The Knick – seria 1

Nowy Jork, rok 1900. Tytułowy Knick to skrót od nazwy szpitala Knickerbocker, którego właścicielami jest zamożna rodzina Robertsonów. Ale głównym bohaterem jest tutaj nowy szef oddziału chirurgii, John „Thack Madry” Thackery, który objął ta posadę po samobójstwie swojego mentora, dr Julesa Christiansena. Thack próbuje dokonać rewolucji w medycynie, co nie jest dość łatwe, a jego zespół stara się mu w tym pomóc.

Steven Soderbergh postanowił porzucić kino, w którym czuł się lekko ograniczony na rzecz telewizji. Serial stworzony przez Jacka Amiela i Michael Beglera (obaj pracowali m.in. przy serialu „Zwariowany świat Malcolma”) nie jest taką produkcją medyczną jak ostatnie tytuły. Nie ma tutaj pacjenta tygodnia, przewija się za to życie prywatne naszych głównych bohaterów: od lekarzy, przez właścicieli po dyrektora, a także obserwujemy początki przełomów medycznych, m.in. z wykorzystaniem zdjęć rentgenowskich. A po drodze pojawią się m.in. aborcje, nieudane operacje płodu łóżeczkowego, zamieszki na tle rasowym (morderstwo policjanta) czy badania nad krwią. Jedno mogę powiedzieć od razu – sceny operacji są bardzo realistyczne oraz drastyczne, więc osoby o słabszych nerwach nie powinny nawet zbliżać się do tego tytułu. Jedyne, co może rozczarowywać I serię jest zakończenie, a w zasadzie jego brak. Sprawiający wrażenie jakby niedokończonego, jakbyśmy byli dopiero w połowie serii, a nie na samym końcu. Technicznie jest to mieszanka rozmachu oraz przywiązania do detalu w odtwarzaniu realiów (scenografia, kostiumy, przedmioty i także warstwa obyczajowa), a sama kamera bywa czasami trzęsąca się (niemal reporterska) albo niewyraźna. Jest to celowy zabieg reżyserska, by dodać pewnego „brudnego” realizmu.

Swoje tez robi naprawdę świetnie poprowadzona obsada, gdzie każdemu z bohaterów udaje się stworzyć pełnokrwiste postacie. Nie będę oryginalny twierdząc, ze bryluje tutaj Clive Owen jako Thack. Kim jest ten lekarz? Na pewno ambitny, odważny i nie bojący się ryzyka. W dodatku nie pozbawiony ironicznego poczucia humoru oraz potężnego nałogu – kokainy. Czy wyjdzie z tego? Zakończenie nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale ten facet kradnie szoł całej reszcie.

Drugą mocną postacią jest wybrany na zastępcę Thacka (przez rodzinkę) dr Algernon Edwards (wyborny Andre Holland), który jest genialny, błyskotliwy oraz pomysłowy w prowadzeniu nowych zabiegów, tylko jest… czarny. Dlatego spotyka się z odrzuceniem i na własną rękę prowadzi praktykę pomagającą swoim pobratymcom, jednak wszelkie tę wątpliwości zostają rozwiane. Nie brakuje też innych ciekawych postaci jak opryskliwy kierowca Tom Cleary (mocarny Chris Sullivan), zadłużony u gangstera dyrektor Herman Barrow (Jeremy Bobb), zapatrzony w Thacka dr Bertram Chickering Jr. (Michael Angaramo) czy dociekliwy inspektor Speight z Departamentu Zdrowia (David Fierro).

Muszę przyznać, ze „The Knick” mnie pozytywnie zaskoczył, choć wymaga on sporo cierpliwości oraz pełnego wejścia w ten świat. W końcu jak pisano na reklamowych plakatach: „Nowoczesna medycyna gdzieś musiała mieć swój początek”. Nie wiem jak wy, ale czekam na dalszy ciąg produkcji Cinemaxa.

8/10

Radosław Ostrowski

Wielki Liberace

Jest rok 1977. Poznajcie Scotta Thornsona – młodego, biseksualnego faceta, który dba o zwierzątka i chciałby zostać weterynarzem. Ale jego dość spokojne życie zmienia się, gdy pojawia się na koncercie ekscentrycznego pianisty Liberace. Tak zaczyna się związek trwający ponad 5 lat.

liberace1

Tym filmem Steven Soderbergh postanowił zacząć współpracę z telewizją po długiej przerwie i wydawałoby się, że zrobił tak naprawdę klasyczne i mało zaskakujące love story. I po części tak jest, bo poza tym, że mamy tak naprawdę dwóch facetów, to tak naprawdę kolejna opowieść o dość trudnym związku. Zaczyna się od pozbycia się poprzednika Scotta. A potem jak w każdym związku – na początku jest pożądanie i pasja, ale potem coś zaczyna siadać, psuć. Pojawiają się pretensje, zazdrość, narkotyki, wreszcie kolejny partner. Ta relacja jest dziwna i pokomplikowana, co Soderbergh bardzo trafnie pokazuje, ale jednocześnie jest to takie angażujące i pełne emocji, że nawet tą banalność treści jestem w stanie wybaczyć. Na pewno wielkie wrażenie robi przepych życia głównego bohatera – na granicy kiczu, wszystko niemal ze złota, fikuśne stroje – trudno wobec czegoś takiego przejść obojętnie. A czemu panowie się rozstali? Swoje zrobił czas, a jednocześnie sam Liberace mający wręcz „midasowy dotyk” i próbujący stworzyć partnera na swoje podobieństwo (operacja plastyczna Scotta i jego dieta) – to się jednak nie może skończyć dobrze. Realizacja jest też dość konwencjonalna, choć jest parę zaskakujących ujęć („zamglony” Scott gadający po pijaku).

Ten film jednak nie zrobiłby takiego wrażenia, gdyby nie genialne główne role. Po pierwsze, Michael Douglas, który przeszedł po prostu samego siebie w roli tytułowej. Liberace jest ekscentrycznym i przyzwyczajonym do bogactwa facetem, ukrywającym swoją orientację seksualną. Na scenie wydaje się sympatycznym, czarującym facetem, jednak to jest tylko maska kryjąca świadomego przemijania faceta. Największym jednak objawieniem był dla mnie Matt Damon, który koncertowo pokazał przemianę wyciszonego i nieśmiałego chłopaka w zmanierowanego geja, zafascynowanego – i zmieniającego się – w swojego idola. Najmocniej widać to w scenach kłótni między nim a Liberace, gdzie wybuchają żale. Poza tym elektryzującym duetem na drugim przebijają się niezawodni Dan Aykroyd (mocno ucharakteryzowany Seymour – menadżer Liberace), Rob Lowe (ironiczny dr Startz) oraz Scott Bakula (Bob Black).

liberace2

Soderbergh niby nie zaskoczył, a nakręcił jeden ze swoich najlepszych filmów w karierze. Mam nadzieję, że jeszcze nas parę razy zaskoczy. Tym razem na małym ekranie.

8/10

Radosław Ostrowski

Intrygant

Jest rok 1992. Niejaki Mark Whitacre jest poważnym pracownikiem firmy AMD, która zajmuje się sprzedażą produktów robionych z kukurydzy. Kiedy w jego firmie dochodzi do sabotażu (zniszczone zostają zboża przez wirusa), próbuje naprawić sytuację. W końcu decyduje się pójść na współpracę z FBI i powiadomić o ustawianiu cen towarów. Trwające ponad dwa lata śledztwo ujawniło wiele machlojek. Wydawało by się, że Whitacre został bohaterem. Tylko jedna rzecz poszła nie tak.

intrygant1

Od zawsze wiadomo, że życie pisze najlepsze scenariusze. Tą prawdę poznał też Steven Soderbergh, co udowodnił już w filmie „Erin Brockovich”. O czym tak naprawdę opowiada „Intrygant” – film tak świetny, że trafił w naszym kraju od razu na półki DVD, olewając kina? Pozornie mamy tutaj typową kryminalna opowieść z wielką korporacją w tle. FBI są tymi dobrymi kolesiami, szefowie korporacji to chciwe hieny, które maja w dupie etykę i liczy się tylko sprzedaż i zawieranie układów. Jednak sprawa okazuje się mieć więcej odcieni szarości. Wszystko przez głównego bohatera, który wykorzystał okazje i postanowił przy okazji zrobić coś dla siebie, bo okazało się, że zdefraudował kilka milionów dolarów na swoje konta. Jak to? No właśnie, Soderbergh wodzi za nos, pokazują sprawę nieoczywistą. Intryga pozornie układa się w logiczną całość, widzimy spotkania, filmowane i nagrywane rozmowy, jednak w drugiej połowie następuje totalna wolta, która wywraca wszystko do góry nogami. I próbujemy rozgryźć kim tak naprawdę jest Whitacre – agent 0014, jak sam mówi o sobie, bo jest dwa razy mądrzejszy od 007. Technicznie jest to naprawdę dobry film, pełen kolorowych zdjęć i bardzo spokojnego tempa, okraszony jeszcze muzyką przypominającą klimatem lata 60., co nadaje lekkości. Zaś narracja z offu tylko podkreśla charakter głównego bohatera.

intrygant2

Więc może teraz pora o nim opowiedzieć. Nie jestem wielkim fanem Matta Damona, który rzadko wychodził poza solidne rzemiosło. Jednak tutaj miał bardzo duże pole do popisu i w pełni to wykorzystał. Bo kim jest Mark, jak go poznajemy? Taki przeciętny koleś w gajerze, okularkach i wąsami, w dodatku uczciwy i porządny, kochający swoją żonę. Ale im dalej w las, tym bardziej widzimy tutaj mitomana, krętacza i oszusta, który chciał wykorzystać nadarzająca się okazję i do samego końca uważający się za porządnego. W końcu okazuje się, że nie możemy wierzyć żadnemu jego słowu, nawet o jego rodzicach, którzy niby zginęli w wypadku samochodowym. I te sprzeczności Damon wygrywa bardzo dobrze i nie zawaham się stwierdzić, że to jego życiowa rola. Poza nim z drugiego planu tak naprawdę wybijają się aż trzy postacie. Są to agenci FBI prowadzący sprawę: Brian Shephard (świetny Scott Bakula) i Bob Herndon (dobry Joel McHale) oraz żona Whitacre’a (znana ostatnio z serialu „Dwóch i pół” Melanie Lynskey), która nie jest do końca świadoma czynów swojego męża i wspiera go.

„Intrygant” pokazuje i przypomina o tym, jak naprawdę niewiele wiemy o drugim człowieku. Że pozornie proste sprawy okazują się całkiem nieoczywiste, tak jak nieoczywisty jest ten film. Naprawdę dobra robota, choć nie każdemu się spodoba.

7/10

Radosław Ostrowski

Panaceum

Emily jest młodą kobietą, której mąż wychodzi po 4 latach z więzienia. Cierpi na depresję, a powrót męża tylko pogarsza ten stan. Poznany w szpitalu dr Banks, przepisuje jej lekarstwa, terapia wydaje się być owocna, ale pojawiają się skutki uboczne. Wtedy Emily zabija swojego męża w stanie lunatykowania, zaś dr Banks zostaje wzięty na celownik.

panaceum1

Tym filmem Steven Soderbergh zdecydował się pożegnać z kinem. Tutaj pobawił się w thriller z lekami i przemysłem farmaceutycznym w tle. Choć tempo filmu jest dość powolne, by nie rzec ospałe, to jednak dzieje się tu sporo. Nie zabraknie kilku wolt i zaskoczeń (niestety, nie mogę ich zdradzić, bo to osłabi film), zgrabnie prowadzonej intrygi oraz bardzo fachowej realizacji (stonowane zdjęcia, surowy montaż) oraz budująca lekko oniryczny klimat muzyka Thomasa Newmana. Tutaj jest ciekawie, intrygująco i z paroma zaskakującymi niespodziankami. Więcej zdradzić nie mogę, nawet gdybym chciał.

panaceum2

Ostatnia rzecz jaką mogę powiedzieć to fakt, że film ma świetną obsadę z fantastyczną Rooney Marą i Judem Lawem na czele. Nawet zazwyczaj drewniany Channing Tatum poradził sobie dobrze, tak samo Catherine Zeta-Jones.

Jeśli Soderbergh chciał tym filmem pożegnać się z kinem, to chyba mu się udało. Jednak krążą wieści, że się przerzuci do telewizji i tam będzie realizował kolejne projekty. Jak będzie, czas pokaże.

7/10

Radosław Ostrowski