Deadpool & Wolverine

Sześć lat – tyle trzeba było czekać na nowego Deadpoola. W międzyczasie studio 20th Century Fox zostało sprzedane Disneyowi, do tego przedłużające się prace nad scenariuszem, zmiana reżysera czy – co nas najbardziej zaskoczyło – powrót Hugh Jackmana do roli Wolverine’a. Ale w końcu Najemnik z Nawijką powrócił, ale czy pod nowym kierownictwem nie stracił ze swojego charakteru i nie ugrzeczniono go?

Jak dobrze pamiętamy pod koniec „dwójki” Wade Wilson (Ryan Reynolds) troszkę namieszał w czasie, by odzyskać swoją kobietę. Porzucił jednak swoją działalność jako superheros, rozstał się z Vanessą i teraz pracuje jako… sprzedawca samochodów. Przeszłość jednak dopada go w najmniej oczekiwanym momencie i zostaje schwytany przez agentów TVA. Szef komórki Paradox (Matthew Macfadyen) prosi Wade’a, by po śmierci Wolverine’a pozostał Istotą Prymarną, inaczej cała linia czasowa tego świata zostanie wymazana. Ale Deadpool nie byłby sobą, gdyby zamierzał dotrzymać tej umowy. Zamiast tego skacze po różnych liniach czasowych, by znaleźć Wolverine’a (Hugh Jackman) godnego zastąpić Wolverine’a z naszego świata. Akurat trafia na lubiącego mocno wypić i nie mającego nic do stracenia wariację wściekłego zabijaki, co mocno miesza w planach Paradoxa.

Tym razem za kamerą stanął Shawn Levy, który pracował już z Ryanem Reynoldsem przy „Uwolnić Guya” i „Projekcie Adam”, zaś z Hugh Jackmanem stworzył „Gigantów ze stali”. Od razu uprzedzę wszystkie obawy – Deadpool nie został utemperowany, nadal klnie jak szewc, rzuca żartami jak szalony, zaś krew leje się gęsto. Także sprytnie wykorzystywane są piosenki („Bye Bye Bye” N’Sync w pierwszej scenie akcji czy okraszone chórem „Like a Prayer” Madonny), co jest przebłyskiem natchnionego umysłu. Po drodze dostajemy masę nieoczywistych cameo (nie powiem wam kto), szpile wrzucane w Foxa, multiwersum, wariacje Deadpooli. Dzieje się tu dużo i pierwszy raz w tej serii poczułem się przytłoczony. A nie wspomniałem o świecie, gdzie znajdują się zapomniane inkarnacje herosów Marvela, gdzie przebywa główna antagonistka, Cassandra (Emma Corrin).

Kiedy mamy zderzenie śmieszka Deadpoola z bardziej poważnym oraz tragicznym Wolverine’m, czuć tutaj ducha klasycznych buddy movie i to jest prawdziwe serce tego tytułu. Chemia między Hugh Jackmanem a Ryanem Reynoldsem dorównuje takim parom jak Mel Gibson/Danny Glover czy Channing Tatum/Jonah Hill. Ale czasem miało się ochotę, by Deadpool się troszkę zamknął. Tutaj wiele żartów nie trafia w cel, czego się kompletnie nie spodziewałem. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie jak bardzo nierówne jest tempo, zaś najbliżsi przyjaciele Deadpoola (o których życie toczy się ta gra) zostają zepchnięci do mało wyrazistego tła. No czuć tutaj lekkie zmęczenie materiału. A i sama antagonistka wydaje się nie być zbyt wyrazistą postacią

Czy to oznacza, że „Deadpool i Wolverine” to film słaby? Z całej serii o tym herosie – tak, ze wszystkich filmów Marvela – nie. Mimo pewnych przestojów i nie zawsze trafionych żartów, film Levy’ego nadal potrafi dostarczyć sporo dobra i potrafi emocjonalnie trafić. Zaskakująco porządne kino, choć zostawia lekki niedosyt.

7,5/10

Radosław Ostrowski 

Free Guy

Wyobraźcie sobie taką sytuację: prowadzicie normalne, uporządkowane według rutyny życie. Wstajesz, ubierasz się, idziesz do pracy, potem fajrant i do domu. „Pić, jeść, spać jak tamagochi.” – śpiewali klasycy rapu. A potem przypadkiem odkrywacie oraz zauważacie, że ten świat wygląda zupełnie inaczej niż do tej pory. To jeden z najbardziej znanych tropów w historii kina, niemal od samego początku. „Metropolis”, „Matrix”, „Truman Show”, „Mroczne miasto” – to tylko kilka przykładów, a do tego grona dołącza „Free Guy”.

free guy1

Bohaterem jest niejaki Guy, czyli Facet (Ryan Reynolds) – pracownik banku we Free City. On też ma swoją rutynę: wstawanie, śniadanie (płatki z mlekiem), przebranie się, spacer do pracy z kumplem Buddym (Lil Rel Howery) oraz kawą w ręku. Następnie praca, gdzie dochodzi do napadu i wszyscy zachowują spokój, również rutynowo. I tak w kółko, marząc o poznaniu TEJ JEDYNEJ, wymarzonej, idealnej. No i nie uwierzycie, pojawia się taka kobitka, co nuci jego ulubiony kawałek. To musi coś znaczyć i nasz Facet zaczyna przełamywać swoją rutynę. Ale też przypadkiem, dzięki znalezionym okularom – niczym w „Oni żyją” – poznaje prawdę o swoim świecie. Że całe jego życie, praca i rzeczywistość to… gra komputerowa, a on jest NPC-em – postacią niegrywalną. Jak żyć po czymś takim? I jaki ferment to wywoła nie tylko w samej grze?

free guy2

Za „Free Guy” odpowiada Shawn Levy, który ostatnio jest znany jako reżyser i jeden z producentów kultowego „Stranger Things”. Tutaj mamy mieszankę filmów w stylu „Truman Show” czy „Matrixa” z… „Tronem”. Czemu to drugie? Przez wątek dziewczyny Millie (Jodie Comer), która razem z chłopakiem (Joe Kerry) współtworzyła pewną grę. Ta trafiła do szefa dużej korporacji, a ten zbudował na jego kodzie strzelankę MMO. I cała ta zabawa toczy się dwutorowo, gdzie świat wirtualny ma wpływ na rzeczywisty. Sama akcja mocno wykorzystuje elementy z gry komputerowej (gdy Facet widzi przez okulary), przez co kontrast między prostodusznością Faceta a brutalnością miasta oraz graczy.

free guy3

Tu się obrywa zarówno graczom – niejako bezmózgim, trochę za bardzo skupionym na wirtualnym świecie oraz żerujących na nich szefach korporacji (cudownie przerysowany Taika Waititi) tak oderwanych od rzeczywistości i przekonanych o swoim geniuszu. Geniuszu do zarabiania pieniędzy, wykorzystywaniu cudzych pomysłów. Klasyczna walka dobra ze złem, gdzie świadome AI nie chce nas zamordować, zrobić z nas niewolników itp. W czasach mrocznych SF pokroju „Ex Machina”, „Upgrade” czy innych „Terminatorów” jest to bardzo odświeżające. Akcja jest poprowadzona z jajem, gdzie nie brakuje ucieczek, strzelanin i pojawiających się znikąd broni oraz postaci, zaś jedna z finałowej bójki między Facetem z Kolesiem iskrzy humorem, zadziwia kreatywnością. Nie mówiąc o brawurowej ucieczce przed coraz ciasnym miastem.

free guy4

A wszystko to jest cudnie zagrane. Ryan Reynolds tutaj trochę jest inny niż choćby w „Deadpoolu”, ale mi to nie przeszkadzało. Jego Facet mógłby wydawać się irytującym palantem, ale jego naiwność, prostoduszność ma w sobie wiele ciepła, uroku i przyziemności. Jednak szoł kradnie tutaj absolutnie świetna Jodie Comer. Kiedy walczy w grze jako Molotovgirl jest twarda, szorstka, jednak dynamika z Facetem ma w sobie wiele uroku. Natomiast w świecie realnym to zdeterminowana, trochę upierdliwa wojowniczka, próbując znaleźć dowód kradzieży kodu. I tutaj pakuje się w to grany przez Joe Kerry’ego jej były chłopak Keys, choć początkowo ma opory. Aktor solidnie wspiera resztę, nawet jeśli jest troszkę w cieniu reszty obsady.

free guy5

„Free Guy” jest bezpretensjonalną, czysto rozrywkową zabawą, która miesza akcję, komedię i nawet… romans. Chociaż zawiera pewne wątki, które dość szybko są porzucone (świadomość AI) lub nie pogłębione (satyra na korporacje), ogląda się z wielką frajdą, gdzie efekty specjalne są świetne i nie rozpraszają. Nikt się nie spodziewał, a każdy dostał i wyszedł zadowolony.

8/10

Radosław Ostrowski

Stranger Things – seria 1

UWAGA!
Tekst może zawierać spojlery, chociaż autor stara się tą ilość zredukować do niezbędnego minimum.

stranger_things1

Hawkins, stan Indiana, rok 1983. To właśnie tutaj mieszka paczka kumpli: Mike Wheeler, Will Byers, Lucas Sinclair i Dustin Henderson – bardzo młodych dzieciaków, którzy fajnie spędzają ze sobą czas, grając w gry fantasy (ale nie na komputerze), działają w kołku naukowym. Są zżyci ze sobą po prostu, prawdziwi przyjaciele. Ale pewnego wieczoru jeden z czwórki, Will nie wraca do domu. Po prostu znika bez śladu. Matka przeżywa załamanie nerwowe, brat chłopca (Jonathan), policja kierowana przez komendanta Jima Hoppera oraz kumple Willa, niezależnie od siebie prowadzą poszukiwania. I w tym samym czasie pojawia się łysa dziewczynka w szpitalnym ubranku, która może wiedzieć, gdzie jest Will.

stranger_things2stranger_things3

Tym razem Netfilx wsparła projekt braci Duffer, którzy z wielką pasją i sentymentem odtwarzają lata 80., a jednocześnie garściami biorą z kina tego okresu. Czyli mamy dziecięcą, ale szczerą przyjaźń, tajemniczą osobę z paranormalnymi mocami, outsidera, nastolatki z typowymi problemami oraz tajną organizację przeprowadzającą nielegalne eksperymenty. A że jeden z nich (jak to w tego typu produkcjach przystało) wymknął się spod kontroli i wszystko się spier…, to inna kwestia. Skojarzenia nasuwają się same: książki Stephena Kinga (główna intryga), filmy Stevena Spielberga, muzyka pełna syntezatorowej palety barw niczym Carpenter, Tangerine Dream czy Brada Fiedela. Wszystko to wygląda i brzmi znajomo, ale nie jest to absolutnie żadna wada, a najfajniejsze jest to, że twórcy skupiają się tylko na jednym wątku – poszukiwaniach dziecka.

stranger_things4stranger_things6

Historia na początku toczy się dość spokojnie, ale chodzi tutaj o zarysowanie tła oraz bohaterów. Nie brakuje tutaj dorosłych zajętymi swoimi sprawami oraz dzieci (także nastolatków), ukrywający przed nimi swoje tajemnice i lęki. Bo przecież nikt nie uwierzyłby, że widzieli potwora grasującego po okolicy i zjadającego ludzi, prawda? Dodatkowo twórcy wplatają retrospekcje zarówno związane z Willem i jego rodziną, jak i przede wszystkim tajemniczej Nastki (to skrót od Jedenastki, który brzmi lepiej jak na imię dla dziewczynki) – przetrzymywanej w podziemiach laboratorium. Tam też poznajemy jej moce – telepatia, lokalizacja za pomocą dźwięku, wkraczając do niepokojącego Innego Świata (Drugiej Strony), bardzo chłodnej wizualnie oraz pełnej paskudnej wydzieliny zarąbanej Obcemu. Znakomicie to buduje klimat tajemnicy oraz grozy, jak w scenie „kontaktu” z zaginionym za pomocą lampek. I jeszcze to monstrum, będące krzyżówką kwiatka z… Predatorem (ugry motherfucker), którego w pełnej krasie widzimy dopiero pod koniec odcinka 5. Pochwalić należy też scenografów, którzy z takimi detalami jak plakaty filmów z tego okresu („Coś”, „Martwe zło”, „Szczęki”) tworzą klimat tej epoki. Każdy detal robi ogromne wrażenie – budynek szkoły, laboratorium i mroczny portal, wreszcie piwnica Mike’a z grami planszowymi. To wszystko po prostu pochłaniałem niczym dziecko słodycze, a ostatnie dwa odcinki to prawdziwe mistrzostwo w budowaniu napięcia oraz intensywności emocji.

stranger_things7

Więcej wam nie zdradzę, bo muszę was jakoś namówić do spotkania z ferajną. Powiem tylko tyle, że bracia Duffer pewnie prowadzą całą historię, mają świetną rękę do dialogów, a aktorsko jest to zagrane znakomicie. Wiem, że dla wielu osób ością w gardle może być to, co robi Winona Ryder jako matka Willa. Jej lęk, obsesje i paranoja na pierwszy rzut oka wydają się nadekspresyjne i przeszarżowane, jednak jest to w pełni uzasadnione (ten rozedrgany głos i pełne przerażenia oczy), ale już pod koniec coraz bardziej zaczyna się uspokajać. Film bezczelnie kradną młode dzieciaki (Gaten Matarazzo, Finn Wolfhard, Caleb McLaughlin) pełni naturalności i chemii, mimo że to debiutanci. Zgrani, autentyczni w każdym wypowiedzianym słowie i geście, przypominający troszkę Goonies. Jest jeszcze Nastka, czyli Millie Bobby Brown – bardzo delikatna, nadwrażliwa, zagubiona dziewczyna poznająca nowy świat. Ale w chwilach zagrożenia zaczyna atakować i gryzie bardzo mocno, nie do końca panując nad swoimi mocami. Tą postać kupiłem najbardziej, tak jak komendanta Hoppera (rewelacyjny David Harbour). Pozornie glina z małego miasteczka, ale cechują go dwie rzeczy: zdrowy rozsądek oraz nieufność do władz (grany przez Matthew Modine’a dr Brenner), przez co zachowuje zimną krew w najbardziej ekstremalnych sytuacjach.

stranger_things8

Wiadomo już, że będzie druga seria, na którą trzeba będzie poczekać aż do Halloween (czyli 31 października) i warto będzie tak uczynić. „Stranger Things” to destylat wszystkiego, co było najlepsze w latach 80., będący idealną mieszanką kina familijnego, SF, horroru i… kina przygodowego. Na takie seriale zawsze jestem otwarty, mimo tego, iż twórcy troszkę grają znaczonymi kartami. To będzie klasyk, robiący furorę jeszcze przez następne dekady.

stranger_things5

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski