Diuna

Na żaden inny film nie czekałem w tym roku bardziej niż na „Diunę”. Powieść Frank Herberta już była przeniesiona na ekran przez Davida Lyncha, ale została zmasakrowana przez krytyków, widownię oraz fanów książki. Potem jeszcze był mini-serial w roku 2000, jednak o nim nikt nie pamięta. Wszystko się zmieniło 3 lata temu, gdy do kolejnej adaptacji postanowił podjąć się Denis Villeneuve. Kanadyjczyk kino SF znał dobrze, co pokazał „Nowy początek” oraz bardzo udany sequel do „Blade Runnera”, więc kto jak nie on?

Sama historia jest bardzo znajoma. Osadzona w roku 10191 roku akcja toczy się wokół tytułowej planety, gdzie znajduje się najcenniejszy surowiec – przyprawa zwana melanżem. Planeta była oddana w lenno rodowi Harkonnenów przez 80 lat, ale wolą Imperatora zostaje przekazana ich wrogom: Atrydom. Książę Leto Atryda przyjmuje ten zaszczyt, wiedząc iż jest to pułapka zastawiona przez poprzedników. Czy uda się wznowić produkcję melanżu, a rodowi Atrydów znaleźć wyjście z całej sytuacji?

Najtrafniejszą decyzją reżysera było podzielenie historii z książki na dwie części. To daje więcej czasu na poznanie świata, gdzie jest wielu graczy i każdy ma tutaj wiele do zyskania, lecz także i stracenia. Tutaj polityka, ekonomia, religia oraz genetyka mieszają się ze sobą, zaś wiele postaci zostaje tutaj wspomniane, bez fizycznej obecności (Imperator). Dialogi odbywają się głównie między paroma osobami na ekranie (niczym w teatrze), a jednocześnie widać wielką skalę przedsięwzięcia. Pozbawienie głębszych wyjaśnień z jednej strony może wywołać potrzebę zadawania pytań, jednocześnie czyni narrację łatwą do śledzenia i obserwowania. Nawet chwile ekspozycji są zaskakująco oszczędne, nie sprawiając wrażenia upchniętej na siłę. Jedynie kilka detali może zwrócić uwagę na bardzo istotne informacje.

Sam świat też jest fascynujący, choć zbudowany na paradoksach. Z jednej strony potężne statki oraz technologia, ale z drugiej brak sztucznej inteligencji czy czegoś na kształt komputerów, zaś starcia fizyczne odbywają się za pomocą broni białej. Żadnych laserów, pistoletów czy innych futurystycznych pukawek. Zadziwiająca decyzja, dzięki której „Diuna” wyróżnia się z tłumu. Otoczka SF jest tylko pretekstem do opowiedzenia o politycznej walce i mierzeniu się z przeznaczeniem, co najdobitniej widać w wątku głównego bohatera. Paul (rewelacyjny Timothee Chalamet) – 15-letni chłopak musi się skonfrontować z losem, który wydaje się być dawno zaplanowany przez sterujący z ukrycia zakon Bene Gesserit oraz Imperatora, bojącego się silniejszych wpływów Atrydów. Jednocześnie mieszkańcy pustynnej planety – Fremeni – widzą w nim Mesjasza, który da im upragnioną wolność. A podatność chłopaka na melanż jeszcze bardziej komplikuje całą sytuację, gdzie wybór wydaje się być iluzją.

Ta filozoficzna warstwa jest tylko jedną z wielu, a Villeneuve bardzo pewnie przedstawia kolejne zakręty. Wizualnie ten film wręcz oszałamia skalą, imponujące są wszelkie pojazdy (ornitoptery, żniwiarka) oraz scenografia i kostiumy. Piasek pustyni jest wręcz namacalny, a efekty specjalne wykonane są bezbłędnie. Od dawna nie miałem poczucia przez wysokobudżetowym filmie wejścia w ten świat – bez zastanowienia się, co zostało stworzone przez człowieka, a co efektem komputerowym. Samych scen akcji jest niewiele, ale jak się pojawia, jest wykonana bez zarzutu. I każdy z obsady, która jest tak imponująca, że nie starczyłoby miejsca na wymienienie wszystkich (na mnie największe wrażenie z tego grona zrobiła kapitalna Rebecca Ferguson jako lady Jessica oraz idealny Stellan Skarsgard wcielający się w barona Harkonnena) gra świetnie, tworząc bardzo dobrze naoiliwioną maszynę. Nawet mając do dyspozycji dosłownie kilka scen – nieprawdopodobne.

Rzadko, BARDZO rzadko mi się zdarza, żebym poszedł do kina dwa razy na jeden film. Jedyne czego żałuję, że na dalszy ciąg tej opowieści będę musiał czekać dwa lata.  To będzie długie czekanie, ale po tej części wiem, że warto czekać. Czy muszę mówić, że „Diuna” była dla mnie niesamowitym doświadczeniem kinowym?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Possessor

Czy można jeszcze zrobić film w klimatach cyberpunku? Ale bez tego futurystycznego walenia neonami po oczach i podrabianiem klimatu „Blade Runnera”? Tylko, jeśli jest to film niskobudżetowy, gdzie można sobie pozwolić na wiele. No i trzeba mieć także nazwisko Cronenberg, niekoniecznie na imię David.

possessor1

Sam początek jest bardzo tajemniczy. Widzimy czarnoskórą kobietę, która wkłada sobie na głowę kabel i kręci jakimś urządzeniem. Potem ubiera się jako stewardessa i razem z kumpelami jadą windą. Po pewnej chwili zauważa mężczyznę, by potem go zaszlachtować nożem. Kobieta przykłada sobie pistolet do ust, a następnie mówi „Przenieś mnie”. Ale zamiast samobójstwa pada od kul policji. Wtedy okazuje się, że stewardessa była „sterowana” przez białowłosą kobietę podłączoną do dziwacznego kasku. Okazuje się, iż ta dziwna osoba – Tasya Vos – jest zabójczynią działającą dla korporacji, która wykorzystuje innych ludzi, by ich rękoma dokonać morderstw oraz innych zbrodni. Szaleństwo, prawda? Ale to przyszłość i tam mogą takie rzeczy się dziać. Nie ma jednak mowy o przerwie, bo szykuje się kolejne zlecenie. Tym razem celem jest John Parse – szef korporacji odpowiedzialnej za zarządzanie danymi, a „narzędziem” ma być jego zięć – Colin Tate (bardzo stonowany Christopher Abbott) – ex-diler narkotykowy. Jak dokonać zbrodni? Zrobić z Tate’a wariata i po przyjęciu dokonać zabójstwa Parse’a i jego córki, a Tate ma popełnić samobójstwo. Zadanie wydaje się proste, zwłaszcza że cel wygląda jak Sean Bean, więc jego los jest przypieczętowany.

possessor2

„Possessor” brzmi jak pokręcona, niskobudżetowa wersja wczesnych filmów Davida Cronenberga z bardziej wyrafinowanym stylem wizualnym. Nic dziwnego, skoro ten film jest dziełem… syna Kanadyjczyka, Brandona. Wiele jest tu cyberpunkowych elementów (transhumanizm, przejmowanie tożsamości, duże korporacje i duża kasa), ale idzie swoją drogą. Jednocześnie jest tu poważny dysonans wokół Tasyi (magnetyzująca Andrea Riseborough) – z jednej strony profesjonalistka w swoim fachu, ale z drugiej strony czuć jak praca działa na nią oraz jej relacje rodzinne (czyli byłego męża i syna). Jedno i drugie niszczy jej psychikę, osłabiając ją zarówno jako matkę i żonę oraz zabójczynię i operatorkę. Czy tym razem podoła zadaniu?

possessor3

Problemem może być fakt, że Tate stawia opór i ma momenty zawieszenia, przez co w drugim oraz trzecim akcie czułem się zdezorientowany. O to też tutaj chodzi – kto tym ciałem steruje, a kto jest tutaj pasożytem. Montaż dostaje ADHD i wali stroboskopami, co jeszcze bardziej dezorientuje, nie dając odpowiedzi na to pytanie aż do przewrotnego finału. Kluczem jest kreacja Abbotta i to jak bardzo drobnymi spojrzeniami pokazuje jego zagubienie, dezorientację. Sama akcja, choć rzadko obecna, jest bardzo, BARDZO krwawa, brutalna i miejscami bardzo szokująca, a reżyser umie trzymać w napięciu.

possessor4

Ale czasami „Possessor” – mimo bardzo porządnej realizacji i kilku pomysłowych kadrów – potrafi zmęczyć, chociaż trwa bardzo krótko. Trudno jednak odmówić młodemu Cronenbergowi inspiracji dziełami swojego ojca, lecz także podąża swoją własną drogą. Na pewno warto uważniej się temu twórcy przyglądać.

7/10

Radosław Ostrowski

Ukryty wymiar

Rok 2040. Zostaje zbudowany statek kosmiczny o nazwie Event Horizon, którego zadaniem było poruszanie się powyżej prędkości światła. Zamiast tego posiada napęd, pozwalający przenosić się poza czas i przestrzeń. Ale podczas testowego lotu maszyna znika poza Jowiszem. I nagle po siedmiu latach statek pojawia się w okolicy Jowisza. Co się stało? Gdzie był? I co przyniósł ze sobą? Do tego zadania zostaje wysłana ekipa pod wodzą kapitana Millera.

ukryty wymiar2

Dzisiaj nazwisko reżysera Paula W.S. Andersona kojarzy się z tandetnymi filmami pokroju kolejnych części „Resident Evil”. Ale na początku swojej kariery był bardzo interesującym, obiecującym twórcą z sukcesami jak choćby filmowy „Mortal Kombat”. Kolejnym filmem po tej udanej adaptacji gry komputerowej był skrętem w stronę horroru SF. Budżet był spory, obsada to mieszanka amerykańsko-brytyjska, a intryga to mieszanka „Obcego” z… „Solaris”. Statek wydaje się opustoszały, niemal wszędzie jest krew i wszystko sprawia wrażenie nieodgadnionej tajemnicy. I wygląda niczym wielki krzyż, co raczej nie jest przypadkiem. Potem okazuje się, że statek jest nawiedzony i trafił do miejsca, jakiego nikt nie chciałby przebywać z własnej woli.

ukryty wymiar3

I tu się zaczyna z jednej strony frajda, z drugiej strony problem. „Ukryty wymiar” w straszeniu korzysta z gore i makabrycznej jatki niczym z „Hellraisera” – w scenach retrospekcji czy krótkich przebitkach. Ale jednocześnie zdarza się członkom załogi mieć zwidy czy halucynacje z przeszłości. Ale czy to wszystko z powodu obecności dwutlenku węgla, czy może statek „wyciąga” z ich głowy wszystkie lęki oraz mroczne tajemnice? A jeśli tak, to czemu nie działa na wszystkich? Dlaczego dr Weir ma obsesję na punkcie statku?

ukryty wymiar4

Dziur i nielogiczności jest tu wiele, a część z nich może wynikać z wycięcia ponad 20 minut po pokazach testowych. I to prowadzi do drugiego problemu, czyli postaci. Są one w zasadzie zarysowane na poziomie podstawowym (czym się zajmują, jak się nazywają), ale nie wierzy się do końca w te relacje. Nie ma zbyt wielu scen, gdzie poznajemy tą załogę bliżej, tylko od razu przeskakujemy do następnej sceny, następnego straszenia. Bo to jest horror, rozumiecie? Przez to kompletnie nie obchodziły mnie te postacie, mimo znajomych twarzy (Laurence Fishburne, Jason Isaacs, Sean Pertwee, Kathleen Quinlan).

ukryty wymiar1

Jest jeszcze kwestia związania z dr Weirem, co ma twarz i aparycję Sama Neilla. Kiedy ten bohater jest naukowcem i tłumaczy jak działa Event Horizon, ma włączony tryb dra Granta i jest świetny. Najgorsze zaczyna się w momencie, gdy Weir zaczyna świrować – te skoki wydają się gwałtowne i szybko znikają, jakby nic się nie stało. Ale kiedy przechodzi na ciemną stronę Mocy, wygląda bardzo paskudnie, ale głos ma zbyt delikatny i nie budzi przerażenia. Także wplecione dialogi nie dają mu zbyt wiele do pokazania.

I to jest przypadek filmu z potencjałem, który z powodu udziału osób trzecich, został zamordowany. Wygląda świetnie, ma imponującą scenografię i mroczny klimat, ale to wszystko wydaje się takie płytkie, puste oraz bez ciężaru emocjonalnego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Otwórz oczy – seria 1

Hasło „polski serial Netflixa” raczej nie wywołuje zbyt pozytywnych skojarzeń. Bo i niezbyt wiele takich produkcji dla streamingowego potentata powstało i żadna która była w pełni udana. Tym razem jednak twórcy pod wodzą Anny Jadowskiej oraz Adriana Panka postanowili przenieść na ekran powieść Katarzyny Bereniki Miszczuk „Druga szansa”, tworząc dzieło zaliczane do gatunku mystery.

Bo i wszystko zaczyna się bardzo tajemniczo. Widzimy dziewczynę budzącą się w pokoju. Sprawia wrażenie jakby nie wiedziała gdzie jest i kim jest. Od razu słyszy, że znajduje się w ośrodku Druga Szansa, gdzie trafiła po pożarze. Tylko, że kompletnie niczego nie pamięta, nawet swojego własnego imienia. Poznaje jeszcze inne osoby – głównie nastolatki – z tym samym problemem: tancerza Szymona, mającą potencjał malarski Izę, komputerowca Pawła. Po jakimś czasie dołącza tajemniczy Adam, który podobno uciekł z tego miejsca. Jest jeszcze kierująca tym miejscem dr Morulska, stosująca dość niekonwencjonalne metody leczenia. W końcu jednak dziewczyna – o imieniu Julka – zaczyna wyczuwać, że coś z tym miejscem jest nie tak.

Jak sami widzicie, serial próbuje być mieszanką tzw. young adult (opowieści o „młodych dorosłych”, czyli nastolatkach) zmieszaną z psychologicznym thrillerem oraz budowaną aurą tajemnicy. Tutaj niemal od początku podejrzewałem, że coś jest nie tak. Tajemniczy głos wołający „Karolina”, krótkie przebitki, majaki, a kierująca wszystkim lekarka nie odpowiada na nurtujące pytania. A sam ośrodek, znajdujący się w jakimś dworku, też nie wygląda zbyt przyjaźnie, w czym pomaga lekko futurystyczna scenografia. Jawa to jest czy sen? Urojenia to czy rzeczywistość? Dlaczego w leczeniu ma pomoc rozwijanie swojego talentu? I czy naprawdę leczy się ludzi z amnezją, czy może próbuje się ich na nowo stworzyć? Wykorzystując brak pamięci zbudować nowe tożsamości? I czemu reszta znajomych Julki nie przejmuje się dziwnymi zjawiskami?

Atmosfera jest budowana powoli, a tajemnice odkrywane stopniowo, chociaż tempo pierwszych odcinków może działać usypiająco. Ale z odcinka na odcinek zaczyna się robić coraz ciekawiej, pojawiają się kolejne tropy i strzępki informacji, by w dwóch ostatnich odcinkach uderzyć z impetem. Jeśli jednak myślicie, że poznacie odpowiedzi na wszystkie pytania – muszę was rozczarować. W końcu potrzebny jest fundament do potencjalnej kontynuacji, tylko czy ona w ogóle powstanie? Jest na to szansa, ale czas pokaże. Sama realizacja jest więcej niż porządna, ze świetnymi zdjęciami i montażem oraz budującą klimat elektroniczną muzyką Jacaszka. Nawet efekty specjalne nie kłuły w oczy, w przeciwieństwie do dialogów, które czasem brzmiały tak jakby były najpierw pisane po angielsku, a następnie przetłumaczono na polski.

Aktorsko jest dość nierówno, ale w głównych rolach obsadzono debiutantów i na to mogę przymknąć oko, bo nikt tutaj nie daje ciała. Czuć jednak różnice w poziomie między nimi a bardziej doświadczonymi kolegami po fachu. W głównych rolach mamy Marię Wawreniuk (Julia) oraz Ignacego Lissa (Adam), którzy radzą sobie naprawdę nieźle i czuć chemię między nimi we wspólnych scenach. No bo skoro to young adult, to wątek romantyczny być musi i basta, ale on nie przeszkadza całkowicie. Choć z grona rezydentów najbardziej wybijają się postrzelona Iza (Klaudia Koścista) oraz uznana za obłąkaną Magda (rewelacyjna Sara Celler-Jezierska, która kradnie każdą scenę). I nie można nie wspomnieć zarówno o Marcie Nieradkiewicz i Marcinie Czarniku. Pierwsza jako dr Morulska jest bardzo enigmatyczna, a jej prawdziwe intencje pozostają zagadką do samego końca. Niby wydaje się tą próbującą pomagać, ale jest w niej coś niepokojącego. Na podobnym biegunie jest Czarnik jako „terapeuta” Piotr, choć jego twarz wydaje się bardziej niepokojąca.

Nie jest to przełomowa czy oryginalna pod względem tematyki produkcja, jednak „Otwórz oczy” potrafi zaciekawić oraz intrygować do samego końca. Jeśli będzie drugi sezon, z chęcią sprawdzę jak się to dalej potoczy. Bo wiele tajemnic pozostaje nierozwiązanych, a odpowiedzi – mam nadzieję – będą ciekawe.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek-demolka

Niby były połączenia kina akcji z SF, jednak takiej jazdy jak „Człowiek-demolka” nie da się wymazać z pamięci. Jedyny film zrobiony przez Marco Brambillę ma w zasadzie to, co lubicie w akcyjniakach z lat 90. i nawet o wiele więcej. Akcja toczy się w przyszłości roku 1996, gdzie policjant John Spartan (tytułowy Człowiek-demolka o aparycja Sylvestra Stallone’a) ściga niebezpiecznego bandziora Simona Phoenixa (Wesley Snipes w czasach wielkiej formy), który porwał zakładników. Udaje się przestępcę schwytać, lecz akcja kończy się rozpierduchą i wrobieniem policjanta w zabójstwo zakładników. Za karę obaj panowie zostają zamrożeni w komorach kriogenicznych na 70 lat. W 2032 roku Los Angeles, Santa Monica oraz San Diego połączyły się w jedną metropolię, zaś przemoc to pieśń przeszłości. Ale właśnie wtedy Phoenix ucieka z więzienia, a policja jest wyjątkowo bezsilna. Pozostaje jedyne rozwiązanie: wybudzić Spartana i dorwać Phoenixa.

Może i sam początek filmu zapowiada coś konwencjonalnego, to złudzenie trwa kilka minut. Gdy trafiamy w przyszłość, nagle film idzie w satyrę na dystopijne społeczeństwo. Świat, który wskutek katastrofy zmienił się totalnie. Ludzie noszą stroje przypominające kimona, przestrzeń jest nieznośnie sterylna, zaś wiele rzeczy (mięso, przemoc, seks, niezdrowa żywność, broń palna) w zasadzie nie istnieją. Nawet przeklinać nie można, bo dostaje się za to mandat. Nowy, wspaniały świat, będący zasługą wizjonera dra Cocteau. Ale technologicznie jest wiele gadżetów bardzo blisko naszej rzeczywistości jak telekonferencje, tablety czy automatycznie prowadzące samochody. Zaś dominacji tylko jednej fast-foodowej sieci wydaje się być kwestią czasu. Krótko mówiąc – niby zdrowe, ale jakieś pozbawione jaj społeczeństwo.

I to komediowe zacięcie w scenach, gdzie Spartan próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości to najmocniejszy punkt filmu. Nie oznacza to jednak, że sceny akcji nie są interesujące. Walki są zdominowane głównie przez bijatyki, z bardzo płynnym montażem (kolejny popis umiejętności Stuarta Bairda) oraz czasami nietypowymi kątami kamery. To wyróżnia „Człowieka-demolkę” z grona innych filmów akcji tego okresu. Nie brakuje też one-linerów oraz przewidywalnych kierunków historii, co absolutnie nie jest wadą.

No i całość bardzo mocno trzyma się aktorsko. Stallone bardzo dobrze wypada jako bezkompromisowy stróż prawa, próbujący się odnaleźć w nowej rzeczywistości. W scenach akcji robi to, do czego nas przyzwyczaił, ale tutaj pokazuje spore predyspozycje komediowe. Świetnie też wypada Snipes, tworząc bardzo przerysowanego łotra z mocno psychopatycznym rysem. Ma w sobie coś z Jokera, a granie Phoenixa sprawia mu najwięcej frajdy. Ale największą niespodzianką jest tutaj Sandra Bullock, czyli porucznik Huxley. Policjantka niby z przyszłości, lecz mentalnie mocno zafiksowana na punkcie lat 90., tworząc bardzo zgrabny duet ze Stallonem. I ta trójka jest prawdziwym paliwem napędowym tego szaleństwa.

Dla mnie to specyficzny oraz niedoceniony film akcji, który miejscami mógłby być osadzony w świecie RoboCopa. „Człowiek-demolka” miesza sensację, fantastykę z satyrycznym spojrzeniem na przyszłość, dając bardzo dużo frajdy fanom gatunku. Absolutna perełka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pasażer nr 4

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że wyrusza misja kosmiczna na Marsa. Jej celem jest hodowla roślin, by stworzyć ziemską atmosferę. Statek jest dwuosobowy, lecz został tak zaadaptowany, by mogły w nim przebywać trzy osoby: dowódca, lekarz oraz biolog. Dotarcie do celu ma potrwać dwa lata, jednak pojawia się tytułowa komplikacja. W przegrodzie z systemem podtrzymywania tlenu znajduje się mężczyzna, który… stracił przytomność. Sam system zostaje uszkodzony i cała misja jest zagrożona.

pasazer4-2

Joe Penna jako reżyser zaskoczył survivalowym dramatem „Arktyka”, a teraz zrobił w zasadzie podobną opowieść. Ale lepszą, bo w kosmosie!!!!!!! Prawda? Troje członków załogi, pasażer na gapę oraz coraz bardziej kurczący się tlen. I jak rozegrać tą sytuację? Ktoś musi umrzeć, bo potencjalne opcje (próba dotarcia do przodu statku ze zbiornikiem z tlenem, użycie roślin) przestają działać. Początek wydaje się spokojny, a z odkryciem tajemniczego pasażera (Michaela) pojawia się parę pytań. Skąd się tu wziął? Czemu nikt go nie zauważył? I co dalej? Ale z każdą minutą wszelkie dyskusje zaczynają tracić na sile, zmieniając się tylko w deklaracje. Dość łatwo jest ustalić kto jaki ma plan (komandor trzyma się wytycznych, biolog jest bardzo pragmatyczny, lekarka empatyczna i walczy o pasażera). Ale napięcie szybko gaśnie przez bardzo wolne, wręcz ospałe tempo. Brakuje tutaj silniejszych, bardziej intensywnych emocji. To wręcz niewiarygodne!!!

pasazer4-1

Zaskakuje bardzo minimalistyczna warstwa wizualna, ale w końcu jesteśmy wewnątrz statku kosmicznego. Scenografia względnie trzyma się realizmu, zaś kamera ma parę fajnych mastershotów jak choćby załoga idącą w sztucznej grawitacji po wnętrzu. Ale w decydującym momencie dochodzi do wyjścia na zewnątrz i wtedy – dopiero! – zaczyna odzywać się suspens. Jednak dla samego filmu było już za późno. Nie pomagały ani efekty specjalne, ani (poza zdjęciami) warstwa techniczna.

pasazer4-3

Sami aktorzy wyciskają co mogą ze scenariusza i dają radę stworzyć przekonujące postaci. Pod tym względem najbardziej wybija się Toni Collette jako komandor Marina Barnett oraz Anna Kendrick jako lekarka Zoe. Obie te role są bardzo rozbudowane i interesujące. Za to bardzo zawodzi tytułowy bohater o aparycji Shamiera Andersona, bo jest zwyczajnie nijaki i stanowi tylko zapalnik dla całej sytuacji. Kompletnie mnie nie interesował, co mnie wprawiło w osłupienie. Dawno nie byłem jeszcze aż tak rozczarowany filmem z potencjałem. To mogła być intrygująca historia o człowieczeństwie w sytuacji ekstremalnej, jednak pomysł zostaje rozwodniony przez bardzo średnią realizację. Niedogotowany film z ciekawymi składnikami.

5/10

Radosław Ostrowski

Ad Astra

W ostatnim czasie nie brakuje ambitnych filmów SF za duże pieniądze. „Interstellar”, „Marsjanin” czy „Pierwszy człowiek” – to niektóre przykłady, do których zdecydowanie próbuje dołączyć nowy film Jamesa Graya. Historia skupia się na astronaucie, majorze Royu McBride, który dostaje bardzo poważne zadanie. Ziemia zostaje zaatakowana przez coś, co nazwano Udarem – fale antymaterii, które niszczą elektryczne urządzenia na planecie i może doprowadzić do zniszczenia życia. Major wyrusza z tajną misją rozwiązania źródła problemu.

Dziwaczny to film, na pewno nie dla ludzi, którym kino SF kojarzy się z epicką napierdalanką, wybuchami oraz wszelkimi komputerowymi bajerami. Tak naprawdę jest to psychologiczne kino drogi, skupione na wędrówce naszego bohatera. Tylko, ze ta podróż nie obejmuje tylko częściowo skolonizowanego kosmosu, ale przede wszystkim w głowie McBride’a. Kamera niemal przyklejona jest do jego twarzy, pokazując każde spojrzenie, grymas twarz. A jego portretu dopełnia także narracja z offu Roya – zazwyczaj taki zabieg wydaje się drogą na skróty.

Jeśli miałbym do czegoś porównać nowy film Graya, zdecydowanie najbliżej jest do… „Czasu Apokalipsy”. Ekspedycja ta ma dla bohatera charakter osobisty, jednak więcej wam nie powiem. Im więcej zaczniecie odkrywać tajemnic, niespodzianek oraz twistów, tym bardziej ten film was złapie. I zmusi do zastanowienia, pokazując niezbyt przyjemną stronę człowieka. Może technologicznie zdolnego do osiągnięcia niemożliwego, ale tak samo egoistycznego, niszczącego, samotnego, ogarniętego swoimi własnymi obsesjami i demonami. Wielki i mały jednocześnie, zdolny do poświęcenia jak także do zabijania, eksperymentowania, szaleństwa.

By jednak nie zanudzić tymi ważkimi refleksjami, reżyser dodaje odrobinkę akcji jak choćby podczas ucieczką przed piratami na Księżycu. Jednak Gray znany jest z tego, że do oczywistych elementów podchodzi w nieoczywisty sposób. Wizualnie „Ad Astra” to prawdziwa perła w koronie, gdzie niemal każdy kadr mógłby spokojnie być tapetą na komputerze. Znakomite zdjęcia Hoyte van Hoytemy podkreślają klimat poszczególnych miejsc, które – niby osadzone w niedalekiej przyszłości – wyglądają jakby z filmów SF lat 70. i 80. bez widowiskowych efektów specjalnych, z nieobecnym dźwiękiem w przestrzeni kosmicznej. Poczucie odrealnienia oraz samotności potęguje jeszcze minimalistyczna muzyka Maxa Richtera, a powolne tempo pozwala rozsmakować się estetyce kina.

Aktorsko pojawia się tu wiele znajomych twarzy na drugim planie, ale prawda jest taka, iż są tak naprawdę tylko drobnymi epizodami. Całość na swoich barkach musiał dźwigać Brad Pitt, co troszkę mnie zaskoczyło. Zwłaszcza, iż reżyser bardzo często współpracuje z Joaquinem Phoenixem. Ale to Pitt był producentem, więc ta zmiana ma więcej sensu. Aktor gra tutaj w bardzo wyciszony sposób, co wynika z charakteru bohatera, który ma być profesjonalistą oraz jest nauczony tłumić emocje w sobie. Bardzo drobnymi detalami pokazywana jest powoli odbywająca się przemiana McBride’a, mierzącego się ze swoimi demonami.

Choć film ma nierówne tempo, dialogi w większości to ekspozycja i czasami jest sporo repetycji „Ad Astra” pozostaje intrygującym doświadczeniem. Ambitnym SF z niesamowitą warstwą audio-wizualną oraz klimatem samotności i alienacji. Mnie to wystarczy, a czy wy spróbujecie wyruszyć w tą podróż?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Universum

Człowiek-Pająk ostatnio się nam rozmnożył i na przestrzeni 20 lat pojawiał się z różnymi twarzami: od Toby’ego Maguire’a przez Andrew Garfielda aż do Toma Hollanda. Co nowego w materii jednego z bardziej przyziemnych superherosów można opowiedzieć? Animowany oddział Sony postanowił pójść w kompletnie innym kierunku: Spider-Wersum. Czyli co by się stało, gdyby w Nowym Jorku pojawiło się kilku Spider-Manów z różnych wersji świata? A głównym bohaterem nie byłby Peter Parker?

spider-verse1-1

To po kolei. naszym bohaterem jest Miles Morales – czarnoskóry chłopak z Brooklynu, który trafił do elitarnej szkoły. Jest strasznie nieśmiały, nie do końca odnajduje się w nowym otoczeniu, a jego wielką jest graffiti oraz hip-hop. Z tym ostatnim problem ma jego ojciec-policjant, kompletnie inaczej niż jego wujek. Podczas tworzenia swojego graffiti, chłopak zostaje pogryziony przez pająka. Reszty się pewnie domyślacie, ale nie do końca. Odkrywa w sobie moce, ale nie czuje się na siłach. Próbując odnaleźć pająka, odkrywa przypadkiem tajemniczą maszynę zwaną Zderzaczem. Wskutek odpalenia dochodzi do trzęsienia ziemi oraz śmierci Spider-Mana, który próbował powstrzymać Kingpina. W tym samym czasie w Nowym Jorku pojawia się kilku Spider-Manów z różnych wymiarów świata.

spider-verse1-2

Już na samym początku twórcy sugerują wizualne szaleństwo, gdzie czołówki zaczynają się nakładać na siebie. Stylistyczny kolaż, od którego można dostać oczopląsu, sprawiający wrażenie niemal żywcem wzięty z komiksu (włącznie z użyciem paneli czy onomatopei). Wynika to z obecności różnych Spider-Manów: od dziewczyny z mangi i towarzyszącym jej robotem przez detektywa z czarnego kryminału, pstrokatą Gwen Stacy po kreskówkowego Spider-Hama (pół pająk-pół świnia) oraz Petera Parkera w wieku dorosłym. Każdy z nich – mimo różnych czasów i konwencji – ma bardzo zbliżoną historię, co dla twórców staje się źródłem jednego z gagów. Ale jeśli nasze Pajęczaki nie wrócą do siebie, zginą, więc stawka jest wysoka.

spider-verse1-3

Akcja niemal non-stop pędzi na złamanie karku, bardzo rzadko sobie pozwalając na chwilę oddechu oraz przetrawienie wszystkiego. Kamera niemal dostaje ADHD, a jednak wszystko jest bardzo jasne i czytelne. Każde starcie – czy to kradzież laptopa z laboratorium, konfrontacja w domu ciotki May czy finał pod Zderzaczem – wygląda niesamowicie, balansując między powagą a zgrywą. Spora ilość humoru może być wielkim zaskoczeniem, gdzie żarty są jak w szwedzkim stole: od slapsticku przez popkulturowe odniesienia czy mignięcia dla fanów komiksów o Pajęczaku. Dość szybko poznajemy różne wersje Spider-Manów i każda z nich jest na tyle wyrazista, że mnie obchodził ich los. Mimo faktu, że „Uniwersum” jest origin story Milesa Moralesa jako Spider-Mana. Szalenie satysfakcjonującym, z obłędną muzyką Daniela Pembertona, która miesza symfoniczne brzmienia z hip-hopem, tworząc kolejny dźwiękowy koktajl Mołotowa.

spider-verse1-4

Również oryginalny dubbing robi fantastyczna robotę. Shameik Moore cudownie spisał się jako Morales, pokazując bardzo przekonującą przemianę z nieśmiałego i wystraszonego chłopaka aż po troszkę bezczelnego i odważnego chłopaka, co podąża swoją drogą. Jednak dla mnie absolutnym strzałem w dziesiątkę był 40-letni Peter Parker, czyli głosowo Jake Johnson. Parker w jego wykonaniu to facet, któremu życie się posypało i w zasadzie nie ma żadnego celu. Spotkanie z Milesem przypomina początkowo zderzenie cynicznego, wypalonego herosa z zapalonym entuzjastą, jednak z czasem – choć w dość nieoczywisty sposób – staje się wspierającym mentorem. Sporo też dodał rozbrajający Spider-Ham (John Mulaney), bardzo wycofana Gwen (cudowna Hailee Steinfeld) oraz twardy Spider-Man Noir z głosem samego Nicolasa Cage’a (nie sądziłem, że dożyję chwili, gdy Cage zagra Człowieka-Pająka). Jest jeszcze wiele innych znanych głosów, ale odkrycie ich pozostawię wam.

spider-verse1-5

Ja widziałem w życiu wiele animacji, ale czegoś takiego jak „Spider-Man: Uniwersum” nie potrafię porównać do czegokolwiek. Surrealistyczno-awangardowo-mainstreamowa hybryda, po obejrzeniu której chce się tylko jednej rzeczy: sequela. Głównie, by lepiej poznać działanie multiwersum i zobaczyć, co jeszcze twórcy wymyślą.

9/10 + znak jakości

PS. Scena po napisach w tym filmie to jedna z najlepszych scen w historii adaptacji Marvela.

Radosław Ostrowski

Wojna o jutro

Kolejna produkcja zrobiona za dużą kasę, która nie trafiła do kinowej dystrybucji. Szkoda, bo na kinowym ekranie zrobiłaby o wiele większe wrażenie niż przed telewizorem czy laptopem. Nowy film Chrisa McKaya, czyli twórcy „LEGO: Batman” nie jest animacją, tylko blockbusterem za ponad 200 baniek sklejającym znane pomysły w nową jakość. Przynajmniej taki jest plan.

wojna o jutro1

Akcja toczy się w Boże Narodzenie roku 2022, kiedy trwają Mistrzostwa Świata w piłkę nożną w Katarze. A naszym bohaterem jest Dan Forester – kiedyś wojskowy, obecnie nauczyciel biologii, chcący rozwijać swoją karierę naukową. Ale szanse na to drugie są niezbyt wielkie. I podczas meczu dochodzi do dziwnej sytuacji: na boisku pojawiają się… żołnierze z przyszłości. A konkretnie sprzed 30 lat od tej chwili, gdzie prowadzona jest wojna z kosmicznymi bestiami zwanymi kolcami. Walka wydaje się przegrana, więc o pomoc zostają poproszeni obecni wojskowi oraz cywile, by pomogli. Wśród nich trafia też Dan, którego zadanie zostaje przez dłuższy czas tajemnicą. A na miejscu okazuje się, że oddziałem R (naukowcy), gdzie zostaje oddelegowany nasz bohater, dowodzi jego… dorosła córka.

wojna o jutro2

„Wojna o jutro” jest miksem kina akcji i SF o temacie w zasadzie tak znanym, że bardziej się już nie dało. Bo ile było opowieści o walce z kosmitami? Do tego wpleciony motyw podróży w czasie (zaskakująco świeżo), paskudne monstra w CGI niewiadomego pochodzenia oraz kilka potencjalnie ciekawych wątków, które są w zasadzie ledwo liźnięte. Czuć tutaj spory budżet, a wiele scen jest w bardzo dużych przestrzeniach. Kiedy trzeba reżyser w scenach akcji bardzo spokojnie buduje napięcie, idąc nawet wręcz ku horrorowi (dotarcie oraz ucieczka z laboratorium). Niemniej jednak do tych momentów trzeba dotrzeć, bo McKay nie atakuje nimi od początku, tylko po kilkudziesięciu minutach.

wojna o jutro3

Na pewno chodziło o budowania świata, gdzie ludzie jednoczą się wspólnie przeciwko wspólnemu wrogowi. Czasu jednak jest niewiele, bo przejście na dwie linie czasowe jest tylko jedno. I to jeszcze podnosi stawkę. Poza walką z kosmitami, reżyser w chwilach oddechu skupia się na paru interesujących wątków. Od próby zbudowania relacji Dana ze swoją dorosłą córką, znającą jego przyszłość (i ten wątek działa najmocniej) przez bardzo trudną i szorstką relację Dana ze swoim ojcem – przed podróżą w czasie – powolny skręt świata ku zagładzie aż do proekologicznego przesłania. Nie wszystkie wątki zostają w pełni wykorzystane, jednak dodają pewnego kolorytu do całości. Tak samo mamy bardzo dobrą realizację (zdjęcia miejscami przypominały mi kolorystyką „Na skraju jutra”) oraz elektroniczno-militarną muzykę.

wojna o jutro4

Aktorsko jest tutaj naprawdę nieźle, ale psychologicznej głębi raczej tu nie szukajcie. Niemniej jest parę ciekawych rzeczy do docenienia. Czy Chris Pratt pasuje do roli everymana, zmuszonego do dokonywania heroicznych czynów kosztem prywatnego życia? Daje sobie radę, chociaż z tym kaloryferem troszkę nie wygląda na szarego człowieka. Jednak kiedy zaczyna wchodzić w tryb dowódcy, trudno się do niego przyczepić. Dla mnie najbardziej błyszczy Yvonne Strahovski wcielająca się w pułkownik Forester, czyli dorosłą córkę Dana. Ma najlepsze cechy swojego ojca, choć naznaczona jest pewną tajemnicą. Sceny wspólnych rozmów były najmocniejsze emocjonalne i zależało mi na tej dwójce. Szoł jednak kradnie obecny głównie w trzecim akcie J.K. Simmons, czyli ojciec Dana, naznaczony wojennymi demonami twardziel. Nie widziałem jeszcze tego aktora tak przykokszonego.

Film McKaya to sklejka „Na skraju jutra”, „Interstellar” i „Żołnierzy kosmosu”, z której powstaje smaczne oraz bardzo przyzwoite widowisko. Ma rozmach, kilka ciekawych pomysłów i porządnych efektów specjalnych, a kiedy trzeba poruszy. Bardzo smaczny hamburger.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Poziom mistrza

Czy można zrobić porządny, prosty film akcji klasy B, by trzymał poziom produkcji z wyższym budżetem? Oczywiście, że tak. tylko trzeba mieć na to pomysł, nie traktować filmu śmiertelnie poważnie, dodać parę znanych twarzy i czerpać frajdę z kręcenia. Czyli wszystko to, czego nie było w „W nieskończoności”.

Co nie wyszło Antoine’owi Fuqua, udało się za to Joe Carnahanowi. W swoim „Poziomie mistrza” bohaterem uczynił byłego wojskowego, kapitana Roya Pulvera. Mężczyzna wpadł w pętlę czasową, co może brzmieć świetnie, ale nie jest. Bo po przebudzeniu nasz bohater jest atakowany i choćby nie wiadomo czego próbował, zawsze kończy się to śmiercią. Ale kto i dlaczego? Czemu się budzi tego samego dnia? Roy nic nie pamięta, jednak powoli zaczyna układać kolejne elementy układanki. Zwłaszcza, że jest to spowodowane wydarzeniami z dnia poprzedniego i jego byłą żoną.

boss level1

Taki „Dzień świstaka” polany sosem kina akcji? A czemu kurde nie. Reżyser jest świadomy z czym się mierzy i momenty repetycji przyspiesza montażem, by uniknąć nudy. Jeszcze jest polane humorem, głównie dzięki ironicznym komentarzom bohatera o aparycji Franka Grillo. Aktor dźwiga swoją postać kilogramami charyzmy oraz wyczyniając szalone piruety kaskadersko-pirotechniczne. Strzały świszczą na prawo i lewo, wybuchy są na porządku dziennym, nawet broń biała ma swoje pięć minut. Wszystko w bardzo pomysłowy i kreatywny sposób, pokazując pewną rękę Carnahana. Nieważne, czy mówimy o pojedynku na broń białą z Guan-Yin, włamaniu do siedziby złola za pomocą auta czy ucieczce z domu. Szaleństwo jest tutaj normą. Tak samo jak samoświadome poczucie humoru z masą odniesień do popkultury.

boss level2

Jednak najbardziej złapały mnie momenty, kiedy Roy przypadkiem spotyka syna i zaczyna z nim spędzać więcej czasu. Tutaj bardziej czuć stawkę dla naszego wojaka, pokazując jego ludzką stronę oraz szansę na poprawę relacji. Ale też daje możliwość dokonania wolty oraz doprowadzenia do poruszającego finału.

Grillo tutaj absolutnie błyszczy i jest najmocniejszym punktem aktorsko. Równie świetnie sprawdza się Mel Gibson jako czarny charakter o żądzy władzy. Ten błysk w oku pomaga w zbudowaniu postaci demonicznej, choć strasznie rozgadanej. Twarzy znanych jest wiele, choć wiele z nich ma tylko kilka minut jak Ken Jeong (szef knajpy) czy Michelle Yeoh (mistrzyni miecza Dai Feng). Ale i tak frajdy jest bardzo dużo.

boss level3

Prosta, bezpretensjonalna rozrywka na wysokim poziomie – tak opisać szalone dzieło Carnahana. I jest to zaskakujący przykład jak z ogranych, znajomych koncepcji spłodzić świeże, dostarczające kino. Bez ambicji i udawania, że chodzi o coś więcej niż tylko dobra zabawa.

7,5/10

Radosław Ostrowski