Protagonista. Cała operacja okazuje się tylko sprawdzianem do kolejnego zadania. Chodzi o tajemnicze naboje, które są odwrócone – innymi słowy działają w odwrotnym kierunku. Trop prowadzi do rosyjskiego oligarchy Andrieja Satora, ale by do niego dotrzeć, trzeba dotrzeć do jego żony.

„Tenet” ma fabułę prostą jak ustawa sejmowa. Bo akcja toczy się w przeszłości i przyszłości – równolegle. W jednym świecie zjawiska normalne, w drugim dzieją się odwrotnie. Jakby czas działał w przeciwnych kierunkach. Wtedy pytanie nie brzmi „co”, ani „jak” się dzieją rzeczy, tylko „kiedy”. Jedni złapią w lot przebieg całej akcji, inny uznają całość za jedno wielkie pierdolenie, bez sensu i dziwacznie działającej (lub nie działającej w ogóle) fizyki. I muszę przyznać, że cała narracja była dla mnie dość mocno hermetyczna, a także wiele razy gubiłem się. Zupełnie jakby Nolan zachłysnął się samą koncepcją i zapomniał zwrócić uwagi na detale. Przez co nie do końca rozumiałem o co chodziło z efektem odwrócenia, zaś sceny walk w trakcie tego efektu wywoływały we mnie śmiech.

Muszę jednak przyznać, że jest wiele widowiskowych momentów, zapierających dech w piersi. Taki jest finał w ruinach miasta, akcja na lotnisku w Oslo czy odbicie plutonu na ulicach Tallina. Realizacyjnie naprawdę tutaj ciężko się do czegokolwiek przyczepić – fantastyczne zdjęcia, imponująca scenografia oraz agresywna, czasami puszczona „od tyłu” muzyka dają kopa. Tak samo bardzo wyraziste kreacje, co mnie chyba najbardziej zadziwiło.

Dobrze sobie radzi John David Washington jako protagonista, który – tak jak ja – początkowo czuje się zagubiony w całej intrydze. Jednak kupiłem tą kreację profesjonalisty, wykonującego swoje zadanie najlepiej jak potrafi. Film jednak kradł absolutnie uroczy Robert Pattinson jako pomocnik Neil, tworząc świetny duet z Washingtonem i dodając pewnej zawadiackości. Na drugim planie całość kradnie demoniczny niż kiedykolwiek Kenneth Branagh w roli antagonisty oraz Elizabeth Debicki jako dręczona przez niego żona żyjąca w złotej klatce.

„Tenet” to nie jest film, który wejdzie za pierwszym razem. Być może z kolejnymi seansami ten film zyska w oczach, o ile zaryzykujecie. Możecie poczuć się przytłuczeni, zagubieni i zachwyceni jednocześnie. Arcydzieło? Na pewno nie, ale szukając nietypowego blockbustera warto dać szansę.

6/10

Radosław Ostrowski

Obcy przybysze

Było już wiele filmów oraz pomysłów na zrobienie buddy movie, że już nic nie można wycisnąć i stworzyć czegoś nowego w tym gatunku. Jednak w 1988 roku reżyser Graham Baker postanowił zaryzykować i dokonać takiego połączenia, jakiego nikt w tej konwencji nie zrobił.

Akcja toczy się w 1991 roku, kiedy to trzy lata wcześniej na Ziemię wylądował statek kosmiczny. Przybysze nie byli w stanie wrócić do domu, więc – po okresie kwarantanny – zostali nowymi mieszkańcami naszej planety, choć nie wszystkim się to podoba. Kosmici nie tylko szybko się adaptują, ale też lepiej się uczą oraz kształcą, co pomaga osiągnąć wiele ważnych stanowisk. Chociaż nadal żyją w stworzonych przez siebie gettach, mówiąc własnym językiem. Jednym z tych, co się przebili jest detektyw Samuel Francisco zwany Georgem. Zostaje przydzielony jako partner dla sierżanta Matthew Sykesa po śmierci jego poprzednika wskutek napadu w dzielnicy przybyszów. Razem ze swoim partnerem próbuje zbadać sprawę i okazuje się, że doszło wcześniej do podobnego zabójstwa.

Innymi słowy „Obcy przybysze” to sklejka klasycznego buddy movie z elementami SF. Bo połączenie i zrobienie pary człowiek/kosmita jest czymś świeżym do tego gatunku. Zwłaszcza, że poznajemy dość nietypowe zwyczaje przybyszów z obcej planety: upijają się… kwaśnym mlekiem i słona woda działa na nich jak kwas. Widać, że tutaj twórcy chcą dodać coś nowego do ogranego schematu. Bo samo śledztwo nie jest niczym nowym (stworzenie narkotyku, który był sprzedawany kosmitom zanim trafili do nas oraz morderstwa osób zamieszanych w to) i prowadzone jest schematycznie. Jeszcze bardziej zadziwia tutaj kameralność oraz niski budżet, przez co sceny akcji nie wyglądają imponująco jak mogłyby być.

Jedynym elementem SF są kosmici oraz ich świetna charakteryzacja od Stana Winstona. Na podobnym koncepcie działał zrobiony dla Netflixa „Bright”. Jednak mam wrażenie, że Baker lepiej zarysowuje relację między naszymi bohaterami (świetni w swoich rolach James Caan oraz Mandy Patinkin), a także humor działa dużo lepiej. Wraz z bardzo solidną realizacją czuć, że „Obcy przybysze” mieli zadatek na franczyzę. Ostatecznie powstał z tego serial telewizyjny i były plany na remake od Jeffa Nicholsa (ostatecznie projekt wstrzymano).

Niemniej uważam, że „Obcy przybysze” to po prostu fajny film ze wszystkim, co w latach 80. najlepsze oraz rozpoznawalne: intrygujący klimat, lekko elektroniczną muzykę, świetną chemię i dobrą dawkę humoru. Przydałoby się zrobić nową wersję i oby się to udało.

7/10

Radosław Ostrowski

Daybreakers – Świt

Ile już było filmów o wampirach? Nie miałbym nawet czasu i miejsce na wymienienie ich wszystkich, a pomysłów zwyczajnie brakuje. Nie oznacza jednak, że nie próbowano szukać nowych pomysłów na temat krwiopijców. W 2009 roku debiutujący bracia Spierig zrealizowali „Świt”, obiecując coś nowego. Ale czy jest to satysfakcjonujące doświadczenie?

Jest rok 2019, wybucha epidemia zmieniająca ludzi w wampiry, którzy hodują sobie ludzi jak pożywne jedzenie. Ludzie są przechowywani przez wielką korporację, zajmującej się dystrybucją ludzkiej krwi. Problem jednak jest taki, że minęło 10 lat, zaś ludzi zostało mniej niż 5% populacji. A niedostarczenie zapasów zmienia ludzi w zmutowane, coraz bardziej osłabione monstra zwane upadłymi. Jednym z przemienionych wampirów jest hematolog, Edward Dalton. Chcąc dać szansę na przetrwanie wampirom, pracuje nad stworzeniem substytutu zastępującego ludzką krew. Przypadkowo naukowiec trafia na samochód, gdzie przebywają ukrywający się ludzie. Oni, kierowani przez Lionela Cormaca twierdzą, że jest sposób na rozwiązanie tego problemu.

Sama koncepcja „Świtu”, gdzie wampiry dominują nad światem, a nie siedzą w cieniu to było naprawdę coś. Wampiry też są rozwarstwione, chodzą do pracy (oczywiście nocą), są politykami, policjantami czy żołnierzami. Oczywiście poruszają się nocą po mieście, a w dzień – bo słońce nadal je zabija – siedzą w domu, a jeśli muszą się przemieszczać to w autach ze specjalnymi szybami, co nie przepuszczają promieni słonecznych. No i ukrywająca się ludzkość, skazana na zagładę – to dawało wielkie pole do popisu. Muszę przyznać, że pierwsze 40 minut dostarczyło mi masę frajdy. Świetne zdjęcia, utrzymane w czerni i zieleni budują klimat niepokoju oraz tajemnicy.

To się oglądało naprawdę przyjemnie, choć moment spotkania Edwarda z Lionelem zmienia ton oraz tempo. Zaczyna pojawiać się więcej akcji, strzelania (kusze ze strzałami wybuchowymi vs strzałki usypiające) oraz szeroko pojęta rozpierducha. Pojawia się wiele pytań oraz potencjalnie ciekawych wątków, które nie zostają pogłębione: relacja Edwarda z bratem-wojskowym, działanie korporacji, struktura ruchu oporu. Dość ciekawym pomysłem jest sposób na wyleczenie z wampiryzmu, ale tego wam nie zdradzę. Zaczyna się jatka (całkiem fajnie zrobiona, z porządnymi efektami specjalnymi) oraz rzucane klisze, przez co oryginalność pozostaje tylko w warstwie wizualnej oraz kapitalnej muzyce.

Jeśli coś jeszcze trzyma całość w ryzach, to jest to zasługa aktorów. Ethan Hawke w roli Edwarda, czyli naukowca-wampira mimo woli sprawdza się dobrze. A to mnie akurat nie dziwi, ale szoł kradną świetnie bawiący się Willem Dafoe i Sam Neill. Pierwszy jako lider ruchu oporu dodaje odrobinę luzu i ciętego humoru, drugi złowrogie spojrzenie oraz charyzmę. Ale nawet oni nie są w stanie ukryć mielizn i niedoróbek scenariusza. Tym bardziej boli, że „Świt” nie do końca wykorzystuje potencjał na stworzenie oryginalnego filmu o wampirach.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jestem legendą

Rok 2009 miał być dla nas przełomowym. Naukowcy skonstruowali wirusa, który miał tylko jedno zadanie: usunąć raka. Poszło im tak świetnie, że po trzech latach przeżyło mniej niż 10% całej populacji, bo reszta albo zamieniła się w albinosowate zombiaki, albo karmę dla nich. Sam Nowy Jork bardziej przypomina miejską pustynię, a jedynym jej „ludzkim” mieszkańcem jest pułkownik Robert Neville – wojskowy wirusolog oraz jego suka Samantha (znaczy się pies). Mężczyzna pracuje nad antidotum, mogącym odwrócić efekt wirusa, dzięki odporności jego organizmu.

Reżyser Francis Lawrence obecnie jest znany dzięki serii „Igrzyska śmierci”, do której nakręcił 3 z 4 filmów. Po debiutanckim „Constantinie” reżyser postanowił sięgnąć po słynną powieść Richarda Mathiesona, przenoszoną do tej pory już trzykrotnie. Osadzona współcześnie opowieść można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza skupia się na Neville’u (zaskakująco wyciszony Will Smith) oraz jego rutynie. Rzadkim wychodzeniu na zewnątrz, gdzie rozmawia… z manekinami (początki szaleństwa?), poluje na zombiaki, by móc na nich badać antidotum, już działające na zwierzęta. W tych momentach dominują bardzo szerokie ujęcia, potęgujące samotność bohatera w opuszczonym mieście. Przynajmniej za dnia, bo te monstra są mocno wyczulone na światło słoneczne. Pojawia się kilka momentów budowania napięcia (poszukiwanie psa w magazynie czy moment schwytania zombie za pomocą pułapki) i działa to efektywnie.

Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że – poza kawałkami Boba Marleya – muzyka pojawia się tutaj bardzo rzadko. W większości czasu dominuje tutaj cisza, samotność oraz Will Smith w towarzystwie komputerowo wykonanych monstrów. Trzyma się nadziei, że jeszcze są ocaleni. Druga połowa zaczyna się w momencie pojawia się kobiety, której towarzyszy chłopak (raczej nie syn). I tutaj mamy próbę interakcji między postaciami, a także zderzenia dwóch postaw: racjonalizmu z wiarą, nauki i religii. Wtedy akcja zaczyna przyspieszać, zaś klimat z pierwszej części zaczyna znikać, przez co przestałem się interesować kolejnymi scenami. Sytuację uratowało bardzo przewrotne zakończenie (oglądałem reżyserską wersję), gdzie bohater uświadamia sobie, że w oczach dominujących monstrów to on jest tak naprawdę tym złym.

Ale nawet to nie jest w stanie wyciągnąć „Jestem legendą” spoza stanu nieco powyżej średniej. Will Smith jest w stanie sam udźwignąć film, jednak reżyser doszedł do wniosku, że musi mu troszkę „pomóc”. Efekt wyszedł odwrotny od zamierzonego, ale wyszedł z tego niezły, usiłujący iść w innym kierunku niż inne tego typu produkcje.

6/10

Radosław Ostrowski

Lewiatan

Bohaterami są pracownicy firmy zajmujący się wydobywaniem surowców z dna oceanu. Do wyjścia na zewnątrz oraz odbębnienia zmiany zostały tylko 3 dni. Podczas jednego dnia dwoje członków ekipy znajduje wrak sowieckiego okrętu Lewiatan. Wyciągają z niego sejf zawierający kilka przedmiotów (m.in. wódkę, akta załogi oraz dziennik kapitana w formie video), ale koleś o ksywie Sixpack chowa dla siebie menażkę z wódką. Wypija ją razem z koleżanką i następnego dnia zaczyna czuć się gorzej. Mało tego, po kilku godzinach umiera, co zostaje zachowane w tajemnicy przez szefa grupy, Becka oraz lekarza. To oznacza kłopoty, co zmusza resztę pracowników do walki o swoje życie.

Dla wielu kinomanów reżyser George P. Cosmatos najbardziej kojarzony jest dzięki dwóm filmom z Sylvestrem Stallone w rolach głównych: drugim „Rambo” oraz „Cobra”. Ale w dość skromnym dorobku filmowca z greckimi korzeniami znalazło się też skromne dzieło z 1989 roku. „Lewiatan” jest taka zbitką „Obcego” z „Coś”, tylko pod wodą. Z pierwszego bierze wizualną otoczkę, mocno „zużyte” miejsce oraz złą korporację skupioną na profitach, traktującą swoich ludzi jako zbędnych, z drugiego zamkniętą, klaustrofobiczną przestrzeń. Kierunek w jakim podąża historia jest znajomy i powoli kolejni ludzie zostają wyeliminowani, odkrywając to, co mogło się wydarzyć na statku. I muszę przyznać, że Cosmatos może nie zbliża się do poziomu filmów, którymi się inspiruje. Ale jest to bardzo kompetentnie zrobiony film, potrafiący trzymać w napięciu. Wszystko poznajemy z perspektywy załogi kierowanej przez pozornie posłusznego firmie faceta, który z czasem staje się bardzo silnym liderem.

Wrażenie robi tutaj przede wszystkim realizacja: od fantastycznych zdjęć przez bardzo przekonującą scenografię po budującą napięcie muzykę Goldsmitha oraz płynny montaż. Nadal są tutaj klisze w postaci skromnie zarysowanych (ale wyrazistych) postaci czy momenty, gdy bohaterowie oddzielają się od siebie, budując niepokój. No i oczywiście zła korporacja, próbująca zatuszować całą sytuację, choć ich przedstawicielka (niezawodna Meg Foster) sprawia wrażenie życzliwej oraz pragnącej pomóc. Mimo wielu zalet, „Lewiatan” ma parę drobnych wad. Po pierwsze, nie przekonuje wygląd potwora, choć pokazywany jest we fragmentach za pomocą zbliżeń. Wtedy potrafi przerazić, ale w pełnej krasie wydaje się wtórny wobec monstrum z filmu Carpentera. Po drugie, uzbrojenie do walki z bestią też nie powala (piła, miotacze ognia) i wygląda na dużo za duże. No i jeszcze to zakończenie, gdzie jeden z bohaterów ginie, co nie wywołuje reakcji po całej chwili.

Jednak mimo znanych szablonów, „Lewiatan” nadal broni się jako horror w klaustrofobicznym miejscu w czym pomaga reżyserska solidność Cosmatosa oraz dobrze (nawet bardzo) dobrana obsada z Peterem Wellerem, Richardem Crenną oraz Erniem Hudsonem na pokładzie. Z takim składem można dobrze się bawić. To co, gotowi?

7/10

Radosław Ostrowski

Chłopaki – seria 2

Po zdarzeniach z pierwszego sezonu, nasi Chłopacy mają przejebane. Próba pokonania Siódemki z Vought skończyła się totalną porażką, mimo odkryciu kilku potencjalnie niebezpiecznych dla korporacji faktów. Rzeźnik oddziela się od grupy i odkrywa, że jego teoretycznie martwa żona nie jest martwa. Mało tego, ma dziecko z Ojczyznosławem i może on mieć supermoce. Hughie, Franzucik i Cycuś Glancuś (straszna szkoda, że w drugim sezonie zostawiono oryginalne ksywy 😊) ukrywają się bez żadnego planu, ścigani przez policję. A dziewczyna Hughie’ego – superbohaterka Starlight – jest coraz bardziej na granicy zdemaskowania. Czy może być jeszcze gorzej, w świecie pełnym skorumpowanych superbohaterów? Do Siódemki zamiast skompromitowanego Głębokiego dołącza Stormfront, a do miasta przebił się superzłoczyńca. Jak sobie z tym wszystkim poradzi nasza ekipa?

Pierwszy sezon „Chłopaków” to bezpardonowa, brutalna jazda po bandzie, pokazująca możliwie realistyczną wizję świata, gdzie superbohaterowie istnieją naprawdę. I są też narzędziami biznesowymi w rękach korporacji medycznej. Zaś jej cele są zdobyciem większej władzy oraz kontroli, choćby dołączając naszą superekipę do wojska oraz wstrzyknięcie jak najwięcej osobom związku V. nadal mamy tutaj intrygę niejako toczącą się dwutorowo: Chłopaki oraz korporacja Vought i jej Siódemka pod wodzą Ojczyznosława. Cele są jasne, ale pojawienie się nowych postaci rozszerza ten świat. Pojawia się Kościół Odnowy (odpowiednik scjentologów), która pozwala bohaterom poprawić swój wizerunek. Jest działająca pani senator, działająca w komisji na celu wykazania ciemnej strony korporacji. Także relacja między pseudo-Supermanem a nieznanym wcześniej synem jest bardzo istotna. Z jednej strony pokazuje troszkę inną twarz bohatera, bardziej ludzką i zdolniejszego do czegoś więcej. Z drugiej pokazuje jeszcze bardziej bezwzględne działanie korporacji, nie potrafiącej trzymać swoich ludzi na smyczy.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to sporo scen, gdzie poznajemy przeszłość kilku ważnych postaci: Rzeźnika, Francuzika oraz Kimiko, choć nadal pozostaje niemową. I te momenty, zwłaszcza przeszłość najbardziej pokręconego bohatera potrafi poruszyć. Udaje się twórcom zbalansować zarówno momenty dialogu i retrospekcji z akcją, która wygląda lepiej niż w poprzedniej serii. Nie ma tutaj chaotycznego montażu, ale nadal jest krwawo, brutalnie i… szokująco. A jednocześnie z czasem szaloną fantazją (wjazd na walenia – bezcenny). Ostrze satyry miesza się z brutalnym pokazaniem bezwzględnego świata korporacji. Ta jest w stanie wykorzystać każdy element życia prywatnego do kapitalizacji swoich herosów oraz ukrywa masę tajemnic, których wyjawienie może zagrozić. Ale ta sama korporacja ma świetnych PR-owców, dzięki czemu wychodzi z każdych opałów z twarzą (scena przesłuchania w senacie, zakończona w bardzo makabryczny sposób czy zakończenie). Daje to także bardzo silną podbudowę do nowej serii, gdzie będzie się działo. Mimo pozornego happy endu, gdzie udaje się bohaterom częściowo osiągnąć cel.

Zagrane jest to jeszcze lepiej i czuć silniejszą, głębszą chemię miedzy Chłopakami, chociaż nie od razu. Karl Urban (Rzeźnik) oraz Antony Starr (Ojczyznosław) są rewelacyjni, niejako tworząc dwie strony tej samej monety. Obaj z wielkim ego, pełni kompleksów oraz skrywanych demonów skupiają swoją uwagę do samego końca, podejmując wręcz niespodziewane decyzje. Każdy tutaj gra przynajmniej bardzo dobrze, potwierdzając swoja wysoką formę i trudno mi wskazać kogoś, kto ciągły ten serial w dół. Nawet nowa w ekipie, czyli Stormfront (niesamowita Aya Cash) kradnie wielokrotnie scenę, zaś jej przeszłość oraz motywacja działały na mnie jak cios obuchem.

Jestem absolutnie zachwycony drugą serią „Chłopaków” i bardzo czekam na ciąg dalszy tej bezpardonowej walki z superherosami. Twórcy nie biorą jeńców, serwując kolejną, niepoprawną politycznie jatkę, pokazującą bardziej mroczną stronę bycie herosem, będąc tak naprawdę niewolnikiem swojego wizerunku, kompleksów oraz firmy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Vast of Night

Lata 50., jakieś małe miasteczko, gdzie życie toczy się powoli wokół różnych lokalnych imprez. Takich jak mecz szkolnej drużyny koszykówki. W trakcie meczu będzie grało lokalne radio grające nową muzykę, a prowadzone przez Everetta. Oprócz niego równie istotną osobą jest pracująca w centrali telefonicznej Fay, która chciałaby robić coś innego. Nie zapowiada się nic ciekawego, aż do momentu, kiedy dziewczyna słyszy tajemnicze dźwięki przez radio. Od tej pory dzieją się rzeczy dziwne, z urwanymi połączeniami telefonicznymi. To jednak dopiero początek tajemnicy.

Debiut Andrew Pattersona klimatem przypomina produkcje SF z lat 50. oraz produkcje telewizyjne w rodzaju „Strefy mroku”. I to już od samego początku, kiedy widzimy telewizor a z niego na ekranie pojawia się zapowiedź „Teatru Paradoksu”. Narrator wprowadza nas w opowieść, a potem nie „przenosimy” się na obraz z ekranu. Parę razy będziemy obserwowali historię niczym oglądając tamtejszą telewizję. Sam film jest bardzo kameralny, wręcz niskobudżetowy jak na kino SF, jednak reżyser potrafił mnie zaskoczyć. Choć sama historia dotyczy ogranego tematu (nie powiem jakiego), to bardzo konsekwentnie buduje atmosferę powoli odkrywanej tajemnicy. I to bardzo oszczędnymi środkami, osadzając akcję przez sporą część czasu w jednym miejscu (stacja radiowa albo centrala telefoniczna). Stąd spora obecność długich ujęć podczas dwóch kluczowych rozmów, pozwalając aktorom dać spore pole do popisu. I to jeszcze bardziej potęguje atmosferę czegoś niesamowitego, ale też trzyma w napięciu. Nie brakuje kilku szybkich cięć montażowych (sceny przyjmowania kolejnych telefonów) oraz absolutnie cudowny mastershot przenoszący po niemal całej okolicy. Przez takie rzeczy zapomina się o skromnym budżecie.

Patterson reżyseruje całość z taką energią, że wydaje się to robotą doświadczonego, ale pełnego pasji reżysera. Konsekwentnie prowadzi całą narrację, choć podejrzewałem w jakim kierunku to może pójść. Jednak sama droga oraz relacja dwójki bohaterów stanowi prawdziwe paliwo. Troszkę cięty, bardziej „doświadczony” radiowiec Everett (świetny Jake Horowitz) oraz troszkę naiwna, ale pełna empatii Fay (cudowna Sierra McCormick) tworzą przyciągający, wręcz magnetyzujący duet. W krótkich rozmowach poznajemy ich charaktery, motywacje bez walenia ekspozycją na siłę. To przebiega tak naturalnie, że chyba bardziej się nie da. Film kradną także równie fantastyczni Bruce Davis (weteran wojenny Billy, którego tylko słyszymy) oraz Gail Gronauer (Mabel Blanche).

Raz na jakiś czas pojawia się taki mały film, który okazuje się wielką niespodzianką. Czy „The Vast of Night” będzie filmem, który zostaje uznany za klasyka? Ma wszelkie zadatki i pokazuje siłę wyobraźni oraz wizji nad budżetem w kinie gatunkowym. Wsysające jak odkurzacz oraz trzymające w napięciu do końca, co w przypadku debiutu jest rzadkością. Czekam na kolejne filmy Pattersona z niecierpliwością.

8/10

Radosław Ostrowski

Odległy ląd

Stacja kosmiczna gdzieś na jednym z księżyców Jowisza. Tutaj robotnicy są zatrudniani przez wielką firmę do wydobywania surowców, choć warunki są bardzo nieprzyjemne. Tak bardzo, że kilku pracowników zaczyna dostawać ataku szału oraz zabijając się. Sytuację, mimo szybkiego pozbywania się ciał (albo tego co, z nim zostało), próbuje wyjaśnić nowy szeryf, William O’Neil. Powoli odkrywa, że za wielkim sukcesem firmy stoją… przemycane narkotyki, zlecane przez kierownika kolonii, Marka Shepparda. Na nieszczęście szeryfa, do konfrontacji staje samotnie, zaś szef wynajmuje zabójców.

Peter Hyams na początku lat 80. był już znanym filmowcem, opromienionym sukcesem „Koziorożca 1”. Więc nie było zaskoczeniem, że znowu sięgnął po kino SF. Jeśli do czegoś miałbym porównać „Odległy ląd” to byłaby hybryda „Obcego” z… westernem. Ze szczególnym wskazaniem na „W samo południe”, zwłaszcza od momentu oczekiwania na zabójców. Dlaczego z filmem Ridleya Scotta? Bo ma tak samo brudny, chropowaty świat zdominowany przez korporacje. Te są nastawione na zysk za wszelką cenę, decydując się na wyzysk w zamian dając duże wypłaty oraz bonusy. Wszyscy odwracają wzrok, a system działa bardzo sprawnie, więc po co to psuć? Historia jest prosta i brzmi znajomo, ani nie jest widowiskowa. Ale Hyams prowadzi to tak pewnie, że nie ma tutaj miejsca na nudę.

Jest troszkę bieganiny, jest suspens oraz finałowa strzelanina, potrafiąca ograć przestrzeń. Co ciekawe, jest parę drobnych zaskoczeń, jednak nie zdradzę wam. Realizacyjnie wygląda to bardzo w stylu „Obcego”, czyli bardzo przyziemnie i chropowato. Pomaga w tym na pewno świetna scenografia, balansująca między sterylnością a zużyciem. Jedynym poważniejszym problemem dla mnie są dwie rzeczy. po pierwsze, sceny gdy postacie ulegają dekompresji. Innymi słowy z powodu przeciążenia grawitacji ich głowy wybuchają. Być może w czasie realizacji była to jedna z teorii naukowych, jednak w filmie wygląda to śmiesznie. Drugim problemem jest odtwórca roli syna głównego bohatera. chłopak wypada bardzo sztucznie oraz nie jest podobny do swoich rodziców. Zwłaszcza że szeryfa gra absolutnie świetny Sean Connery, zachowujący (pozorny) spokój w stresowej sytuacji.

Jak już wspomniałem Connery’ego, drugą wyrazistą postacią jest jeszcze dr Lazarus. Frances Sternhagen daje tej postaci szorstkość, zadziorność oraz charakterek, czyniąc z nią jedyną sojuszniczką naszego bohatera. Chociaż sama do tego by się nie przyznała. Antagoniści są tutaj solidni oraz typowi dla tego okresu, czyli korpo-szef (solidny Peter Boyle) oraz drobne role zabójców.

„Odległy ląd” mógłby być spokojnie spin-offem serii zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta. Szorstki, chropowaty klimat, korporacja w tle oraz charyzma Connery’ego czyni ten film małą perełkę. Zbitka westernu z SF działa tutaj mocno, pokazując jak wiele osiągał Peter Hyams w wysokiej formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przekładaniec

Andrzeja Wajdę przedstawiać nie trzeba, tak samo jak jego filmów. Zrobionych na wielki temat, z rozmachem oraz aktorami, którzy błyszczeli. Ale w 1968 roku reżyser zrobił coś, czego raczej nikt się nie spodziewał. Po pierwsze, nakręcił krótki film dla telewizji. Po drugie, była to adaptacja opowiadania Stanisława Lema. Po trzecie, była to komedia w oparach groteski, co było dość ryzykowne i nietypowe dla reżysera „Popiołów”.

Sama historia wydaje się prosta, dzieje się w roku 2000 i skupiona na Ryszardzie Foxie. Mężczyzna jest kierowcą rajdowym, jeżdżącym ze swoim bratem jako pilotem. Niestety, podczas ostatniego wyścigu zginął brat, a część jego organów przeszła na Ryszarda. I z tego powodu firma ubezpieczeniowa nie chce wypłacić całego odszkodowania, tylko jego część. Sprawę dostaje adwokat i trafia na wiele problemów., bo nasz rajdowiec przechodzi kolejne wypadki. Przez to dostaje narządy innych ludzi i jest go coraz mniej.

Całość jest bardzo krótka i ograniczona do kilku miejsc (szpital, biuro adwokata, siedziba firmy ubezpieczeniowej oraz gabinet psychoanalityka), zaś skromny budżet nie pozwalał na szaleństwo czy fajerwerki. Wszystko skupia się na dialogach, gdzie prawnik zostaje zderzony z absurdalną sytuacją przekraczającą granice logiki oraz zdrowego rozsądku. Wszystko przez przeszczepy, które komplikują sprawy prawne, a nawet tożsamościowe. Bo Fox z kolejnymi operacjami coraz mniej jest obecny, a ciało niejako „przejmuje” zachowania i pamięć osób, których organy zostały wszczepione. Innymi słowy, ciało może i jest Foxa, ale wnętrze to mieszanka narządów innych osób (i nie tylko osób) robiona w zasadzie z tego, co jest pod ręką. To doprowadza do wielu absurdalnych sytuacji jak choćby pojawienie się duchownego z głosem… kobiety czy opowieści o wypadku autobusowym gdzie przed operacją było 18 osób, a po operacji… 19.  Na pierwszy rzut oka brzmi to śmiesznie, ale jednocześnie Wajda (razem z Lemem) stawia pytanie: co w takim razie określa naszą tożsamość? I czy ze zmianą wnętrza nadal pozostajemy sobą? Czy stajemy się tytułowym przekładańcem, hybrydą sklejoną z różnych części, gdzie nas jest już coraz mniej i mniej? I to pytanie sprawia, że „Przekładaniec” może frapować.

Choć budżet był niewielki, reżyserowi udało się zebrać na tyle pewną ekipę, że wyciągnięto z tego więcej. Wrażenie robi scenografia (szczególnie sterylny szpital czy przeładowany przedmiotami gabinet psychoanalityka), jazzowa muzyka Andrzeja Markowskiego oraz lekko futurystyczne kostiumy. Ale prawdziwą petardą jest tutaj Bogumił Kobiela w roli Foxa, który z każda wizytą jest kimś innym, choć ciało pozostaje takie samo. i ta metamorfoza robi nadal piorunujące wrażenie, serwując wiele zabawnych sytuacji. Równie wyrazistą kreację tworzy Ryszard Filipski jako coraz bardziej zagubiony w całej sytuacji adwokat oraz kilka drobnych epizodów, z których najbardziej zaskakujący należy do Jerzego Zelnika wcielającego się w doktora Burtona.

Im bardziej myślę o „Przekładańcu”, tym bardziej jestem zaskoczony filmem Wajdy. Krótki czas działa tutaj na korzyść, tak jak polany groteską humor oraz sprawna realizacja. Zapomniana perła polskiego kina SF.

7/10

Radosław Ostrowski